Pomóż sobie samemu

Pomożesz samemu sobie, gdy zaczniesz pomagać innym. Nie ma pełniejszej radości niż ta, którą wywołuje stan zbliżenia się do miłości Boga i odnajdywania Go w ludziach.

Tomasz Samołyk
Tomasz
Samołyk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Piszę te słowa w piątek 29 stycznia, czyli w dzień, w którym Kościół zaproponował do rozważań czytanie z listu do Hebrajczyków (Hbr 10, 32-39), Psalm 37 oraz Ewangelię według Świętego Marka (Mk 4, 26-34). Powyższe źródła stanowią katalog moich “ściąg”, z których zamierzam korzystać dla dobra nas wszystkich, abym jak najmniej, w temacie pomagania, przemycił od siebie.

Reklama

Przed Świętami Bożego Narodzenia spotkałem w supermarkecie człowieka trzymającego w dłoniach kartkę, na której było napisane:  “Kupowanie rzeczy nie dam wam szczęścia”. Przyznałem mu w myślach rację i poszedłem… kontynuować zakupy.

Dziś, gdy próbuję opowiedzieć o pomaganiu, które definiuję jako służbę i rezygnowanie z samego siebie, czuje się jak ten człowiek, który w zenicie konsumpcyjnych, świątecznych uniesień, spotkał się z powszechną reakcją obojętności. Dziś bowiem wszystko wokół nas mówi, że im więcej będziemy myśleć o sobie, im więcej załatwimy/kupimy/zorganizujemy dla siebie, tym będziemy szczęśliwsi. W myśl z pozoru logicznie brzmiącej zasady: “dostanę coś, więc będę o to coś bogatszy (w domyśle: szczęśliwszy)”.

Nic bardziej mylnego.

Reklama

Stan szczęśliwości nie nadejdzie po zdobyciu jakiejś określonej ilości przyjemności. Nadejdzie w zupełnie inny sposób: po rezygnacji z samego siebie i oddaniu siebie w pełni.

“Albowiem współcierpieliście z uwięzionymi, z radością przyjęliście rabunek waszego mienia, wiedząc, że sami posiadacie majątek lepszy i trwały.” (Hbr 10, 34)

Czyż nasze życie nie przypomina wędrówki przez wielki supermarket, w którym kolekcjonujemy przyjemności w poszukiwaniu szczęścia? A ono jakoś nigdy nie chce nadejść. I uwaga, oznajmiam to z absolutną autorytatywnością: nigdy w ten sposób nie nadejdzie.

Ten prawdziwy stan radości wypełni nas tylko wtedy, gdy pozwolimy na… rabunek naszego mienia. Mienia, którym jest nasz czas, pieniądze, talent, zdobyte umiejętności i wszystko to czym dysponujemy. Z tego wszystkiego powinniśmy się codziennie dać ograbiać. Dostaliśmy to wyłącznie po to, by się tym dzielić.

Reklama

Tym jest przecież równanie do obrazu jedynej prawdziwej Miłości, którą jest Miłość Boga do człowieka: bezinteresowna, trwała, stale wyczekująca i wybaczająca oraz nieoczekująca niczego w zamian. Gdy zaczniemy do tej relacji równać i kształtować nasze relacje wedle tego wzoru, wówczas:

“Pan umacnia kroki człowieka
na drodze, która jest miła dla niego.
A choćby upadł, nie będzie leżał,
bo jego rękę Pan podtrzyma”
(Psalm 37)

Pomożesz samemu sobie zatem, gdy zaczniesz pomagać innym. Nie ma pełniejszej radości niż ta, którą wywołuje stan zbliżenia się do miłości Boga i odnajdywania Go w ludziach. Tu znów, nie musimy się niczego bać i z niecierpliwością wyczekiwać na owoce, bo:

“[Królestwo Boże] jest jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu.” (Mk 4, 31)

A jak pomagać gdy nie mamy pieniędzy, czasu albo gdy sami potrzebujemy pomocy? Zapytałem o to wszystko “zawodowców” od pomagania, a ich odpowiedzi zebrałem w tym filmie:

 

 

Tomasz Samołyk

Tomasz Samołyk

Pisarz, publicysta, vloger, redaktor, dziennikarz, montażysta i muzyk. Na swoim kanale na YouTube komentuje wydarzenia społeczne, polityczne, kulturalne i religijne. Jego mistrzem duchowym jest Tomasz à Kempis.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Tomasz Samołyk
Tomasz
Samołyk
zobacz artykuly tego autora >

Portret człowieka dobrego

Gdy ktoś mówi mi, że jestem dobry, odpowiadam odruchowo: "dlaczego nazywasz mnie dobrym - gdybyś mnie naprawdę znał, nigdy byś tak nie pomyślał". Głupie? Nie! Dołujące? Skądże znowu! Pokręcone? Może troszeczkę. Ale za to bardzo pocieszające. Serio.

Grzegorz Kiciński
Grzegorz
Kiciński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W dzieciństwie uwielbiałem się bawić w policjantów i złodziei. Losowaliśmy z kumplami, kto jest kim i rozbiegaliśmy się po podwórku w poszukiwaniu pistoletów z patyków. Potem były strzelanki, gonitwy na rowerach z obowiązkowym wyciem syren (biedni sąsiedzi) i ostrymi, długimi driftami na asfaltowych alejkach (biedne opony). Zanim dotarły do nas po kablu hollywoodzkie klasyki z gatunku crime story, odkryliśmy, że można losować dwa razy. Najpierw – czy jesteś policjantem czy złodziejem, a potem – czy w parze będziesz odgrywał “dobrego czy złego glinę” (niniejszym proszę policjantów o przebaczenie).

Reklama

Czasem byłem tym złym. Musiałem marszczyć brwi i grożąc patykowym rewolwerem recytować bez zająknięcia: “Żarty się skończyły. Gadaj, gdzie schowaliście lizaki!”. Czas mijał. Hollywood przekonywał cały świat (łącznie ze mną), że trzeba walczyć o swoje racje, że liczy się tylko happy end, że cierpienie nie ma sensu, że jak ktoś kogoś krzywdzi, to jest zły, a jak ktoś kogoś ratuje lub komuś pomaga, to jest dobry, itd. Nasiąkałem tym i zawsze chciałem być dobrym. Okazało się jednak, że coraz częściej “gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło”. Mogę się wysilać, napinać i prężyć a i tak w coraz większej części mojego istnienia wygrywa zło. Aż doszedłem do ściany z napisem: “Nie oszukuj się”.

 

Ojciec przy inkubatorze

Jezus nie bał się powiedzieć o mnie wprost, że jestem zły. On ma tego pełną świadomość. Nigdy mnie jednak tą prawdą nie rozjechał. Wykorzystał tą oczywistość, żeby mnie przekonać do rozmowy z Ojcem. Żebym mógł zakochać się w Jego dobroci. Skąd mi to przyszło do głowy? Od ponad 18 lat noszę w sobie zdanie Jezusa, który powiedział tak: “Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą”. (Mt 7, 11) Pierwszy raz rozważałem to zdanie na poważnie przy inkubatorze, w którym leżało nasze pierwsze dziecko. Skoro ja, choć jestem, jaki jestem, chciałbym mojemu synkowi dać bezpieczeństwo, pokój, czułość, to o ile bardziej Bóg chce to samo dać mi!

 

Dobro to nie to samo, co kanapka z dżemem dla dziecka. Dobro to kanapka z dżemem zrobiona z miłością

Czas na quiz (z samym sobą)

Czy potrafię cierpliwie tłumaczyć dziecku jak się sznuruje buta? Tak. Czy potrafię błogosławić moje dziecko, gdy kopnie tym butem swoją siostrę ze złością? Nie. Czy potrafię siedzieć godzinami przy chorym? Tak. Czy potrafię wysiedzieć spokojnie pięć minut, słuchając, gdy ktoś mnie niesprawiedliwie oskarża, błogosławiąc tę chwilę? Nie. Jeśli zatem kiedykolwiek przebaczyłem, usprawiedliwiłem, błogosławiłem lub pomogłem wrogowi, to zrobił to we mnie Bóg. Dobro to nie to samo, co kanapka z dżemem dla dziecka. Dobro to kanapka z dżemem zrobiona z miłością. Bez oczekiwania na zapłatę, bez pretensji, bez tworzenia listy długów. Gdy zatem ktoś mówi mi, że jestem dobry, odpowiadam odruchowo: “dlaczego nazywasz mnie dobrym – gdybyś mnie naprawdę znał, nigdy byś tak nie pomyślał”. Jest tylko Jeden dobry – Bóg.

Co z tego wynika? Jeśli kiedykolwiek ktokolwiek i w jakkolwiek sposób doświadczył ode mnie dobra, tzn. że doświadczył Boga we mnie. I to jest… zdumiewające i piękne. Jezus, który zna moje myśli i odruchy serca, zrobił deal, który zadziwił nawet aniołów w niebie. Przyjął moją naturę, przybił z tą naturą moje grzechy, zapłacił wszystkie długi i daje mi Swoje Ciało, żebym mógł kochać jak On. Z Nim jestem dobry, bez Niego – jak to już obliczyła św. Teresa – jestem nic plus grzech. Wolę zatem być z Nim i tworzyć wszystko nowe, kochać, przebaczać, dawać tysiąc dziewiątą szansę, podnosić się (i kogoś) z nadzieją, płakać nad sobą i śmiać się z siebie – wszystko w Nim ma sens i jest dobre – biedne kanapki z pasztetem w kolejce do punktu Caritas i porcja tiramisu z kawą w pachnącej kafejce z widokiem na góry, lasy i jeziora. Obu tych rzeczywistości smakowałem. W obu czekał na mnie Bóg.

 

Reklama

Prawdziwa miłość pozwala drugiemu zajrzeć do nieba. Zobaczyć, jak tam jest.

Oczy Boga

Redakcja poprosiła mnie, żebym napisał tekst pod roboczym tytułem “Portret człowieka dobrego”. Uśmiechnąłem się. Jest taka ikona św. Rodziny, na której św. Józef ma twarz cierpiącego Chrystusa. Józef stał się przezroczysty, żeby ludzie widzieli Boga. Spotkałem już kilka takich przezroczystych ludzi. Jedna z nich nazywa się Michaela. Służy w założonym przez siebie jedynym na Litwie hospicjum dla dzieci i dorosłych. Wiele razy widziałem jak leczyła strach ludzi przed śmiercią po prostu patrząc im prosto w oczy z miłością. Jak to się dzieje? Często myślę, że po prostu prawdziwa miłość pozwala drugiemu zajrzeć do nieba. Zobaczyć, jak tam jest. Maryja pokochała Józefa całym sercem, bo widziała w nim czułość i mądrość Boga a Józef pokochał Ją, bo w Jej oczach zobaczył ogień Ducha świętego. 

No i – jakby tu rzec – chciałbym, żeby i mój obraz był przezroczysty, żeby każdy z moich bliskich mógł, patrząc na mnie, zajrzeć do serca Boga. Ufam, że skoro ja potrafiłem czuwać przy zamkniętym inkubatorze, to Bóg tym bardziej wysiedzi cierpliwie przy zatrzaśniętych drzwiach mojego serca. Co więcej – jeśli ja potrafię robić kanapki z dżemem i radością (najlepsze wychodzą z chałką), to o ile bardziej Bóg ukaże się moim dzieciom z uśmiechem, pociągając ich do Siebie, niezależnie od tego, gdzie i kiedy zdążą się pogubić.

 

Grzegorz Kiciński

Grzegorz Kiciński

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Grzegorz Kiciński
Grzegorz
Kiciński
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap