Prymas Wyszyński „od siebie” o wytrwałości

Prymas był świadom, że to nie jego ludzkie siły decydują o wytrwaniu. A raczej – decyduje o nim świadomość jak te siły są nikłe w obliczu pokus, których doświadcza i zaufanie, że nie jest w tej walce sam.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

30 VII 1954, piątek.

Ukochany mój Synu!

W moim i najbliższych imieniu przesyłam Ci, Najdroższy mój Synu, na zbliżający się dzień Twego Patrona i 30-lecie święceń kapłańskich, najserdeczniejsze życzenia wszelkich łask Bożych i spełnienia pragnień, a zwłaszcza, by Dobry Bóg nie szczędził Ci sił, zdrowia i wytrwałości.

Te słowa przeczytał Prymas Wyszyński w liście od ojca 30 lipca 1954 roku, na dzień przed swoimi pierwszymi więziennymi imieninami. Życzenia dotyczą sfery fizycznej (sił, zdrowia), ale też sfery duchowej – wytrwałości. Który ojciec nie pragnie, aby jego dziecko – nawet w trudnych warunkach – okazało konsekwencję i doprowadziło zaczętą rzecz do końca?

 

Półtora roku później, już w Komańczy, Prymas zapisze:

19 II 1956

W I niedzielę Czterdziestnicy nieustannie wraca nam tragiczna scena z Wielkiego Kuszenia Syna Człowieczego. Do dziś dnia powtarza się w dziejach człowieczeństwa, w życiu Kościoła Chrystusowego, w duszy każdego chrześcijanina. Wielką jest łaską, że Chrystus dał poznać na sobie, jakimi metodami posługuje się kusiciel, jakie są jego kusicielskie chwyty. Czyż nie widzę w sobie, jak wrażliwy jestem na pokusę „chleba”, na pokusę łatwizny życiowej, na pokusę „świętego spokoju”. Czyż nie dobrze podpatrzył kusiciel moje słabości? Jeślim nie uległ tym pokusom dotąd, to wcale nie znaczy, żem już bezpieczny. Jeślim wytrwał, to czy nie dlatego, że Bóg walczył za mnie?

„Jeślim wytrwał” – znowu pojawia się na kartach „Zapisków więziennych” sprawa konsekwencji w podjętych decyzjach, sprostania próbom, które mogły odwieść więźnia od kierunku, który sobie wyznaczył, gdy został pozbawiony zewnętrznej wolności. Ale sprawa ta podniesiona zostaje na wyższy poziom. Ojciec życzył mu wytrwałości chyba bardziej jako pewnej ludzkiej zdolności do bycia konsekwentnym. Prymas, po dwóch i pół roku od uwięzienia jest świadom, że to nie jego ludzkie siły decydują o wytrwaniu. A raczej – decyduje o nim świadomość jak te siły są nikłe w obliczu pokus, których doświadcza i zaufanie, że nie jest w tej walce sam. Zdaje sobie jednocześnie sprawę, że życie wypełnione jest przeszkodami (pokusami), z których każda może zniechęcić do kontynuowania wysiłku.

Walka dziś toczona z Kościołem zwycięża w wielu ludziach właśnie dlatego, że pieką sobie chleby z kamieni, rzuconych Kościołowi pod nogi; że pozwalają się nosić na rękach złym duchom, że nieustannie padają plackiem na twarz, bijąc służalcze hołdy wszystkim kusicielom.

Ciekawe, że ten silny wewnętrznie mężczyzna, który nie raz dał dowód wierności i konsekwencji upatruje wzoru dla wytrwałości – w kobiecie. Nikt z artystów nie przedstawił Maryi w postawie oparcia o krzyż – zapisze 26 czerwca 1956. Ona stała o własnych siłach. Wszystko wokół się chwiało! Ale ktokolwiek spojrzał na Maryję, widział, że Ona się nie chwiała! Zawsze była Virgo Auxiliatrix [Dziewica Wspomożycielka] – wspomagała postawą swoją wszystkich wokół. I wytrwała!

Wytrwał i Prymas. Przez trzy lata więzienia nie stracił nadziei, nie zrezygnował z codziennego, wypełniającego cały dzień szczegółowego planu, nie poddał się machinacjom władz. Wiele siły dodawała mu myśl, że dzieli on los wielu rodaków i los katolików poddawanych represjom przez stalinowskie władze.

 

Zarówno w czasie wojny jak i później, w okresie komunizmu, ksiądz Prymas był świadkiem niesamowitej konsekwencji ludzi gotowych wytrwać do końca. Jaki jest motyw takiej postawy?

Ludzie umieją ginąć za prawdę. To jest postawa prawdziwie chrześcijańska, ludzka i męska. Świadczy o pełnej dojrzałości człowieka, umiejącego nawet cierpieć w obronie prawdy i wiary, która go zrodziła i która ubogaca jego życie. Ale ludzie giną też bez prawdy, giną, gdy jej nie mają. Bo wtedy rodzi się tragedia kłamliwości. Jeżeli na miejsce tych, którzy gotowi są ginąć za prawdę i dać życie w jej obronie, powstanie pokolenie kłamców; jeżeli społeczność ludzka nie doceni wysokiej godności człowieka, obowiązanego do prawdy, i wysokiej godności braci, którym trzeba mówić prawdę, jak upomina Apostoł: „Niech każdy z was mówi prawdę do bliźniego, bo jesteście nawzajem dla siebie członkami” (Ef 4,25) — wówczas rozpoczyna się straszliwa tragedia osoby, narodu i całej rodziny ludzkiej.

 

Człowiek, który dotrzymuje zobowiązań budzi zaufanie, ktoś kto jest niekonsekwentny takiego zaufania nie zdobywa. A jednak w różnych kontaktach międzyludzkich dostrzega się sporą łatwość do dużej zmienności w podejmowaniu zobowiązań i wypełnieniu ich…

Ludzie nie tylko myślą, iż w wielu okolicznościach i sytuacjach są upoważnieni do mówienia nieprawdy, ale uważają to nawet za pewną umiejętność życia, za spryt życiowy. „Wykręcili się sianem”, coś tam powiedzieli na odczepnego i mają… „święty spokój”. — Czy rzeczywiście mają oni „święty spokój”? Czy sumienie nic im nie mówi? Czy ma „święty spokój” z nimi otoczenie, które kilkakrotnie okłamane, zaczyna podejrzewać: a może i tym razem skłamał? To jest straszne, jeżeli utrzyma się taki właśnie obyczaj sprytnego okłamywania się wzajemnie. Słowa są wspaniałym narzędziem przekazywania tego, co mamy w sercu, w myślach. Są chlebem pożywnym, którym serdecznie i szczerze łamiemy się, sami pożywamy i dzielimy się z bratem. Wówczas wszyscy widzą: oto człowiek, który sam żyje prawdą i innych nią obdarza, uszczęśliwia i ubogaca.

 

Z czego wynika niewierność podjętym zobowiązaniom?

Wielkim nieszczęściem niemal całej rodziny ludzkiej jest upowszechniająca się nieprawda, którą bardzo często nazywa się roztropnością. Człowiek „roztropny” ukrywa, co ma do powiedzenia. Po co się narażać? Powstaje pokolenie ludzi nad miarę roztropnych, których niejako dowodem osobistym, sprawdzianem ich roztropności jest, że mają swoje przekonania, z którymi — jak mówią dowcipnie — sami się nie zgadzają, ukrywają je w myślach, a mówią zupełnie co innego. To jest prawdziwa katastrofa! Katastrofa osób, bo człowiek sam zniekształca się w nieprawdzie, i społeczeństwa, bo jeśli społeczeństwo składać się będzie z ludzi rządzących się nieprawdą, wtedy powstanie społeczność wzajemnie się okłamująca. Jakże wówczas będzie wyglądało nasze codzienne życie? Będzie ono trudne, niemożliwe, ciągle trzeba będzie doszukiwać się: czy mówisz prawdę? czy naprawdę tak jest?

 

Symulanctwo moralne, ukrywanie swoich przekonań osobistych, społecznych a nawet religijnych — niekiedy z obawy — w stosunkach pracy, jest bodaj większym nieszczęściem i większą tragedią współczesną, zniekształcającą naród psychicznie aniżeli rozwiązłość, niemoralność, nietrzeźwość i inne bolesne przejawy życia.

Czy Ksiądz Prymas obserwuje wpływ takiej postawy na wychowanie młodego pokolenia?

Nieraz dziwimy się, że ma ono tak mało zaufania do pokolenia starszego. Może młode pokolenie jest przedwcześnie zmęczone atmosferą nieprawdy, kłamstwa, kłamliwości, nieszczerości, faryzeizmu i obłudy, z którą spotyka się tak często? Młode pokolenie jest pełne przedziwnego oczekiwania — jak ongiś pisał Eugeniusz Małaczewski — na „nowych ludzi plemię, jakich jeszcze nie widziano”(…). Dzisiaj, rozglądając się po ulicach, stwierdzamy: jakże współczesna młodzież jest śmieszna, jak się śmiesznie ubiera, jak gdyby cyrk wyszedł na ulice miast, a wszyscy poprzebierali się za cyrkowców. Czy „śmieszna” młodzież, czy tragiczna — i dlaczego? Czy ona jest prawdziwa, czy też jest to symulowanie, okrywanie jakiejś prawdy bolesnej, którą noszą w sobie, a którą trudno pokazać innym, bo się człowiek boi, by nie ucierpiał z ujawnienie całej swej prawdy? Symulanctwo moralne, ukrywanie swoich przekonań osobistych, społecznych a nawet religijnych — niekiedy z obawy — w stosunkach pracy, jest bodaj większym nieszczęściem i większą tragedią współczesną, zniekształcającą naród psychicznie aniżeli rozwiązłość, niemoralność, nietrzeźwość i inne bolesne przejawy życia.

 

Jednak trzeba przyznać, że i w dziejach Kościoła niemało było przykładów niekonsekwencji, zakłamania, niedotrzymywania obietnic. Nawet apostołowie uciekli, gdy Jezus został aresztowany…

Zastanawia nas (…) tajemnica ludzkiego lęku, jego potęgi i siły. Pozbawia nas on wolności i trzeźwości myślenia i to do tego stopnia, że człowiek zapomina o radosnych perspektywach. Bo cóż właściwie ła­twiej pamiętać niż to… co będzie. Ludzie bawią się w proroków, pocie­szają się jak mogą. Proroctwa zawsze kończą się dobrze. Jest źle, ale wszystko dobrze się skończy… Tak sobie nieraz ludzie dodają otuchy. A uczniowie o wszystkim pamiętali — o tym, że będzie pojmany, ubi­czowany i ukrzyżowany, tylko o jednym zapomnieli — że zmartwych­wstanie. O tym „na śmierć” zapomnieli!

Oto tajemnica lęku, który odbiera rozsądek, trzeźwość, spokoj­ne myślenie i rozumienie. A lęki bywają różne, nieraz przed wielkimi, niekiedy przed banalnymi rzeczami. Jest lęk przed tym, co o mnie po­myślą? Człowiek chce się bronić, aby o nim przypadkiem źle nie pomy­śleli. Trzeba się ratować przed ludzkim myśleniem o nas i to za wszel­ką cenę. Wynajduje się więc różne sposoby ratunku. Tak samo ratowali się uczniowie Chrystusa.

 

Apostołowie uciekli, ale Piotr postąpił jeszcze gorzej, zaparł się Mistrza…

Wiemy, jak się ratował Piotr. — Nie wiem, nie znam, nie słyszałem, co mówicie… — (Mt 26,69-74). Aż tak się zląkł zwykłych kobiet z dziedzińca, które wyle­ciały od warząchwi i garnków, i zaczęły jedna przez drugą świergotać, jak wróble na dachu: — I tyś był, i tyś był na pewno, i tyś był z nimi! Mowa twoja cię zdradza! — Och, poważny Piotr, który zapewniał: z Tobą, Panie, na śmierć i do więzienia! A teraz służebnych się zląkł! Cały rozsądek, mądrość, wierność przepadły. W tym momencie wszystko by zrobił, aby się przypodobać tej hołocie, hałastrze z podwórka. Wszystko by zrobił, aby się tylko nie ośmieszyć, aby się nie wydało, że i on był z Jezusem… Oto, co może się stać z porządnym i przyzwoitym człowiekiem, z naszym wielkim przyjacielem, który na wszystko jest gotów — na śmierć i więzienie.. A tu masz! Oto tajemnica ludzkiego lęku i zmien­ności.

 

Bóg jest przeciwnikiem naszego minimalnego programu, który niekiedy sobie zakreślimy, mówiąc: masz mnie całego i czego chcesz więcej? Tymczasem On powiada: chcę ciebie jeszcze większego, jeszcze wspanialszego.

Z czego bierze się ten lęk?

Przyglądałem się wiewiórce, która cała była zielona! Pytali mnie niektórzy: Dlaczego ona jest zielona? — Bo się przystoso­wała. A dlaczego się przystosowała? — Bo się boi, że ją ktoś połknie. Zmieniła więc kolor, żeby jej nie było widać. Jak się to mogło stać? —  Najadła się zielonych szyszek i innych rzeczy. Dotychczas ruda, zmieniła kolor i teraz jest zielona, jak szyszka. Przystosowała się do otocze­nia. Na drzewach został już tylko mech. Wiewiórka musi więc być taka sama! Mój Boże, co się dziwić wiewiórce?

Całe gromady takich „wiewiórek” znajdują się wśród ludzi. Każdy na swój sposób przystosowuje się i przemalowuje… Jeden przypnie sobie ogonek dłuższy, drugi krótszy, tak czy inaczej go pomaluje, bo się boi np., aby go za głupca nie wzięli. Tak samo „przystosowali się” Apostołowie. Chociaż widzieli cuda Chrystusa, podziwiali Jego naukę i mądrość, nagle o wszystkim zapomnieli, bo groziło im niebezpieczeństwo. A zapomnieli tak głęboko, że całkiem nie spodziewali się już — Zmartwychwstania.

 

Zatem, aby wytrwać trzeba widzieć cel. Jednak wiemy też, że cele po ich osiągnięciu tracą swoją atrakcyjność i człowiek traci też motywację. Jaki cel pozwolił Księdzu Prymasowi być tak konsekwentnym?

Cokolwiek mamy, wszystko mamy dla Boga. Ale nieskończony Bóg może – że się tak wyrażę – wypić całe nasze życie do ostatniej kropelki i jeszcze będzie łaknąć: amplius, amplius! – Więcej, więcej! Sursum corda! W górę serca, wyżej, jeszcze wyżej! Bóg jest przeciwnikiem naszego minimalnego programu, który niekiedy sobie zakreślimy, mówiąc: masz mnie całego i czego chcesz więcej? Tymczasem On powiada: chcę ciebie jeszcze większego, jeszcze wspanialszego. Wymawiamy się powtarzając: nie mogę już więcej! – Jak to nie możesz? Wszak wszystko możesz w Tym, który cię umacnia! – Ale jestem słaby, nieudolny. – To nic! W przeciwnościach, w cierpieniu, w słabościach moc doskonalszą się staje.

 

Współczucie, które budzi we mnie Chrystus na krzyżu, przeniosę na wszystkich, którzy mnie otaczają. Od razu coś się we mnie „przyhamuje”, jakieś zapędy osobiste, nieuporządkowane uczucia, egoizm, samolubstwo, złośliwość, niecierpliwość, popędliwość, osąd zuchwały o innych, nieszczerość wewnętrzna

Jak się tego nauczyć?

Patrzę na krzyż, który jest wielką szkołą miłości i for­macji ludzkiej osobowości. Nie chcę — za nic — aby to wszystko, co stało się na krzyżu, powtórzyło się na kimkolwiek. Nie chcę, aby to samo wycierpiał „drugi Chrystus”, mój brat i bliźni… „Będzie wydany, wyśmiany, ubiczowany, oplwany…” (…) Na tym polega szkoła krzyża, któ­ry budzi wyrzuty sumienia, jest rachunkiem sumienia, wolą reformy, odmiany (…). Współczucie, które budzi we mnie Chrystus na krzyżu, przeniosę na wszystkich, którzy mnie otaczają. Od razu coś się we mnie „przyhamuje”, jakieś zapędy osobiste, nieuporządkowane uczucia, egoizm, samolubstwo, złośliwość, niecierpliwość, popędliwość, osąd zuchwały o innych, nieszczerość wewnętrzna itd.

 

Czy za takim program pójdzie dzisiaj człowiek, szczególnie młody?

Widzimy współcześnie odnawiający się ciągle głód ludzi prawdziwych, to znaczy żyjących w prawdzie, ludzi jasnych, przejrzystych, którzy mają oblicze prawdziwe, nie zniekształcone kłamstwem. Na takich ludzi czeka młode pokolenie.

 

 

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole “Żagle” Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Miał odprawić tylko kilka Mszy świętych. Został prymasem

Gdy 96 lat temu, 3 sierpnia w kaplicy Matki Bożej we włocławskiej katedrze bp Wojciech Owczarek święcił 23-letniego alumna Wyszyńskiego, nie mógł nawet przypuszczać kim w przyszłości będzie ten kleryk o słabym zdrowiu.

Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Choć on marzył, by mógł w życiu odprawić przynajmniej kilka Mszy świętych, w kapłaństwie przeżył niemal 57 lat, został rektorem seminarium, biskupem, prymasem Polski. Potomni powiedzą o nim, że był Prymasem Tysiąclecia. 

 

Jak zapamiętał dzień święceń?

Stary zakrystianin włocławskiej katedry, pan Radomski widząc go w świątyni powiedział: „Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń”. Święcenia jednak odbyły się. „Byłem święcony przez chorego, ledwo trzymającego się na nogach bp. Wojciecha Owczarka. Ale i ja czułem się niewiele lepiej. Podczas Litanii do Wszystkich Świętych, spoczywając na posadzce, lękałem się chwili, gdy trzeba będzie wstać. Czy zdołam utrzymać się na nogach? Taki był stan mojego zdrowia.

Ale Biskup Stanisław pozwolił mnie wyświęcić. I ja pragnąłem, po licznych trudnościach i przeciwnościach, skończyć w swoim życiu okres przygotowania do kapłaństwa, więc podźwignąłem się z choroby”.

Podczas święceń kapłańskich w kaplicy Matki Bożej we włocławskiej katedrze zarówno biskupa jak i neoprezbitera wspierał jako koncelebrans ks. Stefan Petrykowski, ówczesny notariusz Kurii Włocławskiej. Obecny był także kolega rocznikowy ks. Józef Dunaj oraz rodzona siostra późniejszego prymasa Wyszyńskiego. Oczywiście nie mogło też zabraknąć katedralnego zakrystianina.

„Wszyscy byli wyrozumiali dla mnie i poniekąd brali na siebie odpowiedzialność za to, co będzie później. A ja tylko o jedno się starałem, aby nie uczynić zawodu Chrystusowi – który przynaglał, Jego Matce, w obliczu której się to działo, i biskupowi – który brał za mnie odpowiedzialność” – wspomina w swoich późniejszych zapiskach kard. Wyszyński.

Pragnieniem moim było – pisze, aby móc w życiu przynajmniej kilka Mszy świętych odprawić. Bóg jednak dodał do tych lat wiele jeszcze innych, nieprzewidzianych, i On wyznaczył czas. Przez to zobowiązał się poniekąd do tego, że gdy zażąda od człowieka służby kapłańskiej, będzie go potem w niej wspierał.
Od tamtej chwili czuję, że ciągnę nie swoimi siłami, tylko mocami Bożymi, dlatego niczego nie mogę przypisywać sobie, nie mogę zbyt dużo mówić o moim kapłaństwie, o tym, co miało miejsce w moim życiu, bo byłem tylko uległy Bogu. Apostoł usłyszał: „Wystarczy ci łaska Boża, albowiem moc udoskonala się w słabości” (por. 2 Kor 12, 9).

 

YouTube / Diecezja Włocławska

 

Dlaczego w sierpniu, u Matki Bożej?

Koledzy z seminaryjnego rocznika Prymasa Wyszyńskiego przyjęli święcenia 29 czerwca 1924 r. w bazylice katedralnej we Włocławku. „A ja w tym dniu poszedłem do szpitala – wspomina po latach kard. Wyszyński. – Byłem święcony sam – 3 sierpnia. Była to jednak szczęśliwa okoliczność, gdyż dzięki temu mogłem otrzymać święcenia w kaplicy Matki Bożej”.

Pierwszą Mszę św. ks. Wyszyński pojechał odprawić na Jasną Górę. Zawiozła go tam jego siostra a on sam wspominał potem: „pojechałem na Jasną Górę, aby mieć Matkę, aby stanęła przy każdej mojej Mszy św., jak stanęła przy Chrystusie na Kalwarii”.

„Przez dłuższy czas każdego dnia wydawało mi się, że odprawiam ostatnią Mszę św. w moim życiu. Ale tych ostatnich Mszy było bardzo dużo… aż do dziś. Dziś już tak nie myślę, trochę się człowiek rozzuchwalił, upewnił w swojej drodze. Ale chciałbym mieć to usposobienie nadal, abym naprawdę wierzył, że co dzień trzeba sprawować Najświętszą Ofiarę tak, jak gdyby naprawdę była ostatnią”.

 

Anna Wojtas

Anna Wojtas

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap