Z KRAJU

“Przeżyłem, aby dać świadectwo”. Dziś mija rok od burzy na Giewoncie

Julka, Jaś, Anna i nieznana nam z imienia mieszkanka Biłgoraja na Lubelszczyźnie. Każdy z inną historią, z różnych stron Polski 22 sierpnia rok temu wspinali się na Giewont. Dla każdego z nich ta góra stała się miejscem śmierci wskutek dramatycznej burzy, jaka tego dnia tuż po 13 przeszła nad zapełnionym turystami szczytem. Dla 157 innych osób - podobnym miejscem dramatu.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tym, co wydarzyło się w czwartek 22 sierpnia 2019 r. tuż po godz. 13 przez kilka tygodni żyła  cała Polska. Żałoba obowiązywała w rejonie Zakopanego przez 3 dni. Najpierw w mediach poszła krótka informacja: burza na Giewoncie, jest porażenie piorunem. Natychmiast zaczęliśmy kojarzyć, że sierpień to szczyt sezonu turystycznego w Tatrach, z kilkugodzinnymi kolejkami osób czekających na wejście na naznaczoną gigantycznym krzyżem górę. I, że to może oznaczać wielką tragedię.

Potem było już tylko gorzej. Telewizje zaczęły pokazywać latający w tę i z powrotem śmigłowiec Sokół należący do TOPR-u, potem zapełniający się rannymi SOR szpitala w Zakopanem, pierwsze relacje poszkodowanych z tego co ich spotkało, migawki z akcji ratunkowej w strugach deszczu z szalejącej już niżej burzy. Informacje były coraz bardziej przerażające. 

 

– Do dziś się zastanawiam, czemu mimo trzech uderzeń pioruna – akurat ja przeżyłem. Pewnie chodzi o dawanie świadectwa – mówi ks. Jerzy Kozłowski, wikary z Dzierżoniowa, o którym było głośno przez kilka dni po dramatycznym czwartku na Giewoncie.

 

♦ Czytaj więcej: Burza szaleje, ksiądz udziela rozgrzeszenia

 

Tego dnia był ze znajomymi na szczycie, już szykując się do zejścia. I rzeczywiście jego postawa gotowości do duchowej pomocy współuczestnikom dramatu poruszyła wówczas wiele osób. 

Już zaczynaliśmy schodzić, gdy z daleka usłyszałem pierwszy grzmot. Pomyślałem, że będzie nieciekawie. Już w myślach rozgrzeszyłem wszystkich, których widziałem wokół siebie. Niedługo potem zostałem porażony po raz pierwszy. To był odruch, że wstałem i udzieliłem rozgrzeszenia na wypadek śmierci już na głos, wszystkim. Kierowało mną poczucie obowiązku, bo przecież jestem księdzem. Wiedziałem że pewnie jest wielu rannych, może zabici – opowiada dziś ks. Jerzy. 

Postawę ks. Jerzego zapamiętało wówczas wiele osób. Byli tacy, którym dopiero to publiczne rozgrzeszenie uświadomiło dramatyzm sytuacji. – Piorun uderzył w krzyż za mną. Żyję tylko dlatego, że nie zdążyłam dotknąć łańcucha. Pamiętam przerażający krzyk i księdza gdzieś za mną, udzielającego ogólnego rozgrzeszenia – mówiła wtedy telewizji Polsat News jedna z poszkodowanych.

 

Tego dnia o śmierć, podobnie jak on, otarło się na Giewoncie wiele osób. Jedni odpadali od ściany, w którą uderzył piorun, spadając w przepaść, inni zostali porażeni trzymając się metalowych łańcuchów, jeszcze inni dostawali jakimś odłamkiem skalnym, ponieważ wyładowania w niektórych miejscach działały jak eksplozja. W ciągu kilku minut rannych zostało na tym jednym, niewielkim obszarze ponad 150 osób. Bardzo szybko ujawniła się międzyludzka solidarność: mimo obrażeń ludzie udzielali innym pierwszej pomocy, ratownicy górscy porzucali urlopy, by ruszyć na ratunek poszkodowanym, pilot toprowskiego śmigłowca ryzykował życie, by zwozić na dół najbardziej poszkodowanych.

Wiele osób opowiadało mi potem, że przez to zdarzenie zaczęli więcej się modlić, i to nie tylko znajomi, ale też obcy ludzie – mówi ks. Jerzy Kozłowski. 

 

Jednak nie wszyscy tylko otarli się o śmierć. Wśród tych, którzy odpadli od ścian po pierwszym uderzeniu znalazły się cztery ofiary śmiertelne burzy na Giewoncie. Byli to wspomniani już 10-letnia Julka, która weszła na Giewont z rodzicami, i której mimo reanimacji pod szczytem nie udało się uratować; 13-letni Jaś, chłopiec z Tarnowa, który nie chciał tego dnia iść z rodziną w góry; 24-letnia Anna, która wędrowała z chłopakiem i osierociła 4-letnie dziecko oraz nieznana nam z imienia 46-letnia mieszkanka Biłgoraja. 

 

Wydarzenia sprzed roku do dziś uświadamiają mi, jak kruche jest nasze życie i jak aktualne są słowa Jezusa, że “nie znamy dnia ani godziny”. Na pewno dojrzalej patrzę na rzeczywistość śmierci, na pewno czuję się bliżej osób w żałobie, zwłaszcza, gdy przewodniczę pogrzebowi

– przyznaje dziś ks. Jerzy Kozłowski, jedna z ofiar tragedii na Giewoncie.  Z poparzeniami w wielu miejscach ciała, spowodowanymi aż trzema porażeniami piorunów, spędził w szpitalach kilka tygodni. Rehabilitacja trwała ponad 2 miesiące i do dziś nie jest w pełni sprawny. 

 

Mimo to kilka tygodni temu, za namową znajomych, ponownie ruszył na Giewont, aby sprawdzić, czy została w nim jakaś trauma. – Gdy tylko zobaczyłem już w niewielkiej odległości szczyt i krzyż na nim – miałem raczej pragnienie od razu tam iść, znów zobaczyć to miejsce, niż stamtąd uciekać – mówi dzisiaj. Przyznaje jednak, że pozostał mu lęk przed burzą, jeśli przeżywa ją na zewnątrz.

Takie wydarzenia zostawiają ślad w człowieku. Myślę, że znaczenie tego będę odkrywał jeszcze długo – mówi ks. Jerzy. 

 

Pamiętajmy dziś w modlitwie zwłaszcza o ofiarach tragedii oraz ich rodzinach.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Policjant utonął, chcąc ratować 12-letnią dziewczynkę

Marcin Szpyruk, policjant z Mińska Mazowieckiego, zginął, ratując z morza tonącą 12-latkę. Sam zniknął pod wodą, jego ciało wydobyto dopiero po upływie pół godziny, jednak reanimacja nie odniosła skutku.

Polub nas na Facebooku!

Do tragedii doszło w czwartek, ok. godz. 13.Wypoczywając wraz z rodziną na plaży w Sztutowie policjant zauważył tonące dziecko. Wbiegł do morza, uratował 12-letnią dziewczynkę, po czym sam znalazł się pod wodą. Plażowiczom udało się dzięki tzw. łańcuchowi życia wyłowić mężczyznę. Niestety mimo reanimacji nie udało się go uratować. Mężczyzna zostawił żonę i 15-miesięczne dziecko, którzy akcję obserwowali z plaży.

– Z wielkim żalem informujemy, że dzisiaj po południu zginął st. sierż. Marcin Szpyruk z KPP w Mińsku Mazowieckim. Przebywając na urlopie, widząc tonące dziecko, wskoczył do wody. Marcin ratując ludzkie życie, sam zniknął pod wodą, wypełniając rotę ślubowania do końca – poinformowała na portalu społecznościowym warszawska policja.

Marcin Szpyruk pracował w policji od 6 lat. Przez cały ten czas związany był z garnizonem stołecznym. Od stycznia 2018 r. pełnił służbę w Mińsku Mazowieckim. W mediach społecznościowych pojawiają się kolejne posty o bohaterskim wyczynie zmarłego policjanta. Wspominają go znajomi i współracownicy.

Miałem zaszczyt służyć z Marcinem. Wspaniały człowiek i świetny policjant. Zawsze uśmiechnięty, wesoły, pomocny i uczynny. Takim go pamiętam.

Miałem zaszczyt i przyjemność pełnić z Nim nie jedną służbę. Świetny człowiek i bardzo dobry policjant. Żegnaj kolego!

Wspaniały, cudowny człowiek, zawsze pomocny… Jestem dumna, że mogłam Cię poznać, że mogliśmy się przyjaźnić, zawsze będę Cię pamiętać! Żadne słowa nie oddadzą bólu, który ma w sercach najbliższa rodzina… Wyrazy współczucia dla Ani i dzieciątka.

 

Pamiętajmy w modlitwach o zmarłym policjancie oraz o jego rodzinie.

 

os, KAI/Stacja7

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Copy link
Powered by Social Snap