Fot. Giovanni Battista Cima da Conegliano "Bóg Ojciec"/Wikipedia

Bojaźń Boża kontra Jezusowe: „Nie bój się!” Czy Bóg chce, aby się Go bać?

Wśród różnych strachów, których nie szczędzi nam współczesny świat i które nieraz dotkliwie utrudniają nam życie, nie chcemy dokładać sobie jeszcze jednego — przed Bogiem. Czy to oznacza, że jeden z ważnych elementów duchowości, bojaźń Boża, pod naciskiem współczesnej psychologii i ogólnego klimatu naszej religijności przeszedł już do lamusa?

Reklama

„Bój się Boga!” — zdarza się jeszcze nieraz słyszeć takie słowa, najczęściej z ust kogoś ze starszego pokolenia. Reagujemy na nie raczej alergicznie. Wśród różnych strachów, których nie szczędzi nam współczesny świat i które nieraz dotkliwie utrudniają nam życie, nie chcemy dokładać sobie jeszcze jednego — przed Bogiem. Wiara jest dla nas raczej sposobem budowania odwagi i odzyskiwania zaufania, źródłem pokoju i bezpieczeństwa. Chętniej więc wracamy do słów, które Pan Jezus powtarzał wielokrotnie: „Nie bój się!”

Czy to oznacza, że jeden z ważnych elementów tradycyjnej duchowości, bojaźń Boża, pod naciskiem współczesnej psychologii i ogólnego klimatu naszej religijności przeszedł już do lamusa? Wielu z nas pewnie odpowiedziałoby, że tak. Niektórzy dodaliby, że bojaźń pasuje bardziej do duchowości starotestamentalnej, ale nie przystoi już chrześcijaninowi. Bóg, kiedy objawiał się Izraelitom, nieraz robił to wśród budzących trwogę zjawisk, takich jak ogień, pioruny czy trzęsienie ziemi. Kiedy jednak objawił się w Jezusie, groza ustąpiła przecież miejsca łagodności, a bojaźń — przyjaźni.

Czym właściwie jest bojaźń Boża?

Choć w tych słowach jest jakaś cząstka prawdy, to jednak chęć pozbycia się bojaźni Bożej z naszego religijnego słownika wynika raczej z niezrozumienia, czym ona w rzeczywistości jest. Już w IV wieku św.Hilary z Poitiers, wielki doktor Kościoła łacińskiego, komentując słowa Psalmu 128 („Szczęśliwy każdy, kto boi się Pana”), zauważył, że bojaźń Boża „nie jest w niczym podobna do uczucia określanego mianem strachu”. Strach bowiem „wynika z ludzkiej słabości, która boi się cierpienia, jakie jej zagraża, i nie chce go przyjąć”; nie trzeba się go uczyć, bo pojawia się on w człowieku jako naturalna, spontaniczna reakcja. Tymczasem bojaźń Bożą można nabyć tylko cierpliwie się jej ucząc, gdyż „mieści się w granicach wiedzy”. 

Reklama
Reklama

O jaką wiedzę chodzi? Wydaje się, że Hilary ma tutaj na myśli głęboko przeżytą świadomość tego, jak się rzeczy mają: kim jest Bóg — nieskończony, absolutnie święty, wszechpotężny — a kim jesteśmy my, Jego stworzenie. Można tę postawę bojaźni Bożej porównać z doświadczeniem, które nieraz staje się naszym udziałem, kiedy patrzymy w jakąś zapierającą dech w piersiach górską przepaść: budzi ona respekt, nawet przerażenie, ale jednocześnie zachwyca. Jest groźna i piękna, a bojaźń, którą wobec niej odczuwamy, nie ma nic wspólnego z neurotycznym lękiem.

Niedobrze więc, jeśli o bojaźni Bożej mówi się przede wszystkim w kontekście życia moralnego, jak w popularnym powiedzeniu cytowanym na początku niniejszego tekstu. W takim wypadku nieuchronne jest skojarzenie jej ze strachem przed karą za nieprzestrzeganie przykazań. Akcent położony jest wtedy na ludzką małość, podczas gdy rzeczywistym źródłem bojaźni jest raczej wspaniałość Boga. Jak pisze św. Piotr, „powołał nas On swoją chwałą i doskonałością” (2 P 1,3). Szkołą bojaźni Bożej może być więc wszystko to, w czym Boża chwała i doskonałość staje się dla nas jakby naocznie dostępna. Myślę tu przede wszystkim o liturgii, pod warunkiem, że sprawowana jest pięknie, a nasz udział w niej — pełen nabożnej czci i pieczołowitości w sferze gestów, postaw i słów. Pomocą w uczeniu się Bożej bojaźni może być też doświadczenie piękna stworzenia – „z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Sprawcę” (Mdr 13, 5).

Miłość i twarde wymagania

Równie ważną drogą odkrywania Bożej bojaźni jest kontakt ze Słowem. Czytając Pismo Święte, możemy się choćby przekonać, że wbrew powtarzanym nieraz stereotypom, bojaźń Boża nie jest zarezerwowana dla Starego Przymierza. Również w Nowym ma ona swoje bardzo ważne miejsce. Kardynał Newman poświęcił temu zagadnieniu jedno z kazań. Zauważył w nim, że, choć Jezus odnosił się do ludzi w sposób pełny miłości, to jednak nie rezygnował ze swojego majestatu. Widać to — pisze angielski święty — nawet w tych momentach, w których najbardziej się uniżył. Kiedy czytamy o umywaniu uczniom nóg, czujemy uroczysty charakter tego gestu. Jezus wykonuje posługę, a jednocześnie nie cofa się przed tym, by upomnieć Piotra, wskazując mu jego niezrozumienie i przełamując opór. 

Reklama
Reklama

Inny przykład to spotkanie Jezusa z bogatym młodzieńcem: czytamy, że Jezus „spojrzał na niego z miłością” (Mk 10, 21), a zaraz potem widzimy, jak stawia mu twarde wymagania. Nawet po zmartwychwstaniu — kontynuuje kardynał — w spotkaniach Jezusa z uczniami Jego obecność spowita jest w królewską godność i chwałę, a reakcją uczniów jest radość złączona z pełną czci bojaźnią. Newman konkluduje, że w tym życiu miłość i bojaźń muszą w nas współistnieć, żebyśmy nie zatracili świadomości, jak wielkie dary zostały nam uczynione; żebyśmy nie zapomnieli, że Ten, który schyla się, by obmyć nam nogi, jest Tym samym, któremu nie jesteśmy godni rozwiązać rzemyka u sandałów.

Sądzę, że cierpliwe uczenie się postawy Bożej bojaźni to ważne zadanie dla naszego życia duchowego — zarówno osobistego, jak i kościelnego. Jej lepsze zrozumienie pomoże nam odróżnić ją od lęku, który nieraz wkrada się do naszej wiary i wykrzywia obraz Boga, a jej praktykowanie pozwoli uniknąć pułapki religijności infantylnej i przesłodzonej.


Reklama
Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę