Prymas Wyszyński „od siebie” o wychowaniu

„Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe: najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuką jest zwyciężać innych, sztuką jest zwyciężyć siebie samego!”. Jak w dzisiejszym świecie wychowywać młode pokolenie - dzieci i nastolatków?

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wszyscy starannie się perfumowali, chociaż nieraz byli ubrani gorzej. Wszyscy marnowali czas na nudzie i bezczynności. Jeżeli coś czytali, to powieścidła. Wszyscy nie byli skłonni do pracy. Jeżeli niekiedy do niej wyszli, to na bardzo krótko – tak opisywał Prymas Wyszyński swoich strażników w Stoczku Warmińskim.Większym ich wyczynem było wykoszenie traw w ogrodzie; wszyscy umieli dobrze kosić, z czego wynika, że w pierwszym pokoleniu pochodzą ze wsi. Niemal wszyscy umieli dobrze kląć. Gdy dochodziły odgłosy ich rozmów, były zawsze bardzo ordynarne.

W opisach tych nie brakowało humoru:

Mogli być świadkami niszczących się traw, nie zajęli się nimi. Gdy wreszcie skoszono trawy, nikt ich nie przewracał, aż zgniły. Gdy proces gnicia zatruwał powietrze, przyszły wozy wojskowe rankiem i wywiozły zgniłe trawy; tuż za parkanem pasły się krowy na wyschłym wygonie. Resztę trawy spalono w ogrodzie, ujawniając całemu światu wysoce postępową metodę suszenia siana. Byliśmy zdumieni tak prostym pomysłem „racjonalizatorstwa” w rolnictwie; że też tak późno ludzie wpadli na ten pomysł, i to w Stoczku, na oczach ludzi zacofanych, wrogów nowego ustroju!

 

Byli to przeważnie ludzie młodzi. Prymas zastanawiał się jaka będzie przyszłość Polski, jeśli ludzie, którym powierzono bardzo odpowiedzialne zadanie pilnowania „wroga publicznego” są na tak niskim poziomie. Wnikliwie zauważał (co się sprawdziło w stu procentach po kilku dekadach):

Ci ludzie nie są zdolni stworzyć materialnego dobrobytu w Polsce. Nieraz wypożyczano z naszego „magazynu”, w którym zgromadziliśmy trochę narzędzi ogrodowych, zebranych w parku, jakieś sprzęty do pracy; nigdy ich nie odniesiono na miejsce, porzucono tam, gdzie coś robili. Ile razy zbieraliśmy te sprzęty, przynosząc z powrotem do naszego schowka pod gankiem!

 

Jest faktem, że marksistowski materializm doprowadził do rozkładu życia moralnego w Polsce. Ale Prymas zauważał, że podobny proces następuje również i w tzw. wolnych krajach:

Gdy byłem młodym człowiekiem i chodziłem po Rzymie, widziałem dużo młodzieży, ale z „bedekerami”, którymi pomagali sobie rozpoznać miasto. A teraz widzieliśmy inną młodzież. Wyglądało to tak: worek pod głową, kamień wyjęty z wielkiej ekspozycji schodów Trinità dei Monti, a na tym leżą sobie młodzi ludzie i patrzą na świat z wielką pogardą.

Dopóki tam spokojnie leżeli, było pół biedy. Ale gdy zaczęli urządzać tam swoje życie „na stałe”, a w fontannie Trinità dei Monti prać garderobę, musiano się tym zainteresować. Policja zaczęła odwozić ich do granicy. Powstał wielki problem: przecież jest wolność, swoboda! Jeżeli ta młodzież nie chce nic robić, to czemu jej przeszkadzać? Ale inni pytają – jak długo można nic nie robić. Gdy dzienniki rzymskie zajęły się tą młodzieżą i zaczęły zamieszczać masę fotografii, zdumienie ogarnęło, jak człowiek może się tak zdeformować.

Widzimy, że i wśród naszej młodzieży, niestety nie brak jest nieładu, może tylko nie w tak jaskrawej formie. Znajdujemy wspaniałe wzory młodzieży bardzo dobrze pracującej, ale również nie brak jest młodzieży próżnującej.

 

Lenistwo jest deformacją psychiczną, bo pozbawia rozum i wolę inicjatywy. Prowadzi do „zaśniedziałości” serca, wskutek czego młody człowiek stale cofa się w swoim rozwoju.

Wychowawcom, rodzicom i nauczycielom często wydaje się, że największym problemem w kształtowaniu młodego pokolenia jest brak odniesienia do pewnych wartości. Tymczasem Ksiądz Prymas wskazuje, że przyczyną problemów jest rezygnacja z wymagania od młodego człowieka wysiłku i pracy?

Lenistwo jest deformacją psychiczną, bo pozbawia rozum i wolę inicjatywy. Prowadzi do „zaśniedziałości” serca, wskutek czego młody człowiek stale cofa się w swoim rozwoju, nie mając odpowiedniego rozruchu dla swoich możliwości, zdolności, talentów itp. Im bardziej człowiek jest zasobny w dobra kulturalne, właściwości psychiczne, zdolności i talenty, tym większy ma obowiązek pracy, czyli rozwijania wartości, które w nim są. Obowiązek pracy to ratunek przed dekadencją i deformacją własnej osobowości. Nieraz słyszy się powiedzenie: „Gdy chcesz, aby ci coś zrobiono, idź do człowieka, który ma dużo pracy”. Dlaczego? Dlatego, że ten, kto ma pracy mało, a czasu dużo, jest tak psychicznie „rozłożony” i rozleniwiony, że jego sprawność mobilizacji psychicznej, a nawet fizycznej, jest osłabiona. U człowieka natomiast bardzo zajętego, potęguje się zdolność i podnosi się sprawność operatywna. Niekiedy on sam jest zdumiony, jak to się dzieje, że jest on zdolny podołać tak ogromnej ilości obowiązków i pracy.

 

W jaki sposób człowiek może dojść do takiej postawy?

W pewnej parafii w Polsce był ochrzczony piętnasty synek w rodzinie. Posłałem błogosławieństwo, bo o to proszono. Rodzina rolnicza, ojciec ma osiem hektarów ziemi. Siedem dziewczynek otrzymało odznakę „wzorowej uczennicy”, dwie skończyły szkoły zawodowe i pracują. Wyobrażam sobie, jak ten najmniejszy, który teraz przyszedł na świat, będzie kochany, jeśli czternaście par rąk zacznie przelewać rodzinne uczucia na tego „młodzieńca”! – Pomyślcie, jakim szczęściem jest liczna rodzina!

Wydaje się niekiedy ludziom, że im mniej dzieci, tym mniej kłopotu. Ale pomyślcie, jak ten kłopot może być radosny, zwłaszcza jeżeli starsze siostry pomagają młodszemu rodzeństwu i matce. Kiedyś spotkałem małą dziewczynkę, która niosła swojego braciszka. Nożyny malca były tak długie, że ledwie dźwigała go przed sobą. Ale szła, pełna dumy.

 

A zatem pierwszym sojusznikiem udanego procesu wychowawczego jest liczna rodzina. To też własne doświadczenie księdza Prymasa. Jednak wówczas łatwo o konflikty, kłótnie, wzajemne złości…

Gdy byłem małym chłopcem, wpadłem kiedyś w „szalony gniew” i spaliłem moim siostrom – a miałem ich cztery – wszystkie lalki. Możecie sobie wyobrazić, jaki był płacz i co mi groziło, gdy przyszła „sprawiedliwość” w postaci…ojca! I wtedy co się okazało? W moim domu stał duży fortepian. To było miejsce mojej ucieczki – pod fortepian. Gdy „sprawiedliwość” się zbliżała, moje cztery pokrzywdzone siostry obsiadły wokół fortepian i błagały ojca, aby egzekucję odłożyć na później. Tłumaczyły: on się poprawi, nawróci. – Jak widzicie, „nawróciłem się”.

 

Potrzeba w rodzinie dwojga serc i dłoni, potrzeba życzliwości i czasu, aby osiągnąć należyty rezultat wychowania. Potrzeba tego dzisiaj każdej rodzinie polskiej!

Z tego wynika, że mały Stefek miał ojca „obecnego” w domu. Dziś problemem wychowawczym jest jego nieobecność.

(…). W Gnieźnie rankiem, stojąc w oknie swego domu, patrzyłem na ulicę. Przez jezdnię przechodziła kobieta: jedno dziecko w wózeczku, drugie na ramieniu, a trzecie trzymało się sukienki matki. Spieszyła się do pracy. Pytanie: a gdzie mąż? Może już wcześniej poszedł do pracy, możliwe. Ale zostawił ją z tym słodkim, błogosławionym ciężarem samą, na niebezpiecznym, przejściu, gdzie krążą ciężkie wozy od strony Torunia i Bydgoszczy.

Czyż nie trzeba sobie tu przypomnieć świętego Józefa, jego troski o Maryję i pomoc w codziennych sprawach? Czy nie trzeba sobie przypomnieć obowiązków, jakie macie wobec matek, żon i sióstr? Uczcie się na przykładzie Józefa, jak pomagać Maryi. Niech dla każdego z Was rodzina – nie tylko ta własna – będzie świętą rodziną!

Gdy dzisiaj mówimy o współdziałaniu Józefa z Nazaretu z Maryją, w dziele powierzonym im przez Ojca Niebieskiego, to na ich przykładzie uczymy się, że potrzeba w rodzinie dwojga serc i dłoni, potrzeba życzliwości i czasu, aby osiągnąć należyty rezultat wychowania. Potrzeba tego dzisiaj każdej rodzinie polskiej! Nie poprawi się sytuacji w rodzinie, nie przezwycięży się niepokojów współczesnych, jeżeli nie przywróci się dzieci i młodzieży rodzicom, jeśli matki nie będą mogły poświęcić więcej czasu swoim dzieciom; jeżeli przynajmniej w niedziele i święta cała rodzina nie spotka się swym domu i jeśli nie zaprzestanie się podejmowania dodatkowych przymusowych zobowiązań społecznych w czasie wolnym od pracy. Dopiero wtedy, gdy to wszystko będzie przeprowadzone, możemy liczyć na szybsze i owocniejsze wyniki odnowy rodziny.

 

Rodzice dzisiaj skarżą się na swoją bezradność wobec dzieci, są nimi zmęczeni. Małe dziecko jeszcze da się jakoś opanować, starsze potrafi zachowywać się arogancko i mieć za nic polecenia czy nawet prośby rodziców.

W nasze codzienne życie, nawet zawodowe, za wiele weszło – wybaczcie to słowo – zwyczajnego chamstwa. Niektórym ludziom wydaje się bowiem, że tak zwany postęp musi koniecznie łączyć się z chamstwem i brutalnością. Widzicie to na ulicach wielkich miast, dostrzegacie to w prasie. Nawet wielu pisarzy stara się o to, aby swoje utwory „ozdobić” na każdej stronie przynajmniej kilkoma wyrazami rynsztokowymi. Odwracajcie się od tego, niech Wam to nie imponuje!

(…)

Czytałem w świątecznym numerze „Tygodnika Powszechnego” krótki artykuł o pracy robotników budowlanych i ich życiu w hotelu robotniczym. Autor artykułu opisuje swoje spostrzeżenia. Mieszkał w tym hotelu miesiąc: W sobotę po wypłacie młodzi chłopcy – bo przeważnie tacy tam mieszkali – osiemnasto, dwudziesto, dwudziestopięcioletni – wszystko co zarobili, przepijali. W niedzielę, czasem któryś poszedł na Mszę świętą, ale większość była pijana. Niekiedy jeszcze w poniedziałek nie zjawił się nikt w pracy. Dopiero we wtorek stanęło na budowie około trzydziestu procent pracujących. Ci młodzi ludzie nie myśleli o tym, że człowiek ma obowiązek czynić z siebie ofiarę i opanować swoje złe nałogi.

 

Chrystus stawia Wam wymagania umiejętności walki z sobą, ze swymi popędami i złymi skłonnościami. Żąda od Was pracy nad sobą. Ale tylko za cenę tej pracy zwycięża się samego siebie.

Trudna jest ta mowa – chciałoby się powiedzieć. Wychowawcy nie mają często odwagi, aby mówić w ten sposób. Jak to robi Ksiądz Prymas?

Chrystus stawia Wam wymagania umiejętności walki z sobą, ze swymi popędami i złymi skłonnościami. Żąda od Was pracy nad sobą. Ale tylko za cenę tej pracy zwycięża się samego siebie. Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe: najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuką jest zwyciężać innych, sztuką jest zwyciężyć siebie samego! Znacie z dziejów przykłady takich ludzi, którzy zwyciężali innych, ale przekonali świat, że są słabymi i marnymi ludźmi. Znacie z historii literatury przykłady ludzi, którzy pozostawili po sobie wspaniałe pomniki twórczości, ale ostatecznie sami zbankrutowali, a nawet targnęli się na własne życie. Nie mieli pionu moralnego, nie mieli ładu ducha i umiejętności zwyciężania siebie.

Może Waszą młodzieńczość pociąga niekiedy dowolność i swoboda życia, ale szybko się przekonujecie – chociaż pragnąłbym, abyście się nigdy osobiście o tym nie przekonali – że wszelka wolność i dowolność moralna kończy się ostatecznie katastrofą, której się wkrótce żałuje. Panowanie nad sobą i walka ze złymi skłonnościami, zakończona zwycięstwem, dają radość i rodzą doniosłe owoce osobiste i społeczne. Ale to kosztuje.

A cóż nie kosztuje, Najmilsze Dzieci?! Każda rzecz wielka musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe! 

 

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole “Żagle” Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Prymas Wyszyński „od siebie” o Bożym Narodzeniu

Ileż było niespodziewanych trudności przed przyjściem Jezusa na świat! (...) Chodzi w nich o to, abyśmy zrozumieli w głębi nocy – tego „medium silentium” – jak nieustannie musimy poprawiać naszą miłość i jak bardzo musimy ufać Bogu nie czyniąc Mu wymówek.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pierwsze Boże Narodzenie Prymasa Wyszyńskiego w więzieniu wypadało dokładnie trzy miesiące po jego aresztowaniu. Przebywając w Stoczku Warmińskim razem z księdzem Stanisławem Skorodeckim, siostrą Leonią Graczyk i około setką strażników pisał w dzień wigilijny:

W naszej rodzinie domowej – pogodnie i świątecznie. Wzmacniamy się modlitwą i staramy się o to, by nie pokazywać Ojcu Niebieskiemu i Matce Bożej smutnych twarzy. Tyle dziś radości w niebie i na ziemi; czyż można zamącać tę harmonię naszą sprawą? Nasi opiekunowie są poważni, zachowują się bardzo grzecznie i cicho.

Owo „staramy się” miało swoje głębokie uzasadnienie. Nie chodziło tylko o sam fakt uwięzienia, ale o szykany jakich doznawał autor tych słów. Tydzień wcześniej otrzymał z domu paczkę, w której nie było listu od ojca. Czy tata nie odpisywał na jego listy, bo był chory, czy też po prostu komuniści blokowali korespondencję między nimi? Prymas domyślał się, że raczej to drugie, ale to nie zmniejszało jego niepokoju o ojca i jego stan, szczególnie, że był to już człowiek starszy i schorowany. Miał jeszcze nadzieję, że w tym wyjątkowym czasie, gdy rodziny spotykają się przy wigilijnym stole i łamią się opłatkiem,  władze przepuszczą list od taty. Jednak tak się nie stało.

Tę chęć okazania mi swej przewagi wybaczam swoim opiekunom – zapisał. Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził.

Tego samego dnia, około południa do jego pokoju zapukał komendant.

„Przepraszam, paczuszka przyszła, zdaje się od panny Okońskiej“. Wyszedł, zostawiając na stole małe pudełko, odpakowane. Wiedziałem, co jest wewnątrz. To żłóbek dla naszej kaplicy.

Jak doszło do doręczenia tej zaskakującej przesyłki? Otóż Maria Okońska, bliska współpracowniczka Prymasa i jego duchowa córka, miała znajomości … w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Znała nie byle kogo, bo samą Julię Brystygierową, która stała na czele Departamentu V tego ministerstwa. Poznała ją w dość przykrych okolicznościach, gdy została aresztowana i osadzona w więzieniu za działalność apostolską. Po interwencjach Wyszyńskiego, wówczas jeszcze biskupa lubelskiego, została zwolniona. To ona doprowadziła do spotkania Brystygierowej z Prymasem w Wielki Piątek 1949 roku. W grudniu 1953 roku poszła do MBP i poprosiła o przekazanie żłóbka.

Miałem dziwne przeczucie, że Dzieciątko Boże trafi do nas jakąś drogą – zanotował Prymas.– Trafiło! I radość, i wdzięczność za tę delikatną pociechę. „Dzieciątko Boże” objawiło się dopiero przy wieczerzy wigilijnej, którą spożywaliśmy we troje, o godzinie 19.

Tydzień później, w pierwszy dzień Nowego Roku 1954 przechadzając się po ogrodzie z księdzem Skorodeckim usłyszeli słabe odgłosy muzyki i śpiewu.

Nigdy dotąd nie dotarł do nas żaden żywy, ludzki znak życia religijnego ze świątyni, która przylega do naszego więzienia. Powoli rozróżniamy melodię kolędy: „Pójdźmy wszyscy do stajenki”. Śpiewa lud, towarzyszą organy. Przy bardzo pilnym nadsłuchiwaniu docierają do nas jedynie zrozumiałe słowa: „Coś się narodził tej nocy, byś nas wyrwał z czarta mocy”.

Każde z tych wydarzeń – samych w sobie drobnych i zdawałoby się nieistotnych – Prymas traktował jako swoiste prezenty od Pana Boga, pocieszenie w cierpieniu. Jednocześnie nie tracił nadziei, że jego sytuacja ulegnie zmianie na lepsze. Przecież był wiernym synem Maryi, a rozpoczynający się rok to jubileusz stulecia ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

Jubileusz ten już zaczęliśmy przygotowywać przed moim aresztowaniem. Gorącym moim pragnieniem jest, bym mógł się przyczynić do pogłębienia duchowego tych uroczystości przez przygotowanie swoich archidiecezji. Zamierzałem dokonać konsekracji nowej świątyni ku uczczeniu Niepokalanego Poczęcia w Niepokalanowie. Konsekracja była ustalona na 8 września br. Obym dostąpił tej wielkiej łaski!

Jak wiemy, ta nadzieja się nie spełniła i nie spełniło się jeszcze wiele innych nadziei Prymasa zarówno w więzieniu jak i po wyjściu z niego.

 

Miłość musi być próbowana, jak złoto w ogniu. Tylko mała miłość w ogniu prób kruszeje. Wielka miłość oczyszcza się i rozpala. A Bóg chce od nas wielkiej miłości.

Dlaczego chrześcijanin, który pragnie być wierny, zawsze napotyka trudności?

Niewątpliwie, każdy z nas ma głębokie pragnienie miłowania Boga i każdy myśli zapewne w swym idealnym programie, że wystarczy oddać się Bogu, a będzie już pokój i szczęście. Nieraz wydaje się nam, że już niczego nie powinno nam braknąć, jeżeli mamy najlepszą wolę służenia Bogu. Wszystkie trudności powinny wtedy ustąpić. Ale w rzeczywistości tak nie jest. Przeciwnie, im więcej mamy dobrej woli, którą niekiedy niesłusznie sobie przypisujemy, zamiast przypisać ją działającej łasce, tym więcej rodzi się trudności. Ale cóż w tym dziwnego?! Miłość musi być próbowana, jak złoto w ogniu. Tylko mała miłość w ogniu prób kruszeje. Wielka miłość oczyszcza się i rozpala. A Bóg chce od nas wielkiej miłości.

 

Czy Boże Narodzenie – trzykrotnie przeżyte w więzieniu w latach 53,54 i 55 – pomogło Księdzu Prymasowi w zrozumieniu tej zasady?

Ileż było niespodziewanych trudności przed przyjściem Jezusa na świat! Oto najpierw wątpliwości sprawiedliwego Opiekuna Józefa, o których mówi Ewangelia […] Mszy świętej z Wigilii Bożego Narodzenia. Józef widząc Maryję brzemienną, zamierzał ją potajemnie opuścić, aby nie narazić Jej na zniesławienie. […] My nie jesteśmy nawet w stanie zrozumieć, jak trudna musiała być sytuacja Najczystszej z dziewic, którą Bóg wybrał sobie spośród miliardów! W jak delikatnej pozycji Ją ustawił. Józef znał Ją dobrze i żadna niewłaściwa myśl nie przyszła mu do głowy, ale jednak do końca wszystkiego nie rozumiał, dopóki mu to nie było przez Boga wyjaśnione. Na olbrzymią próbę wystawiona była Niepokalana, nietknięta przez grzech. Patrzcie jak wiele Bóg wymaga od wybranych swoich, jak ciągle „poprawia” własny program, jak podnosi wymagania! To prawdziwa ogniowa próba miłości! A potem było coraz trudniej… Oto nagła podróż do Betlejem, w najniewłaściwszej chwili, bo na kilka dni niemal przed narodzeniem Dziecięcia! […] A później, w Betlejem, nowa komplikacja: po uciążliwej drodze pukanie od drzwi do drzwi… Nic gotowego. […] Nie mnóżmy już przykładów i faktów, bo nie o to idzie. Idzie o większą, największą miłość…! Te przykłady to tylko znak. Idzie o to, abyśmy zrozumieli w głębi nocy – tego „medium silentium” – jak nieustannie musimy poprawiać naszą miłość i jak bardzo musimy ufać Bogu nie czyniąc Mu wymówek.

 

 

Ksiądz Prymas hasłem swojego życia uczynił słowa „Soli Deo per Mariam” (Tylko Bogu przez Maryję). Pracował ciężko jako biskup dwóch wielkich diecezji i niczego innego nie pragnął jak realizować w tej pracy program zakreślony w motto biskupim. To było za mało dla Boga?

Bóg jest przeciwnikiem naszego minimalnego programu, który niekiedy sobie zakreślimy, mówiąc: masz mnie całego i czego chcesz więcej? Tymczasem On powiada: chcę ciebie jeszcze większego, jeszcze wspanialszego. Wymawiamy się powtarzając: nie mogę już więcej! – Jak to nie możesz? Wszak wszystko możesz w Tym, który cię umacnia! – Ale jestem słaby, nieudolny. – To nic! W przeciwnościach, w cierpieniu, w słabościach moc doskonalszą się staje. Miłość doświadczana – ta dopiero się liczy! – W męce i doświadczeniu dopiero się ją poznaje.

 

Dopiero, gdy Syn Boży stał się bezbronnym Dziecięciem, gdy zakwilił, zapłakał, a potem wyciągnął ręce na krzyżu, poznaliśmy, jak Bóg umiłował świat.

W dzień pierwszej więziennej wigilii do Księdza Prymasa dotarł żłóbek z Dzieciątkiem, co wywołało wielką radość. Dlaczego ten znak jest tak ważny?

Bóg stworzył nas z miłości i obdarzył po królewsku, jak istne królewiątka, dzieci Wielkiego, Niebieskiego Króla. Cały wszechświat i jego nieskończone piękno – dla nas! Cała miłość Boża i ludzka – nasza! A jednak nie poznaliśmy się na Jego miłości! Dopiero, gdy Ojciec Syna nam dał, gdy położył Go w żłobie, na sianie, między bydlętami, gdy Syn Boży stał się bezbronnym Dziecięciem, gdy zakwilił, zapłakał, a potem wyciągnął ręce na krzyżu, poznaliśmy, jak Bóg umiłował świat. Dopiero wtedy otworzyły się nam oczy na Jego miłość! […] Tak, dopiero wtedy, w żłobie, na sianie, w poniżeniu i opuszczeniu Syna Człowieczego poznaliśmy się na Jego miłości. Zrozumieliśmy, że miłość to Bóg, że Bóg jest Miłością, że nas aż tak umiłował…! A czyż Bóg nie ma prawa próbować naszej miłości? I żądać więcej, więcej? […] Bóg będzie ciągle podnosił swoje wymagania. – Do jakich granic? – pytamy. Kiedy to się wszystko skończy? Bez granic i nigdy się nie skończy! Jesteśmy dziećmi Wieczności. Urodzeni z Boga, który nie umiera, trwamy na wieki.Tego nas uczy betlejemski żłób! Ale pojąć to możemy tylko w sercu niezgłębionego milczenia…

 

O co dziś chciałbyś zapytać Prymasa Tysiąclecia?

Nauczanie Prymasa jest aktualne do dzisiaj. Może nurtują cię pytania dotyczące wiary, życia, historii, bieżących problemów, dylematów, kontrowersji? Może szukasz odpowiedzi i wskazówek do podjęcia właściwych decyzji życiowych, a może chcesz pogłębić swoją wiarę, sięgając po wartościowe teksty i rozważania?

Zachęcamy, by zadawać pytania wpisując je w poniższy, anonimowy formularz. Odpowiedzi zostaną sformułowane na podstawie tekstów dokumentujących naukę kardynała Wyszyńskiego wraz z ich omówieniem.

 


„Od siebie
to cykl zawierający odpowiedzi Prymasa Wyszyńskiego na pytania zadane przez Czytelników Stacji7. Odpowiedzi pochodzą z tekstów przemówień, homilii i zapisków Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Cykl jest okazją do poszukiwań odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, wskazówek do podjęcia właściwych decyzji życiowych, czy pogłębienia swojej wiary. Zacznij więc OD SIEBIE.


 

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole “Żagle” Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap