fot. Eurovision Song Contest, youtube.com (print screen)
Eurowizja intensywnych przeżyć. Jaka wizja gra dziś w duszy Europy
Dlaczego treść piosenek Eurowizji mielibyśmy brać na poważnie? Bo kultura, często w sposób dla nas nieświadomy, modeluje nasze myślenie. Sprawia, że pewne pozornie niewinne propozycje szczęścia zaczynają działać w nas jak moralne nakazy.
70. Konkurs Piosenki Eurowizji budził emocje już na długo przed jego właściwym rozpoczęciem. Wszystko z powodu obecności Noana Bettana – izraelskiego piosenkarza. Sam mężczyzna i jego twórczość nie należą – jak na dzisiejsze standardy – do specjalnie kontrowersyjnych. Opór wzbudzała flaga pod którą występował – flaga Izraela, państwa który jest coraz powszechnej na Zachodzie postrzegany jako zbrodnicze.
W Polsce szereg negatywnych komentarzy wywołała informacja, wedle której polskie jury oceniło to państwo najwyżej ze wszystkich. Wątków politycznych w przeżywaniu Eurowizji było znacznie wcześniej – wspomnę tylko kąśliwy komentarz Krzysztofa Stanowskiego na X-ie wobec faktu, że Ukraińscy widzowie nie oddali ani jednego głosu na Polską reprezentację – choć zdaniem szefa Kanału Zero powinni to zrobić jako wyraz wdzięczności za pomoc jakiego nasz kraj udziela toczącemu wojnę państwu.
Ja jednak chciałbym nieco abstrahować od polityki.
ZOBACZ TAKŻE >>> Alicja Szemplińska w finale Eurowizji. Polska wokalistka zachwyciła utworem „Pray”
Czego słuchasz? „Tego, co leci”
Eurowizja jest konkursem skierowanym dla odbiorcy masowego. Kogoś, kto jeszcze do niedawna – przed erą platform streamingowych typu Spotify – na pytanie „jakiej muzyki słuchasz”, odpowiedziałby: „tego, co leci w radiu”.
Przeczytaj również
Każdy obszar kultury zaś można czytać jako swego rodzaju zapis świadomości człowieka – odbicie tego, co gra w jego duszy, czym żyje, co jest dla niego wartościowe, gdzie szuka szczęścia. Sztuka jest odbiciem stanu ducha danej cywilizacji. Sądzę więc, że 70. Konkurs Piosenki Eurowizji może stanowić doskonały rezonator tego, co gra w duszy przeciętnego mieszkańca Zachodu.
Przygotowując się do tego tekstu postanowiłem więc zapoznać się z treścią tekstów wszystkich piosenek finałowych tegorocznej Eurowizji, by tę treść „duszy” spróbować wydobyć. Gdzie więc mieszkaniec Zachodu w roku pańskim 2026 upatruje szczęścia?
Motywem, który zdecydowanie dominuje w tekstach finałowych – a zwłaszcza pierwszej dziesiątki konkursu – jest poszukiwanie intensywnych przeżyć. „Poddaj się oślepiającym światłom. Dziś nikt nie będzie spał. Jestem aniołem, jestem demonem, jestem psychopatą bez powodu […] Pozwól, że cię rozgrzeję, rozgrzeję, pozwól, że cię rozgrzeję […] Pozwól, że się tak wciągniesz, a ja sprawię, że będziesz wstrząśnięty” – tak w wolnym tłumaczeniu brzmi tekst utworu Bangaranga autorstwa Dary, który wygrał tegoroczną Eurowizję.
Oślepiające światła. Pobudzenie. Szaleństwo. Transgresja. Gdy przeglądałem kolejne teksty finalistów Eurowizji, miałem wrażenie, że zdecydowanie ponad połowa z nich mówią dokładnie o tym samym: o silnym, ekstatycznym przeżyciu.
To przeżycie może dawać taneczna impreza w klubie, będące na granicy normy doświadczenie seksualne, a w końcu może dawać je również „miłość”. Być szczęśliwym to sprawiać, że jesteśmy zalewani błogim działaniem takich neuroprzekaźników jak noradrenalina, dopamina czy serotonina.
ZOBACZ TAKŻE >>> Dara – Zwyciężczyni Eurowizji mówi, że Bóg jest najwspanialszy
Miłość. Naprawdę miłość?
Wracając do miłości, to jest to – jakby się mogło zdawać na pierwszy rzut oka – drugi dominujący temat konkursu. Miłość głównie toksyczna – oparta na chwilowym uniesieniu seksualnym i następującym po nim niemalże natychmiastowo porzuceniu.
Ta „miłość” tak naprawdę nie szuka swojego zwieńczenia w zbudowaniu trwałej relacji. Tu nie chodzi o to, żeby to była „szczęśliwa” miłość. Aspekt seksualnego uniesienia oraz aspekt odrzucenia mają służyć jednemu – by, bohater piosenki otrzymywał kolejną porcję silnych, niemalże narkotycznych doświadczeń
Na Eurowizji usłyszymy także i o tej miłości na wskroś romantycznej- jak chociażby ma to miejsce we włoskiej piosence. Gdy jednak nieco podążymy, to okazuje się, że i owa „miłość” jest tylko przykrywką dla poszukiwania intensywnych przeżyć.
Zakochanie – stan na wskroś intensywny i ekstatyczny – przecież mija. Jeżeli miłość nie przechodzi w intymność i przyjaźń, obumiera. Gdyby zatrzymywać się tylko na tym poziomie, to nasze życie zaczęłoby polegać na serii następujących po sobie związków opartych o motyle w brzuchu i namiętność, które kończyłyby się wraz z tej namiętności wygaśnięciem. Ostatecznie więc nawet i w tym włoskim, całkiem sympatycznym utworze, ostatecznie chodzi o intensywne przeżycie.
Dlaczego jednak mielibyśmy treść piosenek Eurowizji brać na poważnie? Otóż dlatego, że kultura – często w sposób nieświadomy dla nas – modeluje nasze myślenie. Co, więcej – sprawia, że pewne „niewinne” propozycje szczęścia zaczynają w nas funkcjonować niczym moralne nakazy. Stają się – mówiąc językiem Freuda – naszym super ego.
Sam znam wielu ludzi, którzy choć mieli deklaratywnie poglądy na temat szczęścia stojące na antypodach tego, co opisywałem powyżej, to jak się okazywało w praktyce, ten sposób myślenia – często wbrew ich woli – mocno zinfiltrował ich umysły. Widać to zwłaszcza na niwie związków romantycznych – obszaru, który jak pokazują współczesne badania przeżywa tak duży kryzys. Znam osoby, które nie były w stanie wejść w związek z osobą, z którą jak się wydawało wszystko się zgadzało – był „flow”, wspólne wartości, fizycznie się sobie podobali – gdyż ich uczucia nie były wystarczająco intensywne.
Ten przymus odczuwania silnego zakochania jako warunku koniecznego wejścia w związek był tak silny, że skutkował poczuciem winy – skoro nie odczuwam tak intensywnie, to może go/jej nie kocham? Może nie mam prawa wejść w ten związek? To pokazuje, że nie zdajemy sobie nawet sprawy jak bardzo kultura popularna infiltruje nasze myślenie i – w wielu kwestiach – sabotuje nasze życie.
ZOBACZ TAKŻE >>> Eurowizja. Europejski konkurs obciachu
Wizja Eurowizji i wizja Europy
A przecież chrześcijańska wizja życia i szczęścia stoi na zupełnych antypodach tego podejścia. Weźmy chociażby benedyktyńską koncepcję „stabilitas loci” – stałości miejsca. Zdaniem św. Benedykta – nomen omen patrona Europy – prawdziwe szczęście, wejścia na prawdziwą ścieżkę rozwoju i rozpoczęcie prawdziwej duchowej podróży możemy osiągnąć wówczas gdy zapuścimy korzenie w konkretnej formie życia. W konkretnej wspólnocie klasztornej, w konkretnym małżeństwie, w konkretnym powołaniu.
Miłość małżeńska zaś, choć docenia zakochanie jako siłę wiążąca, na zakochaniu się nie opiera – jest przede wszystkim przyjaźnią. Czymś znacznie stabilniejszym niż kapryśność emocji. Zresztą badania prof. Sorokowskiego pokazują, że intensywność uczuć w małżeństwach aranżowanych – a więc takich, gdzie zakochanie nie stoi u podstaw wyboru współmałżonka – nie odbiega od małżeństw romantycznych. Stawianie więc na uczucia jako fundament wyboru jest więc zdecydowanie przereklamowana.
Szczęście jest w wizji chrześcijańskiej zupełnie czymś innym niż sumą intensywnych wrażeń. Jak powiedział niegdyś słynny rosyjski reżyser Andriej Tarkowski, jeżeli przyjąćby, że szczęście polega na ciągłym odczuwaniu dobrostanu, to szczęśliwymi mogliby być tylko narkomani.
My zaś – tu z kolei prof. Jordan Peterson – nie powinniśmy skupiać się na poszukiwaniu szczęścia tak rozumianego, lecz znaleźć dla swojego życia cel. Szczęście rozumiane jako dobrostan, poczucie harmonii i ogólnego zadowolenia z życia przychodzi jako skutek posiadania sensu. Tarkowski mówił, że zadaniem człowieka jest odkryć jego osobistą misję, odpowiedzieć sobie na pytanie „po co i dla kogo tak naprawdę żyję?”.
Warto więc, widząc jak przemożny wpływ ma kultura masowa na nasze myślenie i odczuwanie karmić się tym, co nas skutecznie przed jej negatywnym wpływem zakonserwuje. „Jesteś tym, co jesz” – to powiedzenie ma tutaj wyjątkowo trafne zastosowanie.
I jeżeli ja sam, miałbym polecić coś jako antidotum promowaną na Eurowizji wizję szczęścia, to poleciłbym „Cztery miłości” C.S. Lewisa. Jest to książka która sprowadza na ziemię i zaprowadza w sercu pokój.
autor: Cezary Boryszewski
Cezary Boryszewski – Redaktor naczelny czasopisma idei „Pressje”. Redaktor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego. Koordynator warszawskiego oddziału Klubu Jagiellońskiego.








