Bez chrześcijańskiej nauki społecznej świat sobie nie poradzi – wywiad z ekonomistą

Konieczne jest przeprowadzenie wielu korekt w dotychczasowym modelu gospodarczym świata jak i powrót do tradycyjnych, a odłożonych na bok wartości - mówi KAI prof. Paul Dembinski, znany ekonomista, dyrektor Observatoire de la Finance, wykładowca uniwersytetów genewskiego i fryburskiego

Uczony dodaje, że "widać, jak coraz bardziej aktualne stają się dziś kwestie m. in. dobra wspólnego, solidarności, współpracy i podziału dóbr, zdefiniowane w nauczaniu społecznym Kościoła".

A oto tekst wywiadu:

KAI: Czy kryzys finansowy – którego świadkami byliśmy w ostatnich latach – oznacza koniec pewnej epoki w europejskiej i światowej ekonomii. Jak to można zdefiniować?

Prof. Paul Dembinski: Kryzys finansowy pokazał istotne ograniczenia przyjętego sposobu funkcjonowania ekonomii, które oparte były na wierze w nieustanny przyrost gospodarczy. To z kolei prowadziło do swego rodzaju "życia na kredyt" i to zarówno w skali makroekonomicznej, państwowej jak i poszczególnych gospodarstw domowych. Teraz te stereotypy myślenia trzeba w jakiś sposób przemyśleć na nowo i wystartować w nieco innym kierunku.

KAI: To znaczy w jakim?

– Przez ostatnie 30 lat uważaliśmy, że to właśnie techniki i rynki finansowe są w stanie rozwiązać wszystkie problemy światowej ekonomii. A jeśli nie rozwiążą ich do końca, to przynajmniej pozwolą je "rozprowadzić" w czasie. Lata euforycznej globalizacji rynków finansowych stworzyły warunki na pogłębianie się długoterminowych nadwyżek i deficytów poprzez zapewnienie dostępu do niemal nieograniczonego taniego kredytu. Ten łatwo dostępny kredyt w połączeniu z płynnością rynków przyniósł zmianę zachowania długookresowego. Państwa i firmy – niezależnie od wielkości – i gospodarstwa domowe mogły już teraz zaspokajać swoje potrzeby (i zachcianki), a zapłacić za to później, co oznaczało rozluźnienie dyscypliny finansowej i możliwość odroczenia koniecznych dostosowań. Finansowe sztuczki przekonały wszystkich, że dług rolować można w nieskończoność, tak więc i konieczne do podjęcia kroki można odsuwać w czasie tak długo, jak długo mamy na to ochotę.

Dziś, po kryzysie finansowym, okazuje się, że tak bynajmniej się nie stanie. Kryzys wyrwał nas z euforii i skonfrontował z twardą rzeczywistością: "góra długu" nas przerasta. Jest ona tak duża, że długi te są częściowo niespłacalne. Zarówno długi państw jak poszczególnych firm czy gospodarstw domowych. Bowiem podmiot pożyczający coraz więcej, godzi się – często nieświadomie – na przeznaczanie coraz większej części przyszłych zasobów na obsługę długu, co sprawia, że traci kontrolę nad swoją przyszłością. Dziś dłużnicy odrzucają tą utratę kontroli nad własnym losem.

Jednak, by nie nastąpiło totalne bankructwo i załamanie gospodarcze, w tym wielu państw, długi te jakiś sposób trzeba będzie zlikwidować. Nie jest to dobrą wiadomością dla tych, w szczególności dla banków, ubezpieczeń i ich klientów, które pożyczały pieniądze innym. Także niedobrą wiadomością dla tych, którzy się zadłużali, bo w jakiś sposób do stołu negocjacyjnego będą musieli siąść i też coś oddać. Każdy więc będzie musiał coś stracić.

Przez 30 lat myśleliśmy, że mamy odpowiedź finansową na problemy świata, dzisiaj jest jasne że tej odpowiedzi nie mamy, a zamiast odpowiedzi pojawia się bardzo wiele pytań. Ponadto wiele problemów – w tym problemy nierówności, braku rozwoju, rozbicia społecznego w krajach zachodnich – pokazują się w znacznie ciemniejszych kolorach, niż do tej pory myśleliśmy. Myślano ze sam wzrost gospodarczy te problemy, jeśli nie rozwiąże, to przynajmniej ścienieje. Dziś widać, że to były iluzje, że za pomocą dotąd stosowanych mechanizmów ekonomicznych bądź finansowych, ich się nie rozwiąże. Dlatego niezbędne jest przeprowadzenie wielu korekt w dotychczasowym modelu gospodarczym jak i powrót do pewnych tradycyjnych, a odłożonych na bok wartości. Bez respektowania określonych wartości – takich jak na przykład roztropność – w życiu ekonomicznym świat sobie nie poradzi. I tu pojawia się miejsce dla "moralnego kompasu", bo w sytuacji, gdy przyjmujemy znowu że konsekwencje są nieznane, racjonalność – przy braku innych wskazań – każe uwzględnić moralne aspekty działań.

KAI: Czyli kryzys finansowy miał tę pozytywną stronę, że obalił pewną utopię?

– Tak. W ostatnim trzydziestoleciu została zbudowana dość niebezpieczna utopia w kategoriach ekonomicznych. U jej podłoża leży określony kontekst antropologiczny. Założenie było takie, że naturalny dla ludzkiej natury egoizm i troska o własną satysfakcję sprawi, że konsumpcja rosnąc bez antropologicznych ograniczeń, przyspieszać będzie rozwój gospodarki, i w sumie każdy na tym skorzysta. Dochodziło to tego fałszywe przekonanie, że każdy dorosły człowiek jest „doskonale poinformowany” oraz, że postępuje „racjonalnie”. Naczelną wartością stała się konsumpcja, a na bok zostały odłożone tradycyjne cnoty związane z życiem gospodarczym, takie jak oszczędność czy powściągliwość. Przy takim postrzeganiu człowieka i hierarchii wartości, utopia mogła się rozwijać. Dziś chwieje się ona w podstawach. Jej bezpodstawność ukazał ze szczególna siłą światowy kryzys finansowy. Dziś, jeżeli chcemy być konsekwentni, musimy podjąć dyskusję na poziomie antropologicznym. Musimy powrócić do zasad. Człowiek rzeczywisty a nie modelowy jest punktem wyjścia i celem każdej działalności gospodarczej.

Gołym okiem widać, jak coraz bardziej aktualne stają się dziś kwestie m. in. dobra wspólnego, solidarności, współpracy i podziału dóbr, zdefiniowane w nauczaniu społecznym Kościoła. Do tych pojęć – jeśli pragniemy dalszego, zrównoważonego rozwoju gospodarczego – trzeba wciąż powracać i je na nowo kontekstualizować.

KAI: Jak zatem te kategorie wprowadzić można na nowo do życia ekonomicznego, gospodarki?

– Obecny kryzys zmusza nas do postawienia wielu pytań – o charakterze podstawowym. Np. czy formy, czy także tradycyjny układ prawny w jakich rozwija się gospodarka są adekwatne do dzisiejszych potrzeb i możliwości. Przecież organizacja przedsiębiorstwa w formie spółki akcyjnej pochodzi z połowy XIX wieku. Powstaje pytanie: czy dzisiaj daje ona odpowiedź na nowe wyzwania, jakie stwarza współczesna ekonomia, wymagania ekologiczne czy społeczne? Czy np. nie można dzisiaj skonstruować innej formy przedsiębiorstwa, aby ten kto planuje jego założenie miał szerszy wybór, w zależności od potrzeb ale i od definiowanych przez siebie celów.

Każdy więc musi zacząć transformację niejako od „swego podwórka”, a jednocześnie być zdolnym do myślenia w skali makro, co nie jest łatwe. Należałoby więc zacząć od poziomu rodziny, własnej ulicy czy firmy.

Weźmy za przykład tzw. ekonomię komunii, wypracowaną przez chrześcijański Ruch Fokolari. Pomysł ten jest bardzo prosty. Przedsiębiorstwo, jeśli ma zyski, dzieli je na trzy części. Jedna to potrzeby inwestycyjne, aby udoskonalić swoje środki produkcji, druga to potrzeby pracowników, a trzeci służy temu, co można ofiarować na rzecz otoczenia, na rzecz pewnych inicjatyw społecznych… Takie pro społeczne podejście zmienić może dość zasadniczo cele przedsiębiorstwa, jego priorytety. Jest to z pewnością możliwe na poziomie określonych przedsiębiorstw czy społeczności lokalnych. Musimy więc eksperymentować a nie dekretować zastanej sytuacji.

KAI: A jeśli chodzi o poziom „macro”, w tym poziom państwowy, jakie zmiany wydają się Panu Profesorowi niezbędne?

– Są tu dwa elementy. Po pierwsze chodzi o to, by państwa zachodnie – które były dotąd bardzo zazdrosne o swoje kompetencje i chciały wszystko uregulować i poddać kontroli – aby dały trochę – powiedziałbym – oddechu nieformalności, także w sferze szeroko rozumianej gospodarki. To znaczy, że trzeba umożliwić pewne sposoby funkcjonowania w skali „micro”, które z punktu widzenia fiskalnego, czy sanitarnego, nie odpowiadają określonym normom technokratycznym. Coraz bardziej widać, że są one nie do utrzymania i stanowią hamulec rozwoju, szczególnie dla małych, rodzinnych firm. A rodzinne, niewielkie firmy mają olbrzymie znaczenie nie tylko z punktu widzenia rozwoju gospodarki ale także umacniania naturalnych więzi i struktury społecznej. Jednolitość przepisów dla gigantów i pcheł ekonomicznych jest absurdem.

Weźmy za przykład problemy związane np. z zapewnieniem opieki ludziom starym lub samotnym. Niedługo koszty utrzymania osób w domu starców przerosną możliwości państwowych budżetów opieki społecznej. Trzeba to jakoś rozwiązać. Są dwa wyjścia z tego dołka finansowego. Jednym z coraz częściej postulowanych rozwiązań jest postulat „pełzającej eutanazji”. Technokraci mogą bardzo szybko dojść do wniosku że najlepszym rozwiązaniem jest przyspieszenie śmierci i próbować "sprzedać" ten pomysł politykom, a może i społeczeństwom. Będą to robić w imię rzekomego komfortu i „jakości życia” starców.

Drugim wyjściem jest pozwolenie rodzinom czy lokalnym społecznościom na znacznie szerszą opiekę nad osobami starszymi, ale trzeba je pod tym kątem wspomóc. Może z mniejszymi wymogami w sferze higieny czy rozwiązań technicznych, ale myślę że ludzie starsi mogą być w takiej sytuacji nawet szczęśliwsi, gdyż będą znajdować się wśród swoich, a nie w obcej im, wyizolowanej specjalistycznej instytucji.

Drugim – po firmie – fundamentalnym elementem myślenia o gospodarce winna być rodzina. Ta naturalna struktura może odegrać istotną rolę stymulującą rozwój gospodarki. Tymczasem w naszych stechnokratyzowanych społeczeństwach Zachodu gospodarstwo rodzinne, w sensie działalności gospodarczej, faktycznie przestało istnieć, mimo że przez wieki odgrywało olbrzymią rolę. Dziś jest ono konsumentem i kropka. Tymczasem było ono zawsze miejscem nie tylko, gdzie wychowywał się i kształtował człowiek, ale również dużo rzeczy się wytwarzało, naprawiało, dostosowywało na własny pożytek czy na pożytek sąsiadów. To jest wytwarzanie wartości. Gospodarstwo takie zawsze tworzyła rodzina wielopokoleniowa, co sprzyjało jej cementowaniu.

Natomiast dziś, produkcja i marketing są do tego stopnia zindywidualizowane, że gospodarka rodzinna pada pod naporem sił odśrodkowych. One zabijają działalność gospodarczą wewnętrzną i wyprowadzają wszystko – zarówno potrzeby jak i moce produkcyjne – albo w stronę rynku albo w stronę sektora publicznego. Tak więc wydaje się, że za dużo zostało podporządkowane źle liczonym wymogom wydajności. Dziś te ograniczenia widzimy w pękającej tkance społecznej, w tragedii samotności i utraty sensu życia. Trzeba więc zdynamizować gospodarstwa rodzinne nawet kosztem PKB, powiększy to bowiem prawdziwie rozumiany dobrobyt. Reformę należałoby rozpocząć od rozwiązywania tych "supłów" krępujących normalną – często pozarynkową – działalność gospodarczą rodzin, tam gdzie były one zawiązywane.

KAI: Innym wielkim problemem, leżącym zresztą u źródeł kryzysu finansowego, jest kwestia zadłużenia w olbrzymiej skali, zarówno państw, firm jak i poszczególnych gospodarstw domowych. Są to nieraz długi – szczególnie w skali macro – zaciągnięte także na przyszłe pokolenia. Jak można wyjść z tego zapętlenia?

– Po pierwsze, gdy jest dług, to mamy do czynienia z pożyczającym oraz tym, któremu on pożycza. A więc obie strony muszą być zdolne do wspólnej decyzji jak rozwiązywać problem niewypłacalności. Przez 30 ostatnich lat – aż do wybuchu kryzysu finansowego – odnosiło się wrażenie, że pożyczanie państwom, firmom czy pod nieruchomości, nie kryje żadnego ryzyka, bo zostanie pokryty z przyszłych, ex definitione, rosnących przychodów. Takie myślenie sankcjonowała wiara w nieustanny postęp. Fakty pokazały, że jest to utopia.

Takie myślenie było oczywiście przykładem przeczącym zdrowej filozofii finansowej i dlatego dzisiaj sytuacja jest mocno patowa. Ci co się zadłużali, postąpili nieroztropnie. Ale ci, którzy im pożyczali, postąpili równie nieroztropnie. Warto sobie przypomnieć tu zapisy Starego Testamentu, który mówi o latach jubileuszowych, kiedy długi winny być darowane w imię utrzymania ładu społecznego. Jest jasne, że w staro testamentowym społeczeństwie, gotowość do pożyczania malała wraz ze zbliżającą się datą jubileuszu.

Wyrażając to za pomocą współczesnych kategorii, powiedzielibyśmy o potrzebie solidarności między pożyczającym, a tym który bierze pożyczkę. Pożyczający też w jakiś sposób musi mieć wyrozumiałość wobec tego, kto zaciągnął pożyczkę, a teraz ma problem ze spłatą. A wyrozumiałość oznacza, że dług można restrukturyzować. Można go też anulować w ekstremalnych przypadkach. Ale pomiędzy utrzymaniem "status quo" a likwidacją długu istnieje bardzo wiele możliwości pośrednich, aby ciężar tego długu w jakiś sposób sprawiedliwy rozłożyć miedzy pożyczającego i zadłużonego.

Natomiast co zrobiły ostatnio banki centralne poprzez tzw. niekonwencjonalną politykę monetarną? Starały się rozmyć dług w inflacji. To jest swoisty sposób – wiele razy praktykowany w historii – uspołecznienia problemu. Do tej pory nie zadziałało. Długi nie tylko są, ale od 2007 r. nawet wzrastają. Co pozostaje? Krótko mówiąc, trzeba wziąć do ręki przysłowiowe „nożyczki”, usiąść przy stole i się dogadać. Jeśli zrobi się to w sposób skoordynowany, tak jak to się stało pod przywództwem USA z długami południowo amerykańskimi w latach 80-tych, istnieje szansa, że utrzyma się równowagę między dłużnikiem a pożyczającym, bez zbytniego uszczerbku dla gospodarki. Bo dług niespłacalny i niekontrolowany jest potencjalnie destrukcyjny.

KAI: Inny problem. Dzisiejsza gospodarka światowa jest de facto podporządkowana wielkim, międzynarodowym gigantom, nad którymi nikt nie ma kontroli, a które bywają silniejsze od wielu państw?

– Niektóre państwa, jak np. USA i w pewnych warunkach Europa o ile działa wspólnie, może coś ewentualnie zrobić wobec tych ponadnarodowych gigantów ekonomicznych. Widać to od niedawna jak w przypadku rosnącej presji fiskalnej. Jestem przekonany, że te ponadnarodowe struktury ekonomiczne, są nowymi, na tyle liczącymi się siłami, że muszą one być w jakiś sposób wkomponowane w „governance” światową. W ten sposób muszą przejąć cześć odpowiedzialności za losy świata, którego są architektami, czy poprzez technologie które dostarczają, czy też poprzez sieci – w tym też marketingowe – różnego typu i rodzaju którymi świat oplatają. Owa „governance” nie może ignorować tych faktów, i dalej się składać wyłącznie z ciał tylko państwowych. Musi ona uwzględniać, że niektóre z tych przedsiębiorstw mają istotną systemową wagę i to w skali globalnej. I to bynajmniej nie jest błahostka.

KAI: Postulat światowej władzy zdolnej do kontroli ponadnarodowych gigantów gospodarczych, pojawił się już kilka lat temu w społecznej encyklice Benedykta XVI „Caritas in veritate”….

– Benedykt XVI mówił tam o światowym "authority" a nie o światowym ośrodku władzy. Jest to istotna różnica i te słowa są na pewno inspiracją. Pamiętajmy jednak, że ten międzynarodowy autorytet nie może być jakimś kolejnym wydaniem ONZ, czy dawnej Ligi Narodów, gdyż nie miały one żadnego przełożenia na struktury inne od stricte politycznych. Musi więc wyjść ona poza schemat czysto międzypaństwowy. Obecnie na świecie jest ok. 200 państw, a spośród nich najwyżej 30 czy 50 działa w miarę sprawnie, a reszta mniej lub bardziej dysfunkcjonuje. Mówi się o „niewydolnych państwach”. Taka międzynarodowa władza nie może obejmować więc tylko porozumień między z zasady równymi państwami, musi też objąć ponadnarodowe firmy jak i „civil society”. Te paręset wielkich firm musi zostać włączone do tego nowego porządku. Z jednej strony trzeba im dać możliwość rozwoju, a z drugiej trzeba na nie nałożyć współodpowiedzialność za tworzenie i respektowanie pewnych zasad. Konieczną będzie zmiana statutu tych przedsiębiorstw z normalnych spółek akcyjnych na „systemowo odpowiedzialne”. To jest duże wyzwanie na przyszłe lata.

KAI: A jak można ocenić sytuację Polski z punktu widzenia obecnego etapu jej ekonomicznego rozwoju? Czy faktycznie jesteśmy jakąś "zieloną wyspą", wolną od wielu problemów, o których dyskutujemy.

– Polska przez 25 lat po 1989 r. przeszła przyspieszoną i generalnie pozytywną ewolucję. W momencie kryzysu finansowego Polska była w na tyle dobrej sytuacji, że system finansowy tutaj nie był tu jeszcze na tyle rozwinięty co w krajach Zachodu. W Polsce rozwój „fikcji finansowej”, o której mówiliśmy wcześniej, nie osiągnął takich pułapów, jak w zachodniej Europie czy w USA. Polska mogła ponadto przejść przez ten „dołek koniunkturalny” także dzięki swoim powiązaniom międzynarodowym m. in. dzięki firmom, które już tutaj zainwestowały i nie miały interesu opuszczać naszego rynku ani naszego miejsca względnie taniej produkcji. Dzięki temu produkcja w Polsce nie spadła.

Natomiast duży problem Polska ma z demografią. Po pierwsze dwa miliony ludzi, przeważnie młodych, wyemigrowało. Jest to olbrzymia utrata kapitału ludzkiego, którego nie rekompensują pieniądze, które ludzie ci przysyłają do swych domów. Po drugie gwałtownie zmniejszyła się dzietność polskich rodzin, co grozi nam załamaniem demograficznym w stosunkowo krótkiej perspektywie. Ponadto, tak jak wszystkie kraje zachodnie, Polska będzie miała problem z emeryturami. Narastać też będą problemy z opieką nad ludźmi starszymi, z systemem opieki zdrowotnej oraz z systemem ubezpieczeń. Ludzi starszych będzie coraz więcej, a koszt ich utrzymania i opieki nad nimi będzie coraz wyższy.

Na szczęście – i to jest korzystny element – wiara w fikcję finansową, generującą olbrzymie zadłużenie państwa przyszła do Polski znacznie później niż gdzie indziej. Były to dopiero lata 90-te. Nie powtórzyliśmy casusu Grecji. Ale jednak ten wysoce utopijny sposób myślenia kupiła duża część polskich elit politycznych. Mamy więc problem narastającego długu państwa, który – jeżeli się nie opanuje trendu – może się stać kiedyś palącym problemem społecznym.

KAI: A jak zaradzić tym problemom demograficznym w Polsce? Temu, że na statystyczną polską kobietę przypada zaledwie 1, 29 dziecka? Polska jest pod tym względem na trzecim od końca krajem w Europie, po Węgrzech i Łotwie.

– Tak długo, jak rodzice będą musieli – albo i chcieli – pracować na trzy etaty, aby utrzymać dwójkę dzieci, to nie można oczekiwać, aby w Polsce podniósł się przyrost naturalny. Warto przyjrzeć się dobrym przykładom rozwiązywania problemów w tej sferze. Krajem, w którym dobrze funkcjonuje polityka pronatalistyczna jest Francja. Jest to polityka rodzinna, która pozwala w sposób znaczący podnieść dzietność. Ta pomoc jest na tyle znaczna, że matka lub ojciec mogą się zastanawiać, czy na prawdę nie warto przestać pracować i zająć się dziećmi. Do tych pomysłów z zewnątrz, dodam aktywizację gospodarstw domowych, o której rozmawialiśmy wcześniej. Wzmocnienie gospodarstw domowych przyniesie efekty w zakresie poprawy nastrojów społecznych. A do tego potrzeba dobrych pomysłów legislacyjnych i też nieco pieniędzy w budżecie. A to nie jest łatwe.

KAI: Jak Kościół powinien się odnosić do tych wszystkich problemów? Chodzi mi o możliwość aplikacji społecznego nauczania Kościoła do warunków ekonomicznych dzisiejszego świata?

– Problem podstawowy polega na tym, że chrześcijańskie nauczanie społeczne jest w ogóle bardzo słabo znane, także w Polsce. W wielu środowiskach nie znane jest nawet jego istnienie. A jeśli jest znane, to jest niedoceniane. To jest podstawowy problem. Koniecznie więc trzeba dołożyć wszelkich wysiłków, aby nauczanie społeczne Kościoła było należycie promowane, nie tylko na forum kościelnych uczelni, ale także w środowisku biznesu i polityki. Prz pomnijmy: nie chodzi tutaj o jakaś trzecią drogę, ale o zasady i kierunki inspirujące myślenie i działanie chrześcijan w świecie.

Polski Episkopat w 2012 r. opublikował całkiem ciekawy List Społeczny, miałem nadzieję że to początek analiz i dialogu. Niestety później Episkopat zamilkł. Proponowałbym, aby nie czekać aż powstanie kolejny taki, kilkudziesięciostronicowy list, lecz winny być wydawane rzeczy o wiele krótsze, skoncentrowane wokół tego, o czym aktualnie się dyskutuje. Przy Episkopacie winna istnieć aktywna i często wypowiadająca się Rada Społeczna, tym bardziej, że w Polsce jest taka tradycja. Wystarczy do niej nawiązać.

Chrześcijańska nauka społeczna ma dwa człony. Jeden to teoretyczna refleksja, która została zapisana w encyklikach, a drugi to sfera praktyczna. W Polsce człon teoretyczny ma się dobrze, jest mocno rozbudowany dzięki katolickim uczelniom. Ale problem jest taki, że jeśli bierze się do ręki książki o nauczaniu społecznym Kościoła, to dziewięćdziesiąt procent ich autorów stanowią księża. Koneksja nauczania społecznego Kościoła z konkretami życia gospodarczego, społecznego, biznesowego czy politycznego jest zbyt słaba. List Społeczny Episkopatu ogłoszony przed trzema laty był istotnym krokiem w tym kierunku, ale zaskakuje mnie, że odbił się on bardzo słabym echem wśród polityków, ludzi biznesu, menedżerów, itp. Panuje absolutna cisza i święty spokój.

Sądzę, że nauczaniu społecznemu Kościoła winien towarzyszyć znacznie bardziej interaktywny sposób przekazu, tak by wywoływał jakąś zwrotną odpowiedź. W Polsce, tak katolickim kraju, tego nie widzę na znaczącą skalę. Nie widzę też, aby nauczanie to interesowało nasze elity polityczne czy elity biznesu. Brak jest forów, gdzie to nauczanie mogłoby być nie tylko przekazywane przez ekspertów, ale współtworzone w sposób interaktywny, właśnie z takimi ludźmi i środowiskami które mają kontakt z działaniem praktycznym. A ślad za tym winno być ono wdrażane.

Koniecznie także trzeba nadać wyrazistości zasadom nauki społecznej Kościoła na poziomie operatorów społecznych, w tym przedsiębiorców. Niezbędne są bardzo różnorodne działania w tym kierunku: dobra publicystyka, budowanie przykładów z życia, warsztaty i dopiero na koniec konferencje. Niezbędne wydaje się powołanie różnorodnych mniejszych gremiów, w których można by wymieniać poglądy na ten temat i prowadzić dyskusje korespondujące z problemami konkretnych, lokalnych środowisk. Encykliki społeczne nie są pisane w łatwy sposób, może warto zgromadzić w małych grupach 10 czy 15 zainteresowanych osób, spędzić wspólnie dwa czy trzy wieczory i przedyskutować je w odniesieniu do otaczających nas problemów. Bo encykliki są pisane dla nas – hinc et nunc. Przydałyby się również szkoły – a raczej warsztaty – dla liderów w zakresie nauki społecznej Kościoła. Konieczna jest w tym zakresie mozolna praca u podstaw, z pewnością ma ona sens.

KAI: Dziękuję za rozmowę

Marcin Przeciszewski


Prof. Paul H. Dembinski jest dyrektorem międzynarodowego Observatoire de la Finance (www.obsfin.ch), którego misją jest promocja zasad dobra wspólnego w działalności finansowej. Jest też redaktorem naczelnym pisma „Finance&the Common Good/Bien Commun” oraz wykładowcą dwóch renomowanych szwajcarskich uniwersytetów: genewskiego i fryburskiego. Jest też ekspertem z ramienia takich organizacji międzynarodowych, jak OECD i UNCTAD.


Marcin Przeciszewski / Warszawa


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Kambodża: rozpoczął się proces beatyfikacyjny 35 męczenników

Kościół katolicki w Kambodży rozpoczął proces beatyfikacyjny 35 męczenników z czasów prześladowania Kościoła przez reżim Pol Pota i Czerwonych Khmerów. Kandydaci na ołtarze, którzy pochodzą z Kambodży, Wietnamu i Francji, ponieśli śmierć za wiarę w latach 1970-77

Proces bp. Josepha Chhmara Salasa i 34 Towarzyszy, wśród których byli kapłani, misjonarze i świeccy katecheci, został zainaugurowany w wiosce Tangkok w prowincji Kompong Thom. Uroczystości przewodniczył bp Olivier Schmitthaeusler, wikariusz apostolski Phnom Penh.

Dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych przy konferencji episkopatu Laosu i Kambodży, o. Gustavo Adrian Benitez PIME poinformował, że 1 maja powstała komisja, która zbierze świadectwa nt. śmierci 35 męczenników. Niektórzy z nich zostali zabici, inni zmarli z głodu i wycieńczenia w trakcie prześladowań.

Zdaniem o. Beniteza rozpoczęcie ich procesu beatyfikacyjnego pomoże mieszkańcom Kambodży „zrekonstruować własną historię i swe korzenie”. Przede wszystkim ma on jednak znaczenie duchowe, gdyż Kościół w tym kraju, którego struktury zlikwidowano, a wiernych wymordowano, odradza się do życia i rozwoju dzięki krwi swoich męczenników.

Po zakończeniu etapu diecezjalnego procesu, jego akta zostaną przekazane do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

Otwierający listę męczenników bp Joseph Chhmar Salas urodził się 21 października 1937 r. Do kapłaństwa przygotowywał się w Kambodży i w Paryżu. Po święceniach w 1964 r. pracował w duszpasterstwie w prefekturze apostolskiej Battamabang, po czym wrócił do Francji na dalsze studia.

W 1975 r. wikariusz apostolski Phnom Penh, bp Yves Ramousse wezwał go do ojczyzny. Spodziewając się, że jako obcokrajowiec będzie musiał opuścić Kambodżę, którą opanowały oddziały Czerwonych Khmerów, postanowił zapewnić ciągłość władzy biskupiej. 14 kwietnia 1975 r., trzy dni przed zajęciem stolicy przez oddziały Pol Pota, niespełna 38-letni ks. Salas przyjął z rąk bp. Ramousse’a sakrę biskupią jako koadiutor wikariusza apostolskiego Phnom Penh (papieska nominacja nosiła datę 6 kwietnia). W trakcie ceremonii słychać było odgłosy bombardowania miasta. Młody khmerski biskup znalazł się wśród tysięcy mieszkańców stolicy, którzy musieli ją opuścić, by pracować n apolach ryżowych na wsi.

30 kwietnia 1976 r. wydalony rok wcześniej bp Ramousse, nie mogąc wrócić do Kambodży, zrezygnował z funkcji wikariusza apostolskiego, którym został – jako pierwszy rdzenny duchowny – bp Salas. Nadal jednak wykonywał pracę przymusową na polach ryżowych w regionie Kampong Thom. Z powodu głosu i wyczerpania zmarł we wrześniu 1977 r. we wsi Taing Kok.


pb (KAI/Fides) / Phnom Penh


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas