Dzień z życia mamy

Ostatnio na youtubie obejrzałam rekrutację na najtrudniejszy zawód świata – Dyrektora operacyjnego, który musi umieć wszystko, pracować non stop i robić to za darmo. Każda z mam ma takie stanowisko. Ale nie zgodzę się, że robi to za darmo... Wystarczy jeden uśmiech, jedno przytulenie, czasem nawet jedno spojrzenie dziecka. To cenniejsze niż jakiekolwiek pieniądze.

Alicja Samolewicz-Jeglicka
Alicja
Samolewicz-Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dzień z życia mamy
Ostatnio na youtubie obejrzałam rekrutację na najtrudniejszy zawód świata – Dyrektora operacyjnego, który musi umieć wszystko, pracować non stop i robić to za darmo. Każda z mam ma takie stanowisko. Ale nie zgodzę się, że robi to za darmo... Wystarczy jeden uśmiech, jedno przytulenie, czasem nawet jedno spojrzenie dziecka. To cenniejsze niż jakiekolwiek pieniądze.

O! Oooo! O! Szaro! Czas wstawać. Ile można leżeć i spać? Ale jestem głodny! Trzeba szybko wstać i zjeść śniadanie. Maaammooo! Mamo! Hmmm chyba mnie nie słyszy… Aaaaaaa! Czemu tak leży? Mamoooo wstawaj! Daj mi tego ciepłego mleczka! Dobrze, że łóżeczka mają szczebelki, można się przynajmniej podciągnąć i wstać. Toż to inaczej człowiek nie da rady. Dobra, trzeba krzyknąć bo naprawdę mnie nie słyszy. Aaaaaa! Maaaaamaaa!

 

O nie! Ledwo co się położyłam a tu pobudka. Za oknem jeszcze szaro… która to godzina? No tak 4.50. Dzień dobry Janek. Po co tak krzyczysz. Mama zaraz Cię przytuli. Oooo lepiej? Hmmm no to zmienimy pieluszkę. Już masz sucho. Nie krzycz kochanie. A może jesteś głodny? Choć zejdziemy na dół przygotować pyyyszne mleczko.

 

No w końcu! Ile można się prosić o śniadanie… Mniam, mniam. Już się doczekać nie mogę.

 

Pielucha przebrana, mleczko zjedzone, odbicie było. Czas się ubierać. Janek pójdziemy sobie dziś na spacer po obiadku? Piękna pogoda! Teraz idziemy umyć się i ubrać… Jakie to śmieszne, jak taki mały brzdąc ciekawie przygląda temu jak myje włosy. A potem w głos się śmieje, jak widzi ręcznik na głowie… Chyba każda mama myśli, że jej dziecko jest najcudowniejsze, najpiękniejsze, najkochańsze na świecie. Taki mały cud. Po prostu „naj”. Rajstopki, spodenki, koszula. Niektóre ubranka dziecięce są przesłodkie. Ojjj Janku nie płacz, szybciutko się przebierzemy. No niestety trzeba się położyć i mama ubierze spodenki…. Och, to będzie długi dzień. 

Dzień z życia mamy

fot. Archiwum rodzinne

Hahahaha co ta mama robi! Jakaś pielucha na głowie! Hahaha jak to wgląda! Po co to jej? I jeszcze te miny co robi. Ale ona śmieszna. Chyba się zsiusiam ze śmiechu. Hahaha. Dobrze, że jesteśmy w łazience. Uwielbiam jak mama robi miny i potem daje buziaki. A najbardziej rozśmiesza jak łapie moje stopy i woła „ale masz sztópeczki”. Mnie tam stopy nie śmieszą, czasem można je tylko pogryźć. Ale to tak z nudów bardziej. Oooo nie. Rajstopy!! Jak baba! Mamooo ja jestem chłopak. Nie chce rajstop! Nieeeee! Mamoooo ja nie lubie się przebierać. Aaaaa!

 

Ale piękny chłopiec! Idziemy się pobawić do salonu. Nie, nie Janeczku tego nie dotykamy. Nie wolno. Tu masz zabawki – zobacz jaki ładny samochodzik. Nie, nie to zostaw. Ojej, Janek nie tak szybko. To ja usiądę za Tobą.

 

Nuuudyyyy! Mamooo! Te zabawki są nuuudne! Ja chce tamto. Jak się naciska to zapala się coś. Jasno się robi. Ooo tu szczebelki jak w łóżeczku, ale w inną stronę. Ewidentnie po to żeby się tego trzymać. Hop. Działa. No i człowiek na nogach. O tu kolejny. I w końcu. To jest dopiero extra zabawka. Dźwięk wydaje, świeci się, duuuże takie. Mamo zostaw mnie, ja chce się tym bawić. Mamoooo! Nieeee! Ja chce to! Zabawki są nudne, zrozum.

 

Janek zostaw piekarnik. Nie wolno, bo można zrobić sobie krzywdę, a przy okazji zepsuć. Choć tutaj się pobawimy. Wolisz gazetę niż tego misia? Lepiej bawić się garnkiem niż autem? No dobrze, dobrze. Choć poczytamy książeczkę…

 

To coś na środku pokoju jest extra! Można się przytrzymać, pouderzać i w końcu człowiek może trochę sam pochodzić. Uwielbiam w to uderzać tym czymś kolorowym. Hahaha ale śmieszne dźwięki. Mama jak się śmieje, to będę jej uciekał! Haaa!

 

Jak Ty pięknie stoisz przy stole! Jaki dzielny chłopiec chodzi sobie w kółko. Nooo tego to ja już nie lubię. Dostał od sąsiadów plastikowy młotek wydający dźwięki i ciągle nim uderza śmiejąc się. Szkoda tylko, że cały stół podziurawiony…

Dzień z życia mamy

fot. Archiwum prywatne

Mamooo idziemy spać. Choć. Spaaać! Mamo już się wybawiłem. Lubie jak mnie przytulasz i takie fajne dźwięki wydajesz przed snem. Uuuaaaa spać…

 

Aaaaa aaaa były sobie kotki dwa…

 

Czasem się zastanawiam, czy mama mnie nie słyszy? Jedziemy tym czymś po okolicy naszego domu i jej opowiadam co widzę, bo to ciekawe. A ona w tym czasie mówi, bym spojrzał na to albo na tamto. Mamo ja widzę. Ehh po co mnei pytasz o lampę? No tutaj jest. A okno tam jest. Dziwne… Mama nie wie gdzie co jest? No bo po co mnie o to pyta…?

 

Janek a gdzie jest lampa? Lam-pa! Świeci. Gdzie świeci? Ooooo jak ładnie. Tak, tam jest lampa. A pokaż okno. Gdzie są chmurki i niebo? Taaa ślicznie!

 

Maaaamooo! Tak mi się wydaje, ze dorośli nie słyszą. Mamooo ząb mnie boli. Nooo boli i boli. Już nie wiem co mam gryźć. Nic nie pomaga. Mamo pomóż mi! Tu po lewej na dole coś boli i swędzi. A potem broda mnie łaskocze, bo ta woda z buzi leci i leci… Mamooo pomóż mi.

 

Janek ja już nie wiem co Ci jest… Czemu tak płaczesz pół dnia i marudzisz? Najedzony, przebrany, wyspany, wytulony… Hmmm. Coś mocno się dziś ślinisz. A może kolejny ząbek idzie? Pokaż mamie buzie. Ocho, i już 8 ząb.

 

Aleeeeee suuuperr!! Jak ja uwielbiam jak mnie mama wsadza do wody! Dużo wody. I można klaskać w wodę i ona tak fruwa wkoło. Ale fajne to! Mama też chyba lubi, bo ciągle patrzy gdzie ta woda leci. Ale fajnie!

 

No tak… Kąpiel a potem sprzątanie łazienki. Domowy potop. Ale radocha z pluskania się chyba niezastąpiona. I ten chichot jak woda się wylewa!

Uuuaaaa spać. Ale miałem dziś ciężki dzień. Tyyle się działo. Tyyyle zwiedziłem. Jutro nowy dzień. Hej przygodo! Ale miło jakby mama mnie na koniec przytuliła. Maaaamoooo! AAAAAA! Mamoooo! Jak dorosnę to chyba jej kupię aparat sluchowy! Maaamoooo! Aaa i powydawaj te śmieszne dźwięki na koniec dnia!

 

Wieczór. Janek trochę marudny przed snem. Choć maluszku, mama przytuli… Aaaa, aaa kotki dwa… Jak Janek zaśnie chwila oddechu.  I nadrabianie zaległości… Ale wpierw herbata. Wieczorem wypita do końca i na spokojnie.

 

Jestem Janek. Mam 9,5 miesiąca. Kocham swoją mamę. Lubię jak daje mi tysiące buziaków, choć czasem wstyd jak robi to przy kolegach. Fajnie się z nią bawi. Choć czasem nie rozumie, że lepsza zabawa jest kartonem po soku niż samochodem. No i chodzi ze mną wszędzie. Jak już się nauczę chodzić sam to pokaże jej fajne miejsca. Naprawdę ją kocham. I uwielbiam ciągnąć za włosy!

 

Jestem Alicja. Mama 9,5 miesięcznego Jana. Kocham mojego synka najmocniej na świecie (no jeszcze kilka innych osób kocham najmocniej na świecie). 10 stycznia powiedział pierwsze “ma ma ma ma”. I co z tego, że totalnie nieświadome. I co z tego, że wypowiadane patrząc na tatę. I co z tego, że przerywane “da da, ba ba”. Ja to zrozumiałam po swojemu. I wzruszyłam się. Co to będzie, gdy usłyszę świadome „mama”…


 

 

Alicja Samolewicz-Jeglicka

Alicja Samolewicz-Jeglicka

Dziennikarz ZWWZ - z Zawodu, Wyboru, Wykształcenia i Zamiłowania. Udowadnia, że jest możliwe wstawać o świcie z uśmiechem co dnia i łączyć pracę z pasją. Przez ponad 10 lat w Radiu Plus w Gdańsku. Obecnie w Radiu Gdańsk. Wieloletni korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej. Prowadzi warsztaty dla młodzieży i studentów z zakresu dziennikarstwa radiowego. Publikuje w prasie i internecie.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Alicja Samolewicz-Jeglicka
Alicja
Samolewicz-Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >

Półtora serca

W sobotnie święto Dominika Czupryś z Radzionkowa przyjmie całusy od swoich dzieci - 2,5-letniego Franka i rocznej Alicji. Od innych młodych mam odróżnia ją to, że widziała bijące serce swojego syna...

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Półtora serca
W sobotnie święto Dominika Czupryś z Radzionkowa przyjmie całusy od swoich dzieci - 2,5-letniego Franka i rocznej Alicji. Od innych młodych mam odróżnia ją to, że widziała bijące serce swojego syna...

To była historia jakich wiele – zakochanie, zaręczyny, ślub. Po kilku tygodniach Dominika i Łukasz dowiedzieli się, że zostaną rodzicami. Wszystko toczyło się książkowo aż do połowy ciąży. Diagnoza: wada serca. Potem badania, kolejne i kolejne, w końcu decyzja – zastawka aortalna wymaga poszerzenia. I choć jeszcze kilka lat temu byłoby to nieprawdopodobne, zabieg przeprowadzono nie czekając, aż maluszek przyjdzie na świat. – W 26. tygodniu ciąży znalazłam się na stole operacyjnym – zaczyna swoją opowieść Dominika. – Od samego początku nikt nie mówił o moim synu: „płód”, traktowano go jako pełnoprawnego pacjenta. Małego pacjenta, którego zoperowano wewnątrz dużego pacjenta. Przed zabiegiem każde z nas dostało „swoje” znieczulenie. Potem pozostało czekać i modlić się, żeby Franek jak najdłużej pozostał pod moim sercem.

 

Dziesięć tygodni później Dominika obudziła Łukasza w środku nocy. W szalonym tempie pokonali prawie 300 kilometrów dzielących ich od warszawskiego szpitala, gdzie Franek mógł bezpiecznie przyjść na świat. Zdążyli. Był 18 lutego 2016 roku.

Następnego dnia maluch trafił do Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie postawiono ostateczną diagnozę – HLHS, zespół niedorozwoju lewego serca. To jedna z najpoważniejszych wad serca u dzieci. Nieoperowana, prowadzi do śmierci w pierwszym miesiącu życia. Wyczekiwane szczęście runęło jak domek z kart.

– Pierwszą operację na otwartym sercu Franek przeszedł mając tydzień. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że po takich zabiegach nie zamyka się klatki piersiowej. Mostek pozostaje rozcięty, płaty skóry odsunięte na bok. Kiedy wpuszczono mnie do syna, zobaczyłam jego bijące serce… Niestety, powodów do optymizmu nie było, podczas operacji wystąpiła rzadka komplikacja. Kiedy kardiochirurdzy zaprosili nas na rozmowę, widziałam na ich twarzach przerażenie. Oni są zawsze pewni siebie: zoperujemy, naprawimy, wyleczymy. A teraz nie umieli spojrzeć nam w oczy. Wiedziałam, że nie dają mojemu synowi żadnych szans na przeżycie – Dominika do dziś drży, wspominając tamtą straszną rozmowę.

 

 

Tydzień później Franciszek kolejny raz znalazł się na stole operacyjnym. Ważył już tylko 1800 gramów, był bardzo słabiutki. Ze względu na obłożenie sali zabieg musiał odbyć się w nocy. – Wróciliśmy z Łukaszem do pokoju – opowiada Dominika. – Kilkaset metrów dalej lekarze rozpoczęli beznadziejną walkę o życie mojego syna, a ja… poszłam spać. Nagle pojawił się we mnie niewytłumaczalny spokój, pewność, że wszystko będzie dobrze. Przespałam całą noc a rano dowiedziałam się, że Franek przeżył. Przeżył, chociaż ma tylko połowę serduszka…

Moment załamania przyszedł na Dominikę kilka tygodni później. – Jak co dzień przyszłam na OIOM pooperacyjny… a Frania na nim nie było. Przewieziono go na inny oddział. Kiedy tam weszłam, rozpłakałam się – to był OIOM dla dzieci przewlekle chorych i nierokujących. Obok Franka leżały dzieci, które miały rok, dwa, trzy… i cały ten czas spędziły w szpitalu. Przeraziłam się.

Franek miał czekać krócej – pół roku, bo tyle musiał skończyć, aby przejść kolejną operację. W tym czasie Łukaszowi skończył się urlop ojcowski, musiał wrócić na Śląsk. Dominika została w Warszawie sama.

– Pierwszy raz przytuliłam swoje dziecko, kiedy miało dwa miesiące – w głosie Dominiki słychać tłumiony płacz. – Był jeszcze podłączony do respiratora, w zasadzie nie wolno go było ruszać, ale pielęgniarka widząc, że jestem w kompletnej rozsypce, położyła go w moich ramionach. Siedzieliśmy tak kilka godzin, zupełnie zdrętwiałam, ale nie mogłam wypuścić go z rąk…

Kiedy w tchawicy Frania umieszczono rurkę umożliwiającą oddychanie, opieka nad nim stała się łatwiejsza. Dominika mogła go przytulić, przewinąć czy wykąpać. Ale każdego wieczoru musiała zostawić syna samego i wrócić do wynajętego pokoju. Zamiast kołysanek nuconych do ucha przez mamę, do snu kołysał Franka miarowy szum respiratorów i tykanie kardiomonitorów.

 

 

– Mój pierwszy Dzień Matki spędziłam na OIOMie. Łukasz przyjechał do mnie z kwiatami „od Frania”, a ja rozpłakałam się, że chociaż nie jestem mamą, nie mam dziecka przy sobie… – wspomina Dominika.

Szpitalne pół roku było potężną próbą dla młodego przecież małżeństwa Dominiki i Łukasza. Ona w Warszawie, samotnie mierząca się z codziennością OIOMu, on na Śląsku, starając się zapewnić rodzinie utrzymanie. W każdy piątek po pracy Łukasz pędził do syna, ale przy Franku nie mogli być jednocześnie oboje. Mijali się. – Niektórzy twierdzą, że wspólne cierpienie cementuje związek. My musieliśmy walczyć, aby nie zgubić naszej miłości… – mówi Dominika.

W końcu nadszedł dzień kolejnej operacji. Po raz trzeci Dominika oddała syna w ręce lekarzy. Teraz mogła się już tylko modlić. O tym, co działo się później, opowiada w kategoriach cudu. – Lekarze spodziewali się, że rekonwalescencja zajmie Franiowi wiele tygodni, tymczasem już po kilku dniach zaczął oddychać samodzielnie. Miesiąc po operacji został wypisany do domu.

Marzenie Dominiki w końcu się spełniło. Wreszcie była zwyczajną mamą – mogła przytulać syna kiedy tylko tego chciała, zabierać go na spacery. A dla Franka wszystko było nowe – do tej pory widywał tylko ściany szpitalnej sali, teraz z fascynacją wpatrywał się w liście na drzewach czy kolorowe kwiaty. Ale powrót do domu wiązał się też z nowymi wyzwaniami. Choć Franek oddychał samodzielnie, w jego tchawicy tkwiła rurka tracheostomijna, która sprawiała, że nie wydawał z siebie żadnych dźwięków. – Na początku bałam się, co będzie, kiedy zacznie płakać a ja tego nie usłyszę? Ale szybko nauczyliśmy się, że świst powietrza w rurce inaczej brzmi przy zwykłym oddechu, a inaczej przy śmiechu czy płaczu. Poznawaliśmy nasze dziecko i uczyliśmy się żyć jako rodzina.

Obecnie Franio jest radosnym brzdącem. Trudności spowodowane chorobą i miesiącami w szpitalu szybko nadgania pod okiem najlepszej rehabilitantki. – Alicja przyszła na świat, kiedy Franio miał 15 miesięcy. Bardzo chcieliśmy, aby miał rodzeństwo i powitaliśmy ją z ogromną radością – na twarzy młodej mamy wreszcie pojawia się uśmiech. – A starszy brat zaczął ją naśladować we wszystkim, ucząc się dzięki temu nowych rzeczy. Za nic nie chciał raczkować, zaczął, kiedy widział raczkującą Alę. Pierwsze dźwięki zaczął wydawać, kiedy siostra zaczęła gaworzyć. Ala ma rok i jest już logopedą – śmieje się Dominika.

Ale oprócz domowej rehabilitacji, Franek wymaga także regularnych ćwiczeń z fizjoterapeutą i „prawdziwym” logopedą. Czeka też na ostatni etap operacji serca. Dominika patrzy w przyszłość z nadzieją – wierzy, że z tej potyczki o zdrowie jej syn wyjdzie obronną ręką. A serce matki nie może się mylić…


PRZECZYTAJ WIĘCEJ O FRANKU


 


 

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >