Chamstwo i krzyż

Walka z obrazą uczuć religijnych musi się zderzyć z faktem, że nasz Bóg naprawdę jest jakiś inny.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

To, co zrobiła na facebooku artystyka Ewa Wójciak określając papieża wulgarnym rzeczownikiem to nie manifestacja wolności słowa ani głos w debacie, to czyste chamstwo.

To, co zrobił Janusz Palikot na kongresie, na którym pani Wójciak była gościem, zachęcając by „każdego kto jest ch…, mieć odwagę ch… nazywać“ to obrzydliwe zbijanie politycznego kapitału przez człowieka, który zdaje się już nie rozumieć, że rzeczywistość to nie abstrakcyjna konstrukcja w ręku milionera – intelektualisty.

Gdyby rozumiał, wiedziałby (na przykład z  historii XX wieku) jak niebezpieczne skutki może mieć takie podkręcanie w ludziach nienawiści, albo pokrzykiwanie, że nieobniżenie wieku dopuszczalnej prawem aktywności seksualnej do trzynastu lat to „typowa katolicka obłuda”.

Dla niego świat to zabawka, miś któremu dziś można urwać ucho i wstawić zamiast oka i nic się nie stanie, bo ostatecznie zawsze można kupić nowego. Albo milion nowych.

Chamstwo i krzyż

To typowy trybun postnowoczesności, nie odróżniający show od życia, polityka to dla niego ratatouille, więc z równym zapałem będzie dziś mówił o ZUS-ie, jutro o prostytucji na Marsie, pojutrze o marihuanie, a w piątek o eutanazji.

Nie wyobrażam już sobie, żeby z tym człowiekiem, kiedyś bardzo przeze mnie cenionym za świeżość spojrzenia, można było dziś o czymkolwiek poważnie porozmawiać. Dla niego wybór między „błazen” a „król” nie jest już wyborem narzędzi, ale tożsamości. Ale – pokój z nim.

Bowiem to jak na chamstwo pani Wójciak reaguje Palikot interesuje mnie mniej, od tego, jak mam na nie zareagować ja.

W Internecie tu i ówdzie nakręcają się teraz akcje protestu oraz sprzeciwu wobec protestu, po raz kolejny można odnieść wrażenie, że nazwiska wciąż są te same, zmieniają się tylko epistoły – za i przeciwko związkom partnerskim, wypowiedziom Wałęsy, prowokacjom Nergala itd. itp.

Chamstwo i krzyż

Ci, do których mi bliżej nie podejmują wysiłku, by zamiast podniecać się okrzykami do walki i rozkręcać wojnę na lajki, wykazać, że pani Wójciak dokonała swoją wypowiedzią aktu bolesnego autoupokorzenia, dowodząc że nie ma po prostu zielonego pojęcia o czym mówi.

Usłyszała „setkę” w telewizji i na tym zakończyła research. Zadała cios w pustkę, niech się sama wyłoży. Może zamiast licytować się czy mogła powiedzieć, czy nie mogła, wykazać, jak rzewne mówiła głupoty?

Można to zrobić choćby promując wiedzę w sprawie ówczesnej aktywności księdza Bergoglio, którą pracowicie zgromadził na swoim blogu w salonie24.pl jak zawsze rzeczowy o. Krzysztof Mądel.

Wtedy okaże się, że ci, którzy panią Wójciak wspierają też sami wystawiają sobie świadectwo, nie weryfikując istoty sprawy, zawsze chętni do podpisania czegoś co z grubsza wali w Kościół, który jak powszechnie wiadomo się panoszy, handluje ziemią, nienawidzi Eltona Johna i dzieci z in vitro, a pozostałym każe zlizywać bitą śmietanę.

Ciekawe, że są wśród nich osoby z tytułami, jak się okazuje nawet profesura nie chroni od pokusy, żeby słysząc odgłos bójki lecieć w środek zamieszania, nie sprawdziwszy najpierw kogo biją i za co.

Chamstwo ciężko tolerować. Ale z człowiekiem, który w salonie puścił bąka nie ma chyba co walczyć oddając mu tą samą bronią. Trzeba wykazać mu, dlaczego błądzi, a następnie odwrócić się na pięcie i pozwolić by – jeśli taka jego wola – sam nadal pogrążał się w głupocie i kompromitował.

No, to mam rozwiązanie.

Tylko jedna rzecz wciąż nie daje mi w tym wszystkim spokoju. My tu bohatersko walczymy o cześć papieża Franciszka, a coś mi podpowiada, że on sam gdyby się o całej tej żałosnej sprawie dowiedział, machnąłby na to ręką, a panią Wójciak zaprosiłby jeszcze być może na kawę (jak panią prezydent Kirchner, która też gadała o nim straszne bzdury).

Toute proportion gardee – on naśladuje Jezusa, ja Piotra. Ja obcinam ucho, On to ucho przyszywa.

Chamstwo i krzyż

Walka z tzw. obrazą uczuć religijnych tak rozbudowana w islamie, w chrześcijaństwie musi się zderzyć z faktem, że nasz Bóg naprawdę jest jakiś inny.

Daje się poniżyć i obrażać do absolutnie niewyobrażalnego stopnia (co widzimy w każdym opisie Męki Pańskiej), a po fakcie w ogóle nie interesuje się szukaniem satysfakcji u oprawców.

Skoro Założyciel naszej religii tak robi, to nasze poświęcanie choćby pięciu minut swojej czci i swoim obrażonym religijnym uczuciom, nie jest małostkowe?

Pytam, nie przesądzam, zachęcam do rozmowy…


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Być albo nie być

Jezus w kluczowych trzech dniach ziemskiego życia w centrum uwagi stawia pytanie, które wprawia dziś ludzi w popłoch.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Religijnemu pracoholikowi te trzy dni najbardziej dają w kość tym, że nic nie można zrobić. Próbuję wyobrazić sobie, jak trudne musiało to być dla Jezusa – zrezygnować z dalszego prostowania ludzkich dróg, dawania nadziei, uzdrawiania, wskrzeszania.

Przecież byłoby rewelacyjnie (czyli: objawiająco), powoli, krok po kroku, sączyłby w ten świat zdrowie. Jednym dałoby to do myślenia, innym nie (jak świątynnemu ORMO, które przyszło Go aresztować – Jezus dokonuje tu przecież ostatniego uzdrowienia, przywraca jednemu ze strażników odcięte przez Piotra ucho, ale na nikim zdaje się to nie robić wrażenia). Bóg odpowiadałby na potrzeby ludzi.

A On rezygnuje z mesjańskich czynów na rzecz pełni mesjańskiej tożsamości. Tyle razy w tych dniach chciałoby się Nim potrząsnąć i powiedzieć: "rób!".

Być albo nie być

Wskrzesił Łazarza więc co to byłby za kłopot – jakiś mocny znak przed tym głupim jak but Herodem, albo przed wyraźnie mu sprzyjającym Piłatem?

Chwilę wcześniej – czy nie miałoby sensu milczenie przed Sanhedrynem? Przecież gdyby Jezus sam nie przyznał im, że jest królem, musieliby go pewnie zwolnić dając czas uczniom by zebrali rozproszonych zwolenników, którzy mogliby w Jego obronie zrobić dym.

Ale On tego – dziwne – nie chciał.

Jezus w kluczowych trzech dniach ziemskiego życia w centrum uwagi stawia pytanie, które wprawia dziś ludzi w taki popłoch.

Pokręćcie się w otoczeniu dopytując: "co robisz w swoim życiu?", posłuchajcie wielowątkowych odpowiedzi, następnie pokontemplujcie milczenie i totalną bezradność, gdy zastrzelicie tego samego rozmówcę pytaniem "a kim jesteś?".

W tych dniach musimy na poważnie skonfrontować się z faktem, że Bóg, który działał tak, że Izraelitom spadały kapcie przedstawił się im nie jako „Robię”, ale jako „Jestem”.

I dlatego od środy wszystkie liczydła uczynków zawodzą. Prymusi okazują się łachudrami, kombinatorzy porządnymi ludźmi. Ci, co bronili zdradzają, ci, co zostawiali dla Niego wszystko uciekają, ci co nosili na rękach opluwają, ci co mieli być sprawiedliwi łamią prawo (bo Sanhedryn złamał prawie wszystkie zasady procesu, Piłat – prawa rzymskiego).

Z Człowiekiem na Golgocie zostają nie ci, którzy z nim robili, ale ci którzy Go kochali.

Po śmierci godny pogrzeb zapewnią mu faryzeusz i saduceusz (Nikodem i Józef z Arymatei, niektórzy twierdzą, że on też był jednak faryzeuszem) i poganin (czyli Piłat), a nie Ci, co deklarowali, że oddadzą za niego życie.

Być albo nie być

Popełniając odwieczny błąd religijnych gorliwców – oddając się Panu Bogu hurtem, ale niekoniecznie w detalu.

W Wielkim Tygodniu nabieram dystansu do tego, co wydaje mi się że zrobiłem, co jeszcze w życiu mam zrobić. Daję sobie związać ręce trzem długim, mozolnym liturgiom.

Długiemu staniu w zatłoczonym kościele, byciu niesionym przez prąd kolejnych czytań, gestów, pieśni, których w żaden sposób nie możesz przyspieszyć, możesz tylko z nimi płynąć.

W tym czasie nie zaciskam oczu przypominając sobie jak to było, nie proszę, nie przepraszam.

Jestem i oddycham tym, że On jest.

Być albo nie być

Dziś nic mnie już nie denerwuje – Grób Pański o wymowie felietonu, mający swoje show ceremoniarze i schole, które zmieniają liturgie w koncerty, kazania o Katyniu i Smoleńsku (sam słyszałem rok temu). Czuję jak zawiesza się czas, totalne ogołocenie i totalna pustka.

Aż spod zwałów prowadzonej skrupulatnie moralnej buchalterii, znów wychynie człowiek.

Te trzy dni dają jedyne skuteczne lekarstwo na wszystkie ludzkie poplątania, w które okresowo popadamy, czasem do granic obłędu, tonąc w pytaniach: jaki to wszystko ma sens, skoro tyle kosztuje?

Przypominają, że nie jesteś (ani bliźni nie jest) bilansem, ale Tajemnicą. Że zabiją cię kiedyś za to kim jesteś, i przez to kim jesteś (a nie co zrobiłeś) zmartwychwstaniesz.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >