video-jav.net

Bł. Pier Giorgio Frassati. Życie dla innych

Kochał prostych ludzi i biedaków, pośród nich czyniąc dobro. Szukał ich w najdalszych dzielnicach miasta, chodził wąskimi i ciemnymi schodami, docierał do smutnych i nieszczęsnych mansard. Przynosił chleb, który wzmacnia ciało, i słowo, które daje pociechę duszy. Dla nich było wszystko, co nosił w kieszeniach i w sercu. Urodził się, żeby dawać - nie żył dla siebie.

Polub nas na Facebooku!

Fragment książki “Pier Giorgio Frassati” Roberta Claude SJ


Byłoby trudno wyliczyć wszystkie wyrzeczenia, jakie Frassati podjął dla biednych. Na pewno najpiękniejsze zna tylko Bóg. W środku lata nalegał na pozostanie w Turynie, chociaż mógł pracować w chłodnym Pollone. Dlaczego? Może dlatego żeby spokojnie się uczyć, miał też ukryty powód…

Zdradził się przed kolegą, że tamtego lata chodziło o zajęcia w Turynie. – No cóż, tego lata nie pojedziesz na wieś? Zdaje się, że się z tego cieszysz? – Tak, to przez biedaków. W lecie wszyscy wyjeżdżają i nikt nie kwapi się ich odwiedzać. I oto decyzja, bardzo chrześcijańska i tak w jego stylu: „Przeglądając kalendarz, zrobiłem okropne odkrycie. Jestem zapóźniony w studiach i nadeszła godzina, żeby się więcej pouczyć. Postanowiłem więc, że w Turynie będę umarły dla wszystkich, z wyjątkiem Stowarzyszenia Świętego Wincentego à Paulo.

 

Śladami Biedaczyny

Piękny, młody, bogaty, sympatyczny Pier Giorgio mógłby zdobyć łatwo powodzenie w światowych kręgach. Wolał być tym, którego ludzie sobie pokazywali, kiedy przechodził przez przedmieście Monterosa: „To młody Frassati idzie do swoich biednych”. Chwała młodemu człowiekowi, że jest tak znany, kochany i podziwiany nie przez wąskie grono snobów, ale przez maluczkich, biednych, nieznanych, tych, których wyróżniał Chrystus.

Mówi kolega: „Miałem zawsze wrażenie, że Pier Giorgio żył na marginesie swojej rodziny, swoich możnych przyjaciół i że swoją rodzinę stworzył wśród biednych i nieszczęśliwych. W tej rezygnacji z dobrobytu było coś heroicznego. Syn wybitnego człowieka, mający przed sobą piękną przyszłość, odsuwa się i staje się opiekunem tych, co nie mają nic. W tym leży jego wielkość. Przypomina trochę wielkość świętego Franciszka, który opuścił dom ojca!”.

Jak Biedaczynę z Asyżu Pier Giorgia ożywiało nadprzyrodzone światło, autentyczne chrześcijaństwo. Komuś, kto dziwił się, a nawet przerażał, że szukał biednych w najbardziej zaniedbanych dzielnicach Turynu, odpowiadał ze swoją zdumiewającą prostotą: „Jezus w Komunii odwiedza mnie co rano, ja odpłacam Mu na swój ubogi sposób – odwiedzam biedaków”.

Komuś innemu, kto go zapytał: „Jak ci się udaje pohamować obrzydzenie w tych slumsach śmierdzących zgnilizną?”, odpowiedział: „Dom może być brudny, idziemy jednak ku Chrystusowi. Czyż On nie powiedział: »Co czynicie dla biednych, mnie to czynicie«? Wokół chorych, wokół nieszczęśliwych widzę szczególne światło, którego nie mają ani bogaci, ani zdrowi”.

 


Przeczytaj również


Wkurzył mnie Frassati

Fragment wstępu do biografii Pier Giorgio Frassatiego napisanego przez Jakuba Szymczuka


Wkurzył mnie Frassati

Mały Pier Giorgio walnął moją pychę między oczy. Zazdroszczę mu siły, wytrwałości, empatii, nonkonformizmu, dumy z bycia uczniem Chrystusa, a przede wszystkim – codziennego życia według Jego nauki. Czytając kolejne rozdziały, mimowolnie mierzyłem się z doskonałością bohatera, pytając, czy przynajmniej w jednej dziedzinie mogę się z nim równać. Za każdym razem było 1:0 dla Giorgia.

Jakub Szymczuk
Jakub
Szymczuk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Posprzątałem mieszkanie, wykąpałem się i włożyłem świeżą koszulę. Idę w odwiedziny do starego przyjaciela. Idę i czuję zadowolenie z siebie. Wreszcie wrzuciłem do prania zaległe ciuchy z krzesła i odkurzyłem przedpokój. Za każdym razem, kiedy uda mi się coś takiego zrobić, czuję co najmniej, jakbym zdał ważny życiowy egzamin. Teraz bez wstydu mogę zaprosić dziewczynę albo rodziców. Stanąłem w progu domu kolegi, przeprosił mnie, że ma dziś mały nieporządek i zaprosił do swojego pokoju. Świeżo wypastowana podłoga, odkurzone półki, umyte okna, wszystkie przedmioty ułożone starannie w harmonijnym porządku. Nawet na parapecie stoją świeże kwiaty. Zrobiło mi się głupio… Zrozumiałem, w jakim bałaganie funkcjonuję na co dzień.

Takimi właśnie „odwiedzinami w mieszkaniu przyjaciela” jest zagłębienie się w biografię Pier Giorgio Frassatiego. Człowieka, który zaburzył mój wewnętrzny spokój. Jego historia jest jednocześnie onieśmielająca, irytująca, inspirująca, piękna i nieprawdopodobna. Może się z tym nie zgodzicie, ale jednego jestem pewien: trudno przejść obok niej obojętnie.

Postawa Frassatiego onieśmiela niezłomnością. Napiszę wprost: był idealnym chrześcijaninem. Wiem, że w odniesieniu do młodego człowieka żyjącego w czasach nie tak bardzo odległych od naszych brzmi to dość egzaltowanie… Ale tacy ludzie naprawdę wciąż się zdarzają! Co więcej, wbrew stereotypowi nie muszą być zamknięci w klasztornych celach z dala od cywilizacji, przyjaciół i rozrywek. Nie muszą być odcięci od tego, co nie jest duchowe i nadaje życiu smak.


Tylko teraz książkę “Pier Giorgio Frassati” kupisz z 35% rabatem.
Promocja trwa tylko do 10 lipca!


Frassati pochodził z bardzo zamożnej rodziny, prowadził bujne życie towarzyskie, uprawiał sport i cieszył się ogromnym szacunkiem rówieśników – nawet tych, którym daleko było do Kościoła. Był przede wszystkim społecznikiem, wrażliwym na los każdego człowieka. Wszystkie zasoby, jakimi dysponował – od pieniędzy do czasu – przeznaczał na pomoc słabszym, biedniejszym, wykluczonym. Czegokolwiek się podejmował, oddawał to Bogu – Jemu był bezgranicznie oddany, Jego tylko w pełni rozumiał i czuł.

Ta biografia uświadamia, że na drodze do świętości nie ma skrótów. Nie jest to droga łatwa – bo biegnie na przekór temu, co młodym ludziom oferuje dzisiejszy świat mediów czy hedonistycznie nastawionych celebrytów. A wiadomo, gdy robisz coś wbrew modzie, to albo będą z ciebie kpić, albo postarają się zepchnąć cię na margines. Bo drażnisz i wpędzasz w poczucie winy. Frassati ani nie uległ światu, ani nie dał zrobić z siebie zacofanego wariata. Wręcz przeciwnie, jego odejście wstrząsnęło całym Turynem. Cześć oddawali mu ludzie ze wszystkich warstw społecznych. Tysiące przybyłych na pogrzeb zalały wszystkie ulice miasta. Nawet sceptyczni wobec Kościoła dziennikarze opisywali żal, jaki czuli po odejściu Giorgia.

 

SAM_1450

 

Wkurzył mnie! Poczułem się przy nim marny. Mały Pier Giorgio walnął moją pychę między oczy. Zazdroszczę mu siły, wytrwałości, empatii, nonkonformizmu, dumy z bycia uczniem Chrystusa, a przede wszystkim – codziennego życia według Jego nauki. Czytając kolejne rozdziały, mimowolnie mierzyłem się z doskonałością bohatera, pytając, czy przynajmniej w jednej dziedzinie mogę się z nim równać. Za każdym razem było 1:0 dla Giorgia. Dla przykładu: mam czasem problem, żeby przeżegnać się w miejscu publicznym. Gdy już to zrobię, jestem z siebie niezwykle dumny.

Pier potrafił wyjść z kolegami do baru i po drodze namówić ich na Mszę Świętą. Pieniądze, które w ten sposób oszczędzali, w całości rozdawali ubogim. To nie jest jedyny przykład… Czy to może nie zirytować? Ale czy nie jest to irytacja, która przy odrobinie świadomości może dać jedynie pozytywne owoce? Która drażni naszą pychę? Czyż nie staje się w ten sposób inspirująca, zagrzewająca do rywalizacji? Przecież takie uczucie zawsze, przynajmniej odrobinę nas odmienia. Zupełnie jak spotkanie w międzynarodowej grupie znajomych. Wasz przyjaciel świetnie porozumiewa się po angielsku z obcokrajowcami, a Wy dość znośnie znacie język, ale nie jesteście w stanie sprostać wysokiemu poziomowi dyskusji, więc milczycie… Może Was to wkurza, może zawstydza, ale po cichu w głębi duszy obiecujecie sobie, że od jutra zaczynacie się uczyć. Postanawiacie poprawić swój poziom znajomości języka, aby na przyszłość stanąć na wysokości zadania. I to postanowienie jest fundamentalne!

SAM_1445Ta biografia pomoże nam zrobić kolejny krok, aby wejść na poziom Frassatiego – nie językowy, ale duchowy. I nie po to, żeby z nim wygrać, ale tak jak w przypadku dyskusji: żeby móc z nim ramię w ramię prowadzić dialog z kolejnymi duszami, które potrzebują świadectwa.

Zawsze byłem przekonany, że pierwszą misją katolika nie jest nawracać, zmieniając innych, ale zmieniać siebie i dawać swoim postępowaniem świadectwo, którego konsekwencją może być czyjeś nawrócenie. Może to się zdarzyć jedynie w drodze fascynacji, a nie przez przymus czy musztrę. Nie wiem, czy Frassati był tego świadomy, ale jego życie było spełnieniem tej zasady. Nie walczył z innymi, zmagał się ze sobą, każdego dnia. Nie odpuszczał modlitwy, mszy, komunii. Bezinteresownie pomagał biednym, bezdomnym. Niczego nie robił na pokaz. Proponował, nie nakazywał. Trzymał się swoich zasad. Głośno mówił, kim jest i w co wierzy, lecz jednocześnie był otwarty na innych. Nikogo nie osądzał ani nie potępiał. Mimo że żył sprzecznie ze „złotymi receptami na doczesne szczęście”, zachwycał innych radością, pogodą ducha, humorem i energią. To jest fascynujące! Nawet dla ludzi o antyklerykalnych poglądach. Frassati w wielu duszach zasiał ziarno wiary. Pokazał nam receptę, jak robić to skutecznie.

Mam nadzieję, że ta książka będzie dla Was tym, czym stała się dla mnie w czasie przygotowania do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie: motywacją do porządków w swoim sumieniu, analizy swojego postępowania i przyznania się do lenistwa i słabości. Może się początkowo zbuntujecie tak jak ja. Może od razu zachwycicie. Najważniejsze, żeby nigdy nie kończyć jedynie na postanowieniu, tylko tak jak Pier Giorgio Frassati w ufności Bogu walczyć do końca o każdy dzień.

Jakub Szymczuk

Jakub Szymczuk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jakub Szymczuk
Jakub
Szymczuk
zobacz artykuly tego autora >