Prymas Wyszyński „od siebie” o życiowych wyborach

"Jeśli czego pragnąłbym w tej chwili, najmilsi – to jednego – abyście umieli doceniać siebie". Prymas Wyszyński nawet w trudnych warunkach nie stracił zdolności dokonywania wyborów, podejmowania decyzji i odpowiedzialności. Bardzo dokładnie i bez pośpiechu rozważał wszystkie „za” i „przeciw”. Nie wykluczał żadnej możliwości lecz starał się jak najbardziej zobiektywizować swój kolejny krok.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Prymas Wyszyński „od siebie” o życiowych wyborach
"Jeśli czego pragnąłbym w tej chwili, najmilsi – to jednego – abyście umieli doceniać siebie". Prymas Wyszyński nawet w trudnych warunkach nie stracił zdolności dokonywania wyborów, podejmowania decyzji i odpowiedzialności. Bardzo dokładnie i bez pośpiechu rozważał wszystkie „za” i „przeciw”. Nie wykluczał żadnej możliwości lecz starał się jak najbardziej zobiektywizować swój kolejny krok.

7. VIII. 1955, niedziela. O zwykłej porze wizyt zgłosił się kierownik w towarzystwie pana, który przedstawił się jako przybywający z ramienia Urzędu Bezpieczeństwa dla przeprowadzenia rozmowy. Po wyjściu kierownika niespodziewany gość oświadczył, że chce rozmawiać w sprawie 2 moich petycji, złożonych do Rady Ministrów. Przynosi odpowiedź, połączoną z propozycjami. Zacznie od pierwszej, jako dalej idącej – zmiany warunków izolacji.

W ten sposób Stefan Wyszyński opisał długą rozmowę, w czasie której przedstawiciel władz zaproponował mu złagodzenie warunków odosobnienia i zamieszkanie w wybranym przez Prymasa i zaakceptowanym przez rząd klasztorze. Propozycja wyglądała atrakcyjnie – kardynał mógł mieć więcej swobody, miałby z pewnością lepsze warunki, które pozwoliłyby mu na podreperowanie zdrowia no i wreszcie mogliby odwiedzać go bliscy, z którymi nie miał kontaktu od prawie dwóch lat. Prymas nie powiedział tak ani nie. Złożył obszerne oświadczenie podkreślając, że jego prawa są wciąż naruszane, po czym poprosił o czas do namysłu. Jego efekt opisuje w ten sposób:

Po modlitwie doszedłem do wniosku, że nowa sytuacja, jaka miałaby złagodzić izolację, równa się: 1. aprobacie wytworzonej przez dekret sytuacji, aprobacie pozbawienia wolności, domu i pracy; 2. jest zastąpieniem „niewoli bezwolnej” „niewolą dobrowolną”; 3. stwarza warunki, które mogą być okazją do zarzutów i konfliktów z Władzami, 4. klasztorowi, w którym będę umieszczony, skomplikuje warunki życia i narazić może na przykrości; 5. może być okazją do komentarzy w społeczeństwie, budzących zgorszenie.

W związku z tym zakomunikował wysłannikowi, że jego odpowiedź jest odmowna. Usłyszał w odpowiedzi: „No cóż – zobaczymy się za rok”. Tymczasem już za dwa i pół miesiąca okazało się, że władze same podjęły decyzję o przeniesieniu Prymasa do klasztoru sióstr Nazaretanek w Komańczy znacznie łagodząc warunki jego odosobnienia.

Sytuacja ta doskonale pokazuje wielką umiejętność Prymasa, który nawet w trudnych warunkach nie stracił zdolności dokonywania wyborów, podejmowania decyzji i odpowiedzialności. Bardzo dokładnie i bez pośpiechu rozważył wszystkie „za” i „przeciw”. Nie wykluczał żadnej możliwości lecz starał się jak najbardziej zobiektywizować swój kolejny krok. Nie miał się kogo poradzić, więc jako człowiek wiary oparł się na poradzie od Boga i Maryi, która była dla niego wzorem podejmowania trudnych i brzemiennych (dosłownie – w wyniku swojego „TAK” stała się brzemienna) w skutki decyzji. Brał też pod uwagę, że ten wybór musi być kontynuacją poprzednich, tak aby pozostał wierny kierunkowi, który obrał. A poprzednio nie tylko oddał się w całkowitą niewolę Maryi (8 grudnia 1953), ale również oświadczył swoim strażnikom, że jest w ich mocy, to znaczy, że oni są za niego odpowiedzialni. I dlatego – choćby nie był pilnowany – więzienia sam nie opuści. Z pozoru taka postawa mogła wydawać się absurdalna, ale z czasem okazało się, że dla władz sytuacja staje się coraz bardziej uciążliwa, bo mogą albo zrobić z Prymasa męczennika (czego nie chcieli, świadomi, że to wzmocni Kościół), albo go zwolnić, co oznaczało klęskę ich polityki. Ta roztropność i odpowiedzialność towarzyszyła Prymasowi przez całe życie.

 

Historia Polski obfituje w ludzi wielkich, wspominanych z wdzięcznością, ale byli też i tacy, którzy zapisali się w niej negatywnie. Wszystko zależy od wyborów, których się dokonuje. Co radziłby Ksiądz Prymas młodym ludziom stojącym w obliczu wyboru?

Gdy widzimy wielkie wzloty i upadki ludzi, którzy dla swych talentów i zalet mogli być błogosławieństwem swego Narodu, a bardzo często stali się jego klęską i przekleństwem, rodzi się w nas potrzeba ostrożności w życiu, oraz posługiwania się darami, które są wszczepione w nas przez samego Stwórcę, a które zawsze w nas dochodzą do głosu. I jeśli czego pragnąłbym w tej chwili, najmilsi – to jednego – abyście umieli doceniać siebie. Czyż miałbym w Was budzić niezdrowe ambicje? Nie! Raczej przeciwnie, pragnąłbym Was roznamiętnić w wielkim szacunku i w wielkiej czci dla naszego wspaniałego człowieczeństwa, do którego jesteśmy powołani.

Człowiek mając możność wyboru celu oraz środków dążenia do niego, ponosi sam odpowiedzialność za swoje postanowienia i nikt człowieka w tej odpowiedzialności wyręczyć nie może i nie powinien.

 

Nierzadko swoje decyzje ludzie tłumaczą trudnymi warunkami zewnętrznymi, złym wpływem innych, niekorzystną sytuacją. To może utrudniać podjęcie właściwej decyzji, ale czy uniemożliwia?

Człowiek jest podmiotem działania. On, nie kto inny! O naszym działaniu rozstrzygamy my sami. Nikt nie ma władzy zmusić nas do takiego czy innego działania. (…) Dzięki temu, że ma on wolność wyboru celu i środków dążenia do osiągnięcia go – człowiek czuje się wolny. (…) Człowiek mając możność wyboru celu oraz środków dążenia do niego, ponosi sam odpowiedzialność za swoje postanowienia i nikt człowieka w tej odpowiedzialności wyręczyć nie może i nie powinien.

 

Nawet, jeśli jest się w więzieniu – jak był w nim Ksiądz Prymas?

Ludzie potrafią oprzeć się sile, rozkazom, prawom, kodeksom, potrafią nie ulęknąć się najsurowszego nawet kodeksu karnego, najbardziej groźnych przepisów, ustaw i rozporządzeń. Mogą się nie bać karabinów maszynowych, ani potężnych, potwornych pocisków. Pokazuje się dzisiaj te kolosy, przygotowane na pokonanie „komarów” ludzkich. Ale ludzie się ich nie boją, to ich nie zdobędzie! Jedno życzliwe słowo, jeden przyjazny uśmiech, jeden znak bra­terskiej dobroci więcej zrobi, niż kosztowna aparatura militarystyczna, która jak rak zżera organizmy narodów i państw.

 

A zatem Ksiądz Prymas pojmuje podejmowanie wyborów raczej jako decyzje moralne, opowiedzenie się za dobrem lub złem, a nie jako działanie zewnętrzne?

Współczesne zamówienie społeczne, to zamówienie na ludzi do­brych. Już święty Paweł pouczał: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…” (1 Kor 13,4). Coraz częściej stwierdzamy to doświadczalnie. Im bar­dziej życie jednostki jest uzależnione od warunków bytowania społecznego i publicznego, tym bardziej nam potrzeba ludzi dobrych, łagod­nych, życzliwych, przyjaznych, dozujących rozważnie słowem, wystrze­gających się wszelkich pogróżek; ludzi, którzy by umieli zdobywać ser­cem, a nie pięścią — zwłaszcza w Polsce. Bo Polaków nie zdobywa się groźbą, tylko — sercem i rozsądkiem. My nie jesteśmy narodem intelektualistów, ale narodem, który rozumie sens i wartość serca w życiu rodziny ludzkiej.

 

Co jednak powiedziałby Ksiądz Prymas młodym ludziom, którzy stoją w obliczu konkretnego wyboru – szkoły, studiów, zawodu, który dawałby szansę rozwoju i utrzymania?

Wybierając kierunek studiów, musicie mieć swobodę i niezależność od rzeczywistości, bo nieraz tak zwana „rzeczywistość” popycha nas w zbyt ściśle określonym kierunku, ograniczając wszechstronne możliwości człowieka. Są „modne” kierunki studiów, ku którym najczęściej młodzież idzie całą falą. Później okazuje się, że nie jest dobrze, gdy za wiele osób jest specjalistami w jednej dziedzinie nauki. Coraz częściej mówi się o tym, że zainteresowania techniczne naszej młodzieży mogą się w niedalekiej przyszłości odbić ujemnie na jej rozwoju. Będzie to bowiem rozwój jednostronny. Już dziś widzi się, że przecenianie nauk technicznych i przyrodzonych w jakimś stopniu zubaża ogólny poziom życia narodowego. Mówią profesorowie wyższych uczelni politechnicznych, że absolwenci szkół średnich ogólnokształcących są o wiele lepiej przygotowani do studiów specjalistycznych, aniżeli absolwenci szkół technicznych.

Czemu więc świat, czemu ojczyzna nasza pełne są nie­pokoju, lęku i trwogi? Bo wydaje nam się, że na całym świecie i w na­szej ojczyźnie zrezygnowano z serca. Istnieje wielka nieufność do ser­ca, może nawet wstydzenie się uczuć, uczuciowości i czynów płyną­cych z miłości.

 

Czy to znaczy, że nauka, profesjonalizacja, specjalizacja w jakiejś dziedzinie nie ma znaczenia?

Świat nie staje się lepszy, mimo to, że jest mądrzejszy, bo zrezy­gnował z serca. Dlatego świat nie daje pokoju, a ludzie schną z lęku w przewidywaniu czegoś najgorszego. Przeczytajcie gazety chociażby z jednego dnia. Ile tam pesymizmu, zwątpienia, bezradności, bezna­dziejności, narzekania, krytyki, wzajemnego obwiniania! To wszystko jest bezlitosne i beznadziejne.

Niewątpliwie, uruchomiono ogromne zasoby wiedzy i dokonano wielkich dzieł. Czemu więc świat, czemu ojczyzna nasza pełne są nie­pokoju, lęku i trwogi? Bo wydaje nam się, że na całym świecie i w na­szej ojczyźnie zrezygnowano z serca. Istnieje wielka nieufność do ser­ca, może nawet wstydzenie się uczuć, uczuciowości i czynów płyną­cych z miłości.

Całemu światu — ojczyźnie, narodowi, rodzinom, wychowaw­com w szkołach, urzędnikom, milicjantom, zwierzchnikom, ministrom i premierom — wszystkim potrzeba serca! Otwórzmy więc serce! Dla kogo? Dla własnych braci, dla dzieci jednego narodu, wspólnej ojczy­zny, dla mieszkańców jednego miasta i wsi, dla dzieci wspólnej rodziny, dla ludu Bożego parafii, dla sąsiadów, dla otoczenia — dla wszystkich! Ba! Dla całego świata! Tak by się nieraz chciało, aby przykład z Kalwa­rii powtórzył się, aby nareszcie zostało otwarte serce wszystkich ludzi!

 

To w takim razie jakie kryterium wskazałby Ksiądz Prymas młodym ludziom decydującym się na kształcenie w określonym kierunku?

Szczęśliwie, jeżeli wybrany kierunek będzie dla Was jak najmniej zawodem, a jak najbardziej powołaniem. Zawód często sprawia człowiekowi „zawód”. Ale gdy patrzeć będziecie na obrany kierunek studiów, a później pracy, jako na powołanie, wtedy łatwiej Wam będzie przezwyciężyć niejeden kryzys czy rozczarowanie, jakie może powstać w wyniku wykonywanej pracy. Gdy rozmawiamy z inteligencją, która ukończyła studia specjalne i oddała się określonemu kierunkowi pracy, spotykamy się nieraz z objawami znużenia, a nawet rozczarowania. Wypełnianie konkretnej powinności życiowej jest zazwyczaj ciężkie. Trzeba na to wielu sił. Trzeba mobilizować swoje energie i duchowe zapasy sił, aby przetrwać momenty krytyczne i nie załamać się pod wpływem narastających trudności, które powstają w toku wykonywanej pracy oraz sprawowanego powołania. (…) Z podobną sytuacją możemy spotkać się na każdym niemal odcinku pracy zawodowej. Jeśli jest ona wykonywana rzetelnie i z zamiłowaniem, przekształca się w powołanie. (…) Trzeba więc bardzo starannie analizować samego siebie i swoje upodobania, a nie nastroje chwili czy modę. Bywa taki „owczy pęd”: „Ty idziesz na medycynę? To i ja”. – Ty idziesz na architekturę? No to i ja. Nigdy się nie rozstaniemy!” – Nie jest to decyzja dojrzała, bo nie liczy się z własną osobowością.

Właściwe rozpoznanie człowieka i sie­bie samego możliwe jest dopiero przez kontakt z otoczeniem. To głębo­kie prawo psychologiczne określił Chrystus

 

A w jaki sposób rozpoznać swoją osobowość?

Właściwości ukryte i nieznane, które są osobistą tajemnicą danej osoby ludzkiej, zostają rozpoznane w kontakcie z innymi. My także, rozpo­znajemy swoje „zdolności”, gdy dostaniemy w ręce… człowieka. Najłatwiejsza i najmniej realna jest miłość abstrakcyjna, ideal­na, idealistyczna, a najprawdziwsza — miłość konkretna. Realizuje się ona w odniesieniu do otoczenia, do konkretnego człowieka. Widzimy wtedy, jaka miłość z nas emanuje. Właściwe rozpoznanie człowieka i sie­bie samego możliwe jest dopiero przez kontakt z otoczeniem. To głębo­kie prawo psychologiczne określił Chrystus, mówiąc: „Po tym poznają wszyscy, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu” (J 13,35). Jak odnosicie się do siebie wzajemnie? Co robicie z człowiekiem „podanym” na waszą wolę? Gdy zobaczą, jak traktuje­cie brata, poznają i dowiedzą się, czyjego ducha jesteście.

 

Idzie o to, aby nas ludzie nie „ubierali” w swoje szatki i piór­ka, ale byśmy sami umieli znaleźć swój własny, Boży styl!

Gdy Ksiądz Prymas był dzieckiem, usłyszał od umierającej matki słowa: „Stefek, ubieraj się”. Chłopiec założył palto, a wtedy mama powiedziała:  „Ubieraj się, ale nie tak! Inaczej się ubieraj!” Dopiero wiele lat później ojciec wytłumaczył mu, co miała na myśli: „ubieraj się w cnoty, aby przygotować się do swojego przyszłego życia”. Jedną z nich jest roztropność – umiejętność podejmowania dobrych decyzji…

Można człowieka ładnie ubrać, ale najlepiej, gdy ktoś ubierze się sam. Gorzej, gdy musimy mówić: — A toś mnie „ubrał”! — O wiele lepiej, gdy czynimy to sami! Idzie o to, aby nas ludzie nie „ubierali” w swoje szatki i piór­ka, ale byśmy sami umieli znaleźć swój własny, Boży styl! Abyśmy „mieli twarz”, na której odbija się światło oblicza Bożego (…) Patrząc na Oblicze Boga, mamy w Nim dostrzec Człowieka. Jednocześnie mamy w Nim zobaczyć, jak w Bożym zwierciadle, własną twarz. Mieć twarz dobrą — mieć w ogóle twarz — to wcale nie jest mała sprawa. Jeżeli dzisiaj tyle się mówi o „robieniu twarzy”, trzeba myśleć również o katolickim „kosmetyku”, o ukształtowaniu własnej twarzy na obraz i podobieństwo Boże.

 

A zatem, podejmując konkretne decyzje człowiek powinien nie tyle myśleć o możliwych zewnętrznych jej efektach, ile o jej spójności z własnym sumieniem?

Kiedyś zwiedzałem w Belgii ogromną hutę. Było tam kilkadzie­siąt zamkniętych pieców martenowskich. Zauważyłem, że raz po raz ktoś przechodzi od pieca do pieca i przez specjalne szklane okienko zagląda, sprawdzając termometry, których przy każdym piecu było wiele. Zapytałem: Po co tam ciągle zaglądacie? — Bo trzeba wiedzieć, co się w piecu dzieje — odpowiedziano mi. Oprowadzał mnie jeden sta­ry Polak. Mówię mu: Bracie, żeby tak człowiek ciągle zaglądał do swo­jej duszy, co się tam warzy, jaka strawa się szykuje, to by dobrze było, co? O, proszę księdza — powiada — jak by to było dobrze! Jak za dwa­dzieścia godzin piec otworzę i wszystko z niego wyjdzie, to muszę do niego sam wleźć w specjalnym azbestowym ubraniu, aby go wyporządzić. Ta robota trwa cztery godziny. Potem ode mnie czuć, jak z tego pieca. Więc mnie kobieta i dzieci wyganiają z mieszkania. Muszę cho­dzić nad rzeką, aby troszkę wywietrzeć. — Powiedziałem mu: Bracie mój, w niejednym domu tak czuć jak z tego pieca. — Ano, juści, są ta­kie. I w niejednym człowieku tak jest!

 

Miarą odpowiedzialności za podejmowane decyzje jest więc ostatecznie czyste sumienie. Czy w tym Ksiądz Prymas upatrywał dla rodaków szansę, by nie powtórzyli błędów swoich przodków, którzy ze „złotej wolności” uczynili narzędzie rozkładu ojczyzny?

Jeżeli się część własnego człowieczeństwa w nas rozwinie i rozbudzi, będziemy pewni, że straszne koszmarne widziadła, wydobywane skrzętnie przez mężów z przeszłości, nigdy nie będą się powtarzać, a każdy z nas będzie błogosławieństwem swego Narodu, stanie się błogosławieństwem swego Narodu. A czego bardziej trzeba, jak nie właśnie tego, aby każdy Polak, który spełni swoje zadanie, odchodził z tej ziemi ojców do Ojca naszego, który jest w Niebie – błogosławiony, aby życie jego błogosławiono.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole "Żagle" Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Prymas Wyszyński „od siebie” o wychowaniu

„Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe: najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuką jest zwyciężać innych, sztuką jest zwyciężyć siebie samego!”. Jak w dzisiejszym świecie wychowywać młode pokolenie - dzieci i nastolatków?

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Prymas Wyszyński „od siebie” o wychowaniu
„Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe: najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuką jest zwyciężać innych, sztuką jest zwyciężyć siebie samego!”. Jak w dzisiejszym świecie wychowywać młode pokolenie - dzieci i nastolatków?

Wszyscy starannie się perfumowali, chociaż nieraz byli ubrani gorzej. Wszyscy marnowali czas na nudzie i bezczynności. Jeżeli coś czytali, to powieścidła. Wszyscy nie byli skłonni do pracy. Jeżeli niekiedy do niej wyszli, to na bardzo krótko – tak opisywał Prymas Wyszyński swoich strażników w Stoczku Warmińskim.Większym ich wyczynem było wykoszenie traw w ogrodzie; wszyscy umieli dobrze kosić, z czego wynika, że w pierwszym pokoleniu pochodzą ze wsi. Niemal wszyscy umieli dobrze kląć. Gdy dochodziły odgłosy ich rozmów, były zawsze bardzo ordynarne.

W opisach tych nie brakowało humoru:

Mogli być świadkami niszczących się traw, nie zajęli się nimi. Gdy wreszcie skoszono trawy, nikt ich nie przewracał, aż zgniły. Gdy proces gnicia zatruwał powietrze, przyszły wozy wojskowe rankiem i wywiozły zgniłe trawy; tuż za parkanem pasły się krowy na wyschłym wygonie. Resztę trawy spalono w ogrodzie, ujawniając całemu światu wysoce postępową metodę suszenia siana. Byliśmy zdumieni tak prostym pomysłem „racjonalizatorstwa” w rolnictwie; że też tak późno ludzie wpadli na ten pomysł, i to w Stoczku, na oczach ludzi zacofanych, wrogów nowego ustroju!

 

Byli to przeważnie ludzie młodzi. Prymas zastanawiał się jaka będzie przyszłość Polski, jeśli ludzie, którym powierzono bardzo odpowiedzialne zadanie pilnowania „wroga publicznego” są na tak niskim poziomie. Wnikliwie zauważał (co się sprawdziło w stu procentach po kilku dekadach):

Ci ludzie nie są zdolni stworzyć materialnego dobrobytu w Polsce. Nieraz wypożyczano z naszego „magazynu”, w którym zgromadziliśmy trochę narzędzi ogrodowych, zebranych w parku, jakieś sprzęty do pracy; nigdy ich nie odniesiono na miejsce, porzucono tam, gdzie coś robili. Ile razy zbieraliśmy te sprzęty, przynosząc z powrotem do naszego schowka pod gankiem!

 

Jest faktem, że marksistowski materializm doprowadził do rozkładu życia moralnego w Polsce. Ale Prymas zauważał, że podobny proces następuje również i w tzw. wolnych krajach:

Gdy byłem młodym człowiekiem i chodziłem po Rzymie, widziałem dużo młodzieży, ale z „bedekerami”, którymi pomagali sobie rozpoznać miasto. A teraz widzieliśmy inną młodzież. Wyglądało to tak: worek pod głową, kamień wyjęty z wielkiej ekspozycji schodów Trinità dei Monti, a na tym leżą sobie młodzi ludzie i patrzą na świat z wielką pogardą.

Dopóki tam spokojnie leżeli, było pół biedy. Ale gdy zaczęli urządzać tam swoje życie „na stałe”, a w fontannie Trinità dei Monti prać garderobę, musiano się tym zainteresować. Policja zaczęła odwozić ich do granicy. Powstał wielki problem: przecież jest wolność, swoboda! Jeżeli ta młodzież nie chce nic robić, to czemu jej przeszkadzać? Ale inni pytają – jak długo można nic nie robić. Gdy dzienniki rzymskie zajęły się tą młodzieżą i zaczęły zamieszczać masę fotografii, zdumienie ogarnęło, jak człowiek może się tak zdeformować.

Widzimy, że i wśród naszej młodzieży, niestety nie brak jest nieładu, może tylko nie w tak jaskrawej formie. Znajdujemy wspaniałe wzory młodzieży bardzo dobrze pracującej, ale również nie brak jest młodzieży próżnującej.

 

Lenistwo jest deformacją psychiczną, bo pozbawia rozum i wolę inicjatywy. Prowadzi do „zaśniedziałości” serca, wskutek czego młody człowiek stale cofa się w swoim rozwoju.

Wychowawcom, rodzicom i nauczycielom często wydaje się, że największym problemem w kształtowaniu młodego pokolenia jest brak odniesienia do pewnych wartości. Tymczasem Ksiądz Prymas wskazuje, że przyczyną problemów jest rezygnacja z wymagania od młodego człowieka wysiłku i pracy?

Lenistwo jest deformacją psychiczną, bo pozbawia rozum i wolę inicjatywy. Prowadzi do „zaśniedziałości” serca, wskutek czego młody człowiek stale cofa się w swoim rozwoju, nie mając odpowiedniego rozruchu dla swoich możliwości, zdolności, talentów itp. Im bardziej człowiek jest zasobny w dobra kulturalne, właściwości psychiczne, zdolności i talenty, tym większy ma obowiązek pracy, czyli rozwijania wartości, które w nim są. Obowiązek pracy to ratunek przed dekadencją i deformacją własnej osobowości. Nieraz słyszy się powiedzenie: „Gdy chcesz, aby ci coś zrobiono, idź do człowieka, który ma dużo pracy”. Dlaczego? Dlatego, że ten, kto ma pracy mało, a czasu dużo, jest tak psychicznie „rozłożony” i rozleniwiony, że jego sprawność mobilizacji psychicznej, a nawet fizycznej, jest osłabiona. U człowieka natomiast bardzo zajętego, potęguje się zdolność i podnosi się sprawność operatywna. Niekiedy on sam jest zdumiony, jak to się dzieje, że jest on zdolny podołać tak ogromnej ilości obowiązków i pracy.

 

W jaki sposób człowiek może dojść do takiej postawy?

W pewnej parafii w Polsce był ochrzczony piętnasty synek w rodzinie. Posłałem błogosławieństwo, bo o to proszono. Rodzina rolnicza, ojciec ma osiem hektarów ziemi. Siedem dziewczynek otrzymało odznakę „wzorowej uczennicy”, dwie skończyły szkoły zawodowe i pracują. Wyobrażam sobie, jak ten najmniejszy, który teraz przyszedł na świat, będzie kochany, jeśli czternaście par rąk zacznie przelewać rodzinne uczucia na tego „młodzieńca”! – Pomyślcie, jakim szczęściem jest liczna rodzina!

Wydaje się niekiedy ludziom, że im mniej dzieci, tym mniej kłopotu. Ale pomyślcie, jak ten kłopot może być radosny, zwłaszcza jeżeli starsze siostry pomagają młodszemu rodzeństwu i matce. Kiedyś spotkałem małą dziewczynkę, która niosła swojego braciszka. Nożyny malca były tak długie, że ledwie dźwigała go przed sobą. Ale szła, pełna dumy.

 

A zatem pierwszym sojusznikiem udanego procesu wychowawczego jest liczna rodzina. To też własne doświadczenie księdza Prymasa. Jednak wówczas łatwo o konflikty, kłótnie, wzajemne złości…

Gdy byłem małym chłopcem, wpadłem kiedyś w „szalony gniew” i spaliłem moim siostrom – a miałem ich cztery – wszystkie lalki. Możecie sobie wyobrazić, jaki był płacz i co mi groziło, gdy przyszła „sprawiedliwość” w postaci…ojca! I wtedy co się okazało? W moim domu stał duży fortepian. To było miejsce mojej ucieczki – pod fortepian. Gdy „sprawiedliwość” się zbliżała, moje cztery pokrzywdzone siostry obsiadły wokół fortepian i błagały ojca, aby egzekucję odłożyć na później. Tłumaczyły: on się poprawi, nawróci. – Jak widzicie, „nawróciłem się”.

 

Potrzeba w rodzinie dwojga serc i dłoni, potrzeba życzliwości i czasu, aby osiągnąć należyty rezultat wychowania. Potrzeba tego dzisiaj każdej rodzinie polskiej!

Z tego wynika, że mały Stefek miał ojca „obecnego” w domu. Dziś problemem wychowawczym jest jego nieobecność.

(…). W Gnieźnie rankiem, stojąc w oknie swego domu, patrzyłem na ulicę. Przez jezdnię przechodziła kobieta: jedno dziecko w wózeczku, drugie na ramieniu, a trzecie trzymało się sukienki matki. Spieszyła się do pracy. Pytanie: a gdzie mąż? Może już wcześniej poszedł do pracy, możliwe. Ale zostawił ją z tym słodkim, błogosławionym ciężarem samą, na niebezpiecznym, przejściu, gdzie krążą ciężkie wozy od strony Torunia i Bydgoszczy.

Czyż nie trzeba sobie tu przypomnieć świętego Józefa, jego troski o Maryję i pomoc w codziennych sprawach? Czy nie trzeba sobie przypomnieć obowiązków, jakie macie wobec matek, żon i sióstr? Uczcie się na przykładzie Józefa, jak pomagać Maryi. Niech dla każdego z Was rodzina – nie tylko ta własna – będzie świętą rodziną!

Gdy dzisiaj mówimy o współdziałaniu Józefa z Nazaretu z Maryją, w dziele powierzonym im przez Ojca Niebieskiego, to na ich przykładzie uczymy się, że potrzeba w rodzinie dwojga serc i dłoni, potrzeba życzliwości i czasu, aby osiągnąć należyty rezultat wychowania. Potrzeba tego dzisiaj każdej rodzinie polskiej! Nie poprawi się sytuacji w rodzinie, nie przezwycięży się niepokojów współczesnych, jeżeli nie przywróci się dzieci i młodzieży rodzicom, jeśli matki nie będą mogły poświęcić więcej czasu swoim dzieciom; jeżeli przynajmniej w niedziele i święta cała rodzina nie spotka się swym domu i jeśli nie zaprzestanie się podejmowania dodatkowych przymusowych zobowiązań społecznych w czasie wolnym od pracy. Dopiero wtedy, gdy to wszystko będzie przeprowadzone, możemy liczyć na szybsze i owocniejsze wyniki odnowy rodziny.

 

Rodzice dzisiaj skarżą się na swoją bezradność wobec dzieci, są nimi zmęczeni. Małe dziecko jeszcze da się jakoś opanować, starsze potrafi zachowywać się arogancko i mieć za nic polecenia czy nawet prośby rodziców.

W nasze codzienne życie, nawet zawodowe, za wiele weszło – wybaczcie to słowo – zwyczajnego chamstwa. Niektórym ludziom wydaje się bowiem, że tak zwany postęp musi koniecznie łączyć się z chamstwem i brutalnością. Widzicie to na ulicach wielkich miast, dostrzegacie to w prasie. Nawet wielu pisarzy stara się o to, aby swoje utwory „ozdobić” na każdej stronie przynajmniej kilkoma wyrazami rynsztokowymi. Odwracajcie się od tego, niech Wam to nie imponuje!

(…)

Czytałem w świątecznym numerze „Tygodnika Powszechnego” krótki artykuł o pracy robotników budowlanych i ich życiu w hotelu robotniczym. Autor artykułu opisuje swoje spostrzeżenia. Mieszkał w tym hotelu miesiąc: W sobotę po wypłacie młodzi chłopcy – bo przeważnie tacy tam mieszkali – osiemnasto, dwudziesto, dwudziestopięcioletni – wszystko co zarobili, przepijali. W niedzielę, czasem któryś poszedł na Mszę świętą, ale większość była pijana. Niekiedy jeszcze w poniedziałek nie zjawił się nikt w pracy. Dopiero we wtorek stanęło na budowie około trzydziestu procent pracujących. Ci młodzi ludzie nie myśleli o tym, że człowiek ma obowiązek czynić z siebie ofiarę i opanować swoje złe nałogi.

 

Chrystus stawia Wam wymagania umiejętności walki z sobą, ze swymi popędami i złymi skłonnościami. Żąda od Was pracy nad sobą. Ale tylko za cenę tej pracy zwycięża się samego siebie.

Trudna jest ta mowa – chciałoby się powiedzieć. Wychowawcy nie mają często odwagi, aby mówić w ten sposób. Jak to robi Ksiądz Prymas?

Chrystus stawia Wam wymagania umiejętności walki z sobą, ze swymi popędami i złymi skłonnościami. Żąda od Was pracy nad sobą. Ale tylko za cenę tej pracy zwycięża się samego siebie. Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe: najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuką jest zwyciężać innych, sztuką jest zwyciężyć siebie samego! Znacie z dziejów przykłady takich ludzi, którzy zwyciężali innych, ale przekonali świat, że są słabymi i marnymi ludźmi. Znacie z historii literatury przykłady ludzi, którzy pozostawili po sobie wspaniałe pomniki twórczości, ale ostatecznie sami zbankrutowali, a nawet targnęli się na własne życie. Nie mieli pionu moralnego, nie mieli ładu ducha i umiejętności zwyciężania siebie.

Może Waszą młodzieńczość pociąga niekiedy dowolność i swoboda życia, ale szybko się przekonujecie – chociaż pragnąłbym, abyście się nigdy osobiście o tym nie przekonali – że wszelka wolność i dowolność moralna kończy się ostatecznie katastrofą, której się wkrótce żałuje. Panowanie nad sobą i walka ze złymi skłonnościami, zakończona zwycięstwem, dają radość i rodzą doniosłe owoce osobiste i społeczne. Ale to kosztuje.

A cóż nie kosztuje, Najmilsze Dzieci?! Każda rzecz wielka musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe! 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole "Żagle" Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap