Fot. Freepik

Talenty: nie ile, ale jak

W odpowiednim czasie, kondycji Twojego serca, w przychylnych warunkach, ziarenko talentu, którego może twierdzisz, że nie masz, znajdzie żyzną glebę. Może uda się ominąć suchą drogę, twarde skały i ostre ciernie. Może. Być może odkrywając swoje talenty będziesz miał prostszą drogę. Czasem jednak potrzeba wyobijania, uschnięcia, poharatania, by w końcu… obumrzeć, żeby narodziło się nowe i obfite.

Reklama

Droga, skały, ciernie – ciągle się staram i nic

Pisanie towarzyszyło mi od zawsze, choć bardzo powoli się rozwijało. Było jak ziarenko przerzucane między drogą, skałami a cierniami (por. Mt 13, 4-7). W końcu trafiło na żyzną ziemię (por. Mt 13, 8). Teraz, jak patrzę z perspektywy czasu, widzę, że zawsze było więcej we mnie wrażliwego humanisty niż ścisłowca, którym myślałam, że jestem.

Ale od początku.

Szkoła podstawowa, liceum (rzecz jasna o profilu matematyczno-fizycznym), a potem studia (politechniczne, które o dziwo skończyłam (!) zostając panią magister inżynier).

Reklama
Reklama

Słomiany zapał, niechęć do czytania lektur szkolnych, i w ogóle do czytania, ograniczone czasowo klasówko-wypracowania, które stresowały i zniechęcały do pisania (pamiętam taką jedną, na której oddałam pustą kartę zablokowaną niemocą twórczą, co było dla mnie wtedy dużym ciosem). Tym było tłamszone moje pisanie. Do tego niskie poczucie wartości, związane z nim porównywanie się z innymi, nadmierne słuchanie i przejmowanie się opiniami, radami innych. Moje pisanie co jakiś czas kiełkowało, by zaraz uschnąć. Było niestałe, bezowocne, wydziobywane przez innych, (por. Mt 13, 19-22), a często sama je po prostu deptałam.

Dostawałam dobre oceny z wypracowań, czasem usłyszałam jakąś pochwałę od nauczyciela, inni widzieli (jak się teraz dowiaduję), że byłam w pisaniu dobra. Ja sama wspominam momenty, kiedy pisząc czułam się “uniesiona nad ziemię”. Kiedy pracowałam nad wypracowaniem o wiośnie siedząc na balkonie z widokiem na zazielenione drzewa albo kiedy wrzucałam do Internetu bajki, które stworzyłam.

A jednak, z różnych powodów, wybrałam studia na politechnice. Co więcej, skończyłam je, bo nie umiałam z nich zrezygnować. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, w jakim innym kierunku chciałabym iść. Wolałam być tam, niż w jakiejś próżni (jak wtedy myślałam). Ciągle jednak czułam, że to nie to, to nie tu. Ale gdzie? Szukałam i wydawało mi się, że Bóg milczy i nic mi nie podpowiada.

Reklama
Reklama

Żyzna ziemia, czyli jak zostałam dziennikarką

A Bóg cierpliwie czekał, żebym mogła znieść prawdę o mnie (por. J16, 12-13). Krok za krokiem prowadził mnie za rękę, odsłaniał, dawał natchnienia.

W końcu, w odpowiednim czasie, kondycji Twojego serca, w przychylnych warunkach, ziarenko talentu, którego może twierdzisz, że nie masz, znajdzie żyzną glebę. Może uda się ominąć suchą drogę, twarde skały i ostre ciernie. Może. Być może odkrywając swoje talenty będziesz miał prostszą drogę. Czasem jednak potrzeba wyobijania, uschnięcia, poharatania, by w końcu… obumrzeć, żeby narodziło się nowe i obfite (por. J 12, 24).

Żyzna ziemia nie gwarantuje spokojnego wzrostu. Ona stwarza dobre warunki. Wspomaga. Moje serce wiedziało, że to ten grunt. Coś mnie do niego ciągnęło. Z początku badałam go niepewnie. Niby fajnie było, ale jakoś tak cicho i mało światła.

Reklama

Wchodziłam niepewnie w świat pisania, ciągle jeszcze mocno porównując się z tymi “lepszymi”. Tworzyłam bajki z myślą o moich przyszłych dzieciach. Nawet wrzucałam je na jakiegoś amatorskiego bloga. Pisałam maile o stanie zdrowia mojego męża, które z czasem się rozbudowały i ze stricte informacyjnych, stały się także terapeutyczne dla mnie i inspirujące dla innych. Maile zamieniły się we wpisy na blogu. To zaprowadziło mnie na Akademię Dziennikarstwa, bo czułam, że chcę iść dalej. A ostatnio od Przyjaciółki usłyszałam: “To już nie blogowe pisanie, a dziennikarstwo”.

Nie czuję się absolutnie dziennikarką (no i znowu to porównywanie, bo przecież żaden ze mnie Krzysztof Ziemiec – nie tylko z powodu płci – no nie?), ale to uświadomiło mi, że jest plon. W końcu! Po tylu latach meandrowania jestem rzucona w żyzną ziemię. Obumieram (nie powiem, że nie jest to momentami bolesne), ale równocześnie doświadczam smaku szczęścia. Kiedy ktoś uczy się wdzięczności, a czasem i wywraca swoje życie pod wpływem tego, co u mnie przeczytał, czuję się nawet więcej niż szczęśliwa. Muszę też przyznać, że często sama jestem zaskoczona treścią tekstu, który powstaje. To, co piszę jest dla mnie wyzwaniem, drogowskazem, bywa odkryciem, nawróceniem.

Nie ilość, ale jakość

Ostatnio często zastanawiam się o co chodzi z tymi talentami. Mam wrażenie, że jedni są obdarowani nimi obficie, inni mniej. Czasami talenty się z człowieka wylewają, kiedy indziej trzeba zaprzęgnąć do pracy małe dłutko i kawałek za kawałkiem, odkrywać. Cierpliwie czekać. Nie wiem dlaczego ktoś cudownie śpiewa, przy tym ma niezwykłe zdolności aktorskie, pięknie maluje, stepuje i jeszcze jest autorem wybitnych książek, a drugi, tak jak ja, musi tyle czekać, szukać, by znaleźć ziarenko, nie wiedząc z początku nawet o jego istnieniu (!), a potem jeszcze przez wiele lat o nie dbać zanim zobaczy skrawek zielonego listka.

Kiedy patrzę na tych wybitnie uzdolnionych albo przynajmniej tych uzdolnionych bardziej ode mnie (według mojej opinii rzecz jasna) nie dość, że budzi się we mnie zazdrość, to jeszcze oceniające samobiczowanie. Porównywanie się z innymi niczego dobrego przynieść nie może. To znaczy może, ale do tego potrzeba wiele z jednej strony świętego, a z drugiej własnej pokory. Jeśli jej brakuje, patrzenie na siebie kalką drugiego człowieka nie buduje, nie inspiruje, ale ściąga w dół, przynosi zgorzknienie.

Uspokojenie przyszło pewnego dnia, kiedy zrozumiałam, że Bogu nie chodzi o to, ile kto ma uzdolnień. Sęk w tym, żeby choć z tym jednym talentem coś porządnego zrobić. Nie ile, ale jak je rozwiniemy, zagospodarujemy. A może schowamy przed światem z obawy, lęku i z powodu innych szajsów, które sączy do naszych serc zły?

Nieważne czy masz pięć czy dwa talenty (por. Mt 25, 15). Ważne co z nimi zrobisz, jak je pomnożysz.

Nie masz ani jednego talentu? Nieprawda. Wierzysz? Przynajmniej jeden w sobie nosisz. To dobra nowina! Bądź wierny. Nie bój się zaryzykować. Nie poddawaj się w szukaniu. Byle nie było ono celem samym w sobie. Cel może być tylko jeden. On. Bóg. To On cię obdarował i tylko On zna drogę do twojego serca, do twojego talentu.

Daj się Jemu poprowadzić.


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę