49% polaków przeciwnych karom cielesnym wobec dzieci

Przemoc fizyczna nie służy żadnemu rozwojowi, zwłaszcza u dziecka - powiedział w rozmowie z KAI prof. dr hab. Aleksander Nalaskowski, dyrektor Instytutu Pedagogiki UMK w Toruniu w latach 1996–2007. 20 listopada obchodzony jest Ogólnopolski Dzień Praw Dziecka. Po wprowadzeniu w 2010 r. zakazu prawnego stosowania przemocy fizycznej wobec dzieci przyzwolenie Polaków na stosowanie kar cielesnych spadło z 63% do 48% - wynika z badań przeprowadzonych przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę (FDDS).

Zdaniem prof. Nalaskowskiego, trzeba odróżnić karę od przemocy fizycznej. – Przemoc fizyczna nie jest żadną karą, nie służy żadnemu rozwojowi, zwłaszcza u dziecka. Dziecko nie może się obronić, bo wie, że jest słabsze, a po drugie wie, że nie może podnieść ręki na rodziców. Mechanizm, który powoduje, że człowiek nie jest w stanie się obronić przed przemocą, prowadzi do powstania zespołu lękowego. Człowiek może być potem tchórzliwy, albo takie zachowania przekłada na innych – powiedział prof. dr hab. Nalaskowski.

 

Z badań przeprowadzonych przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę (dawniej Fundacja Dzieci Niczyje) wynika, że po wprowadzeniu w Polsce w 2010 r. zakazu prawnego stosowania przemocy fizycznej wobec dzieci, przyzwolenie Polaków na stosowanie kar cielesnych spadło z 63% do 48%.

 

Zdaniem 46% Polaków, przemoc fizyczna wobec dzieci nie powinna być stosowana, ale są sytuacje, kiedy jest usprawiedliwiona. Tylko 2% uważa, że przemoc wobec dzieci może być stosowana za każdym razem, kiedy rodzic uzna to za stosowne. To aż o 11% mniej w stosunku do roku 2005.

 

Coraz więcej osób kategorycznie sprzeciwia się karaniu dzieci w ten sposób. W 2010 r. przeciwników przemocy fizycznej było 34%, w 2017 jest ich już 49%.

 

Według Polaków zakaz prawny przede wszystkim powinien dotyczyć uderzenia w twarz dziecka (90%), bicia pasem (88%) oraz mocnego bicia ręką (83%). Znacznie mniej, bo tylko 34 % Polaków uważa, że klaps powinien być również objęty zakazem prawnym.

 

– Każda kara powinna być adekwatna do przewinienia. Jeżeli dziecko nie reaguje trzy razy na uwagę to klaps jest nie tyle karą, co takim tupnięciem nogą, ostrzeżeniem “uważaj co robisz!”. Klaps, który nie jest bolesny jest takim otrzeźwieniem dziecka – podkreśla prof. dr hab. Nalaskowski.

 

Aż 83% Polaków przyznaje, że było świadkiem przemocy fizycznej wobec dziecka. Z kolei 33% badanych reagowało, by powstrzymać dorosłego, a 22% uważa, że jest to prywatna sprawa każdej rodziny. 46% przyznało, że nie wiedziało jak zareagować w takiej sytuacji.

 

Rodzice najczęściej karzą swoje dzieci, stosując wobec nich zakazy, np. zabawy czy spotykania się z przyjaciółmi (71%). Ponad połowa (55%) krzyczy na swoje dzieci bądź je krytykuje, a ponad jedna czwarta (26%) stosuje przemoc fizyczną. Tylko 14% rodziców przyznaje, że nigdy nie stosowało żadnych kar.

 

Prof. dr hab. Nalaskowski zaznacza, że jest zwolennikiem naprawiania uszkodzonej struktury. – Przede wszystkim dziecko oprócz kary ma obowiązek naprawienia tego, co zepsuło – jeżeli było niemiłe dla matki to musi iść i ją przeprosić, jeżeli coś uszkodziło, to ma to naprawić – podkreślił. Jak dodał, każde wychowanie powinno w sobie zawierać pewien repertuar kar. – Dziecko musi wiedzieć, co się stanie, jeśli czegoś nie zrobi lub nie będzie posłuszne. Powinien też działać mechanizm odkupienia swoich win – zaznaczył.

 

Wśród kar fizycznych wobec dzieci najczęstsze są klapsy (94%), bicie ręką (49%) i bicie pasem (22%). Najczęściej rodzice tłumaczą stosowanie przemocy utratą panowania nad sobą (56%), temperamentem dziecka (37%) i poczuciem bezradności (36%). Jedna czwarta rodziców uważa, że jest to skuteczna metoda (24%), a prawie jedna piąta twierdzi, że robi to dla dobra dziecka (18%). Z kolei 6% badanych przyznało, że co najmniej raz uderzyło swoje dziecko z taką siłą, że został po tym ślad.

 

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę (dawniej Fundacja Dzieci Niczyje) działa od 1991 r. Dąży do tego, by wszystkie dzieci miały bezpieczne dzieciństwo i były traktowane z poszanowaniem ich godności i podmiotowości. Jej misją jest oferowanie krzywdzonym dzieciom i ich opiekunom pomocy psychologicznej i prawnej, uczenie dzieci, jak mogą uniknąć przemocy i wykorzystywania, informowanie dorosłych, jak reagować, gdy podejrzewają, że dziecku dzieje się krzywda.

 

W 1954 r. Organizacja Narodów Zjednoczonych w rezolucji 836 (IX) Zgromadzenie Ogólne ONZ zaleciło wszystkim państwom organizowanie obchodów Powszechnego Dnia Dziecka i zaapelowało, aby wykorzystać te obchody do propagowania idei braterstwa i zrozumienia pomiędzy dziećmi całego świata oraz do promowania działań na rzecz ich pomyślnego rozwoju.

 

ONZ obchodzi własny Dzień Dziecka 20 listopada, w rocznicę uchwalenia Deklaracji Praw Dziecka (w 1959 r.) oraz Konwencji o Prawach Dziecka (w 1989 r.). Zgromadzenie Ogólne w swojej rezolucji sugeruje jednak, że każde państwo może organizować własne obchody w dniu, który uzna za właściwy.


(KAI) pgo, fdds.pl, brpd.gov.pl / Warszawa


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Show comments
Z KRAJU

Światowy Dzień Ubogich się nie kończy

Potrzeba miejsca, w którym ubodzy i bezdomni mogą się schronić i spotkać, pomoc osobom zagrożonym ubóstwem i zagospodarowanie potencjału wolontariuszy – to najważniejsze wyzwania, które pojawiły się przed organizatorami Światowego Dnia Ubogich w archidiecezji krakowskiej po zakończeniu wydarzenia. Jak poinformowała w rozmowie z KAI albertynka s. Teresa Pawlak, w przyszłym tygodniu twórcy Namiotu Spotkań spotkają się, by podsumować efekty pracy i zastanowić się nad kontynuacją działań.

KAI: Słyszałam głosy, że Namiot Spotkań na Małym Rynku powinien stać cały rok. Co Siostra na to?

– Takie głosy docierały i do nas. Byli i tacy, którzy deklarowali, że pójdą z tą sprawą do magistratu. Na pewno Namiot pokazał, że są osoby, które nie mają gdzie spędzić całego dnia, szczególnie wtedy, gdy jest chłodno. Namiot stał się dla nich świetlicą, domem, kuchnią, wszystkim, co mieli. Są miejsca w Krakowie, gdzie osoby bezdomne mogą przychodzić, ale nie są one czynne 12 godzin na dobę. Nasz Namiot pokazał, że jest taka potrzeba miejsca, w którym osoby bezdomne, mieszkające w noclegowniach mogły gdzieś spędzić dzień.

 

Są już pomysły, gdzie taki namiot lub coś podobnego mogło w Krakowie stanąć?

– Na razie to tylko idea. Za tydzień odbędzie się spotkanie, podczas którego będziemy o tym rozmawiać. Myślę, że nam, czyli ludziom, którzy zajmują się pomaganiem, Namiot zadał pytanie: i co teraz? Jak można pomagać bardziej? Co zrobić, by osoby bezdomne nie musiały się tułać przez cały dzień? To impuls do myślenia dla organizacji, fundacji i stowarzyszeń pomocowych. Zobaczymy. Widzimy potrzebę i to w naszych sercach już pracuje.

 

Dla zwykłych krakowian mógł to też być impuls do refleksji nad tym, jak w swojej codzienności rozbijać taki Namiot Spotkań?

– Namiot wyczulił na to, że mamy więcej niż inni i możemy się tym dzielić. Było wiele osób, które nas odwiedzały i widać było po nich duże przejęcie. To nie kwestia ludzkiej ciekawości, tylko zainteresowania drugim człowiekiem. Dla mnie najbardziej wzruszające były spotkania z tymi, których bliscy zostali bezdomnymi. Te osoby miały poczucie i żal do siebie, że nie zrobiły nic, by do tego nie doszło, i dlatego teraz chcieli się zaangażować w pomoc.

Poza tym widać było, że w bezdomnych zaczynamy dostrzegać ludzi z konkretnymi twarzami i konkretnymi historiami. To pozwala, by zastanowić się nad tym, jak pomóc osobom, które są wśród nas i potrzebują naszego wsparcia.

Wśród ludzi odwiedzających namiot było też sporo takich, którzy mówili nam, że niewiele brakowało, by znaleźli się w podobnej sytuacji. Przy stolikach prawnika i psychologa odbyło się wiele rozmów z osobami, które nie są jeszcze bezdomne, ale znajdują się na granicy i potrzebują konkretnej pomocy, żeby nie znaleźć się na ulicy. Stanowiska, gdzie udzielano tego typu porad, były dla nich idealnym miejscem, żeby zatrzymać pewien proces, który prowadzi do tego, by wpadły w kryzys bezdomności.

 

To też jest kolejny obszar pomocy, którym trzeba się zająć.

– Ludzie zagrożeni bezdomnością mają w sobie lęk przed instytucjami. Zasada no logo pomagała w tym, by te osoby mogły przyjść i poprosić o pomoc. Jest wielu nieporadnych ludzi, zwłaszcza starszych, którzy wciąż jakoś sobie radzą, ale mają cały czas w głowie świadomość, że nie wiadomo, jak długo to potrwa i są tak naprawdę zostawione same sobie. Takich osób jest coraz więcej . Rodzi się pytanie, jak do nich dotrzeć. One się wstydzą, nie wiedzą, jak poprosić o pomoc, może są samotne, a historie pokazuje, że może niewiele brakować, by ci ludzie znaleźli się w ekstremalnie trudnej sytuacji, której można przecież zapobiec.

 

Są jeszcze jakieś nowe wyzwania, które stoją przed organizatorami ŚDU po tym niezwykle intensywnym tygodniu wydarzeń?

Teraz będzie bardziej optymistycznie. Zobaczyliśmy wielu wspaniałych wolontariuszy. Wielu z nich po raz pierwszy pomagało osobom bezdomnym i ubogim. To duży zasób ludzi, którzy chcą się bardziej zaangażować w udzielanie pomocy. To spory potencjał wrażliwości i potrzeby działania. Widziałam studentki, które były wyznaczone na określone godziny, ale potem przychodziły już tylko dlatego, że chciały. Odnalazły w Namiocie swoje miejsce. Przychodzili młodzi, starsi, ludzie związani ze środowiskami typowo modlitewnymi, tylko po to, by pomóc w sprzątaniu czy rozdawaniu herbaty. Dla nas wszystkich ten zaangażowany całym sercem wolontariat to było wielkie zaskoczenie. Szkoda by było to zmarnować. Ludzka dobroć nie ma granic. Szesnastolatek z Igołomi dojeżdżał do nas codziennie, by pomóc. Wielu krakowskich emerytów przychodziło, żeby pomóc albo po prostu pobyć i porozmawiać.

Dużym zainteresowaniem cieszył się też fryzjer. Dla ludzi ubogich czy bezdomnych zmiana wizerunku okazała się czymś bardzo ważnym. Poszli więc do fryzjera, który przez cały tydzień był do dyspozycji, zrobili sobie zdjęcia potrzebne do wyrobienia dokumentów i deklarowali, że zaraz następnego dnia złożą wniosek o dowód. To dla wielu może okazać się początkiem zmian w życiu. Podobnie z pomocą medyczną.

Jest też przestrzeń bardzo trudna, bo związana z nałogami. Wielu bezdomnych ma problem z alkoholem czy innymi używkami. Oczywiście nie pozwalaliśmy na picie w Namiocie, ale niestety widać było, że z dnia na dzień coraz trudniej niektórym tę abstynencję utrzymać. To dla nas wielki ból, bo trudno na dłuższą metę pomóc komuś, kto nie chce wytrzeźwieć. To jest pytanie: jak do nich dotrzeć i czy da się jeszcze coś zrobić, by im pomóc.

Na niedzielnym posiłku pojawiały się całe rodziny. To jest niepokojące, bo wydawać by się mogło, że ten problem w Krakowie prawie nie istnieje i że pomoc socjalna jest tak wydajna, że ubogie rodziny mogą dać sobie radę. W wielu wypadkach jest to jednak kwestia niezaradności życiowej i wielka potrzeba wsparcia tych rodzin.

 

Namiot był także przestrzenią ekspresji artystycznej dla osób ubogich i bezdomnych. Udał się ten eksperyment?

– Warsztaty literackie pokazały, że ci ludzie mają ogromną potrzebę wyrażenia siebie i są bardzo wrażliwe. Osoby bezdomne, jeśli tylko mają taką możliwość, chcą śpiewać, pisać, malować i być zauważone w przestrzeni kulturalnej. Są w Krakowie takie miejsca, gdzie mogą wyrazić siebie przez sztukę, ale to ciągle za mało. Potencjał jest dużo większy, a dla nas zadanie, bo jest nadzieja, że przez wrażliwość artystyczną osób bezdomnych można do nich dotrzeć i pomóc podnieść się z dna.

 

KAI: Wśród gości Namiotu Spotkań było wiele znanych osób, ale nikt nie robił wokół nich zbędnego show. To chyba pokazuje, że spełniło się założenie tego miejsca, w którym wszyscy są równi?

– Wiadomo, że jak pojawia się osoba znana, to wszyscy ją rozpoznają. Tak było, gdy gotowała Ewa Wachowicz, czy gdy przyszedł ks. kard. Dziwisz. To wielki plus tego miejsca. Nie było bariery, która rozdzielałaby znanych od anonimowych, bogatych od ubogich, pomagających i przyjmujących pomoc. Dobre było i to, że osoby medialne potrafiły się w tym odnaleźć i służyć naszym namiotowym gościom. Kiedy pojawił się kard. Dziwisz, jeden z bezdomnych poprosił o spowiedź. Ksiądz Kardynał nie miał oporów, żeby usiąść do konfesjonału. Wyspowiadał wtedy wilka osób. Nikt nikogo nie klasyfikował. Osoby gotujące na warsztatach kulinarnych to są przecież ludzie znani i medialni, ale w ogóle nie rzucali się w oczy. Dla osób, które do nas przychodziły z obawami, czy nie zostaną napiętnowane, to było bardzo istotne, bo pokazywało, że wszyscy są równi, że nie ma lepszych i gorszych.

 

Osoby, z którymi rozmawiałam, porównywały atmosferę Dnia Ubogich do tego, co się działo na krakowskich ulicach w czasie ŚDM. Skala mniejsza, ale radość świętowania podobna?

To porównanie jest uzasadnione, bo w czasie Światowych Dni Młodzieży ludzie się zjednoczyli bez względu na środowiska, narodowość, język czy nawet wyznanie. Młodzi przyjechali, by spotkać się ze sobą i z Panem Bogiem. Mieli dla siebie czas, byli razem. To była ogromna radość, o której nie da się zapomnieć i wynikała ona ze spotkania i czasu, który poświęcaliśmy sobie nawzajem. Podobnie było i u nas. Może nie spotkały się zupełnie inne światy, ale nie było też podziałów. Ludzie mieli dla siebie czas, by rozmawiać ze sobą, śpiewać, tańczyć i modlić się. Nasza radość wynikała nie z tego, co posiadamy jako materialne dobra, ale z tego, że mamy siebie nawzajem. Sprawdziła się prawda, że największą biedą człowieka jest brak relacji, samotność i brak miłości. A takie spotkania, jak nasze, to przestrzeń bycia razem, która jest ogromnym bogactwem. Zapominamy o własnych brakach, niewygodach i krzywdach. Kiedy mamy obok siebie drugiego człowieka, ciężar jest lżejszy. Tego nam na co dzień brakuje. Wartość spotkania koniecznie trzeba ocalić.


(KAI) Rozmawiała Magda Dobrzyniak / Kraków


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Show comments