video-jav.net

Nie ma Kościoła, nie ma nic

Ksiądz bp Grzegorz Ryś o ofercie Kościoła dla młodych: pytanie co młody człowiek może otrzymać od Kościoła jest pytaniem błędnym! Prezydent Kennedy powiedziałby co młody człowiek może dać Kościołowi.

Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


Jaką najbardziej szaloną rzecz zrobił Ksiądz Biskup, będąc nastolatkiem?

W liceum koledzy z klasy pojechali na Pilsko i stamtąd mieli iść na Babią Górę. A mnie nie puściła mama, lało i było obrzydliwie. Byłem jednak dość uparty i w piątek wieczór pojechałem do Korbielowa. Przyjechałem tam około godz. 23.00 – bo tak dojeżdżał ostatni autobus. I okazało się, że to, co w Krakowie było deszczem, tam było śniegiem. Okazało się też, że w Korbielowie zamknięte było schronisko młodzieżowe, więc za jakieś uzgodnione z portierem pieniądze spałem w hotelu w pokoju kilkuosobowym. Wstałem o 4.00 rano i poszedłem sam na Pilsko z Korbielowa. Oczywiście wyszedłem na górę w śniegu po kolana i zorientowałem się, że moich kolegów tam nie ma. Pomyślałem, że widocznie poszli na Babią Górę, więc przyłączyłem się w połowie drogi do grupy studentów i 12 godzin szliśmy na Babią, robiąc skrót przez Słowację – co było w tamtych czasach zakazane. Na dodatek zgubiliśmy się tam, bo szlak był słabo oznakowany i potem szliśmy ostro na przełaj z powrotem do granicy. No i stało się jasne, że moich kolegów również nie było na Babiej Górze – ale dowiedziałem się o tym dopiero następnego dnia, po powrocie do Krakowa. Stwierdzili oni, że w taką pogodę nie idzie się na Pilsko i Babią Górę. Ja się tego dnia spóźniłem do szkoły, bo byłem skrajnie wyczerpany po tej przygodzie, a oni już wiedzieli, że ich ścigałem i szukałem, więc w szkole pojawiło się nawet takie podejrzenie, że albo się zgubiłem, albo zginąłem na Pilsku, bo to było po dość dramatycznych wypadkach na tym szczycie, gdy zamarzli tam młodzi ludzie.

Jak wyglądały weekendy i wakacje Księdza Biskupa na przełomie lat 70. i 80.?

Byłem wtedy w liceum. Moja mama do dzisiaj mówi, że jak przychodził tak zwany weekend, to przychodziłem w piątek ze szkoły, rzucałem torbę i mówiłem, że wyjeżdżam w góry. Brałem plecak i w ciągu roku szkolnego wyjeżdżałem w Beskidy. To był czas, kiedy regularnie bywałem na Babiej Górze i na Turbaczu. A w wakacje to raczej były Tatry. Dla mnie do dzisiaj możliwość spędzenia wolnego czasu oznacza: plecak i Tatry.

Jakie są Księdza ulubione trasy w Tatrach?

Ulubione trasy w Tatrach… teraz muszę uważać co mówię, troszkę się zestarzałem i te najdłuższe są dla mnie trochę trudniejsze do przejścia. Ostatnio stwierdziłem, że Rysy podrosły. Normalnie wychodziłem na Rysy w 3,5 godziny, a ostatnio w 4,5, więc ten szczyt musiał urosnąć.

Trasy, które również zawsze lubiłem, są w Tatrach Zachodnich, tylko że one są długie. Dlatego mówię o nich z pewną rezerwą, bo tam jak się już wybrać, to na cały dzień, a cały dzień wolny to dla mnie rzadkość w ostatnich czasach. Oczywiście lubię też trasy, które dają człowiekowi więcej adrenaliny, np. Orlą Perć, choć od adrenaliny lepsze są tam niespodzianki widokowe. Na przykład gdy się idzie od Pięciu Stawów na Krzyżne – to jest generalnie dość nudny szlak – ale ostatni moment, gdy człowiekowi głowa „wyskakuje” ponad Krzyżne i widzi stamtąd 500–600 szczytów na południe, to jest absolutnie fantastyczny widok, którego raczej się nie zapomina. Takich tras jest kilka w Tatrach. One kosztują troszkę więcej zachodu, bo właściwie się idzie pod jedną ścianą i przez długi czas nic ciekawego tam nie widać, ale widok na szczycie zapiera dech w piersiach!

Nie ma Kościoła, nie ma nic

Młodzi ludzie się zmienili. Kiedyś atrakcją było podwórko, a dziś umawiają się na wspólne granie w gry komputerowe i każdy zamyka się w swoim pokoju. Jaką ofertę Kościół dzisiaj ma dla tych młodych ludzi?

Oferty Kościoła pod adresem młodych ludzi są różne i mnie dość mocno przekonują te, które nie są zamknięte w obrębie jednej grupy wiekowej czy branżowej.

Fantastycznym doświadczeniem Kościoła jest pielgrzymka krakowska i każdemu życzę tego doświadczenia. Obserwuję, że jeśli ktoś krytycznie mówi o pielgrzymce, to w życiu na niej nie był. Pielgrzymka jest świetnym doświadczeniem Kościoła, jest pięknym czasem rekolekcji w drodze, czasem, kiedy się ludzie modlą, spowiadają, przeżywają Eucharystię, ale też nawiązują relacje, niektóre z nich bardzo trwałe – z których tworzą się wspólnoty. Na pielgrzymce są bardzo różne grupy, są grupy typowo młodzieżowe, np. Grupa 13 z krakowskiego śródmieścia czy grupy związane z jakimś konkretnym charyzmatem – franciszkańskim, salezjańskim, jezuickim. Ale są też grupy ponad tymi wszelkimi rozróżnieniami i idą tam ludzie starzy, młodzi, żonaci, dzieciaci i tacy, którzy zobowiązali się żyć w celibacie, i tacy, którzy jeszcze nikogo nie znaleźli. Konserwatywni i liberałowie – wszyscy idą razem, a to jest piękne doświadczenie Kościoła, które dobrze robi młodym. Dobrze, gdy młodzi ludzie nauczą się śpiewać godzinki, a z drugiej strony, gdy zobaczą, że starsi ludzie, którzy ich uczą śpiewać tych godzinek, potrafią się ucieszyć tymi śpiewami, które młodzi im zaproponują.

Niekoniecznie jednak każda propozycja musi być stanowa i skierowana wyłącznie do młodzieży. To dotyczy w wymiarze ogólnym wspólnot, do których młodzi ludzie są zapraszani. Na przykład wspólnoty charyzmatyczne są otwarte na każdą grupę wiekową, typ życia, powołania.

Całkiem niedawno celebrowałem Eucharystię dla liderów wspólnot charyzmatycznych w Częstochowie. Jeśli ktoś myśli, że do tańca, podskakiwania i gwizdania są zdolni tylko piętnastolatki, to się stanowczo myli. Bo są do tego zdolni i ludzie siedemdziesięcioletni, których w takiej roli i kondycji tam widziałem. Podobnie dzieje się, jeśli chodzi o wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, również one są otwarte dla każdego – nie są stanowe. Również doświadczenie ludzi, którzy słuchają tego samego Słowa i dają mu bardzo różne echo. Trudno, żeby echo, jakie Słowo wznieca w osiemnastolatku było takie samo, jak to u jego dziadka. Natomiast to, że mogą się nawzajem posłuchać i w ten sposób stają się mądrzejsi – i jeden i drugi – jest samo w sobie rewelacyjne. Co do propozycji, które są przygotowane specjalnie dla młodych ludzi, to ja jestem bardzo przywiązany do propozycji, które zawsze w Kościele były, a dzisiaj są nieco mniej eksploatowane – czyli do rekolekcji, zwłaszcza wakacyjnych. Jestem bardzo przywiązany do rekolekcji Ruchu Światło – Życie. Nie wszystkim się to podoba, że względu na to, że jest to bardzo wymagająca forma rekolekcji. Niektórzy sądzą, że 17 dni to jest zbyt dużo i nie każdy młody człowiek pozwoli sobie na 2,5 tygodnia urwanego z wakacji i to 2,5 tygodnia bardzo intensywnie prowadzone. Z drugiej strony myślę, że te zastrzeżenia są bardziej podnoszone przez starszych niż przez młodzież, to znaczy ja mam takie zrozumienie młodzieży. Młodzież lubi mieć jakieś wyzwania, a nie gdy tych wyzwań nie ma. Owszem, to może być traktowane jako doświadczenie elitarne, ale elity są też potrzebne Kościołowi.

Są również rekolekcje tygodniowe prowadzone przez grupy apostolskie. Są też – i tych jest coraz więcej – wyjazdy organizowane przez parafie. Bardzo wielu księży i wspólnot organizuje wyjazdy parafialne dla dzieci i młodzieży, zwłaszcza z rodzin uboższych, nieraz patologicznych i są to inicjatywy świetne. Są parafie, które mają już swoje ośrodki nad morzem albo w okolicach jezior i to jest bardzo fajne! Czasami mam tylko żal, że wszystko to nazywane jest oazą, a oazą nie jest. Bo oaza jest konkretna propozycją formacyjną dla młodego człowieka, a także dla dorosłego w ramach oazy rodzin i jest to formacja przemyślana, poważna i wielostopniowa. Jest to propozycja rozłożona na wiele lat.

Oczywiście jest również wiele wyjazdów organizowanych przez wspólnoty akademickie, niektóre bardzo szalone. Dominikanie krakowscy idą na piechotę do Ziemi Świętej przez kilka lat. W ciągu wakacji przechodzą jakiś duży fragment tej drogi i w kolejnym roku zaczynają od tego miejsca, by kontynuować pielgrzymkę. Pomysł jest piękny – dojść piechotą do Ziemi Świętej!

Coraz popularniejsza staje się również Droga Jakubowa. Możliwości jest milion! Powiem nawet, że czasami tęskni mi się za pierwotną ich prostotą. To znaczy wiemy, że weszliśmy do świata cywilizowanego i na wszystko są normy unijne – tyle łóżek musi być na takiej przestrzeni, i prysznice, i najlepiej jeszcze klimatyzacja, i nie wiadomo co jeszcze, więc takie oazy, na które jeździłem jako młody człowiek, gdzie myliśmy się w strumyku, a spaliśmy w stodole, są pewnie nie do pomyślenia. Choć właściwie nawet nie wiem, dla kogo bardziej: czy dla tej młodzieży, czy dla dorosłych. Nasze normalne wakacje, z naszej młodości, dla dzisiejszej młodzieży są już jak szkoła przetrwania. A my mieliśmy wtedy poczucie absolutnej normalności.

Nie ma Kościoła, nie ma nic

A co z młodymi małżeństwami? Jest sporo propozycji dla licealistów, dla studentów i potem ci młodzi ludzie wychodzą z różnych duszpasterstw, wchodzą w doświadczenie rodziny i jakby znajdują się poza wspólnotą. Gdzie młode małżeństwa powinny szukać miejsca dla siebie w Kościele?

Jeśli chodzi o młode małżeństwa, to rzeczywiście jesteśmy na tym polu nieco zaniedbani, bo wspólnoty dla małżeństw nie są tak popularne i tak łatwo dostępne jak wspólnoty dla młodzieży. To znaczy wszyscy wiedzą, co to jest Ruch Światło–Życie, ale prawie nikt nie wie co to są Ekipy Notre-Dame. Natomiast to jest bardzo konkretna propozycja dla młodych małżeństw. Jestem również przekonany do propozycji jaką są Kręgi Rodzin – i z reguły w Kręgach Rodzin są młodzi ludzie, zwłaszcza w tych, które powstają teraz – rodzice zawsze „targają” ze sobą kilkoro maluchów, takie też były Oazy Rodzin, które zdarzało mi się prowadzić.

Są też propozycje dla rodzin, ale trochę osobno. Czyli dla mężczyzn, którzy żyją w małżeństwach. Z całym szacunkiem dla tego, że żyją w małżeństwie i jakby z wyczuciem, co mogą dlatego, że są mężami, a czego nie mogą. Świetną propozycją dla mężczyzn jest ruch, który przywędrował do nas ze Stanów Zjednoczonych. Chodzi mi o ruch: Mężczyźni Świętego Józefa. Fantastyczne zjawisko i naprawdę każdemu mężczyźnie polecam! Z kolei dla mam jest np.: Macierzanka – wspólnota młodych mam, przy kościele św. Józefa w Krakowie.

Jeśli weźmiemy pod uwagę Szkoły Nowej Ewangelizacji, to one prowadzą kursy dla małżeństw oraz osobno dla kobiet i dla mężczyzn. Więcej informacji można zaczerpnąć ze strony wspólnoty Galilea, którą prowadzi ks. Krzysztof Czerwionka. Ale na tym polu jest jeszcze sporo do zrobienia albo do odnowienia.

Mówił Ksiądz Biskup w dużej mierze o propozycjach wakacyjnych. A co młody człowiek po rekolekcjach i pielgrzymce może otrzymać od dzisiejszego Kościoła po powrocie do parafii, parafii, która często jest gdzieś na prowincji.

Pytanie, co młody człowiek może otrzymać od Kościoła jest pytaniem błędnym! Prezydent Kennedy powiedziałby: co młody człowiek może dać Kościołowi. Gdy ktoś przeżył rekolekcje, to oczywiście chce się tym, co przeżył dzielić, gdy przeżył Kurs Alfa – dość często to się teraz zdarza, bo Kursy Alfa są bardzo popularnie obecnie wśród studentów i młodzieży licealnej – to jest regułą wręcz, że taka osoba w kolejnym Kursie Alfa chce być wolontariuszem, który przygotowuje kurs nawet od strony logistyki. Z reguły ci młodzi ludzie mówią, że dopiero przy drugim lub trzecim uczestnictwie w takim kursie zaczynają go rozumieć. Alfa ma taką specyfikę, że zawsze ten kurs tworzy wspólnotę.

Powiedziałbym, że propozycja wspólnoty jest coraz bardziej świadoma. Ponieważ mówimy ciągle w Kościele o potrzebie nowej ewangelizacji. Ewangelizację prowadzi zawsze jakaś wspólnota, to znaczy ksiądz nie robi jej sam, ale z reguły z grupą ewangelizatorów i zawsze owocem rekolekcji ewangelizacyjnych ma być powstanie nowej wspólnoty. Już ks. Blachnicki mówił o tym, że jeśli prowadzi się rekolekcje ewangelizacyjne, to potem grupa ludzi, którzy chcą czegoś więcej, chcą iść dalej i spotykać się systematycznie, będzie na poziome 10–15% uczestników. I coś rzeczywiście jest na rzeczy. Słyszałem niedawno o dwóch przypadkach w Krakowie, gdy po Seminariach Odnowy Wiary prowadzonych w parafiach, powstały dwie wspólnoty, jedna licząca 60, a druga 100 osób.

W jednym z miast w diecezji krakowskiej – może jeszcze nie będę mówił, w którym – wypłynęła inicjatywa zrobienia wydarzenia ewangelizacyjnego i najważniejszym pytaniem na chwilę obecną jest to, gdzie ci ludzie, którzy czegoś w czasie ewangelizacji doświadczą, trafią po tym wydarzeniu. Trzeba najpierw stworzyć sieć małych konkretnych wspólnot, które będą wstanie tych młodych ludzi zaabsorbować, a jak nie, to te wspólnoty muszą powstać w wyniku ewangelizacji i nie można powiedzieć ludziom: teraz nie mamy dla was czasu. W takim przypadku lepiej było nie zaczynać! Mówię to całkiem świadomie.

Nie ma Kościoła, nie ma nic

Czego Ksiądz biskup oczekuje od młodych ludzi. Jak oni mogą się zaangażować w wiosnę Kościoła?

Oni się angażują. Są lepsi ode mnie, ja nie mam takich pomysłów. Pytanie czego oczekujemy od młodych ludzi, jest pytaniem obok rzeczywistości.

Rzeczywistość jest taka, że młodym ludziom się bardzo chce i trzeba im tylko stworzyć możliwości działania, oczywiście w takim zakresie i z taką odpowiedzialnością, jaką mogą podjąć mając lat 15, czy 18, a czasami 13. Nie należy wkładać na młodzież ciężarów, które kto inny w Kościele ma nosić. Natomiast co do tego, że młodym ludziom się chce, nie mam wątpliwości.

Na Lednicy było 80 tysięcy ludzi, księży było 1700; fajnie, ale to już nie jest w jedną stronę. To nie jest tak, że ksiądz zebrał ludzi, zrobił im katechezę i o nich zadbał, a niczego się od nich nie dowiedział i nic jemu samemu to nie dało. To nie jest już ten model Kościoła, już dawno tak nie ma.

Jeśli tworzymy rzeczywistą wspólnotę, w której się przeżywa wiarę, to katechizowani są wszyscy i katechizują wszyscy. Oczywiście jest tak, że choćby w czasie Liturgii jest ten moment, że kapłan jest tym, który ma wykładać prawdy wiary i robi to w imieniu Kościoła, bo po to ma misję kanoniczną. Ale jest moment na to, żeby się dzielić Słowem, i może się okazać, że w takim osobistym czytaniu Pisma i słuchaniu Słowa ludzie, do których on mówi katechezę, są o wiele bardziej wrażliwi od niego. I ksiądz może bardzo wiele skorzystać z takiej świeżości odczytania Słowa i z tego jak oni biorą Słowo do siebie.

Gdy byłem rektorem seminarium, to często brałem kleryków na Paschę Neokatechumenalną, gdzie trzy razy w ciągu nocy jest echo Słowa, i oni byli absolutnie zdumieni, że można Słowa słuchać w taki sposób. Wypowiadali się tam różni ludzie – od dzieci po ludzi, którzy są dziadkami. I ten młody człowiek (kleryk), który już prawie kończy teologię i ma przekonanie, że ho, ho, ho – ile on już wie, doświadczał tego, że nie wie, w ten sposób nie analizował Słowa.

Kiedyś usłyszałem takie bardzo mądre stwierdzenie, że w podejściu do Słowa Bożego potrzebne jest objaśnienie i doświadczenie. Objaśnienie bez doświadczenia jest wykładem akademickim, a nie jest jeszcze przekazem wiary.

A poza tym czego oczekuję od wszystkich?

Oczekuję, że wszyscy będziemy tworzyć Kościół – nie ma chrześcijaństwa poza Kościołem. Musi być Kościół. Wiarę się przekazuje w Kościele, Zbawienie przychodzi w Kościele, indywidualnie, ale we wspólnocie. Nie ma Kościoła – nic nie ma. I nie Kościół, który jest teorią, bytem abstrakcyjnym, definicja katechizmową, tylko Kościół, w którym razem przeżywamy wiarę, razem słuchamy Słowa, razem przeżywamy sakramenty. Tak, to mnie obchodzi. Wszystko inne, to są tylko sposoby, drogi, a nie sedno.

Bp Grzegorz Ryś

Bp Grzegorz Ryś

Zobacz inne artykuły tego autora >
Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >

Matka Zofia Czeska. Sarmacka feministka

Duchowa prababka wszystkich dzielnych niewiast, jedna z pierwszych z długiej galerii postaci, które przez stulecia walczyły o rozwój duchowy, ekonomiczny i intelektualny kobiet. Nie godziły się na ich marny los, prawdziwa feministka.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Oczywiście, Boża, bo dzieło matki Zofii z Maciejowskich Czeskiej, która w XVII  wieku założyła Zgromadzenie Sióstr Prezentek i pierwszą zorganizowaną w Polsce szkołę dla dziewcząt wynikało z wielkiej troski o zbawienie wieczne uczennic oraz poprawę ich doczesnego kobiecego losu. Wraz z matką Małgorzatą Szewczyk zostanie beatyfikowana 9 czerwca w krakowskich Łagiewnikach.

Pochodziła ze średnio zamożnej szlachty. Urodziła się na Ziemi Sandomierskiej w 1584 w Budziszowicach – majątku Maciejowskich. Wyszła za mąż gdy miała 16 lat za Jana Czeskiego, dziedzica wsi Czechy i szybko, gdyż po sześciu latach była już wdową. I choć została porwana przez pana Hermolausa Gładysza (była to uświęcona zwyczajem forma wywarcia presji na rodzinę oraz wybrankę, żeby szybciej podjęli decyzję o małżeństwie) odrzuciła propozycję.

Do tego momentu jej los nie różnił się od przeciętnej biografii kobiet z jej stanu, ale Zofia odmówiła, choć kandydat był majętny i wpływowy. W tym momencie zaczyna się jej pionierskie życie, bo już wówczas miała pomysł na swoje dalsze życie. Najpierw w Krakowie zaczęła systematycznie odkupywać od licznego rodzeństwa kawałek po kawałku dwie kamienice przy ulicy Szpitalnej – własność Maciejowskich. Gdy została właścicielką obu nieruchomości połączyła je w całość i dobudowała piętro.

Matka Zofia Czeska. Sarmacka feministka

Tak powstał Dom Panieński, pierwsza zorganizowana szkoła dla dziewcząt w Polsce. Chłopcy mieli swoje szkoły, w XVII w. prowadzili je jezuici i pijarzy. Bogaci rodzice zatrudniali dla synów nauczycieli. A dziewczynki… Mogły uczęszczać na naukę czytania i pisania, prowadzone przez niemal wszystkie żeńskie klasztory, ale były to nauki z pewną nutą improwizacji. Nie mogło być tej wiedzy za wiele, bo “Która czyta, śpiewa, gędzie, z tej cnotliwej nie będzie” – głosiła obiegowa mądrość. Bo dla kobiet wiedza kończyła się przepoczwarzeniem w wiedźmę, tylko niewiasty, czyli nic niewiedzące albo niewiele cieszyły się dobrą opinią.

Zofia Czeska nie przejmowała się tymi stereotypami. Czasy były ciężkie, gasła już sarmacka potęga Rzeczpospolitej, przez którą w XVII stuleciu przetoczyło się prawie 70 wojen, a do tego doszły zarazy, powodzie, pożary. Zubożała i zdziesiątkowana ludność z trudem podnosiła się po kolejnych nieszczęściach. Osieroconymi dziećmi nie miał się kto zająć, więc się marnowały, schodziły na złe drogi. Pani Czeska nie mogła się z tym pogodzić.

Po ukończeniu remontu kamienic udała się do biskupa krakowskiego Marcina Szyszkowskiego z prośbą o zatwierdzenie jej instytutu. Była roztropna i wiedziała, jak ważni dla dzieła są możni protektorzy, więc wciągnęła do ich grona i królową Konstancję i króla Zygmunta III.

Do Domu Panieńskiego przyjmowała dziewczynki w wieku około siedmiu lat by je uczyć katechizmu, czytania, pisania, rachunków, śpiewu, prac domowych, w tym przędzenia. Dużo się modliły w kaplicy pod wezwaniem Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, które stało się duchowym wzorem dla całej wspólnoty – dzieci i sióstr. Sióstr, gdyż do matki Zofii dołączały kolejne kobiety, które jej pomagały, a pracy było dużo – w domu mieszkało około 40 dziewczynek, które opuszczały go po ukończeniu 14-15 roku życia. Większość była na utrzymaniu matki Czeskiej.

Matka Zofia Czeska. Sarmacka feministka

Założycielka hojnie dzieliła się sporym majątkiem. W Krakowie i okolicach nie było chyba klasztorów czy kościołów, które nie otrzymały od niej darowizn, choćby haftowany obrus, który dostali paulini na Skałce. Fundowała Msze św., utrzymywała profesorów kolegium jezuickiego. Dlaczego jednak lwią część majątku przekazała na szkołę dla dziewcząt? – Gdyż  miała genialne wyczucie czasów i zrozumiała, jak ważna jest staranna edukacja i formacja człowieka. Po Soborze Trydenckim była to świadomość coraz bardziej powszechna i matka Zofia włączyła się w ten nurt odnowy. A co się działo na świecie i w Kościele wiedziała dzięki kontaktom z ojcami jezuitami, u których się spowiadała. Z całą pewnością sama się kształciła, do dziś zachowała się jej biblioteczka z żywotami świętych kobiet (szukała więc wzorców), ale też z polskim tłumaczeniem św. Teresy z Avili – formowała ją duchowość z  najwyższej półki.

Model wychowania – integralnego, nowoczesnego – wypracowała sama. W unikalnym dziele “Ustawy albo sposób życia Domu Panieńskiego” pisała, że zaopiekowała się dziewczynkami, bo były “najmniejsze”, a ona chciała zapewnić im dobre wychowanie i od młodości ćwiczyć je w bojaźni Bożej, ale też “robotach stanowi panieńskiemu przynależnych”. Przygotowywała uczennice do dorosłego życia w czym pomagały jej mistrzynie, które miały być jak matki dla wychowanek. Nie było w Domu Panieńskim różnic klasowych, mieszanki były traktowane na równi ze szlachciankami, opiekunkom nie było wolno wypominać dzieciom ubóstwa, szarpać, bić po twarzy i poniżać, czasem tylko rózga mogła pójść w ruch, ale delikatnie.

Matka Zofia Czeska. Sarmacka feministka

Otoczona powszechną wdzięcznością i szacunkiem matka Czeska zmarła 1 kwietnia 1650 r. i została pochowana w Bazylice Mariackiej, co świadczy o uznaniu dla jej dokonań.

Pośmiertne losy jej dzieła są równie zadziwiające jak jej życie. Mimo trudności po latach powstało czynne Zgromadzenie, którego Matka położyła fundament. Jedno z pierwszych tego typu w Kościele powszechnym, bo Sobór Trydencki zdecydował, że wszystkie zakonnice mają przebywać w klauzurze. Mimo, że Zgromadzenie było nieliczne (według ustaleń biskupa miało należeć do niego 10 sióstr), a choroby były na porządku dziennym, szkoła z internatem funkcjonowały bez przerwy i wykształciły wiele pokoleń kobiet silnych i pobożnych. Jedną z absolwentek szkoły była Helena Modrzejewska.

Dzieło matki Zofii trwa w tym miejscu ponad 380 lat, co, biorąc pod uwagę rozbiory, wojny, dwa totalitaryzmy i niezliczone przemarsze wojsk, jest unikatem. Trudno do końca odpowiedzieć na pytanie o jego żywotność. Można się jedynie domyślać, że matka Czeska zaproponowała wspaniały wzór, który zachwyca kobiety z różnych epok.

Na to pytanie wnikliwą odpowiedź dał kard. Karol Wojtyła, wielki obrońca placówki przed zakusami komunistycznych biurokratów.

„W tej szkole chodzi przede wszystkim o kobiece człowieczeństwo, dziewczęce i później kobiece, które najpełniej się rozwinie wówczas, jeśli odnajdzie swój kontakt z tym przedziwnym człowieczeństwem Bogurodzicy, z Jej macierzyństwem, a przede wszystkim dziewictwem. Tak, to wszystko zawarte jest w tajemnicy Ofiarowania – prezentacji”.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >