video-jav.net

Holydays

Jednym z najczęściej powtarzanych haseł przed wyjazdem na wakacji jest to, że „nie ma odpoczynku od Boga“. Ma ono być główną zachętą do tego, żeby wierni w czasie swojego wypoczynku zdobyli się na ten wysiłek i poszli do Kościoła. Dlaczego wymagamy od siebie tak mało?

Polub nas na Facebooku!

Grupa młodych ludzi tworząca serwis Ewangelizacja.waw.pl oraz stronę na Facebooku „Żyj, módl się, kochaj!“ wpadła na pomysł zmiany tego hasła. Słyszymy więc, że „nie ma wakacji od ewangelizacji“. To zmienia postać rzeczy, prawda? To hasło ma nie tylko przypomnieć nam o tym, że w wakacje też można ewangelizować. Ma w ogóle uświadomić wierzącym, że na mocy chrztu każdy jest powołany do ewangelizacji!

Żeby nie pozostać gołosłownym wyżej wspomniane serwisy ruszyły z internetową akcją Holydays. O co chodzi? O zachęcenie do dzielenia się swoim przeżywaniem wakacji, wyjazdem w góry, nad morze, nad jezioro, czy po prostu spędzaniem wolnego czasu. W czym tkwi haczyk? W byciu widocznym. Nie chodzi o jaskrawy strój, czy dziwny wygląd. Chodzi o bycie widocznym ze swoją wiarą. Pierwszą ewangelizacją jest zawsze zwyczajna obecność ludzi wierzących, którzy potrafią zmusić drugiego człowieka do zastanowienia. Wyjście na ulicę w koszulce z fragmentem Pisma Świętego, czytanie katolickich czasopism w miejscach publicznych, chodzenie po górach z różańcem zaciśniętym w dłoni i wiele innych rzeczy, które obserwatorów zmuszą do zadania sobie prostego pytania: dlaczego?

Zdjęcia i krótkie filmy wrzucane na facebook z hashtagiem #Holydays2014 mogą stać się więc okazją także do ewangelizacji w internecie, a może też do promowania lokalnych inicjatyw ewangelizacyjnych? Świadectwo może dać każdy. Młodsi, starsi, świeccy, księża, bracia zakonni i siostry. Każdy jest powołany do głoszenia Dobrej Nowiny! Zagospodarujmy razem przestrzeń internetu, wyjdźmy do ludzi, uwiecznijmy to i ze swoimi wspomnieniami spotkajmy się pod tagiem #Holydays2014.

Holydays

Siódme: Nie kradnij

Co tak naprawdę wolno robić z utworami dostępnymi w Internecie?

Polub nas na Facebooku!

W ostatnim czasie wielu przerażonych internautów rozgłaszało, że otrzymali z pewnej kancelarii wezwania do zapłaty kwoty 550 zł w związku z naruszeniem autorskich praw majątkowych poprzez udostępnianie bez uprawnień wielu polskich filmów. Abstrahując od kwestii, czy takie działania kancelarii są prawidłowe (dokonanie zapłaty nie chroni użytkowników przed odpowiedzialnością karną), może warto uświadomić sobie, co tak naprawdę wolno robić z utworami dostępnymi w Internecie?

Myślę, że największy problem dotyczący wyznaczenia granicy, od której zaczyna się naruszenie praw autorskich polega na tym, że użytkownik nawet nie jest świadomy, że takiego naruszenia dokonał. W świecie realnym, gdy ktoś – na przykład – zje kawałek tortu, a drugim kawałkiem tegoż tortu podzieli się z kimś innym, to naruszenie tortu jako pewnej całości jest ewidentne. W świecie wirtualnym z kolei wiele osób może skopiować dany utwór, jak również udostępnić ten utwór innym osobom, a sam utwór nadal istnieje niejako nienaruszony.

Czy właściwie jest coś złego w tym, że w większym gronie obejrzę film? Że ściągnę sobie cały sezon mojego ulubionego serialu “House of Cards”? Że wrzucę na Facebooka zdjęcie koleżanki, na którym widnieje dodatkowo kilku naszych znajomych? Że ściągnę materiały do pracy magisterskiej z portalu chomikuj.pl?

Oczywiście, nie w każdej sytuacji dochodzi do naruszenia praw autorskich. Choć prawo autorskie ma za zadanie chronić “każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia” (art. 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych), to jednak umożliwia ono korzystanie z utworu już rozpowszechnionego w zakresie własnego użytku osobistego i to bez konieczności uzyskania zezwolenia twórcy. Jeśli więc zaproszę moich dobrych znajomych na noc filmową, w ramach której wyświetlę zakupione przeze mnie filmy DVD, to mogę potem spać spokojnie. Jeśli jednak byłaby to większa impreza, w gronie osób nieznajomych, należałoby takie wydarzenie zgłosić do właściwej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi (np. słynny ZAIKS) w celu uiszczenia odpowiedniej opłaty za korzystanie z utworu. Co do publikowania w sieci cudzych materiałów, to zasadniczo nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać na przykład na swoim profilu facebookowym zdjęcie wykonane przez koleżankę. Trudno sobie w relacjach koleżeńskich wyobrazić zawieranie w takiej sytuacji umowy licencyjnej (choć tak doradziłby prawnik), więc dobrze byłoby przynajmniej zapytać autora zdjęcia o jego zgodę na takie upublicznienie fotografii. Jeśli znajomi na umieszczonym przez nas zdjęciu są rozpoznawalni, to zgodnie z prawem należy zapytać ich o zgodę na rozpowszechnianie ich wizerunku. W odniesieniu z kolei do tzw. “chomika” – jeśli pobierzemy materiały od ich rzeczywistego autora, który wyraził zgodę na ich udostępnianie, również nie musimy obawiać się wizyty policji. To właśnie podstawowe zasady prawa autorskiego w dużym uproszczeniu.

Siódme: Nie kradnij

Zostaje nam nasz ulubiony serial. W powszechnym obrocie funkcjonuje taka złota zasada: “Jeśli już ściągasz filmy, to ich nie udostępniaj, za samo bowiem ściąganie nic ci nie grozi, ale za ich udostępnianie – już tak”. Jest w tym sformułowaniu ziarnko prawdy, bowiem odpowiedzialność karną na podstawie art. 116 ustawy ponosi tylko osoba, która bez uprawnienia rozpowszechnia cudzy utwór. Czy jednak na pewno sposób zdobycia utworu, tj. legalność jego źródła, nie ma w ogóle znaczenia? Otóż w wyroku wydanym w kwietniu 2014 r. przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w ramach interpretacji jednej z dyrektyw prawnoautorskich, wskazano na brak możliwości równego traktowania legalnego i nielegalnego źródła służącego za podstawę sporządzenia kopii na użytek prywatny. Należy zatem przyjąć, że uzyskanie utworu z nielegalnego źródła sprawia, że nasze działania także stają się bezprawne.

Może się wydawać, że meandry prawa autorskiego są skomplikowane i niezrozumiałe dla przeciętnych użytkowników Internetu. Jednak tak jak w każdej życiowej sytuacji, przed podjęciem pewnych działań, trzeba zastanowić się po prostu nad tym, jak my chcielibyśmy, aby korzystano ze stworzonych przez nas utworów. Czy naprawdę potrzeba było orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości, aby móc dokonać moralnej oceny pobierania plików z nielegalnego źródła?

Katarzyna Leśko

(aplikant radcowski w Przybycień i Mioduszewski Adwokaci i Radcowie Prawni s.c.)