Giotto, śmierć św. Franciszka, domena publiczna
Ostatnie godziny świętego Franciszka z Asyżu
Osiemset lat temu, 3 października 1226 roku, też była sobota. Franciszek miał zaledwie 44 lata. Chciał umrzeć tam, gdzie przed laty zaczęła się historia jego wspólnoty
Żył zaledwie 44 lata. A Kościół odmienił tak bardzo, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo styl chrześcijaństwa, w którym dziś jesteśmy zanurzeni, ukształtował właśnie on.
800 lat temu, 3 października 1226 roku też była sobota. Organizm Franciszka był wyniszczony chorobami i latami bardzo surowego życia. Dwa lata wcześniej, na górze La Verna, otrzymał stygmaty.
Od kilku lat cierpiał na ciężką, postępującą chorobę oczu. Niemal nie widział, musiał stronić od światła, a podejmowane leczenie nie przyniosło poprawy. Dziś lekarze przypuszczają, że mogła to być jaglica, czyli przewlekłe zakażenie spojówek i rogówki. Nieleczone prowadzi do bliznowacenia i utraty wzroku. Franciszek mógł nabawić się tej choroby podczas wyprawy na Wschód w 1219 r., kiedy przebywał w rejonie Damietty podczas V krucjaty.
Ale jego organizm wyniszczała inna choroba, rodzaj malarii, też nabytej prawdopodobnie na Wschodzie. Już po powrocie stamtąd, w 1220 roku, zrezygnował z kierowania założonym przez siebie zakonem. Z jednej strony widział problemy, jakie rodziły się w rozrastającej się dynamicznie wspólnocie, które wymagały jego twardej ręki, z drugiej strony – był świadomy, że z powodu utraty sił nie jest w stanie stawić im czoła. O pomoc w tej sprawie zwrócił się do papieża. Franciszek pracował nad regułą zakonu, którą ostatecznie papież zaaprobował w 1223 roku.
Po ustanowieniu reguły stan Franciszka zaczął się pogarszać jeszcze bardziej. Zdołał przenieść się do Greccio, gdzie urządził pierwszą bożonarodzeniową szopkę, wprowadzając zaszczepiony do dziś w chrześcijaństwie sposób świętowania uroczystości Narodzenia Pana. Nie mieszkał wtedy we wspólnocie wraz z braćmi, lecz najpierw w chatce przy kościele San Damiano w Asyżu – to tam, niemal zupełnie niewidomy, napisał Pieśń Słoneczną – a potem w pustelni.
Przeczytaj również
Wiosną 1226 roku był już tak słaby, że braciom podyktował krótką ostatnią wolę. Sprowadzała się właściwie do trzech próśb: żeby bracia wzajemnie się kochali, pozostali wierni ubóstwu i byli wierni Kościołowi. Sam nie był już w stanie długo mówić.
Ostatnie miesiące życia spędzał w okolicach Asyżu. Kiedy zrozumiał, że śmierć jest blisko, podjął jeszcze jedną decyzję.
Chciał umrzeć tam, gdzie wszystko się zaczęło
Franciszek przebywał wówczas w rezydencji biskupa Asyżu. Poprosił braci, żeby przenieśli go kilka kilometrów niżej, do Porcjunkuli, niewielkiego kościółka Matki Bożej Anielskiej.
To miejsce było dla niego szczególne. Tutaj przed laty gromadzili się pierwsi bracia, tutaj odbywały się kapituły rodzącego się zakonu i stąd bracia wyruszali głosić Ewangelię. Franciszek chciał więc umrzeć tam, gdzie jego franciszkańska droga właściwie się zaczęła. Tradycja zapamiętała to jako pragnienie, by „oddać ducha życia tam, gdzie otrzymał ducha łaski”.
W drodze do Porcjunkuli Franciszek poprosił niosących go braci, aby zatrzymali się i odwrócili go twarzą w stronę Asyżu. Niemal niewidomy pobłogosławił wtedy miasto.
Z ostatnimi dniami Franciszka wiąże się również jedna z najbardziej niezwykłych kobiecych postaci w jego biografii: rzymska arystokratka Jakobina Settesoli.
Franciszek znał ją z wcześniejszych pobytów w Rzymie. Pomagała mu w organizacji wielu spraw zakonnych, przyczyniła się do uzyskania audiencji u papieży. Została tercjarką. Franciszek przed śmiercią chciał ją wezwać i prosił, aby przywiozła rzeczy potrzebne do jego pochówku oraz potrawę, którą przygotowywała dla niego podczas wcześniejszej choroby. Oraz mustaccioli, słodkie ciasteczka przypominające toruńskie pierniki.
List nie zdążył nawet zostać wysłany, kiedy Jakobina pojawiła się w Porcjunkuli sama, przywożąc wszystko to, o co Franciszek chciał prosić. Również neapolitańskie pierniczki.
Chciał umierać na nagiej ziemi
Franciszek chciał umierać tak, jak próbował żyć: niczego nie posiadając. Poprosił braci, aby mógł nałożyć włosienicę. Wymógł również, aby położono go na gołej ziemi. Franciszkańska tradycja zachowała obraz umierającego założyciela leżącego bezpośrednio na ziemi, pozbawionego wszystkiego, co mógłby jeszcze nazwać swoim.

Ale Franciszek nie chciał umierać sam. Wokół niego byli bracia. Pobłogosławił ich, także tych nieobecnych i tych, którzy mieli dopiero kiedyś do zakonu wstąpić. Jeszcze w swoim testamencie nazywał siebie „małym bratem Franciszkiem”.
W pewnym momencie poprosił o Ewangeliarz. Chciał usłyszeć fragment Ewangelii według św. Jana rozpoczynający się od słów: „Było to przed Świętem Paschy…”. To początek trzynastego rozdziału Ewangelii św. Jana relacjonującego Ostatnią Wieczerzę, obmycie nóg uczniom i ostatnie godziny Jezusa przed Męką.
Potem Franciszek zaczął odmawiać Psalm 142: „Głośno wołam do Pana, głośno Pana błagam”. Psalm kończy się prośbą człowieka osaczonego i bezsilnego: „Wyprowadź mnie z więzienia, bym dziękował Twemu imieniu”.
Św. Bonawentura napisał, że właśnie po modlitwie tym psalmem Franciszek umarł.
„Siostra śmierć”
Rok wcześniej, ciężko chory i cierpiący, dopisał do swojej „Pieśni słonecznej” słowa pochwały Boga za „siostrę naszą, śmierć cielesną, której żaden człowiek żyjący uniknąć nie może”.
Śmierć nie przestała być śmiercią. Franciszek nie udawał, że choroba nie boli ani że umieranie jest łatwe. Ale Franciszek nawet śmierć włączył do wielkiej rodziny stworzenia. Słońce było bratem. Księżyc siostrą. Woda siostrą. Ogień bratem. A na końcu siostrą stała się również śmierć.
Pochwalony bądź, Panie, przez naszą siostrę, śmierć cielesną,
Której żaden człowiek żywy ująć nie może;
Biada tym, co konają w grzechach śmiertelnych;
Błogosławieni, którzy znajdą się w Twej najświętszej woli,
Bowiem śmierć wtóra zła im nie uczyni.
Franciszek umarł w sobotę wieczorem, 3 października 1226 roku, w Porcjunkuli. Franciszkanie 3 października obchodzą jego Transitus, czyli „przejście”. Według liturgicznego sposobu liczenia czasu rozpoczął się już następny dzień, jego wspomnienie przypada 4 października.
I dziś wieczorem, 3 października, osiemset lat po tamtym wieczorze, franciszkanie na całym świecie będą celebrowali niezwykłą noc, w której śmierć nazywają nie końcem, lecz Transitus. Przejściem.
mt/stacja7.pl
Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej: stacja7.pl









