Powołanie św. Mateusza, Caravaggio | Fot. Wikipedia

Caravaggio. Wołanie o odkupienie

Malował świętych z twarzami, których pierwowzorami były prostytutki, włóczędzy z marginesu, oszuści z tawern i spelunek. Choć sam wiódł łotrzykowskie życie i do dziś nie wiadomo jak je zakończył, rozumiał jak mało kto tajemnice wiary i przebijał w tym wszystkich poprzedników i następców.

Reklama

Jeśli będziecie w pobliżu jego obrazów, zrezygnujcie z innych planów i koniecznie te obrazy obejrzyjcie. Nie pożałujecie, bo Michelangelo Merisi, zwany Caravaggiem, przebija wszystkich poprzedników i następców, rozumiał jak mało kto tajemnice wiary, choć sam wiódł łotrzykowskie życie i do dziś nie wiadomo, jak to wypełnione światłem i cieniami życie, zakończył.

Wybuch talentu

Talent urodzonego w 1571 r. w Mediolanie chłopca ujawnił się już w dzieciństwie, więc jego wcześnie owdowiała matka nie miała wątpliwości, że warto sprzedawać kolejne pola, żeby zapłacić wysokie czesne mistrzowi Peterzano, by ten nauczył go tajników zawodu. Mistrz, którego kształcił sam Tycjan, przekazał uczniowi swoją wiedzę i wiele nauczył, ale talent Merisiego rozkwitł, wręcz wybuchł, dopiero po jego przybyciu do Rzymu. Miał wówczas około dwudziestu pięciu lat.

Rzym. Nieprawdopodobna kumulacja dzieł sztuki od czasów Rzymian. Budowali, rzeźbili i malowali niemal w tym samym czasie lub w niewielkich odstępach najwięksi geniusze ludzkości, Leonardo, Michał Anioł, Rafael, Bernini, a środowisko, w którym się poruszali, sprzyjało ich rozwojowi – Włosi kochali i do dziś kochają sztukę. Do takiego Rzymu, w okresie kontrofensywy katolicyzmu, w którym w niecałe stulecie wybudowano pięćdziesiąt kościołów w nowym barokowym stylu, mieście bajecznego bogactwa i wielkiej nędzy, gdyż epidemie dziesiątkowały mieszkańców, trafił młody artysta w poszukiwaniu swej szansy. Pierwsze lata były trudne i bardzo ubogie, życie pozbawione stabilizacji. Nieraz głodował, żył na łasce przyjaciół, ale w końcu został zauważony przez znawców i kolekcjonerów. Jego warsztat rozwijał się, talent dojrzewał. Któregoś dnia kard. Francesco del Monte, wybitny znawca sztuki i hojny mecenas, dostrzegł jeden z jego obrazów i zaprosił jego autora do swojego pałacu La Madama. Merisi miał tam znakomite warunki, jego gospodarz nie żałował pieniędzy, bo bezbłędnie ocenił, że ten brzydki, niechlujnie ubrany mediolańczyk, abnegat i oberwaniec, posiada talent geniusza.

Reklama
Reklama

ZOBACZ: „Nic dwa razy się nie zdarza”. Niepowtarzalność ludzkiego losu według Wisławy Szymborskiej

Pierwsze znane obrazy Caravaggia są znakomite, ale nie odbiegają od ogólnie przyjętej konwencji i tego, do czego przyzwyczaili się odbiorcy – Chłopiec z lutnią, Zdrowy Bachus, Szulerzy, Muzykanci, Wróżenie z ręki. Kwiaty, owoce, rośliny ozdobne, kielichy, wypełnione winem. Choć Merisi namalował i chorego Bachusa, Chłopca, ugryzionego przez jaszczurkę (mogliśmy obraz oglądać niedawno w Warszawie) oraz przerażającą Meduzę, czyli mrok świata… Naprawdę kim jest i jaki jest, jego talent pokazał w swoich obrazach o tematyce religijnej. A ten talent polegał nie tylko na perfekcyjnym opanowaniu warsztatu, ale także na nowatorskim podejściu do malowanych od wieków tematów, inspirowanych Biblią, żywotami świętych i legendami.

Chłopiec z Lutnią, Michelangelo Caravaggio | Fot. Wikipedia

Pierwsze zamówienia… i pierwsze rozczarowania

Madonna giermków. Obraz zamówili członkowie Bractwa św. Anny, czyli giermkowie, którzy nosili papieską lektykę i opiekowali się końmi ze stajni Jego Świątobliwości. Miał zawisnąć w ich kaplicy w samej Bazylice św. Piotra. Czego spodziewali się fundatorzy? Wystarczy przejrzeć przeciętną produkcję ówczesnych warsztatów malarskich… Piękne Madonny, pulchne Dzieciątka o słodkich rysach, luksusowe tkaniny, jedwabie i brokaty, trony i wykwintne meble, wysmakowane wnętrza, kwiaty, owoce, słoneczne pejzaże, błękit nieba. „W Bizancjum Bóg był złotem tła, w epoce renesansu światłem nieba, potem Bóg został wygnany i barok zalały ciemności” – pisał Jean Paul Sartre. Miał rację, barok to ciemności i duża w tym zasługa mistrza Merisiego. W końcu dostarczył obstalowane dzieło, które zostało usunięte z bazyliki, bo zgorszyło licznych. Matka Boża, w której rozpoznano rysy kochanki pewnego artysty, kilkuletni Jezus, zupełnie nagi… Nikt wcześniej tak nie malował, to było wyjście ze schematów, utartych kolein.

Reklama
Reklama
Madonna ze św. Anną, Michelangelo Caravaggio | Fot. Wikipedia

Dalej nie było lepiej, obraz Śmierć Dziewicy też został odrzucony. Nie tylko dlatego, że odbiorcy rozpoznali w rysach zmarłej Maryi znaną rzymską prostytutkę, ale także dlatego, że śmierć była tak prawdziwa, bez żadnej wzniosłości. Jakże inne były przedstawienia Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny, otoczonej Apostołami, na przyozdobionym kwiatami łożu, z gołębicą, symbolizującą Ducha Świętego nad Jej głową… Kolejni fundatorzy, a byli nimi ojcowie karmelici, odrzucili obraz…

Reklama
Zaśnięcie Maryi, Michelangelo Caravaggio | Fot. Wikipedia

Geniusze czują, że są wyjątkowi 

Caravaggio był jednak nieugięty. Geniusze czują, że są wyjątkowi i że to świat ma próbować ich rozumieć, a nie oni pochlebiać światu. Malował świętych z twarzami, których pierwowzorami były prostytutki, włóczędzy z marginesu, oszuści z tawern i spelunek.

Gdyż ten genialny malarz był „pęknięty”, składał się jakby z dwóch osobowości – był awanturnikiem, skandalistą i kryminalistą. Nigdzie nie potrafił zapuścić korzeni, jego biografowie piszą, że nie dbał o sprawy materialne, nie cenił pieniędzy, które trwonił w szybkim tempie, włóczył się w podejrzanym towarzystwie po miejskich spelunach, był stałym bywalcem domów publicznych. Nie założył rodziny. Poznał dogłębnie ludzką biedę i nędzę, ale sam był nędznikiem – opuścił Mediolan, bo prawdopodobnie kogoś zabił i musiał uciekać przed sprawiedliwością.

CZYTAJ: Zagadkowe symbole na fresku „Ostatnia Wieczerza” Leonarda da Vinci

Mógł ustatkować się, korzystać z gościny swojego mecenasa i malować, tylko malować, ale nie potrafił, ciemna strona życia kusiła i on tym pokusom ulegał. W Rzymie powtórzyła się ponura historia – zabił znajomego, znów musiał uciekać. Uciekł na Maltę, został przyjęty do Zakonu św. Jana, zwanego Zakonem Maltańskim. I tym razem mógł ustatkować się, korzystać ze stabilizacji i malować, malować… I po raz kolejny powtórzyła się ta sama historia – sprzeczka w trakcie gry w karty, zranienie współbrata, wydalenie z zakonu, uwięzienie w Zamku Świętego Anioła, ucieczka, tym razem na Sycylię, do Syrakuz, Mesyny i Neapolu. Znów malował, zabiegał o darowanie win u samego papieża… Ale nigdzie nie mógł czuć się bezpiecznie – rycerze maltańscy śledzili jego kroki, dzień zemsty wisiał nad nim jak miecz.

Znikł w pomroce dziejów, tak jak postacie z jego płócien

W pewnym momencie Caravaggio zaginął. Znikł w pomroce dziejów, tak jak postacie z jego płócien. Nie wiadomo, co się z nim stało, nie ma świadków jego śmierci, dosłownie zapadł się pod ziemię w sensie dosłownym i w przenośni. Wracał do Rzymu, został zatrzymany jako poszukiwany za morderstwo, statek z jego obrazami odpłynął. Może zmarł w szpitalu, może zapadł na zakaźną chorobę, a może dzieła zemsty dopełnili Maltańczycy… Nie wiadomo, gdzie został pochowany.

Znakomity znawca jego dzieł, autor książki, poświęconej jego życiu i twórczości, ks. Witold Kawecki, zwraca uwagę, że w jednym z ostatnich obrazów – Męczeństwie św. Urszuli – Merisi namalował siebie, jest to stojący za męczennicą mężczyzna z brzydką twarzą. Jego wzrok utkwiony jest w przestrzeń, jest to wzrok człowieka, który już niczego się nie spodziewa. Człowiek o twarzy Caravaggia stoi wśród oprawców, może to próba oczyszczenia, wyznania win. „Zawieszony wzrok Caravaggia wydaje się utkwiony w pustce, a może już w wizji odkupieńczej” – stwierdza ks. Kawecki.  

Męczeństwo św. Urszuli, Caravaggio | Fot. Wikipedia

Świat nieumalowany i nieupiększony

Nie jestem historykiem sztuki, a zwykłym odbiorcą malarstwa. To, co uderza w obrazach mistrza o łotrzykowskim życiu, to przedstawiony przez niego świat. Świat nieumalowany i nieupiększony, pełen brzydkich ludzi, starców o twarzach przeoranych zmarszczkami, ciał, dotkniętych starością, brudnych nóg i popękanych pięt, postaci, zanurzonych w mroku. Ale mylił się Sartre – mrok, spowijający postaci na płótnach to nie brak Boga, a świadomość, że wiara jest kroczeniem w ciemnych dolinach. Żadnych ogrodów, pięknych pejzaży, błękitu nieba. Łotrzyk i morderca Merisi potrafił namalować w przejmujący sposób nędzę ludzkiej egzystencji, biedę świata. Ale z jego płócien wyłania się także nadzieja, gdy ukazywał Jezusa, powołującego celnika Mateusza, Szawła, który spadł z konia, pokutującą Magdalenę. Może przeczuwał, że te wszystkie portretowane ladacznice, szulerzy, złodzieje i mordercy, a także i on, to szansa przemienienia. Szansa dla tego całego brzydkiego, zdeprawowanego świata, który rozpaczliwie potrzebuje odkupienia i ma nadzieję na błękit.


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę