Nasze projekty

Bóg spełnia swoje obietnice. Niezwykłe historie zaręczyn

Trzy pary narzeczeńskie i trzy różne historie zaręczyn. Łączy je wiara w Boże obietnice i nadzieja, że Bóg chce dawać jeszcze więcej dobra oraz miłość, którą widać nie tylko na wspólnych zdjęciach.

Reklama

 


Michalina i Marcin


„Wnuczka dziadziusia”

– Moja narzeczona to „wnuczka dziadziusia”, a ona zrobiłaby dla niego wszystko. Pan Wiesio jest schorowany, cierpi na raka, nie wiadomo czy będzie mu dane zobaczyć Michalinę w białej sukni, choć bardzo mu na tym zależy. W związku ze złym stanem zdrowia dziadka mojej ukochanej postanowiłem, że to on będzie towarzyszył mi na oświadczynach.

Reklama
Reklama

Ale zacznijmy od początku… Nasi bliscy coraz częściej pytali się nas, kiedy będą zaręczyny. Gdy po raz kolejny usłyszeliśmy to pytanie, to dla żartu Michalina wyjęła kalendarz na cały rok i  na chybił trafił padło na sobotę 18 kwietnia. Od tego czasu żartowaliśmy, że tego dnia weźmiemy ślub, ale nie wiemy,  w którym roku. Postanowiłem tę sytuację wykorzystać – mówi Marcin.

Reklama
Reklama

Tymbarkowe zaręczyny

18 kwietnia usadowiłem pana Wiesia na kanapie w pokoju i wtajemniczyłem w mój plan. Zawołałem Michalinę i powiedziałem, że dziadek ma do niej jakąś sprawę. Ukochana usiadła obok niego, a ja uklęknąłem, wyciągnąłem kapselek od napoju Tymbark z napisem „I love U” i  zapytałem, czy wyjdzie za mnie. Michalina śmiała się, zwłaszcza że oboje jesteśmy „tymbarkowi” i zawsze chcemy wiedzieć, jaki napis kryje się pod kapslem. To nie wszystko, bo wyciągnąłem z pudełeczka pierścionek… – wspomina Marcin.

– A ja rozpłakałam się wtedy ze szczęścia i mocno przytulałam Marcina. W pewnym momencie usłyszałam od dziadka: no powiedz „tak”, ile chłopak będzie czekał? Swoją odpowiedź wykrzyknęłam na całe mieszkanie dziadków – dopowiada Michalina.

Reklama

Jak rozpoznać „tę jedyną”?

– Zaręczyliśmy się po pięciu miesiącach związku, ale zdążyliśmy poznać swoje osobowości. Przede wszystkim zauroczył mnie jej charakter i to jak dobrze dogadywaliśmy się od samego początku. To dla mnie podstawa. Teraz bywają różne chwile, ale bardzo szybko potrafimy sobie wybaczać, rozmawiać i wtedy jest dużo lepiej.

Sądzę, że jeżeli ktoś zastanawia się się dłużej niż 2 lata nad tym, czy dana kobieta będzie „tą jedyną”, to radzę stanąć w prawdzie ze swoimi wątpliwościami oraz skupić się na tym, czego oczekuje od drugiej osoby i porównać z rzeczywistością. Nie można dać się ponieść chwili i samemu urokowi zewnętrznemu – radzi Marcin.


Marysia i Karol


fot. Miron Kaźmierski

Bóg zaprosił nas na kawę

– Pierwszy raz zobaczyliśmy się na rekolekcjach duszpasterstwa akademickiego działającego przy uniwersytecie UKSW w Warszawie. Później oboje pojechaliśmy ze wspólnotą na majówkę, ale dużo wtedy nie rozmawialiśmy. Bliżej poznaliśmy się na imprezach, na które chodziliśmy ze znajomymi z duszpasterstwa – opowiada Marysia.

– Któregoś dnia dostałem od Boga natchnienie, żeby zaprosić Marysię na kawę. Poszliśmy do kawiarni na Starym Mieście i bardzo dobrze nam się rozmawiało, w naszej relacji było dużo naturalności. Już po tygodniu zostaliśmy parą – dodaje Karol.

Na rękach ją nosił

– Pewnego dnia usiadłem przed komputerem, żeby zobaczyć w internecie, jak wygląda sprawa z pierścionkami zaręczynowymi. Już wtedy wiedziałem, że prędzej czy później chciałbym, aby to Marysia była moją żoną. Jako pierwszy pojawił się bardzo ładny pierścionek z różowym kamieniem, a to ulubiony kolor mojej ukochanej. Jeszcze przez kilka minut oglądałem inne modele, ale ten spodobał mi się najbardziej. Sprawdziłem, ile kosztował i jak długo czeka się na dostarczenie przesyłki. Okazało się, że dwa tygodnie, a wtedy akurat wypadała 1. rocznica naszego związku. Pomyślałem, że to idealny dzień na zaręczyny, jednak gdyby był w drodze o jeden dzień dłużej, to miałbym problem, bo następnego dnia wyjeżdżaliśmy z naszą wspólnotą do Medjugorje – mówi Karol.

– W międzyczasie bardzo ciężko zachorowałam. Nie byłam w stanie pójść sama do toalety. Do zdrowia dochodziłam u rodziców. Karol wtedy przyjechał do nas, opiekował się mną, siedział przy łóżku i nosił mnie na rękach. Jego obecność dużo dla mnie znaczyła. Jeszcze zanim poznałam go, modliłam się o to, żebym przy ewentualnych oświadczynach była w 100 procentach pewna, że to „ten jedyny”. W czasie choroby upewniłam się, że bardzo chciałabym, aby to Karol był moim mężem. Cały czas mi pomagał, wspierał i przekonywał, że do naszej rocznicy na pewno już będę zdrowa. O dziwo czułam się coraz lepiej – zdradza Marysia.

Zaskakujący SMS

– Przyjechaliśmy do Warszawy i tutaj spędziliśmy nasze święto. Najpierw poszliśmy na Mszę Świętą, potem na spacer nad Wisłę. Zastanawiałam się, co jeszcze Karol planuje, bo czułam, że na coś czekamy. Byliśmy też w „Zapiecku” na pierogach, później na herbacie w miejscu, gdzie mieliśmy pierwszą randkę. Po południu poszliśmy do kina na „Alladyna”. Mój chłopak wiedział, że bardzo chciałam obejrzeć tę bajkę. Pamiętam, że jej fabuła bardzo mnie wciągnęła, zwłaszcza końcówka, a Karol co jakiś czas wyciągał telefon i nie wydawał się zainteresowany filmem…

 W końcu powiedział, że musi na chwilę wyjść. Nieco później dostałam SMS: Przyjedź na Wybrzeże Helskie. Byłam zdziwiona, ale pojechałam.

– Gdy Marysia jechała autobusem, ja pędziłem przez las, by jak najszybciej dostać się na miejsce. Przyjechał do mnie też kolega, żeby przekazać pierścionek, który dotarł w ostatniej chwili – dopowiada Karol.

Bóg spełnia obietnice

– Mój wybranek czekał na mnie na przystanku. Poszliśmy na spacer, myślałam, że wejdziemy do klubu, w którym pierwszy raz zatańczyliśmy, ale jednak nie, skręciliśmy…

Zaczęło ściemniać się. W oddali zobaczyłam delikatne światełko. Podążaliśmy w jego kierunku. Moim oczom ukazała się urocza altanka i wielkie serce na piasku ułożone z muszelek, a w środku stał piękny lampion. Byłam zachwycona. Karol w pewnym momencie powiedział: możesz poodwracać muszelki. Na początku nie wiedziałam, o co mu chodzi. Okazało się, że na odwrocie każdej muszelki były napisane różne komplementy np. mądra, piękna, śliczna… Na ostatnich muszlach przeczytałam: „Marysiu” i zobaczyłam trzy kropki, wtedy Karol uklęknął i zapytał: czy zostaniesz moją żoną? – wspomina dziewczyna.

– Moja ukochana bardzo lubi muszelki, są dla niej znakiem Bożej miłości, tego, że Pan spełnia marzenia, bo nad upragnione morze pojechała, dopiero gdy miała 18 lat. Wiedziałem też, że Warszawa dla Marysi ma duże znaczenie, dlatego postanowiłem oświadczyć się w stolicy. Nie jestem najlepszy w planowaniu, ale gdy współpracuję z Bogiem, to wszystko wychodzi mi dużo lepiej. Tak też było z zaręczynami – mówi Karol.

Nie miałem żadnych wątpliwości

– Myślę, że przed rozpoczęciem wspólnej drogi trzeba być gotowym do podejmowanie ważnych decyzji. Warto też pracować nad miłością, akceptacją siebie, bo jak ktoś ma Ciebie pokochać, jeśli sam siebie nie darzysz miłością?

Przed zaręczynami i ślubem nie miałem żadnych wątpliwości. Sakrament małżeństwa zawarliśmy w tym roku w Boże Ciało. Jestem bardzo szczęśliwy jako świeżo upieczony mąż – wyznaje Karol.


Judyta i Mariusz


List do Boga

Z Marysią i Karolem przyjaźnią się Judyta i Mariusz, którzy również od niedawna są małżeństwem. Stacji7 opowiadają, gdzie poznali się oraz jak wyglądały ich zaręczyny.

– Wiem, że Bóg lubi dawać wielkie marzenia i spełniać je. Gdy modliłem się przed poznaniem mojej żony, to szczegółowo wypunktowałem Mu, jaka powinna być moja wybranka. Określiłem nawet kolor włosów, odcień skóry, charakter czy ulubioną muzykę. Wszystko to dostałem, a nawet jeszcze więcej. Choć przez kilka lat nic tego nie zapowiadało i bezskutecznie szukałem dziewczyny. Ukochaną poznałem w Warszawie na kolejnej imprezie Chrześcijańskich Singli. Byłem tam stałym bywalcem. Znałem już cały repertuar muzyczny, organizatorów i większość ludzi, a Judyta pierwszy raz spontanicznie przyjechała z przyjaciółką Marysią potańczyć. Później opowiadała, że była sceptycznie nastawiona do takich imprez. O drugiej w nocy pierwszy raz zatańczyliśmy – wspomina Mariusz.

– Po roku związku czułem, że nasza relacja potrzebuje już czegoś więcej. Moja dziewczyna też o tym myślała. Zastanawiałem się na modlitwie, czy mam wątpliwości dotyczące naszej znajomości i nie mogłem znaleźć niczego, co przemawiałoby przeciwko. Judyta była już na tyle dojrzałą kobietą, że pokazała mi jaka jest. Ja też wiele kwestii przepracowałem, chociażby na zajęciach terapeutycznych. Byliśmy już gotowi na poważniejszy związek. Czuliśmy, że Bóg nie naciska na dalszy rozwój wydarzeń, ale zaprasza nas do następnego kroku, by dać nam jeszcze więcej – mówi świeżo upieczony małżonek.

Boży spontan

– Marzyłem, żebyśmy zaręczyli się na plaży w Rio de Janeiro, ale stwierdziłem, że to wymagająca podróż i bardziej skupiłbym się na stresie, jak to wszystko dograć, niż na naszej miłości. Pytałem: Panie Boże, może gdzieś bliżej? Może w Europie? Do głowy przyszły mi Węgry, a jeszcze kolega doradził, żebyśmy pojechali nad Balaton. Gdy zobaczyłem zdjęcia, to pomyślałem, że to jezioro wygląda prawie jak ocean w Brazylii. Mimo, że nie znałem tego terenu, to postawiłem na Boży spontan.

Na Węgrzech najpierw zwiedziliśmy Budapeszt, a potem nastał wielki dzień wyprawy nad Balaton. Był lekki stres, Judyta zaczęła przeczuwać, że zbliża się coś ważnego – mówi Mariusz.

Zaręczyny z przygodami

– W podróży spędziliśmy sześć godzin zamiast dwóch. Nie tak to sobie wyobrażałem, ale na szczęście ukochana bardzo mnie wspierała. Przez pomyłkę wysiedliśmy jeszcze na innej stacji niż planowałem i to w ostatniej chwili, bo pociąg już ruszał. Potem długo spacerowaliśmy, a ja w międzyczasie szukałem wyjątkowego miejsca na oświadczyny. Usłyszeliśmy w oddali bijące dzwony kościoła stojącego na wzgórzu. W prezbiterium zobaczyłem fresk przedstawiający klęczącego Józefa przed Maryją. Przypadek? Pomyślałem, że tam oświadczę się, lecz do świątyni zaczęli przychodzić inni ludzie… Byłem już trochę zrezygnowany, ale Judysia zaproponowała, żebyśmy poszli jeszcze na jedną plażę – okazało się, że nazywała się „Weselna”, co więcej, weszliśmy na nią bez żadnej opłaty, bo nikt nie stał przy wejściu tak jak w innych miejscach. Bóg zatroszczył się nawet o taki drobiazg (śmiech).

 W końcu przemogłem się, uklęknąłem, choć nogi miałem jak z waty, i zapytałem: kochanie, czy wyjdziesz za mnie?  Judyta z radością krzyknęła: tak, tak! Przytulała mnie. Potem zatańczyliśmy nad brzegiem jeziora – opowiada.

– Ciekawa historia była też ze wzorem i rozmiarem pierścionka, oddałem tę sprawę Bogu – niech On wybiera. Nie dość, że podarunek spodobał się Judycie i pasował jak ulał, to trafna okazała się jego symbolika, bo wzór przedstawiał fale, a my zaręczyliśmy się nad jeziorem. Jednak to nie wszystko – najpierw wpłaciłem zaliczkę za pierścionek, a gdy go odbierałem, okazało się, że był tańszy o 40 procent. Bóg daje niespodziewane prezenty (śmiech) – zauważa Mariusz.

Perfekcyjni narzeczeni?

– Perfekcjonizm może przeszkadzać w rozwijaniu relacji. Przede wszystkim zachęcam, żebyśmy byli sobą i powierzali swój związek Bogu. Nie róbmy też sztywnych planów dotyczących zaręczyn, bo takie podejście może nas zamęczyć i zniszczyć niepowtarzalne, wspólne chwile.

Gdy mężczyzna wchodzi w związek, warto żeby już coś o sobie wiedział, próbował mówić o emocjach, ale również zmierzył się z samotnością, pustką, ciszą, bo tam spotyka Boga. Gdy narzeczona czy żona będzie pytała się ukochanego, co robić, żeby było dobrze, on zapyta się o to Boga, a Stwórca najlepiej wie, czego nam potrzeba – podsumowuje Mariusz.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę