Antoni z Padwy czy z Lizbony?

Urodził się w Lizbonie a zmarł w Padwie – te dwa miasta zostały naznaczone imieniem świętego, ale wszyscy – z wyjątkiem Portugalczyków – mówią dzisiaj św. Antoni Padewski, więc jak to jest: święty Antoni z Lizbony czy z Padwy?

Artur Karbowy SAC
Artur
Karbowy SAC
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Miał na imię Ferdynand, urodził się w pobliżu katedry w Lizbonie – miejscu, które zostało odzyskane od Maurów około 50 lat wcześniej. Za dzień urodzin przyjmuje się 15 sierpnia 1195 roku – taką datę podał jeden z jego pierwszych biografów: brat Marek z Lizbony, chociaż inni biografowie uważają, że jego narodziny miały miejsce przed rokiem 1192. Zmarł 13 czerwca 1231 roku w Arcella, niedaleko Padwy.

 

Uważa się, że jego rodzice nosili imiona: Martinho i Mary, a możliwe nazwisko to Bulhões. Nie wiadomo czym się zajmowali, czy pochodzili z mieszczaństwa czy ze szlachty.

 

Wiadomo, że został w pierwszych latach dzieciństwa oddany przez rodziców na wychowanie księżom z lizbońskiej katedry, aby poznać naukę Pisma Świętego.

 

Tam studiował gramatykę, retorykę i dialektykę, muzykę sakralną, teologię, liturgikę i dogmatykę. Tam też po raz pierwszy objawiła mu się dziwna postać:

 

gdy przechadzał się po krużgankach katedry, zobaczył postać rzadkiej piękności, która stara się go dogonić. Uznając w tej postaci demoniczną pokusę szatana, próbował uciec na chór, ale postać ponownie stanęła na jego drodze, w połowie schodów prowadzących na chór. Ferdynand podniósł rękę i zakreślił zdecydowanie znak krzyża na ogromnym kamieniu. Postać znikła.

Antoni z Padwy czy z Lizbony?

Kamień z wyrytym krzyżem ciągle znajduje się w lizbońskiej katedrze.

 

To wydarzenie zaczęło wprowadzać zmiany w jego życiu: Ferdynand postanawia wstąpić do zakonu Kanoników Regularnych Św. Augustyna i zamieszkuje najpierw w klasztorze Św. Wincentego de Fora w Lizbonie, a później przeprowadza się do Coimbry. To właśnie tam, w klasztorze Świętego Krzyża, zaczął się kształcić: studiował arytmetykę, geometrie, astronomie i muzykę, oraz prawo kanoniczne, nauki przyrodnicze, historię, medycynę, hebrajski, chaldejski i języki nowożytne, oraz zgłębia nauki teologiczne. Uważa się, że otrzymał święcenia kapłańskie w klasztorze Świętego Krzyża w wieku 25 lub 29 lat.

 

Po święceniach został furtianinem klasztoru i tu po raz pierwszy miał bezpośredni kontakt z ludźmi, którzy przybywali do klasztoru, prosić o pomoc. Tam też spotkał się z braćmi, którzy byli uczniami świętego Franciszka z Asyżu – wędrującymi żebrakami, żyjącymi bez grosza lecz posiadającymi radość. Pod ich wpływem Ferdynand zostawia komfort klasztoru Świętego Krzyża, aby stać się ubogim Bratem Mniejszym.

Antoni z Padwy czy z Lizbony?

Przywędrował do klasztoru św. Antoniego Pustelnika w Olivais w pobliżu Coimbry. Przyjął imię Antoni (patrona tamtejszego klasztoru). Od tamtej chwili zaczął być znany jako braciszek Antoni, którego marzeniem było udać się na misje do ziemi Maurów. W końcu wyruszył w drogę. W Lizbonie  przy Rua do Vale de Santo Antonio znajduje się kaplica, która została wzniesiona, aby zaznaczyć miejsce, w którym miał się zatrzymać na odpoczynek, kiedy po raz ostatni stąpał po portugalskiej ziemi.

 

Przybył do Maroka, ale tam zachorował i z wysoką gorączką został wysłany z powrotem do Portugalii. Z woli Boga – jak mówią niektórzy – burza zatopiła statek i Antoni znalazł się na Sycylii! Franciszkanie mieli mały klasztor w pobliżu Messyny, w którym zamieszkał Antoni.

 

W czasie jego pobytu w Messynie zwołano Kapitułę Generalna Franciszkanów, na którą przyjechał święty Franciszek z Asyżu. Wtedy to Antoni poznał założyciela braci mniejszych.

 

Po Kapitule, jako że brat Antoni jeszcze potrzebował czasu na rekonwalescencję, udał się do klasztoru Montepaolo, gdzie zaczął pracować jako ogrodnik i kucharz. Szczęśliwy, spędzał czas na pokornej pracy i żarliwej modlitwie – nikt nie wiedział, że jest człowiekiem wysoko wykształconym.

Antoni z Padwy czy z Lizbony?

Kazanie do ryb, Arnold Böcklin, 1892

W 1222 roku miały odbyć się w Forli święcenia kapłańskie jednego ze współbraci, wyznaczony na tą uroczystość kaznodzieja zachorował, więc przełożony polecił bratu Antoniemu, by go zastąpił. Jego kazanie tak zachwyciło obecnych, że od tego momentu brat Antoni został kaznodzieją. Według panujących wtedy zwyczajów, pełniąc taką funkcję miał za zadanie wędrować pieszo po miastach, wsiach, zamkach i ewangelizować. Elokwencja Antoniego rozpalała osłabioną wiarę.

 

Często jego nauczaniu towarzyszyły cuda. Najbardziej znany jest cud ryb.

 

Antoni przebywał w Rimini, i wydawało się, że jego nauczanie nie było skuteczne. Słuchano go z obojętnością, więc Antoni zszedł z ambony i udał się nad morze, by wygłosić kazanie do ryb. Powiedział odchodząc do wiernych, że skoro oni nie chcą słuchać, to może wysłuchają go ryby. Kiedy zszedł nad brzeg, podpłynęło wiele ryb, zdumieni ludzie zastanowili się nad swoim postępowaniem i byli gotowi słuchać nauki Antoniego. Opowiada się wiele innych zadziwiających cudów, jak na przykład ten, w którym osioł pozostawia swoją karmę, aby adorować Eucharystię.

 

Brat Antoni był nie tylko wielkim mówcą, ale również znakomitym teologiem. W tej sprawie otrzymał nawet krótki list od brata Franciszka z Asyżu, w którym napisał:

 

Cieszę się, że uczysz braci teologii, ucząc w taki sposób, że nie gasisz ducha świętej modlitwy i pobożności, tak jak nakazuje nam reguła.

Pozdrowienia, Franciszek

Franciszek z Asyżu nazywał Antoniego „moim biskupem” ze względu na prowadzone przez niego życie oraz sławę jego przepowiadania. W ten sposób stał się pierwszym mistrzem teologii Zakonu Franciszkańskiego, dzięki swojej wyjątkowej przejrzystości w odniesieniu do spraw Bożych z tego samego powodu później został ogłoszony doktorem Kościoła.

 

Z misyjnym zaangażowaniem głosił Słowo Boże we Francji. We Włoszech przemierzył Rzym, Ferrarę, Florencję, głosił kazania prostemu ludowi i papieżowi – Grzegorzowi IX, (który po wysłuchaniu Antoniego nazwał go "Arką Testamentu").

 

Antoni w swoich kazaniach potępiał chciwość, żądze, pychę, obłudę, przekupstwo i marnotrawstwo. Wychwalał Matkę Bożą, której był wiernym sługą. Jego dzieła z homiletyki nadal są świadectwem wiary i elokwencji i skutecznym narzędziem do lepszego poznania i miłowania Boga i Kościoła. "Doktor Kościoła", "Młot na heretyków", "Doktor ewangelicki", "Arka Testamentu", "Święty całego świata" – to tylko niektóre z tytułów, z którymi był honorowany przez papieży, a którego życie było, według słów jednego z jego biografów, ciągłym cudem.

 

W 1230 roku przybył do Asyżu, aby uczestniczyć w Kapitule Generalnej Franciszkanów. Po Kapitule, już bardzo osłabionych wskutek pielgrzymek, (które prawie zawsze odbywał pieszo), oraz niezliczonych działań, udał się do Padwy, gdzie zaczął służyć pomagać braciom w studium teologii i kaznodziejstwa.

Antoni z Padwy czy z Lizbony?

Święty Antoni i dzieciątko Jezus, Giambattista Tiepolo, 1696

Czując, że śmierć zbliża, Antoni poprosił, żeby mu bracia wybudowali chatkę, do której się przeniesie i w której będzie mógł odejść w spokoju. A kiedy się przeprowadził, zaczęli do niego przychodzić ludzie – chcieli zobaczyć człowieka, który już wtedy miał opinię świętego. Jeden z ofiarodawców, hrabia Tiso, zaproponował mu schronienie. Antoni zamieszkał w małym pokoju na jego zamku. Właśnie tu zdarzył się największy cud w życiu Antoniego, o którym zaświadczył ów hrabia:

 

Brat Antoni nie mógł spać i chodził po pokoju modląc się. Nagle wokół niego wszystko zostało oświetlone przez bardzo intensywne światło: pośród jasności pojawiło się Dzieciątko Jezus i brat Antonio, upadając na kolana, objął Dzieciątko.

 

We wczesnych godzinach rannych, 13 czerwca, Antoni poczuł, że zbliża się do śmierci i prosił, aby zawieźli go do Padwy. Chciał dokończyć swych dni w kościele Świętej Maryi Matki Bożej. Wieziono go wozem zaprzężonym w woły, ale udało się przebyć tylko połowę drogi. Dojechał do klasztoru w Arcela, gdzie już umierający, został przyjęty przez siostry Klaryski. Przebywał w nim kilka godzin, przed śmiercią powiedział: „Widzę Pana!”. Zmarł wieczorem tego samego dnia (1231r.). Miał 43 lata.

Antoni z Padwy czy z Lizbony?

Mówi się, że natychmiast dzieci w Padwie, których nikt nie poinformował o tym fakcie, zorganizowały się i przeszły w procesji ulicami Padwy krzycząc: Zmarł nasz Dobry Ojciec! Zmarł święty! Jego ciało zostało pochowane w kościele, w którym pragnął umrzeć. Niecały rok później, 30 maja 1232 papież Grzegorz IX ogłosił go świętym.

 

Tak samo nie do wyjaśnienia jest to, co wydarzyło się w Lizbonie w dniu jego kanonizacji. Dzwony wszystkich kościołów biły, choć nikt ich nie wprowadzał w ruch, a mieszkańcy wychodzili z domów na ulice wypełnieni nieznaną, tajemniczą radością. W tym dniu nikt w Lizbonie nie wiedział o kanonizacji ich rodaka, wieść o kanonizacji Antoniego doszła do jego rodzinnego miasta wiele dni później.

 

Urodził się w Lizbonie, a zmarł w Padwie te – dwa miasta zostały naznaczone imieniem świętego. Więc jak to jest: święty Antoni z Lizbony czy z Padwy? Dla mnie, oczywiście z Lizbony. Wystarczy odwiedzić kościół wzniesiony nad domem świętego, obok katedry w Lizbonie, czy bazylikę w Mafra, poświęconą temu świętemu czy niezliczone inne miejsca, aby poznać wielką miłość jaką Portugalczycy mają do świętego Antoniego.

Artur Karbowy SAC

Artur Karbowy SAC

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Artur Karbowy SAC
Artur
Karbowy SAC
zobacz artykuly tego autora >

Nie ma Kościoła, nie ma nic

Ksiądz bp Grzegorz Ryś o ofercie Kościoła dla młodych: pytanie co młody człowiek może otrzymać od Kościoła jest pytaniem błędnym! Prezydent Kennedy powiedziałby co młody człowiek może dać Kościołowi.

Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


 

Jaką najbardziej szaloną rzecz zrobił Ksiądz Biskup, będąc nastolatkiem?

 

W liceum koledzy z klasy pojechali na Pilsko i stamtąd mieli iść na Babią Górę. A mnie nie puściła mama, lało i było obrzydliwie. Byłem jednak dość uparty i w piątek wieczór pojechałem do Korbielowa. Przyjechałem tam około godz. 23.00 – bo tak dojeżdżał ostatni autobus. I okazało się, że to, co w Krakowie było deszczem, tam było śniegiem. Okazało się też, że w Korbielowie zamknięte było schronisko młodzieżowe, więc za jakieś uzgodnione z portierem pieniądze spałem w hotelu w pokoju kilkuosobowym. Wstałem o 4.00 rano i poszedłem sam na Pilsko z Korbielowa. Oczywiście wyszedłem na górę w śniegu po kolana i zorientowałem się, że moich kolegów tam nie ma. Pomyślałem, że widocznie poszli na Babią Górę, więc przyłączyłem się w połowie drogi do grupy studentów i 12 godzin szliśmy na Babią, robiąc skrót przez Słowację – co było w tamtych czasach zakazane. Na dodatek zgubiliśmy się tam, bo szlak był słabo oznakowany i potem szliśmy ostro na przełaj z powrotem do granicy. No i stało się jasne, że moich kolegów również nie było na Babiej Górze – ale dowiedziałem się o tym dopiero następnego dnia, po powrocie do Krakowa. Stwierdzili oni, że w taką pogodę nie idzie się na Pilsko i Babią Górę. Ja się tego dnia spóźniłem do szkoły, bo byłem skrajnie wyczerpany po tej przygodzie, a oni już wiedzieli, że ich ścigałem i szukałem, więc w szkole pojawiło się nawet takie podejrzenie, że albo się zgubiłem, albo zginąłem na Pilsku, bo to było po dość dramatycznych wypadkach na tym szczycie, gdy zamarzli tam młodzi ludzie.

Jak wyglądały weekendy i wakacje Księdza Biskupa na przełomie lat 70. i 80.?

 

Byłem wtedy w liceum. Moja mama do dzisiaj mówi, że jak przychodził tak zwany weekend, to przychodziłem w piątek ze szkoły, rzucałem torbę i mówiłem, że wyjeżdżam w góry. Brałem plecak i w ciągu roku szkolnego wyjeżdżałem w Beskidy. To był czas, kiedy regularnie bywałem na Babiej Górze i na Turbaczu. A w wakacje to raczej były Tatry. Dla mnie do dzisiaj możliwość spędzenia wolnego czasu oznacza: plecak i Tatry.

 

Jakie są Księdza ulubione trasy w Tatrach?

 

Ulubione trasy w Tatrach… teraz muszę uważać co mówię, troszkę się zestarzałem i te najdłuższe są dla mnie trochę trudniejsze do przejścia. Ostatnio stwierdziłem, że Rysy podrosły. Normalnie wychodziłem na Rysy w 3,5 godziny, a ostatnio w 4,5, więc ten szczyt musiał urosnąć.

Trasy, które również zawsze lubiłem, są w Tatrach Zachodnich, tylko że one są długie. Dlatego mówię o nich z pewną rezerwą, bo tam jak się już wybrać, to na cały dzień, a cały dzień wolny to dla mnie rzadkość w ostatnich czasach. Oczywiście lubię też trasy, które dają człowiekowi więcej adrenaliny, np. Orlą Perć, choć od adrenaliny lepsze są tam niespodzianki widokowe. Na przykład gdy się idzie od Pięciu Stawów na Krzyżne – to jest generalnie dość nudny szlak – ale ostatni moment, gdy człowiekowi głowa „wyskakuje” ponad Krzyżne i widzi stamtąd 500–600 szczytów na południe, to jest absolutnie fantastyczny widok, którego raczej się nie zapomina. Takich tras jest kilka w Tatrach. One kosztują troszkę więcej zachodu, bo właściwie się idzie pod jedną ścianą i przez długi czas nic ciekawego tam nie widać, ale widok na szczycie zapiera dech w piersiach!

Nie ma Kościoła, nie ma nic

Młodzi ludzie się zmienili. Kiedyś atrakcją było podwórko, a dziś umawiają się na wspólne granie w gry komputerowe i każdy zamyka się w swoim pokoju. Jaką ofertę Kościół dzisiaj ma dla tych młodych ludzi?

 

Oferty Kościoła pod adresem młodych ludzi są różne i mnie dość mocno przekonują te, które nie są zamknięte w obrębie jednej grupy wiekowej czy branżowej.

Fantastycznym doświadczeniem Kościoła jest pielgrzymka krakowska i każdemu życzę tego doświadczenia. Obserwuję, że jeśli ktoś krytycznie mówi o pielgrzymce, to w życiu na niej nie był. Pielgrzymka jest świetnym doświadczeniem Kościoła, jest pięknym czasem rekolekcji w drodze, czasem, kiedy się ludzie modlą, spowiadają, przeżywają Eucharystię, ale też nawiązują relacje, niektóre z nich bardzo trwałe – z których tworzą się wspólnoty. Na pielgrzymce są bardzo różne grupy, są grupy typowo młodzieżowe, np. Grupa 13 z krakowskiego śródmieścia czy grupy związane z jakimś konkretnym charyzmatem – franciszkańskim, salezjańskim, jezuickim. Ale są też grupy ponad tymi wszelkimi rozróżnieniami i idą tam ludzie starzy, młodzi, żonaci, dzieciaci i tacy, którzy zobowiązali się żyć w celibacie, i tacy, którzy jeszcze nikogo nie znaleźli. Konserwatywni i liberałowie – wszyscy idą razem, a to jest piękne doświadczenie Kościoła, które dobrze robi młodym. Dobrze, gdy młodzi ludzie nauczą się śpiewać godzinki, a z drugiej strony, gdy zobaczą, że starsi ludzie, którzy ich uczą śpiewać tych godzinek, potrafią się ucieszyć tymi śpiewami, które młodzi im zaproponują.

Niekoniecznie jednak każda propozycja musi być stanowa i skierowana wyłącznie do młodzieży. To dotyczy w wymiarze ogólnym wspólnot, do których młodzi ludzie są zapraszani. Na przykład wspólnoty charyzmatyczne są otwarte na każdą grupę wiekową, typ życia, powołania.

 

Całkiem niedawno celebrowałem Eucharystię dla liderów wspólnot charyzmatycznych w Częstochowie. Jeśli ktoś myśli, że do tańca, podskakiwania i gwizdania są zdolni tylko piętnastolatki, to się stanowczo myli. Bo są do tego zdolni i ludzie siedemdziesięcioletni, których w takiej roli i kondycji tam widziałem. Podobnie dzieje się, jeśli chodzi o wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, również one są otwarte dla każdego – nie są stanowe. Również doświadczenie ludzi, którzy słuchają tego samego Słowa i dają mu bardzo różne echo. Trudno, żeby echo, jakie Słowo wznieca w osiemnastolatku było takie samo, jak to u jego dziadka. Natomiast to, że mogą się nawzajem posłuchać i w ten sposób stają się mądrzejsi – i jeden i drugi – jest samo w sobie rewelacyjne. Co do propozycji, które są przygotowane specjalnie dla młodych ludzi, to ja jestem bardzo przywiązany do propozycji, które zawsze w Kościele były, a dzisiaj są nieco mniej eksploatowane – czyli do rekolekcji, zwłaszcza wakacyjnych. Jestem bardzo przywiązany do rekolekcji Ruchu Światło – Życie. Nie wszystkim się to podoba, że względu na to, że jest to bardzo wymagająca forma rekolekcji. Niektórzy sądzą, że 17 dni to jest zbyt dużo i nie każdy młody człowiek pozwoli sobie na 2,5 tygodnia urwanego z wakacji i to 2,5 tygodnia bardzo intensywnie prowadzone. Z drugiej strony myślę, że te zastrzeżenia są bardziej podnoszone przez starszych niż przez młodzież, to znaczy ja mam takie zrozumienie młodzieży. Młodzież lubi mieć jakieś wyzwania, a nie gdy tych wyzwań nie ma. Owszem, to może być traktowane jako doświadczenie elitarne, ale elity są też potrzebne Kościołowi.

Są również rekolekcje tygodniowe prowadzone przez grupy apostolskie. Są też – i tych jest coraz więcej – wyjazdy organizowane przez parafie. Bardzo wielu księży i wspólnot organizuje wyjazdy parafialne dla dzieci i młodzieży, zwłaszcza z rodzin uboższych, nieraz patologicznych i są to inicjatywy świetne. Są parafie, które mają już swoje ośrodki nad morzem albo w okolicach jezior i to jest bardzo fajne! Czasami mam tylko żal, że wszystko to nazywane jest oazą, a oazą nie jest. Bo oaza jest konkretna propozycją formacyjną dla młodego człowieka, a także dla dorosłego w ramach oazy rodzin i jest to formacja przemyślana, poważna i wielostopniowa. Jest to propozycja rozłożona na wiele lat.

 

Oczywiście jest również wiele wyjazdów organizowanych przez wspólnoty akademickie, niektóre bardzo szalone. Dominikanie krakowscy idą na piechotę do Ziemi Świętej przez kilka lat. W ciągu wakacji przechodzą jakiś duży fragment tej drogi i w kolejnym roku zaczynają od tego miejsca, by kontynuować pielgrzymkę. Pomysł jest piękny – dojść piechotą do Ziemi Świętej!

Coraz popularniejsza staje się również Droga Jakubowa. Możliwości jest milion! Powiem nawet, że czasami tęskni mi się za pierwotną ich prostotą. To znaczy wiemy, że weszliśmy do świata cywilizowanego i na wszystko są normy unijne – tyle łóżek musi być na takiej przestrzeni, i prysznice, i najlepiej jeszcze klimatyzacja, i nie wiadomo co jeszcze, więc takie oazy, na które jeździłem jako młody człowiek, gdzie myliśmy się w strumyku, a spaliśmy w stodole, są pewnie nie do pomyślenia. Choć właściwie nawet nie wiem, dla kogo bardziej: czy dla tej młodzieży, czy dla dorosłych. Nasze normalne wakacje, z naszej młodości, dla dzisiejszej młodzieży są już jak szkoła przetrwania. A my mieliśmy wtedy poczucie absolutnej normalności.

Nie ma Kościoła, nie ma nic

A co z młodymi małżeństwami? Jest sporo propozycji dla licealistów, dla studentów i potem ci młodzi ludzie wychodzą z różnych duszpasterstw, wchodzą w doświadczenie rodziny i jakby znajdują się poza wspólnotą. Gdzie młode małżeństwa powinny szukać miejsca dla siebie w Kościele?

 

Jeśli chodzi o młode małżeństwa, to rzeczywiście jesteśmy na tym polu nieco zaniedbani, bo wspólnoty dla małżeństw nie są tak popularne i tak łatwo dostępne jak wspólnoty dla młodzieży. To znaczy wszyscy wiedzą, co to jest Ruch Światło–Życie, ale prawie nikt nie wie co to są Ekipy Notre-Dame. Natomiast to jest bardzo konkretna propozycja dla młodych małżeństw. Jestem również przekonany do propozycji jaką są Kręgi Rodzin – i z reguły w Kręgach Rodzin są młodzi ludzie, zwłaszcza w tych, które powstają teraz – rodzice zawsze „targają” ze sobą kilkoro maluchów, takie też były Oazy Rodzin, które zdarzało mi się prowadzić.

Są też propozycje dla rodzin, ale trochę osobno. Czyli dla mężczyzn, którzy żyją w małżeństwach. Z całym szacunkiem dla tego, że żyją w małżeństwie i jakby z wyczuciem, co mogą dlatego, że są mężami, a czego nie mogą. Świetną propozycją dla mężczyzn jest ruch, który przywędrował do nas ze Stanów Zjednoczonych. Chodzi mi o ruch: Mężczyźni Świętego Józefa. Fantastyczne zjawisko i naprawdę każdemu mężczyźnie polecam! Z kolei dla mam jest np.: Macierzanka – wspólnota młodych mam, przy kościele św. Józefa w Krakowie.

Jeśli weźmiemy pod uwagę Szkoły Nowej Ewangelizacji, to one prowadzą kursy dla małżeństw oraz osobno dla kobiet i dla mężczyzn. Więcej informacji można zaczerpnąć ze strony wspólnoty Galilea, którą prowadzi ks. Krzysztof Czerwionka. Ale na tym polu jest jeszcze sporo do zrobienia albo do odnowienia.

Mówił Ksiądz Biskup w dużej mierze o propozycjach wakacyjnych. A co młody człowiek po rekolekcjach i pielgrzymce może otrzymać od dzisiejszego Kościoła po powrocie do parafii, parafii, która często jest gdzieś na prowincji.

 

Pytanie, co młody człowiek może otrzymać od Kościoła jest pytaniem błędnym! Prezydent Kennedy powiedziałby: co młody człowiek może dać Kościołowi. Gdy ktoś przeżył rekolekcje, to oczywiście chce się tym, co przeżył dzielić, gdy przeżył Kurs Alfa – dość często to się teraz zdarza, bo Kursy Alfa są bardzo popularnie obecnie wśród studentów i młodzieży licealnej – to jest regułą wręcz, że taka osoba w kolejnym Kursie Alfa chce być wolontariuszem, który przygotowuje kurs nawet od strony logistyki. Z reguły ci młodzi ludzie mówią, że dopiero przy drugim lub trzecim uczestnictwie w takim kursie zaczynają go rozumieć. Alfa ma taką specyfikę, że zawsze ten kurs tworzy wspólnotę.

Powiedziałbym, że propozycja wspólnoty jest coraz bardziej świadoma. Ponieważ mówimy ciągle w Kościele o potrzebie nowej ewangelizacji. Ewangelizację prowadzi zawsze jakaś wspólnota, to znaczy ksiądz nie robi jej sam, ale z reguły z grupą ewangelizatorów i zawsze owocem rekolekcji ewangelizacyjnych ma być powstanie nowej wspólnoty. Już ks. Blachnicki mówił o tym, że jeśli prowadzi się rekolekcje ewangelizacyjne, to potem grupa ludzi, którzy chcą czegoś więcej, chcą iść dalej i spotykać się systematycznie, będzie na poziome 10–15% uczestników. I coś rzeczywiście jest na rzeczy. Słyszałem niedawno o dwóch przypadkach w Krakowie, gdy po Seminariach Odnowy Wiary prowadzonych w parafiach, powstały dwie wspólnoty, jedna licząca 60, a druga 100 osób.

W jednym z miast w diecezji krakowskiej – może jeszcze nie będę mówił, w którym – wypłynęła inicjatywa zrobienia wydarzenia ewangelizacyjnego i najważniejszym pytaniem na chwilę obecną jest to, gdzie ci ludzie, którzy czegoś w czasie ewangelizacji doświadczą, trafią po tym wydarzeniu. Trzeba najpierw stworzyć sieć małych konkretnych wspólnot, które będą wstanie tych młodych ludzi zaabsorbować, a jak nie, to te wspólnoty muszą powstać w wyniku ewangelizacji i nie można powiedzieć ludziom: teraz nie mamy dla was czasu. W takim przypadku lepiej było nie zaczynać! Mówię to całkiem świadomie.

Nie ma Kościoła, nie ma nic

Czego Ksiądz biskup oczekuje od młodych ludzi. Jak oni mogą się zaangażować w wiosnę Kościoła?

 

Oni się angażują. Są lepsi ode mnie, ja nie mam takich pomysłów. Pytanie czego oczekujemy od młodych ludzi, jest pytaniem obok rzeczywistości.

Rzeczywistość jest taka, że młodym ludziom się bardzo chce i trzeba im tylko stworzyć możliwości działania, oczywiście w takim zakresie i z taką odpowiedzialnością, jaką mogą podjąć mając lat 15, czy 18, a czasami 13. Nie należy wkładać na młodzież ciężarów, które kto inny w Kościele ma nosić. Natomiast co do tego, że młodym ludziom się chce, nie mam wątpliwości.

Na Lednicy było 80 tysięcy ludzi, księży było 1700; fajnie, ale to już nie jest w jedną stronę. To nie jest tak, że ksiądz zebrał ludzi, zrobił im katechezę i o nich zadbał, a niczego się od nich nie dowiedział i nic jemu samemu to nie dało. To nie jest już ten model Kościoła, już dawno tak nie ma.

 

Jeśli tworzymy rzeczywistą wspólnotę, w której się przeżywa wiarę, to katechizowani są wszyscy i katechizują wszyscy. Oczywiście jest tak, że choćby w czasie Liturgii jest ten moment, że kapłan jest tym, który ma wykładać prawdy wiary i robi to w imieniu Kościoła, bo po to ma misję kanoniczną. Ale jest moment na to, żeby się dzielić Słowem, i może się okazać, że w takim osobistym czytaniu Pisma i słuchaniu Słowa ludzie, do których on mówi katechezę, są o wiele bardziej wrażliwi od niego. I ksiądz może bardzo wiele skorzystać z takiej świeżości odczytania Słowa i z tego jak oni biorą Słowo do siebie.

 

Gdy byłem rektorem seminarium, to często brałem kleryków na Paschę Neokatechumenalną, gdzie trzy razy w ciągu nocy jest echo Słowa, i oni byli absolutnie zdumieni, że można Słowa słuchać w taki sposób. Wypowiadali się tam różni ludzie – od dzieci po ludzi, którzy są dziadkami. I ten młody człowiek (kleryk), który już prawie kończy teologię i ma przekonanie, że ho, ho, ho – ile on już wie, doświadczał tego, że nie wie, w ten sposób nie analizował Słowa.

Kiedyś usłyszałem takie bardzo mądre stwierdzenie, że w podejściu do Słowa Bożego potrzebne jest objaśnienie i doświadczenie. Objaśnienie bez doświadczenia jest wykładem akademickim, a nie jest jeszcze przekazem wiary.

A poza tym czego oczekuję od wszystkich?

Oczekuję, że wszyscy będziemy tworzyć Kościół – nie ma chrześcijaństwa poza Kościołem. Musi być Kościół. Wiarę się przekazuje w Kościele, Zbawienie przychodzi w Kościele, indywidualnie, ale we wspólnocie. Nie ma Kościoła – nic nie ma. I nie Kościół, który jest teorią, bytem abstrakcyjnym, definicja katechizmową, tylko Kościół, w którym razem przeżywamy wiarę, razem słuchamy Słowa, razem przeżywamy sakramenty. Tak, to mnie obchodzi. Wszystko inne, to są tylko sposoby, drogi, a nie sedno.

Bp Grzegorz Ryś

Bp Grzegorz Ryś

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap