“O Jezu, tylko nie ja”

Miała być historykiem, archeologiem, historykiem sztuki a nawet krytykiem teatralnym. Wybrała matematykę, po to, by i tak ostatecznie zostać benedyktynką-sakramentką. O swoich burzliwych losach i skomplikowanej drodze powołania matka Maria Blandyna Michniewicz opowiada Anecie Liberackiej.

Matka Maria Blandyna
Michniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


Warszawa, Rynek Nowego Miasta. Duszny lipcowy poranek. Dość ciche miejsce jak na stolicę, ale życie tętni i tu. Ludzie siedzą w kawiarniach pod parasolami, niektórzy biegną, śpieszą się. Wokół Rynku na ławeczkach siedzą osoby starsze. Choć jest tu ładnie, robię tylko kilka fotek, bo już dochodzi dziesiąta. Wprost z Rynku wchodzę do klasztoru, gdzie jestem umówiona z Matką Przełożoną Sióstr Benedyktynek – Sakramentek Marią Blandyną – Joanną Michniewicz.

Kiedy zamykam za sobą drzwi, czuję, że czas się zatrzymał, więcej, że cały świat mi się zmienił. Zmęczony mrużeniem od słońca wzrok przyzwyczajam do ciemności. Zewsząd owiewa mnie przyjemny chłód starych murów. Witam się z siostrą na furcie. Dostaję klucze, otwieram nimi trzy kolejne masywne drzwi, przez które docieram do pokoju rozmów (rozmównicy). Tam czeka na mnie Matka. Jest w czarnym habicie, na głowie czarny welon, jedynie pod welonem twarz owija biała chusta. Uśmiecha się pogodnie: zresztą często będzie wybuchała serdecznym śmiechem. Przez całą rozmowę będzie mnie dzieliła od niej krata. Sprawia mi to trudność na początku, dla niej jest codziennością. Ciasto i kawa, którą częstuje mnie Matka, podjeżdża do mnie poprzez wymyślny kołowrotek w ścianie.


 

 

 

Aneta Liberacka: Co czuje młoda dziewczyna, wchodząc tutaj z rynku tętniącego życiem miasta, kiedy zamykają się drzwi? To co ja? Że skończył się tamten świat i zostawiam wszystko za sobą?

Matka Maria Blandyna Michniewicz: Nie myślałam o tym, co za sobą zostawiam, ale o tym, co przede mną. Byłam nieopisanie szczęśliwa, że znalazłam swoje miejsce. Dla mnie prawdziwe życie tętni tutaj, w ciszy klauzury. Pamiętam swoje pierwsze noce w klasztorze, kiedy budziłam się (nie byłam przyzwyczajona do twardego materaca!) i dotykałam ściany, żeby się upewnić, że to nie sen, że naprawdę jestem w klasztorze.

 

Czyli prawdziwa pewność wyboru. Nie było żadnej myśli: co teraz?

Ja przede wszystkim bardzo się cieszyłam, że jestem już po tej drugiej stronie drzwi, bo można powiedzieć, że ja się do tego klasztoru włamałam siłą. Po prostu uciekłam z domu i chciałam, żeby ta furta zamknęła się za mną jak najszybciej.

 

Jak to “uciekłam z domu”? Rodzice nie chcieli się zgodzić?

Absolutnie nie.

 

To ma Matka historię podobną do Matki Magdaleny Mortęskiej. Dlaczego nie chcieli się zgodzić?

Jestem jedynaczką. Moja mama była osobą bardzo przedsiębiorczą, bardzo zaradną. Chciała, bym miała rodzinę. Nie chciała pogodzić się z taką moją drogą.

 

Rozmawiałyście o tym?

Bardzo chciałam załatwić to jak należy, po ludzku. Dzień wcześniej, gdy miałam wyjechać do Karmelu (pierwotnie to Karmel był moim planem), wieczorem usiadłam obok mamy i powiedziałam jej o tym, licząc, że może jednak to zrozumie, może się uda. Jednak nie. Awantura była do rana. Rano mama pojechała do pracy, a ja (skoro świt) pojechałam do mojego spowiednika, ks. Wiesława Niewęgłowskiego. Mieszkał wtedy na najwyższym piętrze dzwonnicy przy kościele św. Anny. Byłam tam bardzo wcześnie, więc w zasadzie wyciągnęłam go z łóżka. Opowiedziałam mu, że tak straszna rzecz mnie spotkała, i zapytałam, co mam robić w takiej sytuacji. Czułam wewnętrznie, że powinnam już być w Karmelu, a ciągle jestem tutaj.

W trakcie tej rozmowy w pewnym momencie zadzwonił dzwonek domofonu. Gdy ksiądz podszedł do domofonu, usłyszałam głos mojej mamy. Rozegrała się wtedy scena jak z filmu, mama jechała windą na górę, a ja schodami zbiegałam na dół, żeby się z nią nie spotkać.

 

To prawdziwa ucieczka do Pana Boga. Bardzo musiało być ciężko Wam obu… Ostatecznie jednak mama pogodziła się z takim wyborem?

Niestety, nigdy się z tym nie pogodziła. Było nawet tak, że mama udała się do Karmelu i zagroziła siostrom, że jeśli przyjmą mnie do klasztoru, to ona popełni samobójstwo.

 

To straszne…

Siostry się bardzo wystraszyły. Widocznie obiecały dyskrecję, bo nie powiedziały mi o tym. Dowiedziałam się później od księdza, któremu mama się przyznała.

Po wizycie mamy siostry postanowiły, że mnie nie przyjmą. Nie powiedziały mi tego wprost, poinformowały mnie, że nie znam łaciny i albo nauczę się w jakimś niemożliwym terminie, albo mam pójść do innego klasztoru. Wymieniły klasztor sakramentek. Byłam przygnębiona i zdenerwowana. Nie wiedziałam, czy to jest próba, czy rzeczywiście mam podjąć wyzwanie i nauczyć się w krótkim czasie tej łaciny, czy raczej to jest znak, że to jednak nie to zgromadzenie.

Stałam skołowana na przystanku tramwajowym i myślałam, że jak tylko tramwaj podjedzie, pojadę prosto do księdza i zapytam, co mam robić. Tramwaj nie podjeżdżał prawie godzinę – nigdy się tak nie zdarzało – stałam więc tak i biłam się z myślami, co mam zrobić. Kiedy tramwaj wreszcie przyjechał, wiedziałam, że już nie spotkam się z księdzem, ponieważ zaczął już zajęcia z katechumenami. Stwierdziłam więc ponad wszelką wątpliwość: pójdę do Sakramentek.

 

Pan Bóg zrobił mi też kawał. Trwał Tydzień Modlitw o Powołania Kapłańskie i Zakonne i pamiętam, że gdy stałam w kościele i ksiądz powiedział: modlimy się o powołania, poczułam paniczny lęk i pomyślałam: O Jezu, tylko nie ja…

Skąd w ogóle pomysł na zamknięty klasztor? I kiedy przyszedł do głowy?

Powołanie wprost dopadło mnie na pierwszym roku studiów. Złożyło się na nie wiele wydarzeń oraz lektur. Pan Bóg zrobił mi też kawał, dlatego, że pierwsze wspomnienie, jakie mam z powołaniem, pochodzi z mojego dzieciństwa. Miałam wtedy 8-10 lat. Trwał Tydzień Modlitw o Powołania Kapłańskie i Zakonne i pamiętam, że gdy stałam w kościele i ksiądz powiedział: modlimy się o powołania, poczułam paniczny lęk i pomyślałam: O Jezu, tylko nie ja… (śmiech).

 

 

 

Tak bardzo się Matka wzbraniała?

Bardzo… Miałam nawet potem taki etap, że w ogóle odeszłam od Kościoła. Po zakończeniu liceum, wybrałam matematykę na Uniwersytecie Warszawskim, chociaż miałam w głowie wiele pomysłów na siebie, a moją główną pasją jest historia. Chciałam studiować historię, ale w tamtych czasach, w latach osiemdziesiątych, nie uczyłabym się prawdy.

 

A w samej matematyce co Matkę fascynowało?

W matematyce fascynował mnie rozmach, nieskończoność.

 

Czyli jednak piękna, głęboka wiara.

Tak. Nie ciągnęło mnie do fizyki, w której widziałam jakieś praktyczne zastosowania. Interesowała mnie, nie wiedzieć czemu, sama teoria. Potem na pierwszym roku odkryłam, że nie tej nieskończoności szukałam…

 

Czyli na drugim roku skończyła Matka studia matematyczne?

W zasadzie po pierwszym roku. I na tym właśnie polegał, ten kawał, który zrobił mi Pan Bóg. Od czasu, kiedy tak bardzo nie chciałam, by mnie powołał do stanu zakonnego, minęło tyle lat i nagle znów z wielką mocą mi o Sobie przypomniał. Dopadła mnie taka chęć wstąpienia do klasztoru, że zaczęłam naprawdę bardzo modlić się o powołanie. Wiedziałam, że ja chcę, ale nie wiedziałam, czy Pan Bóg też tego chce.

Po zakończeniu liceum, wybrałam matematykę na Uniwersytecie Warszawskim. W matematyce fascynował mnie rozmach, nieskończoność. Potem odkryłam, że nie tej nieskończoności szukałam… 

Tak pomiędzy analizą matematyczną i algebrą nagle poczuła Matka powołanie?

Dokładnie tak. Byłam nagle tak szaleńczo zakochana w Panu Bogu, że nie mogłam się  skupić na zajęciach. Siedziałam na ćwiczeniach i pisałam wiersze (śmiech).

 

Prawdziwe zakochanie. Tak właśnie robią wszyscy zakochani. Kiedy już trafiła Matka po tych trudach do sakramentek od razu było wiadomo, że to jest to?

Kiedy mistrzyni zaczęła opowiadać o duchowości i uwydatnił się ten rys wynagradzający tej duchowości, bardzo mnie to zaskoczyło i jednocześnie ujęło. W trakcie tej rozmowy byłam już pewna, że to jest to.

 

Jak teraz wygląda jeden dzień z życia Matki? Jak wygląda takie macierzyństwo? Czy Matka za furtą klasztorną ma podobne problemy jak inne matki, np. bunt młodzieńczy, kryzysy, problemy wychowawcze? Niektóre dziewczyny przychodzą przecież czasem po liceum.

Oczywiście, że są problemy, jesteśmy normalnymi ludźmi… W tej chwili już coraz rzadziej zdarza się, że przychodzi dziewczyna po liceum, raczej po studiach, czasem po dwóch fakultetach, więc przychodzą już raczej kobiety dojrzałe, wiedzące, czego chcą, czasem z przekonaniem o własnej wartości a czasem z pewnym bagażem doświadczeń.

 

 

Mimo różnych problemów, jakich i w naszym życiu nie brakuje, nic nie jest w stanie zgasić radości z tego, że żyjemy tu, w Domu Bożym, pod jednym dachem z Nim, że wybrał nas dla Siebie na wyłączność

Czy to powołanie daje radość, szczęście i spełnienie? Co jest największym blaskiem takiego życia?

Mimo różnych problemów, jakich i w naszym życiu nie brakuje, nic nie jest w stanie zgasić radości z tego, że żyjemy tu, w Domu Bożym, pod jednym dachem z Nim, że wybrał nas dla Siebie na wyłączność, że powierza nam swoje sprawy i troskę o swoje dzieci w jakiś sposób składa w nasze ręce. I że całe nasze życie może stawać się adoracją i uwielbieniem Boga.

 

Jest Matka osobą pełną pasji. Zrobiła Matka sama stronę internetową zgromadzenia, zresztą bardzo profesjonalną. Robi Matka piękne grafiki, filmy, kiedy tylko wspomnę, że przydałaby się jakaś funkcja na stronie, to następnego dnia już jest. Jak się realizuje takie pasje w zakonie klauzurowym? Czy w ogóle jest na to czas i możliwości?

Strony to nie jest wcale moja pasja, tylko po prostu ktoś musi to zrobić i nie bardzo widzę na ten moment, kto mógłby się tym zająć. Pierwszą stronę internetową zrobił nasz kapelan ówczesny, ale była napisana w HTML-u i ciężko było nanosić jakieś zmiany, poprawki.

 

Jest chyba Matka jedyną Przełożoną w Polsce, która posługuje się takim słownictwem programistycznym (śmiech)

Musiałam najpierw trochę się nauczyć.

 

Oczywiście, trzeba było sobie poradzić. Teraz nowa strona jest w WordPressie. Wszystko to Matka robiła sama, za zamkniętymi drzwiami klasztoru. Jak zdobywa się tu taką wiedzę i informacje o różnych nowinkach technologicznych?

Z Internetu. Przecież wiadomo, że to jest źródło wiedzy wszelakiej.

 

Czerpie Matka wiedzę z filmików na YouTube czy bardziej z czytania różnych artykułów? 

Jak zaczynałam, to jeszcze nie było tak dużo filmików, raczej kursy, WordPressa uczyłam się po prostu na własnych błędach. Przeczytałam tylko, jak zainstalować, a potem to już poszło.

 

Trochę nie chce mi się wierzyć, że Matka nie ma w tym pasji, bo jak oglądam stronę, zdjęcia, zrobione grafiki, to widać tam to “coś”: widać włożone serce i tę iskrę, która pokazuje, że człowiek, który siedział po drugiej stronie, bardzo to lubi. A inne Siostry realizują jakieś swoje pasje?

W miarę możliwości. Nie wszystko się da. Są siostry bardzo uzdolnione, ale czasem tak się zdarza, że nie mogą swoich umiejętności rozwijać. Mamy np. siostrę, która ma ogromny talent do rzeźby. Niestety, nigdy się nie uczyła tego. Teoretycznie możemy rozwijać swoje talenty, ale po prostu brakuje na to czasu.

 

A jak Matka znajduje czas na strony internetowe? To jest tak, że czasami się nie dosypia?

Czasem tak jest. Wiadomo, że najlepiej pracuje się w nocy. Wtedy jest cisza, spokój – telefony nie dzwonią, domofon nie dzwoni, nikt nie puka.

 

To prawda, a ma Matka konto na Twitterze?

Swojego nie mam, prowadzę klasztorne.

 

Na Facebooku też?

Chciałabym, aby mi ktoś pomógł, ale na razie jestem sama. Są młodsze siostry, niektóre są bardzo biegłe w tych sprawach. Nasza nowicjuszka miała nawet swój teologiczny kanał na YouTube.

 

Proszę, siostra klauzurowa, była vlogerka… Nam świeckim wydaje się, że kiedy człowiek idzie do klasztoru, ma święty spokój i dużo czasu na wszystko, a okazuje się, że cały dzień jest wypełniony. Jak wygląda taki jeden dzień Matki od rana do wieczora, czym jest wypełniony?

Moje dni są bardzo zróżnicowane, bo mam dużo spraw do załatwienia i w zależności od tego, co muszę załatwić, czasami nawet zdarza się, że muszę w jakichś sprawach wychodzić. Czasem da się załatwić na miejscu. Przede wszystkim ogrom administracyjnych spraw.

 

 

 

Jest też rytm życia klasztoru, rytm modlitwy… Zostaje tylko noc na pracę. Prowadzą siostry także opłatkarnię, dużo czasu pochłania siostrom ta praca? Jak wygląda rytm dnia?

U nas musi być inaczej poukładane. Nie da się zachować 8-godzinnego rytmu pracy, ponieważ mamy przede wszystkim modlitwy. Każda siostra ma w kolejce długą adorację wynagradzającą, którą nazywamy z francuska reparacją, czyli długą Adorację Wynagradzającą, która trwa od Mszy św. do godziny 14. Więc taka siostra wypada z obiegu pracy.

 

Sakramentki nazywają się tak samo jak paschalik, czyli świeca sakramentka. Czy jesteście takimi świecami dla nas, a jeśli tak to w jaki sposób? Czy nas ewangelizujecie?

Przede wszystkim to duchowe wsparcie, ale też znak nieustannej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

 

Czyli można powiedzieć, że światło od Was idzie wprost z Najświętszego Sakramentu. Dziękujemy.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony internetowej sióstr benedyktynek sakramentek

 


Działalność sióstr sakramentek można wesprzeć TUTAJ.


Siostry z powstania
Agata Puścikowska

Agata Puścikowska opisuje nieznane dotąd dramatyczne historie zakonnic, które brały udział w powstaniu warszawskim. Niektóre z sióstr były sanitariuszkami, inne wspierały powstańców, leczyły cywili i żołnierzy, przygarniały tysiące dzieci – sierot wojennych, organizowały modlitwy i duchowo wspierały złamanych ludzi. Do tej pory o zaangażowaniu warszawskich klasztorów niewiele się mówiło, tymczasem skala pomocy niesionej przez zakonnice skrwawionej Warszawie była ogromna i trudno ją przecenić. Książka zawiera portrety bohaterek, ale zarazem kobiet z krwi i kości.

KUP KSIĄŻKĘ NA DOBROCI.PL >>>

 

Matka Maria Blandyna Michniewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl “Rozmowy z Janem Pawłem II” oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Matka Maria Blandyna
Michniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Grzegorz Kleszcz: Siła wewnętrzna jest ważniejsza niż siła fizyczna

– To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady – mówi Grzegorz Kleszcz, Mistrz Polski, mistrz świata juniorów i akademicki mistrz świata w podnoszeniu ciężarów, trzykrotny olimpijczyk.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Paweł Kęska: Być silnym. Co to znaczyło dla ciebie, kiedy podnosiłeś pierwsze ciężary?

Grzegorz Kleszcz: Miejsce, w którym się wychowywałem pod Wrocławiem, było specyficzne. Dużo się działo niedobrego i wokół było dużo przemocy. “Być silnym” znaczyło “przetrwać, nie bać się i sprawić, żeby to inni bali się mnie”. Im dłużej trenowałem, tym większy miałem szacunek, a zacząłem już kiedy miałem 11 lat.

 

Dlaczego akurat podnoszenie ciężarów?

Chciałem być bardzo silny, startować na zawodach, mieć dres z napisem Polska, z orzełkiem. Marzyłem o tym. Widziałem też kolegów, którzy trenowali i po prostu wzbudzali mój respekt.

 

Pamiętasz kiedy pierwszy raz stanąłeś na podium?

Tak, oczywiście. Kiedy miałem 14 lat zostałem mistrzem Polski juniorów. Stałem na podium ze złotym medalem. To było niesamowite. Potem były coraz wyższe trofea, coraz więcej sukcesów a był moment, że lawinowo wygrywałem wszystko, biłem rekordy Polski, byłem też mistrzem Polski.

 

…czyli najsilniejszy człowiek w Polsce

Tak. Tak jest (śmiech)

 

Mazurek Dąbrowskiego grał dla Ciebie kiedy zostawałeś akademickim mistrzem świata…

Tak. Sam ten moment jest jak jakiś sen na jawie… wielka radość, duma, trudno to w ogóle opisać. Taki  naprawdę młody chłopak, po przejściach, i nagle…

 

A pierwszy wyjazd na olimpiadę? To jest coś czego nigdy nie doświadczę…

Na olimpiadach byłem trzy razy, a moje pierwsze igrzyska były w 2000 r. w Sydney. Chociaż z igrzysk nie przywiozłem medali – to było jak bajka. Ja nawet nie rozumiałem do końca co to znaczy. Pobyt w takim miejscu jak wioska olimpijska, kontakt z najlepszymi  sportowcami z całego świata i gdzieś tam się zaczyna takie bratanie. W wiosce olimpijskiej wszyscy są równi. Mnóstwo wspomnień. Sam start na igrzyskach olimpijskich jest niesamowitym doświadczeniem, do dzisiaj pamiętam szczegóły a minęło przecież już 19 lat.

 

Co się w Tobie zmieniło kiedy już zostałeś mistrzem?

Poczucie wartości, którego zawsze mi brakowało – miałem go znacznie więcej. Chociaż w międzyczasie wpadałem w kłopoty. Pakowałem się w niepotrzebne awantury to z trenerami, to z polskim związkiem… spokój rzadko gościł w moim sercu. Trafiłem w środowisko sportowców, i o dziwo, tam był alkohol, imprezy, narkotyki. Kultura hip-hopowa w tym czasie była mocno promowana, w wielu tekstach zachwalano używki. Byłem znany, zarabiałem pieniądze i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że zmierzam w złym kierunku. Mimo to, trzeba było rano wstać, pójść na trening, obozy, kontrola, trenerzy.

 

 

Na tym obrazie pojawia się jeszcze jedna rysa – posądzenie o doping…

Tak. To było w najważniejszym momencie, po mistrzostwach świata, i jako człowiek wiary mogę powiedzieć, że byłem czysty. Nie ukrywam, że nie były mi obce substancje, które powodowały że szybciej wypoczywałem, że szybciej leczyłem kontuzje, natomiast ten moment był dla mnie szokiem… Wyrok – dyskwalifikacja. Kiedy otrzymałem tę informację – straciłem na chwilę świadomość. Nie da się opisać jakie to było przykre.

 

Jak spotkałeś Boga?

On zawsze był koło mnie. Miałem dziadka, który mnie prowadzał do kościoła za rączkę, mama to samo, ojciec mnie przepytywał jaka była w kościele ewangelia, byłem ministrantem. Tylko, że to były pozory. A później wszedłem w ten wiek młodzieńczy… Ale tak naprawdę Pana Boga spotkałem w 2012. To zmieniło moje życie.

 

Ale jak to się stało?

Już byłem po zakończeniu… przygody ze sportem… Bardzo trudny moment. Gdzieś tam jeszcze próbowałem startować, ale to nie było to… Pracowałem w dużej firmie, miałem odpowiedzialne stanowisko, przytłaczało mnie to wszystko, nie mogłem się odnaleźć. W tym czasie pracowałem na noce. Dorabiałem jako pracownik ochrony na dyskotekach, byłem bodyguardem. Budowałem dom, miałem kredyt. Nawet nie wiedziałem, że popadam w jakieś długotrwałe przygnębienie.

 

Człowieka dociska do ściany…

Dokładnie, dociska do ściany. Ale ja tak mocno walczyłem żeby mieć dom, rodzinę, podświadomie bardzo tego pragnąłem. Natomiast domu, tego prawdziwego, nie było – w sensie duchowym, miłości.

 

Czyli żeby go zbudować siła nie wystarczy…

Nie.

 

I wkracza Bóg…

Tak. Moja żona pojechała z koleżankami na rekolekcje. Tak się zaczęło, potem mnie zaprosili na kolejne rekolekcje, z Ojcem Jamesem Maniakalem. Pamiętam, byłem akurat po nocnej zmianie.

 

Co tam było takiego, co cię zaskoczyło?

Siła. Ojciec James mówił z wielką siłą, z mocą, była w jego głosie, w jego słowach, wsłuchałem się w nie bardzo mocno. Kulminacyjnym momentem było wylanie Ducha Świętego. Zobaczył mnie ktoś z ekipy posługującej i powiedział: “O, ty będziesz dobry do łapania ludzi” bo kiedy Ojciec się nad nimi modlił to oni padali jak kłody. Ale kurcze, ja chciałem, żeby on położył na mnie ręce, a mnie tu znowu do roboty zaprzęgli… no ale dobrze, takie osoby wysokie, ciężkie, duże trafiały na mnie. No i przechodziłem nad leżącymi w tym błogim stanie, uśmiechniętymi, z bijącym blaskiem z twarzy, i byłem pod wrażeniem, ale nie mogłem tego objąć tak po ludzku… Zrozumiałem, że Bóg nie mógł do mnie dotrzeć przez konwencjonalne działania, żebym uwierzył… Ale wreszcie mnie dotknął.

 

Czyli rewolucja…

Tak. Ja w tym czasie byłem zamotany w przeróżne rzeczy, w lewacką literaturę, w ezoterykę, i miałem już często koszmary nocne. Po rekolekcjach, po wylaniu Ducha Świętego, wróciłem z dyskoteki po nocy, położyłem się do łóżka i poczułem obecność czegoś złego. Tak jakby to stało obok mnie i próbowało wywołać koszmary. Poczułem, usłyszałem wręcz fizyczne warknięcie. Tak jakby to doszło do mnie i stanęło przed barierą. Potem spałem spokojnie. Na drugi dzień, pamiętałem to doskonale, czułem, że jestem już chroniony. Dopuściłem do siebie działanie pana Boga, Ducha Świętego

Zobaczyłeś siebie w nowym świetle…

Tak. Ale to co zobaczyłem, nie było tylko dobre. Dzisiaj widzę, że próbowałem się skrzywdzić i nie wiedziałem tego. Wykorzystywałem sławę, kupę pieniędzy, robiłem sobie relaks po ciężkich zawodach. Włóczyłem się nocami po klubach, uwikłałem się w wiele złych rzeczy, nieczystość… Miałem też problemy z alkoholem, z pornografią. To zostawia ślad.

 

Ale taka świadomość może człowieka dobić. Nie ma siły, jest słabość… 

Tak. Tu wkracza Bóg. Było wiele rzeczy z którymi kompletnie sobie nie radziłem, a znikły z dnia na dzień. Z dnia na dzień! Wcześniej nawet nie byłbym wstanie pomyśleć, że mogę już więcej nie wchodzić na strony pornograficzne, czy nie używać narkotyków. Miałem też skłonności do wybuchów nerwowych i potrzebę imprezowania. To było dla mnie niepojęte. Teraz mam piękny ogród i lubię w nim siedzieć i odpoczywać…

Ciężar rośnie, natomiast widzę, że Pan Bóg daje mi siłę, uzdalnia mnie do  działania. Były bardzo ciężkie momenty. Bałem się rodzicielstwa, bałem się, że sobie nie poradzę – ale chciałem. Modliłem się.

Jak zaczęło wtedy wyglądać twoje życie?

Zacząłem regularnie chodzić do kościoła, przyjmować komunię świętą, spowiadać się, modlić na różańcu. To był w ogóle szok dla moich znajomych. Coś jest nie tak, że ja do jakiejś sekty może trafiłem (śmiech), ktoś mi zrobił może jakieś pranie mózgu… Pewien ksiądz mi powiedział – „jeżeli myślisz, że Pan Jezus zrobi z twojego życia sielankę to się bardzo mylisz, On wywróci twoje życie do góry nogami”. I tak było. Pierwszą książkę o Duchu Świętym, zatytułowaną „Eureka” – o. Jamesa Maniakala – czytałem całą noc, na zmianie, w firmie produkującej opakowania do papieru ksero. Czytałem pomiędzy obchodami i pracą, a rano mnie zwolnili (śmiech). Myślałem, że to mi się jeszcze śni, dostałem właśnie kredyt i od razu  straciłem pracę.

 

Nie przestraszyłeś się takiej drogi?

Ciężar rośnie, natomiast widzę, że Pan Bóg daje mi siłę, uzdalnia mnie do  działania. Były bardzo ciężkie momenty. Bałem się rodzicielstwa, bałem się, że sobie nie poradzę – ale chciałem. Modliłem się. Michał jest dzieckiem wymodlonym, począł się zaraz po rekolekcjach… potem pojawiła się Jagoda, też wymodlona. Od razu po urodzeniu było z nią coś nie tak. W drugim dniu życia miała operację na nowotwór. Koszmarne momenty, ale też wielkie wsparcie modlitewne, próba wiary. Jagódka ma się bardzo dobrze, chociaż potem była jeszcze druga operacja. Otaczali mnie święci: Jan Paweł II, siostra Faustyna, a także grupy modlitewne – w międzyczasie wstąpiłem do wspólnoty modlitewnej. A po „Strefie Mocy” – rekolekcje, które prowadzi Witek Wilk – poczęły się bliźniaki – Mikołaj i Miron.

 

Jaką misję dostałeś od Boga?

Bardzo mnie  umacniały czyjeś świadectwa więc pomyślałem, że ja też będę dawał ludziom taką nadzieję, wiarę którą mam w sobie. Pan Bóg mówi „darmo dostaliście, darmo dawajcie, nie chowajcie światła” i ja staram się świecić. Naprawdę nigdzie się nie pcham, ale bywam w różnych miejscach. W kościołach, spotykam się z młodzieżą, jeżdżę na rekolekcje, bywam w centrum neuropsychiatrii – tam rozmawiam z dziećmi bardzo poturbowanymi przez życie. Gdzie mnie Pan Bóg powołuje, tam się staram być – „Grzegorz, słuchaj chłopaku masz tam pojechać i zrobić show” (śmiech) – przepraszam, że tak mówię, ale też trzeba o Panu Bogu opowiadać ciekawie i mocno, prawda?

Często modlę się bardzo mocno do Pana Jezusa, żeby zajął się wszystkim i naprawdę, dzień który się wydaje nie do pokonania kończy się pięknie.

Co to dziś dla Ciebie znaczy być silnym?

Mam wrażenie, że siła wewnętrzna jest o wiele ważniejsza niż siła fizyczna. Wielokrotnie tego doświadczyłem, nawet na pomoście podczas zawodów. To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary, kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady, choćby wtedy, kiedy On wyrwał mnie z ciemności. Moc wewnętrzna jest fundamentem, Duch Święty. Człowiek może być niepełnosprawny, może być w trudnym położeniu, po ludzku bez wyjścia, a Pan Bóg sprawia, że z tego wychodzi obronną ręką ku zdziwieniu wrogów, oprawców. Moje życie nie wyglądało dobrze, a jednak Pan Bóg był silniejszy.

 

A gdyby czytał to ktoś, kto idzie przez życie zygzakiem i upada, to co byś mu powiedział?

Nigdy, ale to przenigdy się nie poddawaj, bo nie ma takiej studni, która by nie miała dna i takiej nocy, która nie zakończyłaby się świtem, także odwagi bracie. I przytul się do Pana Boga do Matki Bożej, proś, błagaj o siłę, o światło Ducha Świętego, a wyrwą cię z tego. Często modlę się bardzo mocno do Pana Jezusa, żeby zajął się wszystkim i naprawdę, dzień który się wydaje nie do pokonania kończy się pięknie. Kiedyś taki młody człowiek właśnie w centrum neuropsychiatrii zapytał mnie „Ale jak mam oddać Panu Bogu życie? Jak ty to rozumiesz?” rozumiem to tak, że Pan Bóg ci niczego nie zabierze. Ale on lepiej wie, co jest dla nas dobre. Dlatego trzeba się przede wszystkim modlić o zaufanie.

 

To powiedział Grzegorz Kleszcz, mistrz!

(śmiech) Bóg jest wielki! Amen!

 


 Wywiad Pawła Kęski z Grzegorzem Kleszczem ukazał się na antenie Radia Warszawa.

 

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap