Małżeństwo czy cola light

A więc znów: rewolucja! Bunt mas pracujących od portów Wybrzeża po huty i walcownie Śląska! Obudzono wszystkie werble, odkurzono sztandary. Koledzy grzmią, że tu już nawet nie chodzi o tych, co żyją w związkach partnerskich i potrzebowaliby jakichś ułatwień, tu chodzi o wizerunek Polski, o kierunek w jakim zdąża, a zdąża ku mrocznej przepaści.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Majowie machnęli się w obliczeniach, koniec świata nastąpił w Polsce 25 stycznia 2013 roku.

Pamiętnego piątku Sejm nie skierował do dalszych prac projektów ustaw o związkach partnerskich. Niezapomnianych wrażeń dostarcza mi od kilku dni choćby "Gazeta Wyborcza", która poświęca sprawie – ma się wrażenie – czasem i połowę objętości, a wszystko utrzymane jest w tonie:

"cała ludzkość niech broni naszej umiłowanej planety, w którą zaraz uderzy zakażona złą bakterią planetoida Gowin".

Obudzono naprawdę wszystkie werble, odkurzono sztandary. Koledzy grzmią, że tu już nawet nie chodzi o tych, co żyją w związkach partnerskich i potrzebowaliby jakichś ułatwień, tu chodzi o wizerunek Polski, o kierunek w jakim zdąża, a zdąża ku mrocznej przepaści.

Marek Beylin pisze, że konserwatywni posłowie PO nie mają przekonań, a uprzedzenia, że ich Polska to "stęchły grajdół", porządek z tą ciemną hołotą zrobi jednak wielki gniew społeczny rozlewający się teraz po kraju. A więc znów: rewolucja! Bunt mas pracujących od portów Wybrzeża po huty i walcownie Śląska!

Posłanka Kluzik – Rostkowska ma refleksję freudowską z natury. Jej zdaniem konserwatywni posłowie nie lubią ustawy o związkach, bo lękają się seksualności (to by było pyszne, dowiedzieć się, jak udało się pani poseł to zaobserwować). Na wszelki więc wypadek głosują przeciwko wszystkiemu, co mogłoby ich zmusić do zajęcia się tą sferą.

Profesor Sadurski dowodzi w eseju godnym Badaczy Pisma, że polska konstytucja owszem, mówi o małżeństwie jako o związku mężczyzny i kobiety, ale rodzinę umieszcza już – uwaga – po przecinku, więc małżeństwa gejowskiego być nie może, ale rodzina już chyba tak. Czego należało dowieść. Etc. Itd. Itp.

Małżeństwo czy cola light

Orędownicy ustawy o związkach jeszcze miesiąc temu zarzekali się, że chodzi im tylko o to, by ludzie mieli w życiu łatwiej, gdy jednak poseł Gowin swoją woltą przycisnął ich do ściany, wyśpiewali całą prawdę.

Przedtem zapewniano, że z całą pewnością nie chodzi o to by otwierać drogę do legalizacji w Polsce tzw. małżeństw homoseksualnych, dziś otwarcie mówi się o tym, że postulowane ułatwienia notarialne czy spadkowe dla par innych niż małżeńskie to tylko wehikuł, który ma nas dowieźć do miejsca, w którym państwo będzie certyfikowało jako rodzinę dowolnie skonstruowany związek, "bo takie są realia", "bo państwo nie może wartościować sposobów w jaki ludzie decydują się ze sobą żyć". Zwolennicy tych ustaw wciskali nam piękny kit: tylko ten jeden krok i basta, dziś – "rozhamowani" porażką, przyznają, że byłyby kroki następne, bo skoro powiedziało się "a" trzeba powiedzieć też "b", to nieuchronne prawo postępu, wy zakute katolickie pały.

A ja na przykład też żyję w tym kraju i uważam za dziecinnie głupią "postępową" logikę, w myśl której, wszystko co jest nowe, jest z automatu dobre. A brak zgody na burzenie fundamentów świata nie oznacza wcale, że nie mam szacunku dla ludzkiej wolności.

Każdy obywatel tego kraju bez względu na płeć i orientację powinien mieć prawo do upoważnienia kogokolwiek chce do uzyskiwania informacji o jego stanie zdrowia, do podejmowania decyzji w jego zastępstwie, do dziedziczenia jego dóbr (bez tzw. zachowku), do urządzenia mu pogrzebu etc. etc. (jedynym wyjątkiem powinny być tu ulgi podatkowe, bo te państwo funduje rodzinom w nadziei, że dostarczą mu nowych płatników ZUS :).

Jeśli w prawie, albo w praktyce (np. lekarskiej) jest coś, co to uniemożliwia lub utrudnia (a podobno takich przeszkód nie brakuje) – trzeba to zmienić. Wciąż jednak nie rozumiem, dlaczego ktoś chce mnie ciągnąć za fraki z poziomu "szanujmy nawzajem swoją wolność", na poziom na którym frakcja oświeconych będzie mi gwałtem wbijać do głowy swoje definicje (dziś – rodziny, jutro może – wolności, miłości czy życia).

Małżeństwo czy cola light

Swoją drogą – dla oczu konserwatysty to uczta: patrzeć jak związki nieformalne bohatersko walczą o to, by jednak stać się formalnymi. Mówili: a po co nam te papierki, dziś papierki są dla nich niczym niepodległość. Ja też jestem za tym, żeby ich życie było lżejsze. Należy usprawnić procedury notarialne, znowelizować kilka ustaw. Tylko, że to już nie wystarczy. Jest wojna.

Dla sekty postępowców konkubenci to tylko strategiczny etap, oczy już mają wpatrzone w inny cel, z nimi sobie nie pogadam, bo oczym tu gadać z rozpędzonym walcem. Pozostali zapętlili się w myśleniu: "chcemy być traktowani jak małżeństwo, choć nie chcemy nim być".

Do nich apel: bracie i siostro, a gdzie konsekwencja? Zdecydowałeś się na związek nieformalny? Super. Chcesz być czyimś mężem/żoną? Bierz ślub. Bądź wierny swoim decyzjom i przekonaniom, jakiekolwiek są.

Nie lubisz coli – to jej nie pij. Lubisz – pij do woli. Ale nie daj sobie wciskać, że rozwiązaniem jest stworzenie wyrobu colopodobnego z rozgrzeszającą etykietką "light".


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Czego nauczył mnie Prymas?

Prymas Kościoła, w którym w pełnych świątyniach ludzie spijają każde słowo z ust księdza, miał też być Prymasem w czasach, gdy - często ci sami ludzie - na Kościół pluli ile wlezie, a księży traktowali jak upierdliwych talibów.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Prymasa Glempa oceniają historycy, politycy, odpytujący ich dziennikarze męczą się, próbując wycisnąć najważniejszy cytat, najważniejsze wydarzenie, najważniejsze wspomnienie, całe zamknięte właśnie osiemdziesięcioletnie życie, próbując poszatkować i zamknąć w szufladach. Ja zastanawiam się, kim Prymas Glemp był dla mnie, co ze spotkania z nim, z przecięcia się naszych dróg będzie nadal we mnie żyło.

Bywało, że w środowisku ludzi piszących o polskim Kościele mówiliśmy o nim z lekkim przymrużeniem oka, cytując anegdoty o tym, jak na zajęciach z homiletyki dla studentów warszawskiego seminarium kazał im losować kartki z zagadnieniami na egzamin: "Kazanie na poświęcenie studni", "Kazanie na pogrzeb ciotki".

Czego nauczył mnie Prymas?

Fot. Piotr Drabik

Czasem irytował – gdy zdarzało mu się powiedzieć (a zdarzało) coś, co przez tydzień trzeba było wszystkim tłumaczyć, albo upierał się do granic rozsądku przy Świątyni Opatrzności Bożej.

Czasem zdumiewał stanowczością – jak wtedy, gdy przez swoją diecezję wprowadzał de facto do Polski komunię na rękę, wbrew wielu głosom – przy okazji debaty o Jedwabnem organizował w warszawskim kościele Wszystkich Świętych nabożeństwo ekspiacyjne albo zabierał głos w sprawie pewnego szefa pewnej rozgłośni.

Zadanie miał koszmarnie niełatwe: przeprowadzić Kościół przez czasy zniewolenia, a następnie nagle eksplodującej wolności.

Prymas Kościoła, w którym w pełnych świątyniach ludzie spijają każde słowo z ust księdza miał też być Prymasem w czasach, gdy – często ci sami ludzie – na Kościół pluli ile wlezie, a księży traktowali jak upierdliwych talibów.

Był Prymasem, który powstrzymywał naród przed narodowym powstaniem, a dwie dekady poźniej Prymasem narodu, który zamiast o honorze musiał dyskutować o honorarium. Nie wiem jak z tą rolą poradziłby sobie kardynał Wyszyński, w którego czasach to wróg, a nie przyjaciel był wrogiem. Czy – z czysto teoretycznego puntu widzenia – Prymas Glemp mógł coś zrobić lepiej?  Z pewnością. Czy jednak ktokolwiek postawiony na jego miejscu w tych okolicznościach zrobiłby to lepiej niż on?

To, jak zapisze się w historii, niech oceniają spece od niej. We mnie spotkanie z nim zostawiło trzy wyraźne ślady człowieka, nie instytucji.

Primo – pamiętam do dziś, jak Prymas na Placu Piłsudskiego wyznawał (z pewnością inspirowany Janem Pawłem II) winy polskiego Kościoła, mówił też o swoim lęku, prosił o wybaczenie za to, że nie uratował życia księdza Popiełuszki. Wiadomo, że panowie mieli konflikt. Wiadomo, że dziś w niebie z pewnością go sobie wyjaśnili. Jasne, Prymas Glemp bywał uparty, ale gdy trzeba było, potrafił bez żadnych ceregieli i pompy po prostu powiedzieć: nie dałem rady, źle oceniłem, bałem się, przepraszam. Nie musiał tego robić, kościelna maszyna z wielką wprawą pierze takie "brudy" bez ujawniania ich na zewnątrz. Od niego naprawdę można było uczyć się pokory.

Widać ją też było w tym, jak pilnie uczył się od swoich dwóch wielkich "szefów": kardynała Wyszyńskiego i Jana Pawła II, który – zdaje się początkowo niechętny tej kandydaturze – później "adoptował" Prymasa Glempa i w wielu kwestiach mocno wpływał na jego myślenie (a często i zmianę zdania).

Kardynałowi Glempowi nie odbiła kościelna woda sodowa, nie udawał, że wraz z biskupią konsekracją został przeniesiony do kategorii półaniołów.

Imponowała mi nie tylko jego szczerość i prostolinijność, ale i cierpliwość.

Czego nauczył mnie Prymas?

Od dobrych kilkunastu lat widać było, że choruje. Początkowo chyba tylko na cukrzycę, zdarzało mu się nieraz, że w środku jakiejś wielkiej uroczystości zapadał w śpiączkę (co później bezwzględnie wykorzystywali fotoreporterzy). Później pojawił się nowotwór. Nie miałem z nim szczególnie bliskiego kontaktu, ilekroć jednak się spotykaliśmy, byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak te swoje krzyże niesie.

To pewnie nie był charyzmatyczny lider w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, nie był to wielki naukowiec czy ultragenialny duszpasterz. Prymas Glemp był po prostu dobrym człowiekiem i szlachetnym księdzem.

Pewnie nie będę zbyt często wracał do jego kazań, bywało, że słuchając jego bieżących komentarzy wpadałem w stan podgorączkowy, złościłem się nań za wybranie słabego projektu Świątyni Opatrzności, wciąż mieć jednak będę przed oczami człowieka, który doskonale wiedział, jak zostanie odebrane jego wezwanie do nieprzelewania polskiej krwi, a mimo to je wygłosił. Wiedział, że Kościół w czasach wolności będzie targany chęcią podziałów, a mimo to spokojnie i metodycznie im przeciwdziałał.

Pewnie jeszcze piętnaście lat temu nigdy bym tego nie powiedział, ale dziś – gdy napatrzyłem się już trochę na to, co w polskim Kościele czasem się dzieje – mówię to z pełnym przekonaniem: autentycznie mi go dziś brakuje.

Do zobaczenia, Księże Kardynale.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >