Indie (nie) dla chrześcijan

- Katechistę z naszej wioski zakopano żywcem. Miało to odstraszyć osoby pragnące przyjąć chrzest – tę opowieść słyszę przy stole w czasie obiadu. Nie jest to historia wyczytana z książek, ale codzienność chrześcijan Indii. Wcześniej spotkałam mężczyznę, któremu spalono dom tylko dlatego, że wierzył w Chrystusa i, choć mu to wielokrotnie proponowano, nie chciał zmienić religii.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Moje pierwsze zetknięcie z Indiami jest spotkaniem z wielobarwną mozaiką kultur i religii. Jest też pierwszym realnym spotkaniem z ludźmi, którzy o męczeństwie nie dyskutują, siedząc w wygodnym fotelu, ale przeżywają je na co dzień, w pierwszej osobie.

Orisę odwiedziłam w dwa lata po tym jak przez ten stan przetoczyła się fala antychrześcijańskich prześladowań. Wcześniej bazując na świadectwach miejscowego Kościoła pisałam o dokonujących się rzeziach. Teraz stanęłam twarzą w twarz z ludźmi, którzy woleli wiele wycierpieć niż złożyć podpis pod deklaracją „dobrowolnego” przejścia na hinduizm. A przecież mogli przeżyć, uratować życie najbliższych, ocalić majątek, zamiast chronić się po lasach, mogli dalej spokojnie mieszkać w swoich domach…

Ci ludzie, którzy wówczas zginęli, to męczennicy za wiarę – mówi metropolita Bombaju kard. Oswald Gracias. I dodaje: – Ich prześladowcy chcieli, by wyparli się swej wiary, by wyznali, że nie wierzą w Chrystusa, ale oni stanowczo odmówili, że jest to niemożliwe, ponieważ dla nich Chrystus jest wszystkim.

Indie (nie) dla chrześcijan

Przed oczami mam wychudzonego mężczyznę, który stojąc przed zgliszczami swego domu mówił po prostu: – Odebrali nam wszystko, ale nie zabrali nam Chrystusa.

Te proste słowa są kwintesencją tego co się zdarzyło (i niestety wciąż ma miejsce) w Indiach.

Myślę, że warto przypomnieć, czego ci ludzie wówczas doświadczyli. Dodam tylko, że gdy w 2008 roku, dzięki akcji Gościa Niedzielnego, Polacy zaczęli masowo sprzeciwiać się masakrom chrześcijan w Indiach, sekretarz ambasady tego kraju w Polsce zarzucił nam, że nasz protest jest „nieetyczny”, bo oparty na informacjach „ze źle poinformowanych źródeł”.

Tym „źle poinformowanym źródłem” byli cierpiący chrześcijanie oraz nadsyłający do Watykanu informacje o prześladowaniach księża i biskupi. Wielu z nich zresztą było na liście do wyeliminowania. Hinduistyczni fundamentaliści jasno mówili, że ich akcja ma na celu „zabicie chrześcijan i zniszczenie ich instytucji”.

Indie (nie) dla chrześcijan

Z rąk hinduistycznych fundamentalistów zginęło wówczas ponad 100 chrześcijan, a tysiące zostało rannych. Pogrom przetoczył się przez co najmniej 450 wiosek i miasteczek; z ziemią zrównano 5 tys. domów; spalono 296 kościołów; zniszczono 36 klasztorów, kościelnych szkół i instytutów.

Lalji Nayakowi oprawcy przystawili nóż do gardła i żądali, by wyparł się Chrystusa. Nawet torturowany odmówił „powrotu” na łono hinduizmu. Zakonnica ze zgromadzenia misjonarek miłości została zgwałcona przez grupę hinduistów na oczach biernie przyglądających się zajściu dwunastu policjantów. Dushashana Majhi wraz z 15-letnim synem fundamentaliści zaskoczyli we śnie. Wywlekli ich przed dom i wznosząc antychrześcijańskie hasła, zamordowali siekierami. 14-letnią Monanę oprawcy wywlekli w nocy z domu. Najpierw wiele razy ją gwałcili, a potem polali benzyną i podpalili. Sąsiedzi, którzy patrzyli jak dorasta, powiedzieli, że dla chrześcijan nie ma w tej wiosce miejsca. Skatowanego do nieprzytomności księdza Bernarda Digala fanatycy porzucili w dżungli. Brocząc krwią, przeleżał tam całą noc. Odnalazł go kierowca. Na pomoc było już za późno. Przed śmiercią przebaczył swoim oprawcom. Niladra Konara bestialsko bito przez kilka godzin. Na koniec oprawcy polali mu twarz środkami chemicznymi. – Oślepili mnie – mówi – ale mam w sobie światło Chrystusa.

Indie (nie) dla chrześcijan

fot. Organizacja Open Doors, opendoors.pl

Orisa, Indie

To, co się wydarzyło przed pięciu laty nie było jednorazowym epizodem, który objął tylko jeden stan. Od 2004 do listopada 2007 miało w Indiach miejsce ponad 1 500 aktów antychrześcijańskiej przemocy. Wydarzenia w stanie Orisa też nie są jednorazowym incydentem, bo rozpoczęły się już w Boże Narodzenie 2007 roku. Zginęło wówczas kilkanaście osób. 70 kościołów i siedzib instytucji, a także 600 chrześcijańskich domów zostało zburzonych, podpalonych bądź zniszczonych. W sumie w wyniku zamieszek ucierpiało wówczas 5 tysięcy osób.

My, chrześcijanie, jesteśmy traktowani jako obywatele drugiej kategorii. Odmawia nam się jakichkolwiek praw choć konstytucja Indii zapewnia wszystkim równość i gwarantuje wolność kultu – mówi Sajan George. Stoi on na czele Ogólnoindyjskiej Rady Chrześcijan. Organizacja informuje, że tylko w 2012 r. w Karnatace odnotowano 50 przypadków antychrześcijańskiej przemocy, najwięcej w całych Indiach. To tylko wierzchołek góry lodowej. Wyznawcy Chrystusa wiedząc, że policja bierze stronę hinduistów, wielu napadów po prostu nie zgłaszają. Indie przecina w poprzek tzw. „szafranowy korytarz” – od koloru szat hinduistycznych duchownych – obejmujący siedem stanów, w których dochodzi do przemocy wobec wyznawców Chrystusa (Orisa, Chattisgarh, Madhya Pradeś, Maharasztra, Gudźarat, Andra Pradeś i Karnataka).

Indie (nie) dla chrześcijan

Jeśli napiszesz, że to ja ci o tym mówię, dostanę wilczy bilet i nie wrócę już do swych podopiecznych. Słowa te usłyszałam od zakonnicy z jednego z europejskich krajów, która od lat pracuje w Indiach wśród najbardziej potrzebujących. Wciąż jest na turystycznej wizie, bo władze niechętnie wydają misjonarzom wizę pobytową. Mogłaby wystąpić o przyznanie obywatelstwa, ale wówczas automatycznie musiałaby wyrzec się obywatelstwa kraju swego pochodzenia. – Takie traktowanie blokuje prowadzenie wielu projektów charytatywno-medyczno-edukacyjnych dla najbardziej potrzebujących. Prowadzone przez Kościół szkoły i szpitale nie mogą liczyć na subwencje państwowe przy kupowaniu ziemi czy materiałów budowlanych. Bez problemu dostają je takie same placówki działające pod szyldem hinduistów. Nie jest to sprawiedliwe biorąc pod uwagę, że 90 proc. uczniów w naszej szkole to wyznawcy hinduizmu  – mówi moja rozmówczyni. Gestem ręki wskazuje przy tym na kościół, który właśnie mijamy. – Znów „nieznani” sprawcy porozbijali figury świętych i nic na to nie można poradzić, policja takich rzeczy nie widzi. Gdy coś się wydarzy w kościołach policjanci pytają nie o sprawców, tylko zaczynają sprawdzać czy mieliśmy pozwolenie na wybudowanie kościoła, albo mówią, że były zgłoszenia, iż siłą dokonujemy konwersji na chrześcijaństwo. Gdyby stróżowie prawa usłyszeli o czym rozmawiamy musiałaby natychmiast opuścić Indie.

Coraz częściej za przyjęcie chrześcijaństwa trafia się w Indiach za kratki. Wyrok dwóch lat więzienia usłyszało 12 osób  w stanie Orisa.

Indie (nie) dla chrześcijan

W sześciu stanach rządzonych przez nacjonalistyczną partię ludową Bharatiya Janata (dążącą do uczynienia z Indii kraju tylko dla wyznawców hinduizmu) obowiązuje bowiem sprzeczna z konstytucją Indii tzw. ustawa antykonwersyjna. Zakłada ona, że osoby, które chcą zmienić wyznanie, muszą zgłosić się na policję i do urzędu miejskiego w celu uzyskania zgody na konwersję. Nie znaczy to wcale, że ją otrzymają. Prawo to generalnie ma zapobiegać konwersjom na jakąkolwiek inną religię niż hinduizm. Dotyczy w znacznej mierze ludności tubylczej, która wyznaje pierwotne religie i kulty szamańskie. Gdy tacy ludzie stają się hinduistami automatycznie trafiają też do najniższej kasty, gdy wybierają chrześcijaństwo mają szansę na zdobycie edukacji i lepsze życie. A przecież przyszłość zależy od oświaty, która jest schodami ku górze w społeczeństwie. Nic więc dziwnego, że od wieków kastowe Indie (choć konstytucja oficjalnie zniosła system kastowy) bronią swego systemu nawet kosztem łamania sumień.

Sprawcy antychrześcijańskich ataków bardzo rzadko stają przed sądem. Jeśli nawet do tego dojdzie generalnie są uniewinniani z powodu braku dowodów. Dowodzi tego bezprecedensowy wyrok Komisji Sprawiedliwości, który uniewinnił wszystkich sprawców pogromu, jaki przetoczył się przez Karnatakę w tym samym czasie, gdy w Orisie ginęli chrześcijanie. Przykładem może być też Manoj Pradhan, związany z Nacjonalistyczną Partią Ludową parlamentarzysta z Orisy. Mimo, iż świadkowie zeznali, że własnoręcznie zabił dziewięciu chrześcijan, za symboliczną kaucją wyszedł na wolność i dalej terroryzuje rodziny swych ofiar.

Po pogromie w Orisie na policję zgłoszono 3232 przypadki prześladowań. Przyjęto zaledwie 831 z nich. Statystycznie tylko w co 11 procesie winowajca staje przed sądem, jeszcze mniej jest skazywanych, w tym większość na symboliczną karę.

Indie (nie) dla chrześcijan

Co więcej, ostatnio na wyrok dożywotniego więzienia skazanych zostało siedmiu chrześcijan za to, że zamordowali w 2008 r. przywódcę hinduistycznych nacjonalistów Swamiego Laxmananandy Saraswatiego oraz czterech jego towarzyszy. Faktem jest jednak to, że od samego początku do zabójstwa przyznała się maoistyczna partyzantka. Niestety tak wówczas, jak i teraz winą za ten mord, który stał się zapalnikiem do wybuchu fali antychrześcijańskich pogromów obarcza się wyznawców Chrystusa. Wskazuje to jasno, że to co się dzieje w Indiach nie jest zbiegiem jakichś nieszczęśliwych okoliczności lecz świadomie prowadzoną polityką.

Warto na koniec zapytać, dlaczego to właśnie chrześcijanie znajdują się na celowniku hinduistycznych fundamentalistów? Jednym z powodów wcale nie jest religia, jako taka, ile fakt, że chrześcijaństwo czyni ludzi wolnymi i otwiera przed nimi możliwości, których w żadnej mierze nie dają inne religie naznaczone systemem kastowym.

Prześladowania mają podłoże społeczne  – mówi pracujący w Puri Lalit Rao. Tego samego zdania jest ks. Ronald Pereira SVD. – Hinduiści nie chcą stracić niewolników, a chrześcijaństwo czyni ludzi wolnymi, pozwala im się rozwijać, iść do przodu, przywraca im godność. Trudno przekroczyć system kastowy. Wielu wciąż ciężko zrozumieć, że z ludźmi z niższej kasty mogą wspólnie usiąść do stołu. Ten, kto jest lepszy powinien przecież siedzieć na krześle, a gorszy w hierarchii na ziemi. Ten prosty przykład niezwykle trafnie oddaje mentalność, na której bazują prześladowania.

Indie (nie) dla chrześcijan

Chrystus daje to, czego nie może zaoferować żadna inna religia: równość i wolność dzieci Bożych. Stąd też hinduistyczni radykałowie widzą w chrześcijaństwie zamach na system społeczny Indii. Nie chcą pozwolić, by ludzie wywodzący się z najniższej warstwy społeczeństwa, zaczęli myśleć o lepszym i godniejszym życiu.

Dalitowie żyją na samym dnie społeczeństwa kastowego, byli i są obiektem pogardy, wykonują najgorsze prace: czyszczą ubikacje, są sprzątaczami ulic, są dyskryminowani przy dostępie do pomocy humanitarnej. Mają zamknięty dostęp do świątyń, z których korzystają członkowie wyższych kast. Odmawia się im prawa do wykształcenia. Nic więc dziwnego, że coraz silniej domagają się zmiany swego położenia. Wielu jest przekonanych, że tylko zmiana religii uwolni ich z zależności systemu kastowego. Właśnie ta próba przezwyciężenia przez Kościół systemu kastowego jest według kard. Telesphora Placidusa Toppo jedną z głównych przyczyn obecnej antychrześcijańskiej rewolty.

Chrześcijanie w Indiach są często biedni i niepiśmienni, ale bogaci wiarą. Nam, kanapowym uczniom Chrystusa pokazują, że i Europa potrzebuje bardziej radykalnego świadectwa wiary. W Polsce, za to w co i jak wierzymy, możemy być co najwyżej wykpieni czy obśmiani. To, co się dzieje w Indiach, dowodzi jednak, że są wartości, dla których warto nawet oddać życie. Będziemy się z tym musieli liczyć, może także w życiu wspólnot europejskich w przyszłości.

Za udostępnienie zdjęć dziękujemy  Organizacji Open Doors zajmującej się przeciwdziałaniem prześladowaniom chrześcijan.  


Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Polska lekarka trędowatych została laureatką nagrody „Pontifici" - Budowniczemu Mostów. Doktor Helena Pyz prawie od prawie ćwierć wieku pracuje w Indiach niosąc trędowatym nie tylko pomoc medyczną, ale też stwarzając im – dzieciom z rodzin trędowatych – szansę na zdobycie wykształcenie, a co za tym idzie godnego życia. Przez swych podopiecznych nazywana jest Mamą z Jeevodaya – tak nazywa się ośrodek, którym kieruje, co w tłumaczeniu oznacza świt życia.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Nagroda „Pontifici” – Budowniczemu Mostów przyznawana jest przez Klub Inteligencji Katolickiej, osobie, która całym swoim życiem ukazuje wartości dobra wspólnego, dialogu i poświęcenia na rzecz bliźnich. Jak podkreślił w laudacji członek kapituły nagrody, były ambasador RP w Indiach Krzysztof Byrski „osoba pani doktor Heleny Pyz nie tylko jest jak najbardziej godna tego odznaczenia, ale wręcz swoją osobą i swymi dokonaniami dodaje blasku tej nagrodzie. W dodatku jest ona pierwszą laureatką, działającą nie w obszarze jednej cywilizacji, ale budującą mosty między dwiema wielkimi cywilizacjami Euroazji. Relacje między tymi cywilizacjami będą dominowały w XXI wieku, dlatego jest tak ważne, by gromadzić i podawać do publicznej wiadomości wszystko to dobre, co już się dzieje w tej materii, i co sprawi, że te relacje układać się będą dobrze w przyszłości.”

Z okazji przyznania tej nagrody, polecamy gorąco specjalny wywiad z Heleną Pyz – lekarką trędowatych przygotowany przez Beatę Zajączkowską:

Nagroda „Pontifici” – Budowniczemu Mostów – rozszyfrujmy, co dla Pani oznacza budować mosty w codziennym życiu?

Bo ja wiem? Czy wszystkie pytania będą takie trudne? „Budowanie mostów” wśród ludzi to chyba znajdowanie dróg do trudno dostępnych społeczności, nawiązywanie łączności z tymi, którzy są daleko, pogłębianie więzi międzyludzkich. Czasem trzeba przekroczyć jakiś rubikon…

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Prawie ćwierć wieku leczy Pani w Indiach trędowatych, dla wielu jest Pani siłaczką, prawdziwą bohaterką. Odnajduje się Pani w tych określeniach? Czym dla Pani jest ta praca?

Bohaterką nie czuję się wcale. Silną kobietą – chyba tak. Myślę, że bez siły moralnej, wewnętrznej nie byłabym tutaj tak długo, a może wcale. Praca lekarza jest dla mnie spełnieniem marzeń o pomaganiu cierpiącym, jakąś spłatą długu: bardzo dużo pomocy, choć nie tylko od lekarzy potrzebowałam w dzieciństwie, teraz zresztą też! I doświadczałam jej w pięknej postaci. Większym wyzwaniem jest zajmowanie się wieloma innymi sprawami związanymi z egzystencją Ośrodka, ale mam wielu pomocników, wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane.

Trudny dla europejczyków klimat; hindi czyli zupełnie nam obcy język; trąd, czyli choroba której musiała Pani się uczyć możemy powiedzieć na pierwszej linii frontu i pewno wiele innych bardzo trudnych rzeczy – jak wspomina Pani swoje początki w Jeevodaya?

Dziś myślę, że jednak najtrudniejsze było odkrywanie ludzi, tak innych mentalnie od wszystkich których znałam. Po przekroczeniu bariery języka ciągle nie rozumiałam bardzo wielu zjawisk, zachowań, sposobu myślenia, reagowania, podejmowania decyzji, motywów postępowania i małych i starych ludzi. Zarówno trąd jak i inne choroby tropikalne to nauka od podstaw, a inne specjalności jak dermatologia, laryngologia, okulistyka czy położnictwo też znałam tylko w zarysie. A musiałam podejmować najróżniejsze decyzje trochę na ślepo – to najczęściej przyprawiało mnie o drżenie serca i niepewność: czy miałam rację? Czy właśnie dobrze postanowiłam? To dużo kosztowało.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Założyciel Ośrodka Jeevodaya, którym był polski pallotyn ks. Adam Wiśniewski od samego początku wskazywał, że samo leczenie to zbyt mało, że trzeba tym ludziom stwarzać nowe szanse, pomóc otworzyć im drzwi, które wydają się zamknięte dla kogoś kto jest trędowaty lub pochodzi z takiej rodziny. Wizja, która jak pokazuje czas sprawdza się i daje nowe życie…

Tę ideę poznawałam na miejscu od świadków pracy ks. Adama, który był przecież lekarzem i to mnie zafascynowało. Po wyleczeniu choroby, jeśli jest zewnętrzny znak jej przebycia: rany, deformacje, porażenia były pacjent nie ma najmniejszych szans na normalne życie, jego najbliżsi z reguły też. Stąd pomysł edukacji dzieci z kolonii, tworzenia miejsc pracy dla wyleczonych, pomoc w usamodzielnianiu się młodego pokolenia dotkniętego trądem. Ale jeszcze wcześniej przywracanie im poczucia godności. Nikt ich nie chce, wypędzają z domów, wiosek – a ja/my mieszkamy w jednym domu, jemy z tego samego gara, pracujemy razem, są naszymi braćmi. Oni też mogą pracować i być potrzebni innym – to jest dopiero pełnia rehabilitacji społecznej.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Czy możemy powiedzieć, że trąd to choroba odrzucenia, samotności…

Zdecydowanie, szczególnie w społeczeństwie kastowym. Nasi pacjenci są na samym dnie. Żeby uchronić przed ostracyzmem całą rodzinę chorzy często opuszczają dom, dzieci, rodziców, żony i mężów. Częściej są wywożeni czy wypędzani z domów, inaczej cała rodzina musiałaby odejść ze wsi.

Kilka przykładów z mojego podwórka. Młodszy brat Jeetrama poprosił go, żeby odszedł, bo przecież żadna kobieta nie przyjdzie do męża, w którego domu jest okaleczony trędowaty. Inną naszą podopieczną, Mamtę, wypędził brat po śmierci matki, która ją chroniła, nie chciał dłużej jej utrzymywać. Już w pierwszej pracy straciła część palców – nie czuła, że kamienie, które nosiła są gorące! Sevti zostawiła z mężem pięcioro dzieci, wiedziała, że to dla ich dobra, normalnego dalszego życia.

Pani też jest naznaczona trądem swej niepełnosprawności. Najpierw były kule, teraz wózek inwalidzki i polio, na które Pani chorowała, a które wciąż jest obecne w Indiach…

Tu jestem szczególnie naznaczona, dla wielu jest nie do pojęcia, że człowiek niepełnosprawny fizycznie może być wykształcony i pełnić ważne role społeczne. A w kontakcie z pacjentami to mi zawsze pomagało i w Polsce i tu: wiedzą czy raczej czują, że znam cierpienie, że rozumiem ich lęki, niepewność, ból…

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Jest Pani świecką misjonarką należącą do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, Ośrodek Jeevodaya jest katolicki, jednak 90 procent podopiecznych nie jest chrześcijanami. Przyjechała Pani z katolickiej Polski, musiała się Pani uczyć egzystowania w tym wieloreligijnym społeczeństwie? Czy było to trudne, jak wyglądało?

Tak, musiałam się uczyć, ale to ja przyjechałam do kraju, gdzie osiemdziesiąt kilka procent ludności to hinduiści, a kilkanaście to muzułmanie. Do tego ośrodka po leczenie, edukację czy inną pomoc socjalną ciągnęły rzesze biednych i chorych ludzi już od kilkunastu lat i oczywiście wiedzieli, że tu pomagamy w imię Jezusa Chrystusa. Tę rzeczywistość zastałam i o tyle nie było trudno, że trzon załogi pracującej tu – w większości osoby  wyleczone z trądu – to katolicy. I ten katolicyzm też jest inny, może to nawet była większa trudność, niż wieloreligijność czy wielokulturowość. Dla mnie takim znakiem, że wystarczająco opanowałam hindi był moment, kiedy właśnie o sprawach ducha mogłam już swobodnie z nimi rozmawiać.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

fot. Beata Zajączkowska

Przychodzą i pytają Panią o Chrystusa?

Rzadko. Jak już zdecydują o zmianie wyznania. Myślę, że nasze czyny muszą im mówić o naszej wierze. Dobrze byłoby, żeby też nasze zachowania, styl życia, mówiły ludziom wokół o naszym związku z Jezusem.

Nie chrzcicie na siłę, chrzty się jednak zdarzają….

Tak i to jest moja wielka radość. Są to tym dojrzalsze decyzje. Dla Kalpany z dłońmi pozbawionymi palców na pewno najbliższy jest Jezus na Krzyżu. Gopal-Martin przyjął chrzest dla żony, Janki-Monica dla męża. Santosh, sierota, od niemowlęctwa w ośrodku, powiedział mi jako uzasadnienie decyzji: nie znam innego Boga. Przyjmują też chrzest w obliczu niebezpieczeństwa śmierci, ale są konsekwentni jeśli jednak wyzdrowieją.

Indie nie są generalnie krajem przychylnym chrześcijanom, była Pani tam w czasie prześladowań. Budziło to pytania, czy warto dalej być i pracować tam gdzie na dobrą sprawę nie do końca jestem mile widziana?

Nieprzychylny stosunek nie tylko z powodu mojej przynależności do Kościoła katolickiego odczuwam od czasu do czasu. Ale jakie to ma znaczenie, co o mnie myśli ktoś z zewnątrz? Od strony tych, którzy mnie tu zaprosili, przygarnęli, korzystają z mojej pomocy nigdy czegoś takiego nie odczułam. Czy tym, którym nie podoba się pomoc niesiona przez chrześcijan najbardziej upośledzonym warstwom tego społeczeństwa zależy na ludziach dotkniętych trądem? A mnie tak i dlatego wiem, że WARTO.

Na ile wiara jest dla Pani motorem w tej pracy?

W 100 procentach: wierzę, że Pan Bóg mnie tu chce, wierzę, że jestem wciąż potrzebna, wierzę, że jeszcze mogę zrobić coś dobrego.

Mówi się do Pani w ośrodku Mami, czyli Mamo. Ma Pani całkiem sporą gromadkę dzieci…

Każdy ma tu jakiś „tytuł”, którym określa relację z innymi, bo nie używa się imion starszych od siebie osób. Nazywają mnie też używając określeń od mojego zawodu:  didi czy beti (starsza siostra czy córka), ale najczęściej mówią do mnie Mami. Może doceniają to, co kobieta europejska w odróżnieniu od, niestety większości, indyjskich, umie spontanicznie okazać: serdeczność, dobrość, miłość. Staram się wiele pokazywać, to musi być lekcja dla moich podopiecznych, bo tutejsze „wychowywanie” bardziej przypomina tresurę, co dla mnie od początku jest nie do przyjęcia. Okazywanie czułości jest czymś zupełnie obcym w tym klimacie! Myślę, że zdecydował też o tym mój wiek. Miałam już 40 lat, kiedy dotarłam tu po raz pierwszy. A „moje córki”, choć bez formalnej adopcji, to te niczyje, którym poświęciłam najwięcej czasu – zdążyły się przywiązać i tak zostało. Staram się jednak, żeby wszyscy odczuwali, że jestem dla każdego.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Patrząc choćby na ten aspekt macierzyński – Pan Bóg daje stokroć więcej, niż sami możemy nawet zamarzyć?

Przecież tak obiecał Piotrowi, gdy ten domagał się określenia nagrody jaką dostaną apostołowie opuszczając wszystko na Jego wezwanie, dla Jego imienia. To przydarzyło się i mnie…

Pani jest „ogniwem” w całym łańcuchu pomocy. Polacy są hojni, otwarci, wrażliwi… na potrzeby innych? Bez nich praca Pani pewno byłaby niemożliwa?

Jestem o tym przekonana, zresztą początki były bardzo biedne. Przyjechałam 1,5 roku po śmierci ks. Adama Wiśniewskiego i wiele osób po prostu zakończyło swoją wcześniejszą pomoc, głównie z powodu braku informacji. Byłabym niesprawiedliwa mówiąc, że tylko Polacy są hojni, otwarci i wrażliwi, ale istotnie większość pomocy otrzymuję z Polski. Jestem takim pierwszym ogniwem – od strony beneficjentów,  a dobrodzieje są często szczęśliwi, że znajdują miejsce, gdzie mogą skutecznie nieść pomoc. Dzięki pomocy finansowej z Polski Ośrodek nadal się rozrasta, z 220 osób przed ćwierć wiekiem do 600, mamy nowe budynki, konieczną nową szkołę, kuchnię, powiększone gospodarstwo itp. Ośrodek pełni służbę medyczną i edukacyjną bezpłatnie, dlatego bez pomocy z zewnątrz nie byłoby to możliwe.

Nasze czyny muszą mówić o wierze

Decyzję o wyjeździe do chorych na trąd w Indiach podjęła Pani w jednej chwili na imieninach u koleżanki – szybko i ostatecznie. Co by Pani radziła młodym ludziom, którzy coraz bardziej boją się podejmować decyzje na całe życie?

Myślę, że ludzie, nie tylko młodzi, za rzadko pytają Pana Boga co mają robić ze sobą. Tak naprawdę celem naszego życia jest wypełnienie Woli Pana życia wobec nas. Od Niego mamy wszystko, to czego nie moglibyśmy Mu oddać, jeśli tego sobie zażyczy dla Siebie samego czy dla dobra ludzi wokół nas, czy to będzie rodzina, zawód, pełniona służba? A jak taką decyzję podejmę to już wszystko układa się dobrze. Niemniej raz podjąwszy decyzję w jakimś sensie codziennie na nowo muszę ją podejmować. Ale wytrwać mogę też tylko z Bożą pomocą. Rada więc jest prosta: oprzyj się na swoim Stwórcy i Zbawicielu.

Lata wyrzeczeń, praca w bardzo trudnych warunkach, tęsknota za bliskimi – a co jest największym darem, który Mami dostała w Jeevodaya?

Miłość moich „dzieci” i tych starszych i tych najmłodszych. Poczucie, że jestem im potrzebna, przynajmniej jeszcze dziś. To jest nie do przecenienia, nie uważa Pani Redaktor?

Gdybyśmy cofnęły „film z Pani życiem” o te minione ćwierć wieku w Indiach, czy wiedząc co Pani przeżyła, ile to kosztowało, podjęłaby Pani tę samą decyzję?

Tak, tak, oczywiście. Teraz, kiedy wiem jak to było, sądzę, że łatwiej podjęłabym decyzję. Nie pamiętam takiego momentu, żebym miała pokusę: uciekam, nie dam rady, to nie dla mnie. Gdy było bardzo ciężko, to przecież wiedziałam, że nie tylko mnie jest źle. Wiedziałam, że tylko jak razem to podźwigniemy, to mamy szansę wyjść na prostą. Jestem Panu Bogu wdzięczna, że właśnie takie zadania przede mną postawił.


Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >