Prymas Wyszyński „od siebie” o małżeństwie

Ponieważ miłość jest potrzebą naturalną, niezwykłe trudną, ale dającą możność pełni rozwoju duchowości dwojga, dlatego od początku przy tych dwojgu staje w jakimś wymiarze Bóg.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Prymas Wyszyński „od siebie” o małżeństwie
Ponieważ miłość jest potrzebą naturalną, niezwykłe trudną, ale dającą możność pełni rozwoju duchowości dwojga, dlatego od początku przy tych dwojgu staje w jakimś wymiarze Bóg.

Za kilka dni Polska rozpocznie niezwykły Rok Jubileuszowy: 300 lat obrony Jasnej Góry – notował Prymas w Zapiskach więziennych pod datą 18 XII 1954 roku. – Gdy w listopadzie 1655 roku fale „potopu” dosięgły wałów Jasnej Góry, Ojciec Augustyn Kordecki tak mówił na wstępnej naradzie do zakonników i szlachty: „Szydzi z nas i pogardza nami nieprzyjaciel, pytając, co nam z dawnych cnót pozostało. A ja odpowiem: wszystkie zginęły, jednak coś jeszcze pozostało, bo pozostała wiara i cześć dla Najświętszej Panny, na którym to fundamencie reszta odbudowana być może…” (Henryk Sienkiewicz, Potop).

Prymas wszedł już w drugi rok uwięzienia. W czasie tych swoistych rekolekcji nie raz myśl kierował ku przeszłości, aby czerpać z niej światło dla przyszłości. Tak było i tego dnia. Warto myśleć o „obronie Jasnej Góry” roku 1955 – pisał. – Jest to obrona duszy, rodziny, Narodu, Kościoła – przed zalewem nowych „czarów”. Moja „Jasna Góra” ściśniona zewsząd wałem udręki; walą pociskami „zabobonu” i „wstecznictwa” – w „Kurnik”.

Sam znajdował się w sytuacji równie beznadziejnej jak trzysta lat wcześniej Polska padająca pod ciosami obcych wojsk i zdrad własnych obywateli. Jego osobista klęska nie przesłaniała mu jednak potrzeby podejmowania walki, której obszary widział wyraźnie. Te obszary wymieniał owej grudniowej soboty: dusza, rodzina, Naród, Kościół. Dwa lata później skonkretyzują się one w programie Wielkiej Nowenny przed Tysiącleciem Chrztu Polski. Tematy związane z rodziną zajmą trzy kolejne lata tego przygotowania (rok trzeci, czwarty i piąty).

 

Dlaczego Ksiądz Prymas przywiązywał tak wielką wagę do sprawy małżeństwa, że poświęcił temu tematowi cały jeden rok Wielkiej Nowenny (Rok czwarty: Małżeństwo – sakrament wielki w Kościele)?

Zastanawia nas to, że już 200 lat temu, w okresie, gdy Polska konała, gdy obradował ostatni Sejm Rzeczpospolitej w Grodnie, zarysowały się dwa nurty moralno-społeczne. Zwolennicy jednego z nich – jak wiemy z akt Sejmu – oddawali się całkowicie egoistycznym celom: zabawa, zdrada domowa, małżeńska i zdrada Ojczyzny; przedstawiciele zaś drugiego do Insurekcji Kościuszkowskiej. Jakże nieproporcjonalne były możliwości tych obydwu obozów! Chwilowo wzięli górę pierwsi. Doprowadził do tego egoizm, samolubstwo i rozkład rodziny. Wtedy właśnie było bardzo dużo rozwodów. Działo się to głownie wśród arystokracji rodowej. To wielkie nieszczęście osłabiło wtedy naszą Ojczyznę i w rezultacie doprowadziło do niewoli trwającej półtora wieku.

 

Dziś nie ma już arystokracji rodowej, są inne elity.

Znamienny jest fakt, że obecnie ośrodkiem, gdzie najwięcej jest rozbitych małżeństw są niestety rodziny inteligenckie. Szczególnie trudna jest sytuacja inteligencji specjalistycznej, gdzie zadania i obowiązki zawodowe, praca, choćby najszlachetniejsza, rozbijają rodzinę. I już później nie ma serca męża dla żony, matki dla dzieci i dla ogniska domowego. To jest wielkie nieszczęście, taka tragedia naszego Narodu, że można ją ustawić ją w rzędzie bolesnych przyczyn, składających się na aktualną sytuację naszego życia.

 

Jak jest przyczyna takiego stanu rzeczy?

Istnieją dziś potężne siły rozkładowe rodziny. Sumienie rodzinne tak często gwałcone jest szczególnie przez rozbicie rodziny, przez ułatwione życie.

Ułatwione życie w rodzinie. Czyż nie zastanawia nas to, że wszystkie środki ułatwionego życia, odrzucone przez encyklikę „Humanae vitae”, ciągle dochodzą do głosu, czyniąc z człowieka istotę niemalże nierozumną1?

A dzieje się to w pogoni za szczęściem. Ci, którzy rozbijają rodzinę i porzucają dzieci, tłumaczą się: „Przecież ja też mam prawo do szczęścia”. Słyszałem w tych dniach o matce, która zostawiła męża i dzieci i poszła w świat. Bywają, niestety, takie zdarzenia – „mam prawo do szczęścia…” Ale czy możliwe jest szczęście, gdy na dnie dążenia człowieka leży pogwałcenie prawa Bożego, własnego ładu rozumu, woli i serca? Dlatego też tacy ludzie, szukający własnego szczęścia, skłóceni są z własnym sumieniem, nigdy tego szczęścia nie znajdują.

 

Człowiek, który czując się powoła­ny do życia małżeńskiego zakłada rodzinę, a później sprzeniewierza się swemu powołaniu i płynącym zeń obowiązkom, działa w pewnym zakresie przeciwko prawu przyrodzonemu.

Jednak systemy prawne państw przewidują możliwość rozwodu…

Małżeństwo i rodzina, chociaż jest instytucją określoną norma­mi prawnymi i obyczajami, wywodzi się właśnie z samej osobowości człowieka i to – jak widzieliśmy – w sposób wewnętrznie imperatyw­ny. O tym zawsze trzeba pamiętać! Człowiek, który czując się powoła­ny do życia małżeńskiego zakłada rodzinę, a później sprzeniewierza się swemu powołaniu i płynącym zeń obowiązkom, działa w pewnym zakresie przeciwko prawu przyrodzonemu.

Trzeba jasno powiedzieć, że człowiek, który raz poszedł za po­wołaniem małżeńskim i stworzył rodzinę, a później w jakikolwiek spo­sób chciałby się wycofać z zawartego związku, lub też porzucić rodzi­nę, działa przeciw prawu przyrodzonemu, od którego nie ma dyspensy. Zawsze wtedy pozostanie w człowieku poczucie niespełnionego obowiąz­ku, przegranej, konfliktu moralnego, który może dalej wikłać osobowość ludzką i doprowadzić do ciężkich zniekształceń. Nie ma właści­wie większych konfliktów osobowych, psychicznych, psychologicznych, socjologicznych, jak konflikt z prawem przyrodzonym, to znaczy, dzia­łanie niezgodne z naturą człowieka, chociażby takie czy inne kodeksy, normy czy przepisy prawne, kierując się ściśle normami jurydyczny­mi, udzielały dyspensy, nazywanej potocznie rozwodem. Będzie to za­wsze niezgodne z prawem przyrodzonym. I na to rady nie ma!

 

Mówić należałoby nie tyle o kryzysie rodziny, jako instytucji, ale raczej o kry­zysie ludzi nieprzygotowanych do życia małżeńskiego i rodzinnego, nie rozumiejących właściwego zadania i miejsca tej instytucji w życiu spo­łecznym i publicznym rodziny ludzkiej.

Dziś żyjemy w innej sytuacji niż Polacy przed 200 czy nawet przed 70 laty. Być może kryzys rodziny jest po prostu pewnym znakiem nowych czasów, z którym musimy się pogodzić?

Rodzina, jako instytucja współnaturalna osobie ludzkiej, jest niezastąpiona. I właśnie, chociaż tyle się mówi – i słusznie – o kryzy­sie rodziny, brak dotychczas innej, lepszej formy zastępczej. Mówić należałoby nie tyle o kryzysie rodziny jako instytucji, ale raczej o kry­zysie ludzi nieprzygotowanych do życia małżeńskiego i rodzinnego, nie rozumiejących właściwego zadania i miejsca tej instytucji w życiu spo­łecznym i publicznym rodziny ludzkiej. Małżeństwo jest to więc związek wewnętrzny, bazujący na oso­bie ludzkiej. Normy, które mogą określać ten związek, wynikają z na­turalnego dążenia osoby ludzkiej i zależą od jej natury. Nie są one wła­ściwie nadane, tylko wywołane właściwością osoby ludzkiej. Sam cha­rakter każdej osobowości usprawiedliwia całkowicie stwierdzenie: „Nie­dobrze być człowiekowi samemu” (Rdz 3,18).

 

Wychodząc z tego założenia młodzi ludzie wstępują na ślubny kobierzec, a kilka lat później stwierdzają, że miłości między nimi już nie ma…

Gdy jest się młodym, łatwo określić, co to jest miłość, bo wtedy jesteśmy na nią wrażliwi. Szukamy miłości i chcemy ją okazywać. I łatwo nam to przychodzi, tym bardziej, że pełnej treści miłości jeszcze nie ogarniamy. Nie wiemy naprawdę, czym ona jest. Miłość nasza poj­mowana jest zbyt umysłowo, uczuciowo, wrażeniowo. Tymczasem mi­łość jest to wewnętrzna potęga, która mnie zwycięża i ze „zwierzątka” czyni istotę gotową do służenia i oddania się innym.

