Urlop w domu z dziećmi? To może się udać!

Czasem wydaje nam się, że naszym najważniejszym obowiązkiem jest dać dzieciakom „złote góry”. Rzucić im świat pod nogi, móc zabrać na Malediwy i pozwolić pływać z delfinami. Masz przed sobą perspektywę urlopu z dziećmi w domu? Nie daj się zniechęcić! Przy odrobinie fantazji i dobrej woli mogą to być najlepsze dwa, trzy tygodnie w całym roku.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czasem urlop jak łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Nasze dwa tygodnie wolności od pracy wypadły w fatalną pogodę? Dziecko z rotawirusem zmusza nas niespodziewanie do odwołania zaklepanej agroturystyki na Lubelszczyźnie? A może ekipa remontowa zamiast we wrześniu zaczyna remont naszej łazienki w lipcu? Chcąc nie chcąc, mamy przed sobą perspektywę spędzenia urlopu z dziećmi w domu. Nie dajmy się jednak zniechęcić! Przy odrobinie fantazji  i dobrej woli mogą to być najlepsze dwa, trzy tygodnie w całym roku. I to nie tylko dla dzieciaków, ale także dla nas. Jak to zrobić? Oto kilka naszych podpowiedzi:

 

Plany z rana lepsze niż śmietana

Być może na co dzień zarządzasz ludźmi, albo pracujesz na kierowniczym stanowisku i twoim chlebem powszednim jest planowanie. A może jesteś pełnoetatową mamą i… równie intensywnie planujesz: “Teraz drzemka, to obiad potem. Rano zakupy, po południu rehabilitacja, a po ciocię Wiesię na dworzec ty pojedziesz po pracy”. I nagle, kiedy zaczynasz urlop, albo na domowym pokładzie zjawia się urlopowy mąż, najbardziej chcesz odpocząć właśnie od planowania. Choć na moment nie kombinować czy położyć maluchy teraz czy lepiej po spacerze, nie musieć pamiętać, czy dało się już psu lekarstwo i kto dzisiaj opróżnia zmywarkę.

Jednak jeżeli masz przed sobą perspektywę urlopu z dziećmi i mężem w domu – jedna zasada jest ponad wszystkie – nie wolno głównemu managerowi rodziny zejść z kapitańskiego mostka. Od tego managementu nie ma niestety urlopu. Inaczej dni przelecą przez palce, was oboje dopadnie w którymś momencie frustracja, a dzieciaki spędzą czas przed telewizorem z komórką w ręku. Jeżeli ktoś chce odpocząć od zarządzania domem, musi zakomunikować to drugiej stronie jasno i wyraźnie. My sprawę planowania w czasie urlopu rozwiązujemy mniej więcej tak: rano zbiera się przy kawie nasz dwuosobowy zarząd. Biorąc pod uwagę prognozy, środki budżetowe i morale załogi, tworzymy pobieżny szkic dnia, przy czym ja pozostaję odpowiedzialna za oddolne zarządzanie (“A na obiad będą pierogi”), a mąż odpowiada za pomyślne przeprowadzenie rodziny przez wycieczkę na Wzgórza Trzebnickie z uwzględnieniem strategicznej decyzji: “Gdzie po wszystkim zjemy lody”.

 

 

Rodzic też człowiek – radość mu się należy

No dobrze. Załóżmy, że management działa na wysokich obrotach, dzieciaki zachwycone obecnością rodziców w domu z ekscytacją czekają na letnie przygody. W którą stronę skierować nasze myśli? Od czego by tu zacząć? Oczywiście od tych, którzy w temacie wypoczynku są najważniejsi czyli od siebie! To w końcu nasz urlop! Szczęśliwi ci rodzice, którzy w porę zdadzą sobie sprawę, że nasze potrzeby nie znikają wraz z pojawieniem się dzieci. Nie! Jedynie sposób ich zaspokojenia zwykle musi ulec zmianie. Dlatego „na dzień dobry” przypomnijcie sobie swoje myśli, kiedy siedzieliście do nocy nad projektami, albo uczestniczyliście w kolejnym obowiązkowym szkoleniu bhp w firmie. O czym marzyliście każdego ranka stojąc w korku?

Odpowiedź na to pytane jest kluczowa dla powodzenia całej misji domowych wakacji. Dlaczego? Bo sfrustrowany rodzic to żadna frajda dla dzieci. A zatem może powrót do biegania? Albo wybranie się rowerem na nowe wały wzdłuż Wisły? A może przygotowując obronę doktoratu spoglądaliście tęsknie w kierunku półek z powieściami Amosa Oza? Na początku urlopu pomyślcie czy nie można przypadkiem wciągnąć w świat waszej pasji dzieci? To wcale nie jest takie trudne! Kochasz książki? Zorganizuj z dzieciakami wypad do biblioteki miejskiej. Koniecznie tramwajem, albo autobusem. A potem stwórzcie gdzieś w domu “Strefę czytelnika”, nawrzucajcie tam poduszek, przynieście orzeszki i razem oddajcie się lekturze! Amos Oz w towarzystwie Mai i Lassego, Kici Koci, albo panien Borejko smakuje naprawdę wybornie.

Albo jeśli tak jak my, kochacie rowery, a Wasze pociechy są jeszcze za małe na samodzielną obsługę dwukołowców, może rozejrzycie się za przyczepką dla dzieci? W naszej zakręconej rowerowo rodzinie to jeden z najważniejszych sprzętów około-dziecięcych. Nie tylko umożliwił nam wspólne wypady rodzinne, ale także oszczędził frustracji starszym dzieciom, bo mama wcale nie musiała rezygnować z wycieczek “przez maluchy”. I nawet jeżeli “po godzinach” wymykamy się z domu w trasę sami, żeby pojeździć trochę na własnych warunkach, to jednak dla nas obojga wypady z dziećmi są najważniejsze. Dlaczego? Bo zamarzyło nam się jeździć z nimi za kilka lat po górach, a pasja – jak wiadomo – to nieuleczalna choroba, która często ma podłoże genetyczne.

 

 

Zaległe porządki? Serio?!

Pierwszy dzień urlopu, budzisz się później niż zwykle, już witasz się z wizją błogiego dnia w zwolnionym tempie, gdy nagle – wraz z ostatnim strzepnięciem snu z powiek – pojawia się w twojej głowie ona – szafa przy wejściu. Ta, w której obok kapeluszy przeciwsłonecznych wciąż leżą rękawiczki i polary, a na półce, na której powinny być tylko plecaki i torby są, nie wiedzieć czemu, dwa pudła pisaków, bliżej nieokreślone stwory z plasteliny i karton nakrętek, których nie zdążyliście donieść do przedszkola w maju. Zatem pełna/pełny werwy, jeszcze z kanapką w dłoni rzucasz się na tę szafę. W końcu nie zaznasz spokoju urlopowego, póki nie zutylizujesz tych nakrętek! Chwalebna postawa! Od tego przecież też jest urlop! Tylko obiecaj sobie jedno – kiedy skończysz tę szafę, nie rzucisz się na następną, a potem tylko jeszcze na szybki „rekon” pawlaczy i skrytki. A przede wszystkim nie odwiedzisz domowego “cmentarzyska skarpetek”, żeby po raz setny przekonać się, że one naprawdę wszystkie są nie do pary. Bo okrutna prawda jest taka – w domu zawsze (ZAWSZE!) jest coś do sprzątania.

Jeżeli nie umiesz się powstrzymać i boisz się, że kurz pod kanapą wygra z dzieciakami o twoją uwagę, ratunek jest jeden – wyjść, jak najszybciej i w te pędy – wyjść z domu! I zrobić dzieciakom na polance przy placu zabaw piknik niespodziankę. Naprawdę nie wiem, na czym polega magia pikniku, ale nasze dzieciaki dosłownie trzęsą się ze szczęścia na widok rozkładanego na trawie koca, kanapek w folii i kawałków arbuza w pudełku. Jeśli wrzucisz jeszcze pod wózek frisbee, albo piłkę, możecie spędzić urocze popołudnie wśród zieleni, która skutecznie powinna ukoić twoje porządkowe nerwy. W końcu kurz nie zając – nie ucieknie, a ładna pogoda na piknik nie będzie trwała wiecznie.

 

Pada? Czyli zabawa dopiero się zaczyna!

A co kiedy pada i pada? Tu nasuwa mi się od razu jedyna słuszna odpowiedź – tym bardziej wyjść! Jeżeli nawet nie podzielacie – równie entuzjastycznie, co my – miłości Świnki Peppy do kałuż – nic straconego! Jeśli macie w domu dzieciaki późnoprzedszkolne lub szkolne, zaproponujcie im jakiś szalony projekt. W naszej edukującej się domowo rodzinie, prawdziwym hitem w tym roku był np. Projekt “Amazonia”. W jego ramach dozwolone są dosłownie wszelkie inicjatywy waszej wyobraźni. U nas to były akurat urywki książek Wojciecha Cejrowskiego, “Rio 2”, słuchanie przed spaniem odgłosów dżungli i wielka, wielka makieta. A na niej trujące żaby z plasteliny, piranie, anakonda i krokodyle z modeliny, wodospad z pianki uszczelniającej (inicjatywa tatusia) i gęsta plątanina drzew z zielonej bibuły. Na koniec wizyta w zoo z konkursem “Kto wytropi więcej amazońskich zwierząt” (Wiedzieliście, że skalary pochodzą z Amazonii?). Tego typu projekty mają jedną ogromną zaletę – można w ich realizację włączyć prawie wszystkie dzieciaki (noworodki mogą mieć pewne kłopoty z precyzyjnym przyklejaniem leniwców do lian). Podczas gdy starsze czytają o anakondzie, młodsze mogą z metrówką unaocznić wszystkim jakich rozmiarów potrafi być to zwierzę (“Mamo! Rany! Gdyby tu była anakonda sięgnęłaby prawie do balkonu sąsiadów. I moglibyśmy po niej chodzić w odwiedziny”).

 

 

Na koniec oddajmy jeszcze sprawiedliwość i należne w tym zestawieniu miejsce planszówkom. Komu choć raz dzieciaki dokopały w “Dobble”, wie o czym mówię. Nie będę wymieniać naszych ulubionych gier, bo chyba każdy dom ma tutaj swoją specyfikę. Warto wspomnieć tylko o jednym: temat planszówek niekoniecznie musi rodzić napięcia między starszymi, a młodszymi dzieciakami. I chociaż może nie warto dopuszczać do stołu z rozłożoną partią szachów domowego pełzacza, albo zaciekawionego dwulatka, to już trzylatka można śmiało zaangażować jako bankiera w Monopolu (na kolanach rodzica), lub jako „wydawacza” zwierzątek w Farmerze. W ten oto sposób – trzymając się nomenklatury Farmera – “i wilk syty i owca cała”.

 

Czasem wydaje nam się, że naszym najważniejszym obowiązkiem jest dać dzieciakom „złote góry”. Rzucić im świat pod nogi, móc zabrać na Malediwy i pozwolić pływać z delfinami. I nawet kiedy słyszymy, że największym darem dla dzieci jest czas spędzony po prostu z nami, to i tak w tyle głowy wciąż widzimy te delfiny. A tymczasem perspektywa dziecka jest chyba jednak właśnie taka. Dwa dni temu przysłuchiwałam się rozmowie naszych starszych córek z sąsiadką (tą do której chciałyby chodzić po anakondzie). Dziewczynka opowiadała im o swoim dniu pełnym atrakcji w ramach jakiejś miejskiej półkolonii. Słuchając o odkrywaniu minerałów i pleceniu warkoczyków kucykom, zerkałam coraz bardziej zatrwożonym okiem na moje dzieciaki. Kiedy byłam już prawie pewna, że za chwilę usłyszę “Ale masz fajnie, też chciałybyśmy wykopywać takie minerały z ziemi”, nasza 7-latka bez drgnięcia powieki powiedziała: “A my byłyśmy dzisiaj z tatą po listwy do podłogi i woził nas na takim wielkim wózku!!! Całą czwórkę!!! A w dziale z cementem zrobił nam taki wiraż, że spadłyśmy wszystkie na ziemię. A potem zabrał nas na lody i powiedział, że jutro będziemy mogły z nim jechać po kleje”. To tyle w temacie delfinów, na które – swoją drogą – mam nadzieję, że kiedyś się wybierzemy.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki – prawnik, z naprawionego błędu – dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Odpocznij, a Twoje relacje na tym zyskają

Lockdown, niepewność, brak przewidywalności. Nagłe zmiany, obawa o zdrowie i życie najbliższych. Konieczność łączenia kilku ról naraz. Zamknięcie na niewielkiej przestrzeni z całą rodziną, albo przeciwnie – w samotności, braku kontaktu z tymi, którzy są dla nas ważni. Ostatnie kilka miesięcy to dla większości z nas nie był łatwy czas.

Basia Bartha
Basia
Bartha
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Krótki lont”? To normalne

Stres, niepewność, przeciążenie – to wszystko bezpośrednio wpływa na nasz stan i jakość relacji z ludźmi. Wszystkie kompetencje służące dbaniu o więzi, czyli empatia, otwartość na szukanie nowych rozwiązań, ciekawość drugiego człowieka – są dla nas dostępne, kiedy jesteśmy w dobrym stanie psychofizycznym. Kiedy jednak w grę wchodzi zmęczenie i nadmiar sytuacji wymagających od nas mobilizacji, nasz organizm przełącza się w tzw tryb walki lub ucieczki. Drażliwość, łatwo wybuchające konflikty, napięcie, irytacja – to zupełnie naturalne sygnały, że potrzebujemy zadbać o siebie. Dać sobie czas na oddech i regenerację. 

 

Odpoczynek i regeneracja są nam potrzebne do życia równie mocno, jak tlen czy woda. Bez odpowiedniej ilości czasu przeznaczonego na nie zaczynamy chorować, cierpią nasze relacje.

„Najpierw… przyjemności?” kilka słów o przekonaniach

„Najpierw obowiązki, potem przyjemności” – to zdanie (i wiele mu podobnych) być może służyło nam lub naszym rodzicom w lepszej organizacji, ale może też być przekonaniem, które już dawno nie odpowiada naszej rzeczywistości. Powoduje, że mimo że czujemy zmęczenie – nie dajemy sobie samym prawa do odpoczynku. Albo kiedy już przeznaczamy czas na coś, co nie jest produktywne, ale nas cieszy – mamy wyrzuty sumienia. Bo, jeśli popatrzymy uczciwie, to zawsze znajdzie się coś pilnego do zrobienia…

Tymczasem odpoczynek i regeneracja są nam potrzebne do życia równie mocno, jak tlen czy woda. Bez odpowiedniej ilości czasu przeznaczonego na nie zaczynamy chorować, cierpią nasze relacje, a radość z życia i szczęście gdzieś nam umyka. Odpoczynek i regeneracja nie są luksusem, na który trzeba sobie zasłużyć, ale naturalną i potrzebną częścią naszego życia. 

 

 

Odpoczynek, czyli co? 

No właśnie – mamy naprawdę różnie. Dla jednych z nas odpoczynek to cisza, spokój, dobra herbata i książka. Dla innych – wyjazd w zupełnie nieznane i nowe miejsce. Czas z przyjaciółmi. Koncert. Taniec. Malowanie. Tworzenie dla czystej przyjemności.

Jednocześnie potrzeby każdego z nas zmieniają się w czasie i w zależności od wielu czynników. Czasem to, czego najbardziej potrzebuję to zatrzymanie. A czasem wręcz przeciwnie – odmiana, różnorodność, ruch, zabawa, flow. 

Najważniejsze jest to, że nikt poza Tobą nie wie, co akurat w danym czasie najbardziej Ci posłuży. Nie masz pewności? Spróbuj. Sprawdzaj. Zacznij od zamknięcia oczu, kilku głębokich oddechów i pytania: „za czym tęsknię?” A potem – zrób jeden krok w tym właśnie kierunku. Potem już pójdzie z górki. 

 

Potrzebujemy czasu, na regenerację i dojście do siebie. Wyrozumiałości – dla samych siebie, i dla siebie nawzajem.

Różnice – punkt zapalny

Znasz to? Wyjeżdżacie na upragnione wakacje, a tu zamiast wytęsknionego odpoczynku – napięcia, różnice, irytacja, wyzwania. Jeśli spojrzymy na nie jak na naturalną część życia, będzie nam od razu lżej. Sama decyzja o odpoczynku nie sprawia koniecznie, że od razu jesteśmy w dobrym stanie. Potrzebujemy CZASU, na regenerację i dojście do siebie. Wyrozumiałości – dla samych siebie, i dla siebie nawzajem.

A co z różnicami? Były, są i będą. Nikt nie jest lepszy ani gorszy, bo akurat woli dany sposób spędzania czasu. Tęsknimy za byciem razem, za relacjami – to normalne. A jednocześnie czasem potrzebujemy najpierw pobyć oddzielnie, żeby samemu być w równowadze. W każdej chwili, a zwłaszcza w chwilach napięć, warto się zatrzymać i zapytać siebie: czego mi teraz potrzeba? Co mnie wesprze? A Tobie? Co dla Ciebie jest teraz ważne? Co Ci posłuży?

 

To jest proces. Cały czas uczymy się uważności na siebie samych i siebie nawzajem. Ale warto próbować, bo to właśnie te chwile kontaktu, poznawania siebie i szukania rozwiązań biorących różne potrzeby pod uwagę budują autentyczne, głębokie relacje.

 

Basia Bartha

Basia Bartha

Z wykształcenia matematyk i dyrygent, z wyboru mama dwójki, z pasji od ponad trzech lat zajmuje się komunikacją, która buduje kontakt, w szczególności Porozumieniem bez Przemocy (Nonviolent Communication). W ciągłym zachwycie nad tym, jakie cuda działa empatia. Ukończyła m. in. Intensywny Kurs Podstawowy NVC w Akademii NVC oraz studia podyplomowe „Porozumienie bez Przemocy wg Marshalla B. Rosenberga” w Collegium Civitas.
Prowadzi Facebook’owego bloga „Na dwóch nogach. Słyszę siebie, słyszę ciebie” oraz profil „Strefa Empatii” na Instagramie i Facebook’u.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Basia Bartha
Basia
Bartha
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap