video-jav.net

Matka jest najważniejsza

Bycie matką to, według Biblii, najważniejsze i fundamentalne powołanie kobiety.

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pełnienie roli matki jawi się na kartach Biblii wręcz jako pełnia kobiecości. Do dziś mówimy o kobietach w ciąży, że są w stanie błogosławionym.

Claudette Marquet stwierdziła kiedyś, że Księga Rodzaju jest zasadniczo historią zawierania małżeństw i płodzenia potomstwa. Co prawda głównymi bohaterami tych rodzinnych sag są mężczyźni, ale kobiety (jako ich żony i matki dziedziców Bożej obietnicy) odgrywają bardzo istotną rolę w historii narodu wybranego.

Przywódcy klanów zawierali przymierza z Bogiem i z innymi ludami, brali udział w wojnach plemiennych, podejmowali decyzje o przyszłości klanu, uczestniczyli w życiu publicznym itp., ale to żony i matki były osią, wokół której obracało się życie rodzinne i społeczne, czyli to, co tak naprawdę stanowi o istocie i sensie życia.

Przekleństwo nie bycia matką

Gdy mówimy o matkach biblijnych, na ogół mamy na myśli Sarę, Rebekę, Rachelę i Leę, które były żonami trzech praojców narodu wybranego – Abrahama, Izaaka i Jakuba.

W śpiewanej podczas wieczerzy sederowej pieśni „Echad mi jodea” są one nazwane wręcz matriarchiniami (hebr. imahot). Jednym z podstawowych obowiązków Izraelity było założenie rodziny i zrodzenie potomstwa, rozumiane jako realizacja pierwszego przykazania Bożego, skierowanego do człowieka: Po czym Bóg im błogosławił i powiedział do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną» (Rdz l, 28).

Posiadanie dzieci było wyrazem Bożego błogosławieństwa, a rodziny wielodzietne uważano za szczególnie wyróżnione łaską Boga.

Bycie matką to, według Biblii, najważniejsze i fundamentalne powołanie kobiety. Pełnienie roli matki jawi się na kartach Biblii wręcz jako ucieleśnienie całości pierwiastka kobiecego, jako pełnia kobiecości. Do dziś mówimy o kobietach w ciąży, że są w stanie błogosławionym. Nie każdej kobiecie było jednak dane doświadczyć tego błogosławieństwa i nie każda mogła wypełnić wpisane w jej naturę powołanie.

W społeczności wartościującej kobietę wedle posiadanego potomstwa – brak dziecka łączył się z bólem, upokorzeniem i bezsilnością. Bezpłodność traktowano jak ciążącą na kobiecie klątwę. Kobieta taka budziła w otoczeniu litość, a czasem nawet wzgardę. Pozostawało jej jedynie błagać Boga, by zdjął z niej hańbiące piętno.

Przejmujące jest wołanie Racheli do Jakuba: Spraw, abym miała dzieci, bo jeśli nie, wypadnie mi umrzeć” (por. Rdz 30, 1). Spraw, abym miała dzieci! to de facto prośba: Spraw, abym była matką!

Ta historia powtarza się jak refren – nie jedna żona biblijnego patriarchy jest bezpłodna. Dopiero po dłuższym czasie Bóg okazuje łaskę i zsyła potomka. Brak potomstwa, a także urodzenie syna w zaawansowanym wieku często stanowi w Biblii dowód Bożego działania – tak było w przypadku Sary (żony Abrahama, która wydała na świat Izaaka w wieku 90 lat), Rebeki (żony tegoż Izaaka opłakującej swą bezdzietność przez 20 lat, nim urodziła Ezawa i Jakuba), Racheli (żony Jakuba, która przez długie lata oczekiwała na dziecko, nim urodziła Józefa), nienazwanej matki Samsona, Hanny (żony Elkany, która w końcu powiła syna Samuela) oraz Elżbiety (matki Jana Chrzciciela).

Faworyzowanie długo oczekiwanego dziecka

Oczywiście biblijne matki popełniały również, jak każdy człowiek, błędy wychowawcze. Ich miłość bywała nieraz toksyczna. Za przykład niech nam posłuży Rebeka (hebr. Riwka), żona Izaaka i matka bliźniaków Ezawa i Jakuba. Stali się oni przodkami dwóch narodów: Ezaw zwany również Edomem to praojciec Edomitów (Rdz 36, 8-9), a Jakub, czyli Izrael, to praojciec Izraelitów (Rdz 35,10-12). Rywalizacja chłopców miała miejsce już podczas porodu i przeniosła się na całe ich życie.

Podstawowym błędem wychowawczym obojga rodziców było faworyzowanie jednego z dzieci. Ulubieńcem ojca był Ezaw i to w nim starzec widział dziedzica. Z kolei Rebeka całą miłość przelała na Jakuba, skutkiem czego działała na niekorzyść jednego z synów, a dla dobra drugiego.

Jakub podstępem zdobył błogosławieństwo starego i ślepego Izaaka, udając swego brata, co było realizacją planu jego matki. To Rebeka namówiła przecież syna, aby oszukał ojca. Wiedziała zresztą, że za takie postępowanie grozi kara i na siebie wzięła przekleństwo za oszustwo (Rdz 27,13). I poniosła ona konsekwencje ślepej matczynej miłości – musiała rozstać się z ukochanym Jakubem, którego w sytuacji zagrożenia życia, wysłała do swego brata Labana w Charanie pod pretekstem znalezienia mu żony. Nie zobaczyła go już nigdy więcej.

Rywalizacja o ilość dzieci

Ukochaną żoną Jakuba była Rachela, która dotknięta została bezpłodnością. Ale Jakub poślubił wcześniej jej siostrę Leę, bo oszukał go teść – Laban. Jak pisze autor Księgi Rodzaju, „oczy Lei były jakby zgaszone, Rachela zaś miała piękną postać i miłą powierzchowność” (Rdz 29,17). Laban wydał brzydszą córkę za Jakuba, uciekając się do podstępu, bo bał się, że jej nikt nie zechce. Na skutek intrygi teścia Jakub miał więc dwie żony – jedną chcianą, a drugą niechcianą. Taka transakcja wiązana. Rachela była kochana przez Jakuba, ale to Lea – ta „gorsza” żona, której Jakub wcale nie pragnął, dawała mu kolejnych synów, czyli była lepsza, bo była nie tylko żoną lecz również matką. To ją właśnie Bóg pobłogosławił płodnością, rekompensując tak jakby „zgaszone” oczy, ogólnie mniejszą urodę i brak miłości ze strony męża (por. Rdz 29, 31).

Matka jest najważniejsza

Rywalizacja między siostrami o pozycję w rodzinie oraz względy Jakuba nadają całej opowieści wymiar groteskowo-humorystyczny, choć zaprawiony goryczą. Patriarcha sprawia w tej historii wrażenie zupełnie bezwolnego. To jego żony decydowały, z którą będzie współżył, ustalały harmonogram i podejmowały szokujące (z punktu widzenia dzisiejszej moralności) decyzje. Na przykład, kiedy Ruben (syn Lei) znalazł korzeń mandragory, Rachela „odkupiła” go od Lei za cenę jednej nocy z Jakubem – zapewne z zamiarem wykorzystania korzeni przeciwko swej niepłodności.

Kiedy Jakub wracał wieczorem z pola, Lea wyszła mu naprzeciwko i oznajmiła, że tym razem ma przyjść do niej, bo Rachela odstąpiła jej tę noc w zamian za mandragorę (por. Rdz 30, 16). Zupełnie jak w filmie „Och, Karol!”, tyle, że o ile tam chodziło po prostu o seks, to tu chodziło o poczęcie kolejnego dziecka.

Obie kobiety chciały zyskać na znaczeniu dzięki potomstwu. Rachela w akcie desperacji, odwołała się nawet do Kodeksu Hammurabiego (paragrafy 144-147), który w przypadku bezpłodności żony dopuszczał instytucję „matki zastępczej”, czyli, jak to się dzisiaj mówi surogatki. Precedens w historii rodu już był, bo podobnie uczyniła Sara, żona Abrahama. Rachela oddała Jakubowi do dyspozycji swoją służącą Bilhę, która urodziła mu dwóch synów, Dana i Neftalego.

Lea urodziła w sumie sześciu synów: Rubena, Symeona, Lewiego, Judę, Issachara i Zebulona oraz córkę Dinę, ale i ona, zainspirowana czynem siostry, zaangażowała dodatkowo własną służącą Zilpę (co już nie było zgodne nawet z Kodeksem Hammurabiego, bo Lea nie cierpiała na bezpłodność). Na życzenie Lei, Jakub zaczął mieć intymne stosunki również z jej niewolnicą, a ona urodziła mu Gada i Aszera. Synowie urodzeni przez służące (teoretycznie w zastępstwie prawowitych żon) w praktyce pozostawali dziećmi swoich biologicznych matek. Niewolnice nie przestały być ich matkami po urodzeniu dzieci dla swojej pani. Na przykład Dan i Neftali, są w przekazach biblijnych zawsze nazywani synami Bilhy, a nie Racheli, choć to Rachela nadała im imiona.

W końcu Pan udzielił błogosławieństwo także samej Racheli, która wreszcie wywalczyła dla siebie macierzyństwo i wydała na świat potomka: Dając mu zaś imię Józef, westchnęła: Oby Pan dodał mi jeszcze drugiego syna!  (Rdz 30, 24). Bóg wysłuchał i tej prośby, ale Rachela umarła podczas tego drugiego porodu, w czasie podróży z Betel na południe. Przejmujący jest opis tego porodu: I kiedy urodziła w wielkich bólach, rzekła do niej położna: Już się nie lękaj, bo oto masz syna! Ona jednak, gdy życie z niej uchodziło, bo konała, nazwała swego syna Benoni („syn mojej boleści”); lecz ojciec dał mu imię Beniamin („syn prawicy”) (Rdz 35,17-18). Rachela zmarła, pozostawiając Jakuba w głębokim smutku, a to wpłynęło na jego relację z synami, których urodziła. Na Józefa oraz najmłodszego Beniamina przeszło to wielkie uczucie, którym Jakub darzył Rachelę.

Matka jest najważniejsza

Matka nauczycielką życia

Kobieta, która została matką, była dla swych dzieci nauczycielką. Oczywiście jej wpływ mógł być pozytywny lub negatywny. Jakub przez większą cześć życia zmierzał do realizacji swych celów właśnie przez oszustwa, bo tego nauczyła go mimowolnie mama. Sam Bóg musiał go doświadczyć oraz „walczyć z nim”, aby mógł odrodzić się jako Izrael. Na szczęście tylko niektóre matki miały tak toksyczny wpływ na dziecko. Zazwyczaj matka przekazywała bowiem swym dzieciom umiejętność mądrego życia i dokonywania dobrych wyborów. Warto sięgnąć do Księgi Przysłów, która jest zbiorem nauk „szkoły mądrości”, w jakiej kształcili się pisarze przygotowywani do służby urzędniczej. Niektóre przysłowia mają formę nauk udzielanych synowi przez matkę. W 31 rozdziale tej Księgi znajdziemy nawet zbiór pod znamiennym tytułem „Słowa Lemuela, króla Massa, których nauczyła go matka” (Prz 31, 10-31). Matczyne nauki trafiły do Księgi, która powstała w szkole kształcącej mężczyzn i prowadzonej przez mężczyzn.

Księgi biblijne dostrzegają, że matki wychowują inaczej: wbrew modnym tezom o „bezstresowym wychowaniu” ojcu przypomina się, że do dobrego wychowania należy wytyczanie granic oraz karcenie (Prz 3, 12; Syr 30, 7; Pwt 8, 3.5), natomiast pod opieką matki ma się rozwijać zdolność do miłości (por. Pnp 3, 4.11; 8, 2). Opowieść o synu Anny przypominana nawet o znaczeniu najprostszych czynności – okazuje się, że to, czy jakiś lud będzie miał swego proroka, być może zależy nawet od tego, jak matka ubierała go, kiedy był dzieckiem (1 Sm 2, 19). Pieśń nad Pieśniami wprost nazywa matkę nauczycielką (Pnp 8,2), a w wersecie na temat rozmaitych zajęć gospodyni domu w Księdze Przysłów kobieta stawiana jest na równi z nauczycielami mądrości: Otwiera usta z mądrością, na języku jej, miłe nauki (Prz 31, 26).

Biblia Tysiąclecia jako „miłe nauki” tłumaczy hebrajski zwrot torat chesed. Warto zauważyć, że Torą nazywano naukę daną ludowi przez Boga, a chesed to również określenie dobroci (łaski) Boga wobec Jego Ludu.

Księga Przysłów sławi matkę, ponieważ potrafi mądrze pouczyć o tym, w jaki sposób okazywać taką niezawodną dobroć, której źródłem jest Bóg. Kobieta, którą wysławia Księga Przysłów, jest matką synów: Powstają synowie, by szczęście jej uznać, i mąż, ażeby ją sławić (Prz 31, 28).

Ten mąż, zasiadający w radzie starszych (a więc nie byle kto w życiu publicznym), w domu wyraża uznanie dla matki swych dzieci, czego symbolem jest postawa stojąca. Dopiero na tle takich wyobrażeń o godności matki zrozumiałe stają się opowiadania o tym, że pragnienie bycia matką jest najbardziej dominującą tęsknotą biblijnych kobiet, postrzeganą po prostu jako wypełnienie sensu życia. Poprzez macierzyństwo kobieta może według Biblii najpełniej rozwinąć swoje zdolności. Znaczenie wychowania w rodzinie było czymś fundamentalnym.

Dobra nauka matki, jej torat chesed kształtowała synów i mogła przynieść owoce także w życiu publicznym. Św. Paweł, pisząc do Tymoteusza, wspomina jego wiarę, dodając: ona to zamieszkała pierwej w twej babce Lois i w twej matce Eunice, a pewien jestem, że [mieszka ] i w tobie (2 Tm 1, 5; por. także 2 Tm 3, 14).

Matka jest najważniejsza

Przedstawiłem kilka biblijnych matek, ale oczywiście jest ich w Biblii znacznie więcej. Czy współczesne matki mogą odnajdywać siebie w tych starożytnych kobietach z odległych czasów?

Zmieniły się warunki społeczne i ekonomiczne. Wiele kobiet ma inne priorytety. Niektóre  odnoszą sukcesy zawodowe, kosztem rezygnacji z macierzyństwa. Niektórym udaje się to ze sobą pogodzić.

Feministki pewnie są skłonne uznać biblijne matki za ofiary patriarchalnego systemu opresji, a ich życie za kwintesencję zniewolenia i uciemiężenia. Tymczasem Monika Graff (aktywistka ruchu kobiet i autorka niedawno wydanej książki „Matka feministka”) powiedziała w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” słowa, które mogą zaszokować współczesne feministki: W pewnym momencie wchodzisz w dorosłość, której najczęściej towarzyszy pragnienie macierzyństwa. Wiem, jak to brzmi, nie musisz nic mówić. Nie twierdzę, że wszystkie kobiety chcą być matkami. Ale to jest uczucie, przeżycie, które towarzyszy dojrzałości ogromnej większości kobiet.

Czasami wydaje mi się, że matki, które pojawiają się na kartach Biblii, (i których życie było, bez dwóch zdań, ciężkie oraz obfitujące w cierpienie) były bardziej szczęśliwe i miały poczucie bardziej spełnionego życia, niż wiele współczesnych kobiet.

Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Spowiednik mimo woli

W XIX w. Ars było małą miejscowością, liczącą zaledwie 230 mieszkańców. Do znajdującego się na obrzeżach małego kościółka przychodziło kilka osób, dlatego nie było tam nawet parafii. Młody kapłan Jan został tam mianowany proboszczem po trzech latach spędzonych w oddalonym ok. 30 km Ecully. Zapewne nie spodziewał się, że w tym miejscu spędzi 41 lat swojego życia Młodość

Beata
Legutko
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jan Vianney urodził się w 1786 r., we wsi nie­opodal Lyonu. W 1799 r., podczas Rewolucji Francuskiej, potajemnie przystąpił do Pierw­szej Komunii. Były to dość ciężkie czasy dla Kościoła katolickiego – prześladowano księ­ży, utrudniano spełnianie praktyk religijnych i sprawowanie kultu. Rewolucja miała też nega­tywny wpływ na szkolnictwo – m.in. zamyka­no szkoły parafialne – dlatego młody Vianney nauczył się czytać i pisać dopiero, gdy miał 17 lat. Powołanie Jana kształtowało się od mło­dości, w dużej mierze pod wpływem znajome­go proboszcza, u którego przez dziesięć lat pobierał lekcje łaciny. Niestety bezskutecznie. Nauka nigdy nie była jego mocną stroną.

W młodości Jan Vianney zapadł na ciężką chorobę, która uchroniła go od wojska, ale nie przeszkodziła mu wstąpić do wyższego semi­narium duchownego w Lyonie. Klerykiem zo­stał w 1811 r. Wątłe zdrowie i duże problemy w nauce sprawiły, że dwa razy był usuwany z listy alumnów. Jednak ostatecznie – głównie dzięki interwencji swojego proboszcza – zo­stał dopuszczony do świeceń kapłańskich. W wieku 29 lat, w 1815 r. został księdzem. „My­ślę – powiedział później po latach – że Pan chciał wybrać najbardziej ograniczonego czło­wieka ze wszystkich parafii, aby dać najwięcej dobra. Nie znalazł nikogo gorszego na moje miejsce, okazał więc swoje wielkie miłosier­dzie mnie". Przez trzy lata był w Ecully wika­riuszem, potem został przeniesiony do Ars.

W Ars-en-Dembes

Żył bardzo biednie. Za łóżko służyły mu zwy­kłe deski, sypiał zaledwie po kilka godzin -niekiedy tylko dwie, trzy. Dużo czasu spędzał na modlitwie przed Najświętszym Sakramen­tem, a kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szko­łę, zaczął katechizować.

Powoli zjednywał sobie ludzi swoją uprzej­mością i otwartością. Garstka wiernych, któ­rzy przychodzili na odprawiane przez nowego księdza Msze, szybko przekształciła się w sporą grupę ludzi. Co ich tak przyciągało? Być może prostota nowego księdza, jego rady­kalny styl życia: drastyczne posty (po jakimś czasie zakazane przez biskupa i lekarza), umartwienia, sypialnia urządzona w piwnicy, potargane spodnie wystające spod sutanny… A może po prostu jego głęboka wiara? Tak czy inaczej, widząc, że ks. Vianney „nieźle so­bie radzi", miejscowy biskup zdecydował, by utworzyć w Ars parafię.

Z miesiąca na miesiąc kościółek zapełniał się coraz bardziej. Ludzie przychodzili już nie tylko w niedzielę i święta, ale też w dni po­wszednie. Rosła też liczba przystępujących do sakramentów… Z zewnątrz wszystko wy­glądało imponująco, parafia się rozrastała i tętniła życiem, jednak młody ksiądz widział to inaczej. Bardziej przejmował się tymi, którzy wciąż byli poza Kościołem, niż tymi, których udało mu się do niego przyprowadzić. Uwa­żał, że się nie nadaje, że za mało się stara. Chciał zrezygnować z bycia proboszczem. Kiedy jego prośby o przeniesienie okazały się bezskuteczne, uciekł nawet do klasztoru. Wszystko to nadaremnie. Posłuszny biskupo­wi, musiał powrócić do Ars…

Niezmiennie narzucał sobie bardzo surową dyscyplinę. Wstawał o 1.00 w nocy i szedł do kościoła, by modlić się przed Najświętszym Sakramentem. Już wtedy czekały na niego kobiety, potrzebujące spowiedzi. Jeśli widział, że penitentek jest dużo, po pół godzinie wcho­dził do konfesjonału i zaczynał spowiadać. Zimą, kiedy tłum był mniejszy, mógł się dłużej modlić. Spowiedzi słuchał do 6.00 rano, po­tem odprawiał Mszę św. a po niej przez długi czas trwał w dziękczynieniu. Gdy przychodził do zakrystii, też nie miał chwili wytchnienia. Błogosławił medaliki, różańce, święte obrazki, a następnie spowiadał mężczyzn. O godzinie 10.00 odmawiał brewiarz i po ok. dwudzie­stu minutach wracał do spowiadania; o 11.00 znów miał „przerwę" na katechizowanie dzie­ci. Około południa, mimo czekających na spo­tkanie z nim ludzi, zamykał się w zakrystii, po­tem wracał do kościoła spowiadać kobiety (do 17.00) i mężczyzn (do ok. 20.00). Jeśli ktoś pozostał jeszcze w kościele, to wspólnie z proboszczem mógł odmówić różaniec i modli­twę wieczorną. Na plebanię ks. Vianney wra­cał przed 21.00 i jeszcze przez godzinę spo­tykał się z wiernymi. Potem modlił się i szedł spać. Po trzech godzinach wstawał…

Spowiednik mimo woli

Uzdrawiał duszę i ciało

Nic dziwnego, że do Ars przybywało coraz to więcej ludzi. Przyciągały ich zwłaszcza informacje o spowiedniku, który potrafi prze­nikać ludzkie sumienia. Mówiono też, że w Ars dzieją się cuda. Oto jedna z historii: sio­stra Dozytea, zakonnica z domu Opatrzności w Vitteaux, chorowała na płuca, lekarze nie dawali jej wiele szans na przeżycie. Zauwa­żywszy zakonnicę wśród tłumów, ks. Vianney pozwolił jej przystąpić do konfesjonału poza koleją. »Dlaczego – zapytał – pragniesz odzy­skać zdrowie, siostro?« A gdy podała swe po­wody rzekł: »Dobrze więc, idź pomodlić się o zdrowie do kaplicy świętej Filomeny, a ja tym­czasem tu pomodlę się za ciebie«. Udała się więc siostra Dozytea do kaplicy i w tej samej chwili poczuła, że została uzdrowiona. Było to w maju 1853 r. Wspomniana zakonnica mia­ła wtedy dwadzieścia pięć lat. Po tym wyda­rzeniu żyła jeszcze sześćdziesiąt cztery. Nic dziwnego, że słysząc takie opowieści, ludzie chcieli zobaczyć na własne oczy tego niezwy­kłego kapłana.

Ksiądz Vianney przyjmował codziennie około 300 osób, spowiadał czasem nawet po kilkanaście godzin, bez przerwy, w ciągu roku miał ok. 30 tys. penitentów. Łącznie przez 41 lat przewinęło się przez Ars około miliona lu­dzi.

Niewygodne słowa

„Grzech wyrywa nas z nieba i rzuca w prze­paście piekła. A mimo to lubujemy się w nim!" – tłumaczył swoim parafianom. – „Cóż za sza­leństwo! Gdybyśmy dobrze sobie z tego zdawali sprawę, żywilibyśmy taki wstręt do grze­chu, że nie bylibyśmy w stanie go popełnić. (…) Spójrzcie na Ukrzyżowanego Pana i po­wiedzcie sobie: oto, ile kosztowało Go odku­pienie zniewagi, jaką moje grzechy wyrządziły Bogu. Wpatrujmy się w krzyż i zobaczmy, ja­kim złem jest grzech i jak bardzo winniśmy go nienawidzić".

Ludzie słuchali jego słów, ale był też i tacy, którym nauczanie Vianneya się nie podobało. W Ars zaczęto szemrać, że proboszcz jest nietolerancyjny, za surowy i niepotrzebnie wtrąca się w prywatne życie ludzi. Wielu pa­rafian, zwłaszcza tych, którzy nie dostali roz­grzeszenia, plotkowało na temat spowiednika

i rozsiewało o nim nieprawdziwe informacje. Proboszcz czuł się gnębiony do tego stopnia, że pod koniec życia stwierdził: „Gdybym wie­dział w chwili przybycia do Ars, jakie czekały tam na mnie cierpienia, umarłbym w jednej chwili".

Dożył 73 lat, zmarł w 1859 r. W pogrzebie skromnego proboszcza wzięło udział ok. 300 kapłanów i ok. 6 tysięcy wiernych. Do końca swoich dni, nawet gdy już schorowany i wy­cieńczony leżał w łóżku, spowiadał ludzi przy­jeżdżających do niego specjalnie z dalekich stron. Swoim wiernym służył nie tylko sprawu­jąc sakramenty, ale również pokutując w ich intencji. Do śmierci.

Jan Maria Vianney został beatyfikowany przez papieża Piusa X w 1905 r. a kanonizowany dwadzieścia lat później przez Piusa XI. W 1929 r. ogłoszono go patronem wszystkich proboszczów.


Tekst ukazał się w miesięczniku „List”.

Więcej o „Liście” na stronie: http://www.list.media.pl

Adres e-mail: [email protected]

Numer telefonu: (012) 423 11 99

Beata Legutko

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Legutko
zobacz artykuly tego autora >