 

Jednym z zasadniczych elementów miłości jest poznanie prawdy, całej prawdy o sobie

Często podczas zawierania sakramentu małżeństwa czytany jest „Hymn o miłości” św. Pawła. Jak małżonkowie mogą wykorzystać ten tekst?

Miłość „nie szuka swego” (1 Kor 13,5). Nic dla siebie! Wszystko dla innych! Nie szuka upodobania, zadowolenia z siebie. I to jest wła­śnie bardzo trudne.

Gdy człowiek jest w prawdzie i miłuje, weseli się z prawdy. Tak nas zachęca Apostoł. Jednym z zasadniczych elementów miłości jest poznanie prawdy, całej prawdy o sobie. Znać siebie, poznać siebie, po­znać się na sobie – to rzecz najtrudniejsza. Dopiero, gdy poznamy siebie, możemy powiedzieć, że weselimy się z prawdy. A jeżeli prawda o mnie jest licha, czyż mogę się weselić? Niekiedy wcale nie ma powo­du do radości!

 

To właśnie powoduje napięcia tak często prowadzące do kłótni…

Pamiętajmy: „Prawda was wyzwoli” – nie kłam­stwo! (J 8,32). Gdy poznaję siebie, doznaję jakiejś wolności. Wtedy wszystko mogę zaczynać od nowa…

Prawdę o sobie poznajemy przez wszystkie konflikty z miłością a więc drogą negacji. Wtedy odsłaniamy siebie. Apostoł szybko odstą­pił od drogi pozytywnej. Zaczął mówić: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…” i zaraz dopowiada sobie: „Nie zazdrości, nie działa obłudnie, nie nadyma się…” (1 Kor 13,4).

Odrzućmy „nie”, a przeczytamy: wyrządza złość, nadyma się, pragnie zaszczytów, szuka swego, gniewem się unosi, myśli złe, raduje się z nieprawości, weseli się z nieprawdy. Gdy odrzucimy „nie”, widzi­my, drogą kontrastu, czym miłość nie jest, tak samo jak przez wszyst­kie niepowodzenia poznajemy, na ile jeszcze brak nam miłości i jak wytrwale musimy pracować nad sobą, aby ją w sobie wyrobić. Jest to rzecz bardzo trudna.

 

Jak tę trudność pokonać?

Najlepiej robić rachunek su­mienia ze sposobu i stylu naszego postępowania z ludźmi i zobaczyć w nim, na ile jesteśmy cierpliwi, wolni od zazdrości, wyniosłości, szu­kania siebie, nadwrażliwości, gniewliwości…

Gniewliwość jest to grzech, który wyrasta z zagrożenia naszej „wspaniałości”. Mamy jakiś jej obraz i naraz coś w nią godzi. Ponieważ jesteśmy zagrożeni, więc bronimy się gniewem.

Miłość wszystko znosi… Wszystko wytrzyma…

Apostoł próbuje wiernie odmalować pozytywną stronę miłości. Jest to o wiele łatwiejsze: Miłość „wszystko znosi, wszystkiemu wie­rzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko wytrzyma…” (1 Kor 13,7). Elementy pozytywne dowodzą dojrzałości, równowagi i spokoju. Oko­liczności się zmieniają, ale człowiek wobec nich musi się zdobyć na wewnętrzną równowagę. Nie jest to łatwe, bo one nas bardzo często zaskakują.

„Wszystkiemu wierzy…” Jest to zasadnicze zaufanie do ludzi. Nikogo nie możemy uważać za złego, zanim to nie będzie dowiedzione. Zasadniczo, każdego uważamy za dobrego człowieka – dopiero gdy okaże się, że jest zły, wtedy posiądziemy o nim smutną wiedzę.

 

Co wtedy?

Miłość „we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko wytrzyma…”. Gdy spotykamy się z rożnymi okolicznościami życia i z ludźmi, którzy na nas „nasiadują” i napadają, najczęściej mamy tylko jedno wyjście – wszystko spokojnie przetrwać, przeczekać. Na ogół jesteśmy zbyt po­chopni w słowie, już wyrywamy się, aby wypowiedzieć swoje zdanie czy osąd, a tymczasem, problem najłatwiej, najlepiej i najmądrzej za­kończyć – milczeniem. Nie jest to milczenie wyniosłości, w stylu – ja wiem, że taki nie jestem, ale nic nie powiem… Idzie tu o milczenie przy­zwalające, pełne cierpliwości, zaufania, a nawet pokornego poczucia: istotnie, może aż taki zły nie jestem, to się okaże. Ale przecież swoje wady mam.

Niedawno mi ktoś powiedział: – Bardzo się na księdzu zawio­dłem. – Odpowiedziałem pierwszym odruchem: Mój drogi, jestem ta­kim ułomnym człowiekiem… -– „Zgłupiał”. Po jakimś czasie, gdy już się żegnaliśmy, powiedziałem: Jakie to szczęście, że z nas dwóch, przy­najmniej ja się na tobie nie zawiodłem. – Jeszcze bardziej „oniemiał”. Ale ja w tym momencie wcale nie byłem złośliwy i nie miałem złośli­wych intencji. On będzie myślał… myślał… Gdybym mu od razu „wy­garnął”, przestałby myśleć. A tak, będzie myślał i z czasem, powoli, zrozumie…

„Zmyli nam głowę” – no to trudno! Niekiedy przecież przycho­dzimy dobrowolnie, aby nam głowę zmyto. Jeżeli ktoś przypadkiem, z porywu dobrego serca, tak po prostu „bezpłatnie” nam usłuży – cóż to szkodzi? Jest to doświadczenie, które bardzo się opłaca… Miłość wszystkiego się spodziewa, nawet „mycia” głowy. „Wszystko przetrwa” – i mycie głowy też, bo i ono przecież kiedyś się skończy… „Miłość wszystko znosi…!”

 

Ponieważ miłość jest potrzebą naturalną, niezwykłe trudną, ale dającą możność pełni rozwoju duchowości dwojga, dlatego od początku przy tych dwojgu staje w jakimś wymiarze Bóg.

Jest to wymagający program, tak bardzo wymagający, że apostołowie słysząc słowa Chrystusa o nierozerwalności małżeństwa mówili, że lepiej się nie żenić.

Ponieważ miłość jest potrzebą naturalną, niezwykłe trudną, ale dającą możność pełni rozwoju duchowości dwojga, dlatego od początku przy tych dwojgu staje w jakimś wymiarze Bóg. Przeglądając historię najrozmaitszych religii, dostrzegamy, że instytucja małżeństwa jest zawsze w pewien sposób sakralizowana. W pełny sposób sakralizowana jest przez Stwórcę, który łączy dwoje w ich współnaturalnym dąże­niu do siebie i przez Chrystusa, który toczył nawet spór ze swoimi uczniami o nierozerwalny charakter współżycia dwojga zwanego mał­żeństwem.

 

Pierwszy cud Jezusa opisany przez św. Jana miał miejsce na weselu w Kanie Galilejskiej. Jakie to ma znaczenie?

Zwraca na nie uwagę święty Augustyn w swej homilii brewiarzowej, czytanej w II niedzielę po Epifanii. – „Jeśli Pan zaproszony na gody przybył na nie…, to chciał przez to potwierdzić, że to On uczynił zaślubiny”. Chrystus buduje Kościół swój. Jak Ojciec niebieski w raju, kładąc fundamenty pod życie ludzkie na ziemi, zaczął od stworzenia rodziny i pobłogosła­wił pierwszy związek małżeński Adama i Ewy, tak Chrystus, budując Kościół święty daje mu zdrowe, przyrodzone podstawy – w rodzinie. Dlatego Chrystus jest na godach weselnych, aby obecnością swoją od początku uświęcić życie rodzinne, które będzie przyozdobione przez Chrystusa łaską sakramentu. Należy więc – od początku – odrzucić wszelkie błędne zapatrywania na znaczenie życia rodzinnego. Nie diabeł jest ojcem, lecz Bóg. „Co tedy Bóg złączył, niechaj człowiek nie rozłącza” (Mk 10,9). „Jak zjednoczenie dwojga jest z Boga, tak rozwód jest z szatana” – mówi święty Augustyn. (…) Jak bardzo obraz z Kany, Boskiego Oblubieńca, uświęcającego swoją obecnością i dobrocią małżeństwo ludzi, zrósł się z całą nauką Kościoła, niech poświadczą pouczenia świętego Pawła. Dając wskaza­nia małżonkom, Apostoł sięgnął aż do obrazu Chrystusa, miłującego Kościół swój. Mąż jest głową żony, jak Chrystus jest głową Kościo­ła: On, Zbawiciel ciała jego. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystuso­wi, tak i żony swoim mężom we wszystkim. Mężowie, miłujcie żony wasze, jak i Chrystus umiłował Kościół i wydał samego siebie za niego, aby go uświęcił…” (Ef 5,23-26).

 

Wydał się… To znaczy, że gotów był i oddał życie. Skąd dziś czerpać siłę, aby „oddawać życie”?

Oblubieniec Kościoła z Kany jest więc umocnieniem serc oblu­bieńców, jest ich uświęceniem i radością. „Dobre wino” dla rodzin, za­chowane aż dotąd, płynie z mocy Chrystusa. Niedziela „Godów w Ka­nie” jest uroczystością jubileuszową każdego małżeństwa i każdej ro­dziny chrześcijańskiej, gdyż jest pamiątką wejścia Chrystusa w życie dwojga i w życie tworzącej się ich rodziny.

 

 


1 W 1968 roku papież Paweł VI ogłosił encyklikę „Humanae vitae” o zasadach przekazywania życia ludzkiego. Wskazał w niej wagę aktu małżeńskiego, który niesie w sobie dwa znaczenia: umacnianie jedności (więzi) małżonków oraz płodności. Wskazał również, że tych dwóch znaczeń nie można rozdzielać, co oznaczało odrzucenie antykoncepcji. Encyklika spotkała się z falą krytyki i odrzucenia także w Kościołach niektórych krajów (m.in. Republika Federalna Niemiec, Austria, Belgia USA).

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole "Żagle" Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Prymas Wyszyński „od siebie” o życiowych wyborach

"Jeśli czego pragnąłbym w tej chwili, najmilsi – to jednego – abyście umieli doceniać siebie". Prymas Wyszyński nawet w trudnych warunkach nie stracił zdolności dokonywania wyborów, podejmowania decyzji i odpowiedzialności. Bardzo dokładnie i bez pośpiechu rozważał wszystkie „za” i „przeciw”. Nie wykluczał żadnej możliwości lecz starał się jak najbardziej zobiektywizować swój kolejny krok.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Prymas Wyszyński „od siebie” o życiowych wyborach
"Jeśli czego pragnąłbym w tej chwili, najmilsi – to jednego – abyście umieli doceniać siebie". Prymas Wyszyński nawet w trudnych warunkach nie stracił zdolności dokonywania wyborów, podejmowania decyzji i odpowiedzialności. Bardzo dokładnie i bez pośpiechu rozważał wszystkie „za” i „przeciw”. Nie wykluczał żadnej możliwości lecz starał się jak najbardziej zobiektywizować swój kolejny krok.

7. VIII. 1955, niedziela. O zwykłej porze wizyt zgłosił się kierownik w towarzystwie pana, który przedstawił się jako przybywający z ramienia Urzędu Bezpieczeństwa dla przeprowadzenia rozmowy. Po wyjściu kierownika niespodziewany gość oświadczył, że chce rozmawiać w sprawie 2 moich petycji, złożonych do Rady Ministrów. Przynosi odpowiedź, połączoną z propozycjami. Zacznie od pierwszej, jako dalej idącej – zmiany warunków izolacji.

W ten sposób Stefan Wyszyński opisał długą rozmowę, w czasie której przedstawiciel władz zaproponował mu złagodzenie warunków odosobnienia i zamieszkanie w wybranym przez Prymasa i zaakceptowanym przez rząd klasztorze. Propozycja wyglądała atrakcyjnie – kardynał mógł mieć więcej swobody, miałby z pewnością lepsze warunki, które pozwoliłyby mu na podreperowanie zdrowia no i wreszcie mogliby odwiedzać go bliscy, z którymi nie miał kontaktu od prawie dwóch lat. Prymas nie powiedział tak ani nie. Złożył obszerne oświadczenie podkreślając, że jego prawa są wciąż naruszane, po czym poprosił o czas do namysłu. Jego efekt opisuje w ten sposób:

Po modlitwie doszedłem do wniosku, że nowa sytuacja, jaka miałaby złagodzić izolację, równa się: 1. aprobacie wytworzonej przez dekret sytuacji, aprobacie pozbawienia wolności, domu i pracy; 2. jest zastąpieniem „niewoli bezwolnej” „niewolą dobrowolną”; 3. stwarza warunki, które mogą być okazją do zarzutów i konfliktów z Władzami, 4. klasztorowi, w którym będę umieszczony, skomplikuje warunki życia i narazić może na przykrości; 5. może być okazją do komentarzy w społeczeństwie, budzących zgorszenie.

W związku z tym zakomunikował wysłannikowi, że jego odpowiedź jest odmowna. Usłyszał w odpowiedzi: „No cóż – zobaczymy się za rok”. Tymczasem już za dwa i pół miesiąca okazało się, że władze same podjęły decyzję o przeniesieniu Prymasa do klasztoru sióstr Nazaretanek w Komańczy znacznie łagodząc warunki jego odosobnienia.

Sytuacja ta doskonale pokazuje wielką umiejętność Prymasa, który nawet w trudnych warunkach nie stracił zdolności dokonywania wyborów, podejmowania decyzji i odpowiedzialności. Bardzo dokładnie i bez pośpiechu rozważył wszystkie „za” i „przeciw”. Nie wykluczał żadnej możliwości lecz starał się jak najbardziej zobiektywizować swój kolejny krok. Nie miał się kogo poradzić, więc jako człowiek wiary oparł się na poradzie od Boga i Maryi, która była dla niego wzorem podejmowania trudnych i brzemiennych (dosłownie – w wyniku swojego „TAK” stała się brzemienna) w skutki decyzji. Brał też pod uwagę, że ten wybór musi być kontynuacją poprzednich, tak aby pozostał wierny kierunkowi, który obrał. A poprzednio nie tylko oddał się w całkowitą niewolę Maryi (8 grudnia 1953), ale również oświadczył swoim strażnikom, że jest w ich mocy, to znaczy, że oni są za niego odpowiedzialni. I dlatego – choćby nie był pilnowany – więzienia sam nie opuści. Z pozoru taka postawa mogła wydawać się absurdalna, ale z czasem okazało się, że dla władz sytuacja staje się coraz bardziej uciążliwa, bo mogą albo zrobić z Prymasa męczennika (czego nie chcieli, świadomi, że to wzmocni Kościół), albo go zwolnić, co oznaczało klęskę ich polityki. Ta roztropność i odpowiedzialność towarzyszyła Prymasowi przez całe życie.

 

Historia Polski obfituje w ludzi wielkich, wspominanych z wdzięcznością, ale byli też i tacy, którzy zapisali się w niej negatywnie. Wszystko zależy od wyborów, których się dokonuje. Co radziłby Ksiądz Prymas młodym ludziom stojącym w obliczu wyboru?

Gdy widzimy wielkie wzloty i upadki ludzi, którzy dla swych talentów i zalet mogli być błogosławieństwem swego Narodu, a bardzo często stali się jego klęską i przekleństwem, rodzi się w nas potrzeba ostrożności w życiu, oraz posługiwania się darami, które są wszczepione w nas przez samego Stwórcę, a które zawsze w nas dochodzą do głosu. I jeśli czego pragnąłbym w tej chwili, najmilsi – to jednego – abyście umieli doceniać siebie. Czyż miałbym w Was budzić niezdrowe ambicje? Nie! Raczej przeciwnie, pragnąłbym Was roznamiętnić w wielkim szacunku i w wielkiej czci dla naszego wspaniałego człowieczeństwa, do którego jesteśmy powołani.

Człowiek mając możność wyboru celu oraz środków dążenia do niego, ponosi sam odpowiedzialność za swoje postanowienia i nikt człowieka w tej odpowiedzialności wyręczyć nie może i nie powinien.

 

Nierzadko swoje decyzje ludzie tłumaczą trudnymi warunkami zewnętrznymi, złym wpływem innych, niekorzystną sytuacją. To może utrudniać podjęcie właściwej decyzji, ale czy uniemożliwia?

Człowiek jest podmiotem działania. On, nie kto inny! O naszym działaniu rozstrzygamy my sami. Nikt nie ma władzy zmusić nas do takiego czy innego działania. (…) Dzięki temu, że ma on wolność wyboru celu i środków dążenia do osiągnięcia go – człowiek czuje się wolny. (…) Człowiek mając możność wyboru celu oraz środków dążenia do niego, ponosi sam odpowiedzialność za swoje postanowienia i nikt człowieka w tej odpowiedzialności wyręczyć nie może i nie powinien.

 

Nawet, jeśli jest się w więzieniu – jak był w nim Ksiądz Prymas?

Ludzie potrafią oprzeć się sile, rozkazom, prawom, kodeksom, potrafią nie ulęknąć się najsurowszego nawet kodeksu karnego, najbardziej groźnych przepisów, ustaw i rozporządzeń. Mogą się nie bać karabinów maszynowych, ani potężnych, potwornych pocisków. Pokazuje się dzisiaj te kolosy, przygotowane na pokonanie „komarów” ludzkich. Ale ludzie się ich nie boją, to ich nie zdobędzie! Jedno życzliwe słowo, jeden przyjazny uśmiech, jeden znak bra­terskiej dobroci więcej zrobi, niż kosztowna aparatura militarystyczna, która jak rak zżera organizmy narodów i państw.

 

A zatem Ksiądz Prymas pojmuje podejmowanie wyborów raczej jako decyzje moralne, opowiedzenie się za dobrem lub złem, a nie jako działanie zewnętrzne?

Współczesne zamówienie społeczne, to zamówienie na ludzi do­brych. Już święty Paweł pouczał: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest…” (1 Kor 13,4). Coraz częściej stwierdzamy to doświadczalnie. Im bar­dziej życie jednostki jest uzależnione od warunków bytowania społecznego i publicznego, tym bardziej nam potrzeba ludzi dobrych, łagod­nych, życzliwych, przyjaznych, dozujących rozważnie słowem, wystrze­gających się wszelkich pogróżek; ludzi, którzy by umieli zdobywać ser­cem, a nie pięścią — zwłaszcza w Polsce. Bo Polaków nie zdobywa się groźbą, tylko — sercem i rozsądkiem. My nie jesteśmy narodem intelektualistów, ale narodem, który rozumie sens i wartość serca w życiu rodziny ludzkiej.

 

Co jednak powiedziałby Ksiądz Prymas młodym ludziom, którzy stoją w obliczu konkretnego wyboru – szkoły, studiów, zawodu, który dawałby szansę rozwoju i utrzymania?

Wybierając kierunek studiów, musicie mieć swobodę i niezależność od rzeczywistości, bo nieraz tak zwana „rzeczywistość” popycha nas w zbyt ściśle określonym kierunku, ograniczając wszechstronne możliwości człowieka. Są „modne” kierunki studiów, ku którym najczęściej młodzież idzie całą falą. Później okazuje się, że nie jest dobrze, gdy za wiele osób jest specjalistami w jednej dziedzinie nauki. Coraz częściej mówi się o tym, że zainteresowania techniczne naszej młodzieży mogą się w niedalekiej przyszłości odbić ujemnie na jej rozwoju. Będzie to bowiem rozwój jednostronny. Już dziś widzi się, że przecenianie nauk technicznych i przyrodzonych w jakimś stopniu zubaża ogólny poziom życia narodowego. Mówią profesorowie wyższych uczelni politechnicznych, że absolwenci szkół średnich ogólnokształcących są o wiele lepiej przygotowani do studiów specjalistycznych, aniżeli absolwenci szkół technicznych.

Czemu więc świat, czemu ojczyzna nasza pełne są nie­pokoju, lęku i trwogi? Bo wydaje nam się, że na całym świecie i w na­szej ojczyźnie zrezygnowano z serca. Istnieje wielka nieufność do ser­ca, może nawet wstydzenie się uczuć, uczuciowości i czynów płyną­cych z miłości.

 

Czy to znaczy, że nauka, profesjonalizacja, specjalizacja w jakiejś dziedzinie nie ma znaczenia?

Świat nie staje się lepszy, mimo to, że jest mądrzejszy, bo zrezy­gnował z serca. Dlatego świat nie daje pokoju, a ludzie schną z lęku w przewidywaniu czegoś najgorszego. Przeczytajcie gazety chociażby z jednego dnia. Ile tam pesymizmu, zwątpienia, bezradności, bezna­dziejności, narzekania, krytyki, wzajemnego obwiniania! To wszystko jest bezlitosne i beznadziejne.

Niewątpliwie, uruchomiono ogromne zasoby wiedzy i dokonano wielkich dzieł. Czemu więc świat, czemu ojczyzna nasza pełne są nie­pokoju, lęku i trwogi? Bo wydaje nam się, że na całym świecie i w na­szej ojczyźnie zrezygnowano z serca. Istnieje wielka nieufność do ser­ca, może nawet wstydzenie się uczuć, uczuciowości i czynów płyną­cych z miłości.

Całemu światu — ojczyźnie, narodowi, rodzinom, wychowaw­com w szkołach, urzędnikom, milicjantom, zwierzchnikom, ministrom i premierom — wszystkim potrzeba serca! Otwórzmy więc serce! Dla kogo? Dla własnych braci, dla dzieci jednego narodu, wspólnej ojczy­zny, dla mieszkańców jednego miasta i wsi, dla dzieci wspólnej rodziny, dla ludu Bożego parafii, dla sąsiadów, dla otoczenia — dla wszystkich! Ba! Dla całego świata! Tak by się nieraz chciało, aby przykład z Kalwa­rii powtórzył się, aby nareszcie zostało otwarte serce wszystkich ludzi!

 

To w takim razie jakie kryterium wskazałby Ksiądz Prymas młodym ludziom decydującym się na kształcenie w określonym kierunku?

Szczęśliwie, jeżeli wybrany kierunek będzie dla Was jak najmniej zawodem, a jak najbardziej powołaniem. Zawód często sprawia człowiekowi „zawód”. Ale gdy patrzeć będziecie na obrany kierunek studiów, a później pracy, jako na powołanie, wtedy łatwiej Wam będzie przezwyciężyć niejeden kryzys czy rozczarowanie, jakie może powstać w wyniku wykonywanej pracy. Gdy rozmawiamy z inteligencją, która ukończyła studia specjalne i oddała się określonemu kierunkowi pracy, spotykamy się nieraz z objawami znużenia, a nawet rozczarowania. Wypełnianie konkretnej powinności życiowej jest zazwyczaj ciężkie. Trzeba na to wielu sił. Trzeba mobilizować swoje energie i duchowe zapasy sił, aby przetrwać momenty krytyczne i nie załamać się pod wpływem narastających trudności, które powstają w toku wykonywanej pracy oraz sprawowanego powołania. (…) Z podobną sytuacją możemy spotkać się na każdym niemal odcinku pracy zawodowej. Jeśli jest ona wykonywana rzetelnie i z zamiłowaniem, przekształca się w powołanie. (…) Trzeba więc bardzo starannie analizować samego siebie i swoje upodobania, a nie nastroje chwili czy modę. Bywa taki „owczy pęd”: „Ty idziesz na medycynę? To i ja”. – Ty idziesz na architekturę? No to i ja. Nigdy się nie rozstaniemy!” – Nie jest to decyzja dojrzała, bo nie liczy się z własną osobowością.

Właściwe rozpoznanie człowieka i sie­bie samego możliwe jest dopiero przez kontakt z otoczeniem. To głębo­kie prawo psychologiczne określił Chrystus

 

A w jaki sposób rozpoznać swoją osobowość?

Właściwości ukryte i nieznane, które są osobistą tajemnicą danej osoby ludzkiej, zostają rozpoznane w kontakcie z innymi. My także, rozpo­znajemy swoje „zdolności”, gdy dostaniemy w ręce… człowieka. Najłatwiejsza i najmniej realna jest miłość abstrakcyjna, ideal­na, idealistyczna, a najprawdziwsza — miłość konkretna. Realizuje się ona w odniesieniu do otoczenia, do konkretnego człowieka. Widzimy wtedy, jaka miłość z nas emanuje. Właściwe rozpoznanie człowieka i sie­bie samego możliwe jest dopiero przez kontakt z otoczeniem. To głębo­kie prawo psychologiczne określił Chrystus, mówiąc: „Po tym poznają wszyscy, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu” (J 13,35). Jak odnosicie się do siebie wzajemnie? Co robicie z człowiekiem „podanym” na waszą wolę? Gdy zobaczą, jak traktuje­cie brata, poznają i dowiedzą się, czyjego ducha jesteście.

 

Idzie o to, aby nas ludzie nie „ubierali” w swoje szatki i piór­ka, ale byśmy sami umieli znaleźć swój własny, Boży styl!

Gdy Ksiądz Prymas był dzieckiem, usłyszał od umierającej matki słowa: „Stefek, ubieraj się”. Chłopiec założył palto, a wtedy mama powiedziała:  „Ubieraj się, ale nie tak! Inaczej się ubieraj!” Dopiero wiele lat później ojciec wytłumaczył mu, co miała na myśli: „ubieraj się w cnoty, aby przygotować się do swojego przyszłego życia”. Jedną z nich jest roztropność – umiejętność podejmowania dobrych decyzji…

Można człowieka ładnie ubrać, ale najlepiej, gdy ktoś ubierze się sam. Gorzej, gdy musimy mówić: — A toś mnie „ubrał”! — O wiele lepiej, gdy czynimy to sami! Idzie o to, aby nas ludzie nie „ubierali” w swoje szatki i piór­ka, ale byśmy sami umieli znaleźć swój własny, Boży styl! Abyśmy „mieli twarz”, na której odbija się światło oblicza Bożego (…) Patrząc na Oblicze Boga, mamy w Nim dostrzec Człowieka. Jednocześnie mamy w Nim zobaczyć, jak w Bożym zwierciadle, własną twarz. Mieć twarz dobrą — mieć w ogóle twarz — to wcale nie jest mała sprawa. Jeżeli dzisiaj tyle się mówi o „robieniu twarzy”, trzeba myśleć również o katolickim „kosmetyku”, o ukształtowaniu własnej twarzy na obraz i podobieństwo Boże.

 

A zatem, podejmując konkretne decyzje człowiek powinien nie tyle myśleć o możliwych zewnętrznych jej efektach, ile o jej spójności z własnym sumieniem?

Kiedyś zwiedzałem w Belgii ogromną hutę. Było tam kilkadzie­siąt zamkniętych pieców martenowskich. Zauważyłem, że raz po raz ktoś przechodzi od pieca do pieca i przez specjalne szklane okienko zagląda, sprawdzając termometry, których przy każdym piecu było wiele. Zapytałem: Po co tam ciągle zaglądacie? — Bo trzeba wiedzieć, co się w piecu dzieje — odpowiedziano mi. Oprowadzał mnie jeden sta­ry Polak. Mówię mu: Bracie, żeby tak człowiek ciągle zaglądał do swo­jej duszy, co się tam warzy, jaka strawa się szykuje, to by dobrze było, co? O, proszę księdza — powiada — jak by to było dobrze! Jak za dwa­dzieścia godzin piec otworzę i wszystko z niego wyjdzie, to muszę do niego sam wleźć w specjalnym azbestowym ubraniu, aby go wyporządzić. Ta robota trwa cztery godziny. Potem ode mnie czuć, jak z tego pieca. Więc mnie kobieta i dzieci wyganiają z mieszkania. Muszę cho­dzić nad rzeką, aby troszkę wywietrzeć. — Powiedziałem mu: Bracie mój, w niejednym domu tak czuć jak z tego pieca. — Ano, juści, są ta­kie. I w niejednym człowieku tak jest!

 

Miarą odpowiedzialności za podejmowane decyzje jest więc ostatecznie czyste sumienie. Czy w tym Ksiądz Prymas upatrywał dla rodaków szansę, by nie powtórzyli błędów swoich przodków, którzy ze „złotej wolności” uczynili narzędzie rozkładu ojczyzny?

Jeżeli się część własnego człowieczeństwa w nas rozwinie i rozbudzi, będziemy pewni, że straszne koszmarne widziadła, wydobywane skrzętnie przez mężów z przeszłości, nigdy nie będą się powtarzać, a każdy z nas będzie błogosławieństwem swego Narodu, stanie się błogosławieństwem swego Narodu. A czego bardziej trzeba, jak nie właśnie tego, aby każdy Polak, który spełni swoje zadanie, odchodził z tej ziemi ojców do Ojca naszego, który jest w Niebie – błogosławiony, aby życie jego błogosławiono.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole "Żagle" Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap