Niedziela ostatniej szansy

Kiedyś w Niedzielę Palmową byłem na mszy w Londynie. Proboszcz na kazaniu powiedział do wiernych: „Nie wiem, czy pamiętacie Ewangelię sprzed pięciu tygodni. Mówiła o modlitwie, poście i jałmużnie. Daliście ją komuś? Bo jak nie, to kończy wam się czas. Macie jeszcze cztery dni”.

Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >

Warto było widzieć tych ludzi, którzy naraz odkryli, że przez pięć tygodni jeszcze nikomu nic nie dali.

Ma się poczucie, że liturgia to tylko zabawa, że bawimy się w słuchanie Słowa. Posłuchali, dali sobie głowę posypać popiołem, ale kieszeni im to nie otworzyło. Temat jest trudny.

Chciwość umiera w człowieku dwie godziny po śmierci. Ewangelia nie daje żadnych złudzeń.

Najporządniejszy młody człowiek, który przyszedł do Jezusa, mówi: Przestrzegałem wszystkich przykazań od dziecka… Ale Chrystus stawia go przed taką perspektywą: W porządku, jednego ci brakuje – idź i sprzedaj swój majątek, rozdaj pieniądze ubogim, a potem chodź ze Mną. I on się poddaje. Nie ma go co osądzać. Porządny, religijny, żyjący według Prawa, przestrzegający przykazań – ale jak go Chrystus trafił w kieszeń, skończyło się na niczym. Życie z jałmużny, życie na czyjś koszt nie jest łatwe. Chrystus jest wzorem umiejętności życia z jałmużny.

W rozdziale 8 Ewangelii święty Łukasz mówi, że Chrystus wędruje po Ziemi Świętej w towarzystwie uczniów i kilku kobiet, które utrzymują Go ze swojego mienia. Te kobiety dają pieniądze, aby Chrystus i Jego uczniowie mogli jakoś żyć. Wśród tych kobiet jest też Maria Magdalena. Zastanawiałem się, czy Chrystus mógł nie wiedzieć, skąd Maria Magdalena miała pieniądze. Wzięlibyście pieniądze zarobione prostytucją? Przez kilkanaście wieków Kościół mówił, że nie można brać takich pieniędzy. Prawnicy kanoniści utrzymywali, że nie wolno brać jałmużny, która pochodzi z niegodziwych zarobków. A Chrystus brał pieniądze od Marii Magdaleny. Jeżeli nie weźmiecie takich pieniędzy – zabijecie człowieka. Ktoś doskonale wie, że jest grzesznikiem, ale odnajduje w sobie jakieś dobro. Jeżeli okażecie mu pogardę („nie jesteś wart, żebym brał twoje brudne pieniądze”), to w imię swojego idealizmu zabijecie go.

Niedziela ostatniej szansy

Miłosierdzie jest jałmużną z tego, czego nie mam, z mojej nędzy. Bo każda inna jałmużna jest nie z miłosierdzia, tylko ze sprawiedliwości.

Tobiasz (4, 16) wyraża to genialnie: „Ze wszystkiego, co ci zbywa, dawaj jałmużnę, a oko twoje niech nie będzie skąpe, gdy ją dajesz”. Kiedy masz coś, co ci zbywa, bo zaspokoiłeś już wszystkie swoje godziwe potrzeby i masz ponad stan – dawaj jałmużnę. Charakter tej normy jest totalny. Kiedy ci zbywa, bo kupiłeś sobie już te dwie sutanny, masz buty zimowe i letnie, a w dodatku dwie pary na salę gimnastyczną, jakiś przeciętny samochód, jeśli jesteś diakonem, czyli jeśli zapewniłeś sobie jakiś godziwy poziom – to nic, co jest ponad to, nie jest twoje. I kiedy się tym dzielisz – a Tobiasz mówi, że masz się dzielić wszystkim, co ci zostało – robisz to nie z miłosierdzia, ale w imię sprawiedliwości, żeby było jasne. Nie nazywajcie miłosierdziem tego, co jest wyłącznie sprawiedliwością. To jest stara zasada Kościoła i dobrze, że Benedykt XVI ją przypomniał, bo z taką mocą i precyzją ostatni raz mówił o niej chyba Kościół wczesnośredniowieczny (uważany przez nas często za prymitywny i barbarzyński). W stosowanych przezeń księgach pokutnych wielokrotnie natrafiamy na normę: duchowny, który się nie dzieli swoimi superflua, ma być – uwaga! – ekskomunikowany. Pokażcie mi dzisiaj, w uczonym Kościele XXI wieku, księdza, który uznaje to za swoją zasadę. W starym penitencjale irlandzkim z roku 800 jest napisane: Ktokolwiek gromadzi dobra ponad miarę, jeśli czyni to z niewiedzy (!), powinien trzecią część oddać ubogim. Wyjdźcie dzisiaj na ambonę i powiedzcie to ludziom… Oczywiście, że to nie jest łatwa nauka, bo jak określić to, co zbywa? Co innego zbywa człowiekowi w Polsce, a co innego na Białorusi. Załóżmy, że ktoś z was odkryje w sobie powołanie misyjne i uzna, że powinien pojechać na Wschód albo do Afryki. To, co tutaj godziwie posiadasz, tam może być znacznie ponad stan. Żyjemy w kraju, w którym przeciętna rodzina ma auto. W porządku. Ale możesz być gdzieś na ziemi, gdzie przeciętna rodzina ma ledwo osła. I to, co tutaj posiadałeś godziwie, tam już musisz rozdać. Oczywiście może być też inaczej. Możesz odkryć powołanie do posługi w Kościele w Stanach Zjednoczonych czy Szwecji. Tam ten poziom godziwego stanu posiadania leży wyżej. Wtedy we własnym sumieniu trzeba zdobyć uczciwe rozeznanie.

Rosyjska ikona z XIV wieku

Wjazd Jezusa do Jerozolimy

Papież Jan Paweł II w czasie swojego pobytu w Polsce mówił do księży: Niech wasz majątek będzie blisko średniej, i to jeszcze troszkę w dół. Popatrzcie, jaka jest średnia stopa życiowa kraju, odejmijcie sobie troszeczkę i niech to będzie poziom waszych aspiracji majątkowych. To jest to samo, co Kościół zawsze mówił, tylko inaczej sformułowane.

Papież Benedykt pisze tak: „Nie jesteśmy właścicielami, lecz zarządcami dóbr, które posiadamy, nie można ich zatem traktować jako wyłącznej własności, lecz trzeba je uznać za środki, którymi posługuje się Pan, wzywając każdego z nas, by stał się pośrednikiem Jego Opatrzności względem bliźniego”. Genialne zdanie.

Nie jesteśmy właścicielami, lecz zarządcami.

To, co mamy, nie jest naszą wyłączną własnością, ale po co nam jest dane? Żeby człowiek stał się pośrednikiem Opatrzności Pana względem bliźniego. Teraz to, co przed chwilą mogłoby wydawać się okrutną normą, wymaganiem ponad miarę – weź z tego, co ci zbywa, podziel się, i to jeszcze będzie sprawiedliwość, a nie miłosierdzie – nabiera innego sensu. Papież pomaga nam przeczytać to pozytywnie. To nie jest wymóg całkowitej rezygnacji ani podpowiadanie człowiekowi, że ma się wyrzec mamony, bo ona jest niegodziwa, tylko to jest podpowiedź: Bogu dziękuj, że posiadasz, bo w ten twój pieniądz wpisane jest powołanie. Odczytaj swój pieniądz w kategoriach powołania. Powołania do czego? Do tego, żebyś był narzędziem Opatrzności Boga wobec bliźnich.

Pan Bóg chce być Opatrznością. W jaki sposób to robi? Ano w taki, że dał ci grosz. Nie dla ciebie, tylko dla twojego bliźniego.

Nie jesteśmy właścicielami, lecz zarządcami – o tym mówi przypowieść z 12 rozdziału Ewangelii świętego Marka, od której zaczęliśmy. Można tę Ewangelię oczywiście odczytywać rozmaicie, ale można też ją przeczytać w taki, bardzo konkretny, sposób: to, co posiadasz, Pan Bóg dał ci w dzierżawę. Starożytny Kościół uważał, że to, co ma, jest mu dane w zarząd, w gubernację, a właścicielami tego są ubodzy. Mam swoje pieniądze, ale jest jeszcze to, co mamy razem, jako Kościół. Kto jest właścicielem majątku, który posiadają parafie? Kościół starożytny mówi jasno: res pauperum – to jest własność ubogich. I w imieniu ubogich Kościół tym majątkiem zarządza. Każdy wie, kim jest syn właściciela winnicy z Ewangelii, którą przeczytaliśmy. Byłem spragniony, byłem nagi, byłem głodny, byłem w więzieniu… To jest Syn, który przychodzi. Jest wielopostaciowy, ma wiele twarzy i On jest dziedzicem tego majątku. A my mówimy: zabijmy go, to Jego dziedzictwo będzie nasze.


Fragment książki

"Rekolekcje. Modlitwa, post, jałmużna"

autorstwa Biskupa Grzegorza Rysia, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak. Więcej szczegółów można znaleźć tutaj.

Modlitwa, post, jałmużna – trzy filary chrześcijańskiego życia – to zewnętrzne znaki wewnętrznej rzeczywistości, które każdemu wierzącemu pozwalają unikać zła i żyć w zgodzie z Ewangelią. Biskup Grzegorz Ryś prowadzi nas drogami Dobrej Nowiny i tłumaczy kolejne wydarzenia, których finałem było Zmartwychwstanie. Te niezwykłe rekolekcje pozwalają zrozumieć istotę miłości miłosiernej.



Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Bp Grzegorz Ryś

Bp Grzegorz Ryś

Zobacz inne artykuły tego autora >
Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >

Palma na miarę naszych możliwości

Czyli Wierzbna, Kwietna, Różdzkowa… Niedziela Palmowa

Iwona Podgórska
Iwona
Podgórska
zobacz artykuly tego autora >
poprzednie
następne

Tak się składa, że żyjemy w klimacie odbiegającym daleko od temperatur w jakich rosną palmy. Trochę szkoda, ale może to właśnie spowodowało, że palmy jakie przynosimy w Niedzielę Palmową do kościoła nie są zerwanym naprędce palmowym liściem czy gałązką drzewa oliwnego, jak to się dzieje w krajach, w których o śniegu nikt nie słyszał.

Potrzeba matką wynalazku – nasze prababki wymyśliły więc palmy „na miarę naszych możliwości”.

W Środę Popielcową zrywały gałązki borówek, malin, czarnej porzeczki i wierzby, wstawiały je do wazonów, by po miesiącu dysponować „krajowym odpowiednikiem” zielonych gałązek palmy.

Przed drugą wojną światową dość powszechny był w Polsce zwyczaj rywalizowania między wioskami i parafiami o miano wykonawcy najwyższej palmy.

„Trzonem takiej palmy był pręt młodej sosny, ostrugany na cienko, tak by na wierzchu została kiść, złożona z kilku, przeważnie trzech pędów. Cały pręt otaczano zielonymi borówkami, przeplatając je kolorowymi sztucznymi kwiatkami z bibułki.

Palma na miarę naszych możliwości

W górnej części palmy, przywiązywano parę barwnych wstążek, a dolną część pręta okręcano bibułką lub haftowaną tkaniną” – pisze w artykule pt.: „Sztuka kurpiowska w okresie wielkanocnym” Adam Chętnik.

Z czasem, rywalizacja w narodzie nieco zanikła, a może raczej trudne historyczne losy kazały myśleć bardziej praktycznie i powszechne stały się niższe, bardziej poręczne palmy, jakie i my dziś przynosimy do kościoła w Niedzielę Palmowa.

Palmom przypisywano niezwykłą moc i wykorzystywano je we wszystkich prawie sferach życia rodzinnego i gospodarskiego.

Powszechnie wierzono, że bazie zerwane z poświęconej palmy, po zjedzeniu ochronią gardło przed wszelkimi stanami zapalnymi. Ba, nawet w czasie ich jedzenia należało wypowiedzieć niemal zaklęcie: „aby gardło nie bolało”.

poprzednie
następne

W okolicach Gorlic przywiązywano do palm wysuszoną, uprzednio wygotowaną w wodzie z popiołem hubę drzewną. Po poświęceniu palmy, hubę zapalano i rozpalano nią w Wielką Sobotę ogień domowy na cały rok.

Po powrocie z kościoła do domu, dzielono palmę na tyle części ile było zabudowań w gospodarstwie. Część wkładano pod strzechę stodoły i obory, a część przynoszono do domu, gdzie umieszczona za ramą obrazu miała chronić domowników i cieszyć oko przez najbliższy rok.

W czasie burzy wystawiano palmę w oknie razem z gromnicą lub palono kawałek aby oddalić niebezpieczeństwo pożaru.

Na Kaszubach gałązki palm wkładano do uli i wplatano w sieci aby zapewnić sobie obfite połowy. Powszechnym zwyczajem było wkładanie poświęconych bazi do ziarna siewnego przeznaczonego do zasiewu – aby obrodziło, a ziarno z nowego zbioru było tak grube jak bazie.

Wielkanocna palma strzegła rolnika przed klęskami żywiołowymi. Robiono krzyże z gałązek wyciągniętych z poświęconych palm, by pozostawione w polu chroniły zboże przed gradobiciem.

Palma na miarę naszych możliwości

poprzednie
następne

Gałązka palmy, podłożona pod pierwszą skibę wiosennej orki zapewniała według powszechnego przekonania wysokie plony.

We wschodnich Beskidach, w Gorcach, na Orawie i Podhalu – na obszarze gdzie dominowała gospodarka hodowlana, garść gałązek wierzbowych owijano rzemiennym batogiem, albo pasmem lnu lub konopi.

Po poświęceniu palmy, z przędzy splatano bicz do poganiania bydła. O jego wartości można przeczytać w kronikach podhalańskich:

„…wielki to skarb taki bicz poświęcony w Kwietną Niedzielę. Biczem takim, jeśli mu kto niefortunny drogę przejdzie niezręcznie, jak oni mówią, niechaj tylko biczem tym krzyż na drodze zatnie, a pewnym być może, że nic go złego w drodze nie spotka (…) nie boi się wywrotu, zbłąkania lub odniesienia jakiegokolwiek szwanku czy on sam czy konie jego.

poprzednie
następne

Pasterze takie bicze mają. Bydło tym biczem zaganiane nie dostanie uroku, nie zbłądzi w czasie pasienia, chociażby jakie licho go kusić miało”.

Dlatego wypędzane wiosną na pastwiska bydło należało obowiązkowo uderzyć palemką po grzbiecie. Gdy zwierzę robiło wrażenie chorego – zdrowiało po omieceniu jego boków poświęconymi witkami. Gdy na św. Rocha święcono i okadzano bydło, również do kadzidła dodawano wielkanocne palmy.

Dziś chyba niewielu korzysta z uzdrawiającej mocy poświęconych palm, za to w kilku miejscach w Polsce odrodziła się z powodzeniem tradycja konkursów na najwyższą palmę.

Dzięki wysiłkowi mieszkańców wsi Łyse na Kurpiach oraz Lipnicy Murowanej w Małopolsce, możemy uczestniczyć w tym niezwykle barwnym wydarzeniu. Warto więc się wybrać do tych miejscowości i nie przegapić szansy na zobaczenie np. 32-metrowej palmy, która w całej swej okazałości prezentowała się w ubiegłym roku na lipnickim rynku. Aż nie można oprzeć się technicznym spekulacjom „jak to jest zrobione”…

Mniejsze i większe palmy i palemki zdobią wazony i ściany naszych domów, może więc poza zachwytem nad estetyką, popatrzmy na nie jak na symbol religijny i dorobek naszej kultury.

Palma na miarę naszych możliwości

A gdy zaświta nam myśl, by zmienić wystrój pokoju, nie wyrzucajmy palmy do śmieci, spalmy ją raczej lub oddajmy do kościoła – przecież to właśnie z palm przygotowuje się popiół, którym posypujemy głowy w Środę Popielcową.

Nic w przyrodzie nie ginie, więc dbajmy o palmy na miarę „naszych możliwości” bo jak mówią na Kurpiach: palmy w domu, zapewnią długie życie, dorodne dzieci i urodzaj w polu…

Źródła:

  • Chętnik, Magazyn Ziemia,1932
  • Chętnik, Sztuka kurpiowska w okresie wielkanocnym, Państwowy Instytut Badania Sztuki Ludowej, 1948

Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Iwona Podgórska

Iwona Podgórska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Iwona Podgórska
Iwona
Podgórska
zobacz artykuly tego autora >