„To był czas cudów”. Na Jasną Górę w indywidualnej pieszej pielgrzymce

Gdy nie było możliwości wyruszenia na pieszą pielgrzymkę same zorganizowały trasę, noclegi i wyruszyły w 10-dniową, indywidualną pieszą pielgrzymkę z Warszawy na Jasną Górę. O małych-wielkich cudach, pielgrzymowaniu bez grosza w portfelu, niezwykłej gościnności i nawróceniu opowiadają Katarzyna Małkowska, Renata Wasilewska, Monika Dubicka i Monika Stępniewska.

Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zofia Świerczyńska: Skąd wziął się pomysł indywidualnego pielgrzymowania na Jasną Górę?

Katarzyna Małkowska: Pomysł pielgrzymowania wyszedł ode mnie. Jeszcze przed pandemią zrodził się w moim sercu pomysł, by wyruszyć na samotną pielgrzymkę i wtedy brałam pod uwagę zagraniczny cel. Czułam, że droga mnie wzywa. Rozeznawałam na modlitwie czy to dobry pomysł i wszystko wskazywało na to, żeby iść. Ze względu na koronawirusa wyjazd za granicę był niemożliwy, dlatego pomyślałam, że w tym roku pójdę do Częstochowy. Podzieliłam się tym pomysłem z Renatą, z którą przyjaźnię się już od długiego czasu. Pomyślałam, że spośród moich znajomych, to chyba jedyna tak szalona osoba, która mogłaby się zgodzić na coś takiego (śmiech). Renacie spodobał się pomysł i miałyśmy pierwotnie iść we dwie, a później dołączyły dwie Moniki.

 

Czyli z początkowego planu niewiele udało się zrealizować – ani zagranica, ani w pojedynkę…

Katarzyna: Z czego się bardzo cieszę! (śmiech). Na początku obawiałam się wyruszenia z osobami, których nie znam (nie znałam wcześniej obu Monik). Ale modliłam się do Pana Boga za tę pielgrzymkę co najmniej kilka miesięcy wcześniej i wierzę, że to On zmieniał plany – zmieniło się i miejsce, skład, cała wizja tego, jak to miało wyglądać. I na początku mnie to złościło, że jest inaczej niż planowałam, ale teraz widzę i wierzę w to, że właśnie tak miało być. Chociaż nie było to dla mnie łatwe doświadczenie.

 

Jak wspomniałaś, Pan Bóg zmieniał też skład – dołączyła Renata, potem Moniki. 

Renata Wasilewska: Ja w ogóle nie planowałam iść na pielgrzymkę i nawet tego nie rozważałam w tym roku! Przed propozycją wspólnego wyjścia czytałam książkę i bardzo bliskie stały mi się słowa: Maryja jest wzorem głębi, gdzie można znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania życia codziennego i wydarzenia każdego dnia. Kilka dni później Kasia zaproponowała mi, żebym poszła z nią do Częstochowy. Potraktowałam to jako odpowiedź na moje pragnienie, aby odpowiedzi na swoje pytania szukać u Maryi. Zgodziłam się, ale im bliżej byłam pielgrzymki, z każdym dniem wydawało mi się, że to, że ja pójdę, to za mało, że trzeba również zanieść innych. Dlatego poprosiłam znajomych, bliskich, rodzinę o ich intencje, swoją tak naprawdę dołożyłam w Częstochowie, jak już właściwie doszłyśmy na miejsce. Potem opowiedziałam o tym Monice, która dołączyła do mnie i Kasi.

Monika Dubicka: To właśnie od Renaty usłyszałam propozycję, aby dołączyć. Od razu pomyślałam: „czemu nie?”. Super wyzwanie, super przygoda, do tego intencje, bez których nie da się pielgrzymować!

Monika Stępniewska: Chodzę na piesze pielgrzymki od 2014 roku i od tamtego czasu po prostu muszę co roku pielgrzymować! (śmiech). Kiedy dowiedziałam się, że Piesza Pielgrzymka Warszawska w tym roku się nie odbędzie, nastawiałam się, że będę pielgrzymować tylko duchowo. Ale bardzo chciałam iść na pielgrzymkę i miałam takie pragnienie, żeby pójść kameralnie, na własną rękę. Wiedziałam, że pójdę, ale jeszcze nie wiedziałam z kim. Któregoś dnia wyszłam z pracy i gdy szłam przez park, zadzwoniła do mnie Monika Dubicka proponując mi pielgrzymkę. Odczytałam to jako odpowiedź Maryi na pragnienie mojego serca.

 

Nie zabrałyśmy pieniędzy, bo chciałyśmy całkowicie zdać się na Bożą Opatrzność, nie kombinować „po swojemu”. To postawiło nas w sytuacji, gdzie zostaje nam jedynie Jego opieka. To jest niesamowite, gdyż na co dzień jest trudno być w pełni wolnym

Postawiłyście sobie poprzeczkę bardzo wysoko i zdecydowałyście, że nie zabierzecie ze sobą pieniędzy. Dlaczego?

Monika Dubicka: Chciałyśmy całkowicie zdać się na Bożą Opatrzność, nie kombinować „po swojemu”. To postawiło nas w sytuacji, gdzie zostaje nam jedynie Jego opieka. To jest niesamowite, gdyż na co dzień jest trudno być w pełni wolnym – mamy wszystko pod ręką, przyzwyczajamy się i uważamy to za normę. Chyba poza granicami Polski nie odważyłabym się na taką decyzję, ale w Polsce jest naprawdę dużo gościnnych ludzi z „sercami na dłoni”, o czym każdego dnia się przekonywałyśmy.

Monika Stępniewska: Pielgrzymka „o żebraczym chlebie” długo we mnie rosła. Pierwszą reakcją gdy dowiedziałam się od Moniki, że idziemy bez pieniędzy, było pytanie: jak to…? Potrzebowałam trochę czasu, aby podjąć decyzję, że chcę być wolna od pieniędzy w tej drodze. To doświadczenie przyniosło ogromne owoce.

 

Czego uczy takie doświadczenie?

Monika Dubicka: Tego, że do szczęścia naprawdę nie potrzeba wiele. Uczy wolności od rzeczy ziemskich, materialnych, tego, że prawdziwe szczęście daje tylko Bóg. Bałam się tego, gdyż na co dzień mam dosłownie wszystko, czego zapragnę, a tym doświadczeniem Pan Bóg pokazał mi, że On zatroszczy się o wszystko co mi potrzebne… wystarczy tylko Mu zaufać.

Monika Stępniewska: Innym cudownym doświadczeniem była ogromna życzliwość i gotowość innych do pomocy nam, pielgrzymom.

 

 

Trudno wyobrazić sobie pieszą pielgrzymkę w czwórkę. Kto choć raz był na pieszej pielgrzymce do Częstochowy ten wie, że właśnie to doświadczenie wspólnoty jest jej dużą siłą. Nie brakowało Wam tego na trasie?

Katarzyna: To zależy, jakie się ma oczekiwania. Ja nie chodzę regularnie na zorganizowane pielgrzymki, tak jak Monika, choć doświadczyłam takiej formy pielgrzymowania. Jeszcze w czasach licealnych byłam kilka razy na pielgrzymce salezjańskiej do Czerwińska, a po maturze poszłam z Warszawską Akademicką Pielgrzymką Metropolitalną do Częstochowy. Później byłam kilka razy na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, gdzie w końcu zobaczyłam, że „to jest to” – ta samotność, cisza. W zeszłym roku byłam też sama na Camino i muszę przyznać, że do mnie bardziej przemawia właśnie taka forma samotnego marszu. Wtedy jakoś łatwiej doświadczyć mi Pana Boga, mogę iść w swoim tempie i usłyszeć swoje myśli, bo nie ma tych wszystkich śpiewów (śmiech).

Monika Dubicka: Doświadczenie wspólnoty mocno objawiało się w tym, że widzieliśmy wielką otwartość ludzi przyjmujących nas na noclegi i tych, których spotykałyśmy po drodze.

Monika Stępniewska: Kocham ludzi i z nimi przebywać, ale czasem potrzebuję też przebywać w swoim towarzystwie, bądź kameralnym gronie, wtedy łatwiej o ciszę, mogę się bardziej skupić, odnaleźć spokój, być ze swoimi myślami, a także zwyczajnie wsłuchać się w rytm własnych kroków. Pielgrzymka w czwórkę pozwala na takie doświadczenie.

 

Zaplanowanie trasy, noclegów, wędrowanie z ciężkim bagażem na plecach, zorganizowanie każdego dnia – to duże wyzwanie. Jak sobie z nim poradziłyście?

Renata: Trasę układałam ja i brałam pod uwagę odległości, by każdego dnia było to nie więcej niż 30 km. Trasa pierwotnie liczyła 8 dni.

Katarzyna: Kiedy zobaczyłam tę trasę, to przyznaję, że od razu stwierdziłam, że to jest niewykonalne, bardzo to było ambitne (śmiech).

Renata: W ostatecznej wersji podzieliłyśmy trasę na 10 dni i nie była to trasa typowej pielgrzymki warszawskiej, która po drodze idzie do Niepokalanowa czy Smardzewic – omijałyśmy duże miejscowości, główne ulice, przede wszystkim z racji bezpieczeństwa – nie miałyśmy eskorty policji, porządkowych – szłyśmy raczej wioskami, ścieżkami leśnymi. Przy planowaniu noclegów zwracałam uwagę na to, by w danej miejscowości był kościół. Priorytetem była codzienna Eucharystia. Noclegi chciałyśmy mieć przy plebaniach w salkach i też założyłyśmy, że będziemy pytać ludzi, czy nam pozwolą rozbić namiot na podwórku.

Monika Dubicka: Wyruszyłyśmy po porannej Eucharystii i śniadaniu na plebanii z parafii św. Łukasza na Bemowie, gdzie razem z Renatą przynależymy do parafii. Dziennie pokonywałyśmy od 25 do 32 kilometrów. Ostatniego dnia miałyśmy do przejścia 14 km.

 

 

Zdarzyło się, że nie miałyście gdzie spać?

Monika Dubicka: Nie było takiego momentu, ostatecznie zawsze udało znaleźć się miejsce. Nie brakowało również ciepłego prysznica czy ciepłych posiłków. Ani razu nie czułyśmy głodu. A chleb przywiozłyśmy z powrotem ze sobą do Warszawy. Jedyna zimniejsza noc była w namiocie. Miałyśmy ze sobą dwa dwuosobowe namioty i tak naprawdę użyłyśmy ich tylko raz. Wprawdzie zaraz po ich rozbiciu zostałyśmy zaproszone na nocleg do domu, ale stwierdziłyśmy, że choć raz je wykorzystamy. Po trzech dniach zrezygnowałyśmy z nich zupełnie i je oddałyśmy. 

 

To chyba coś więcej, niż ludzka gościnność?

Monika Dubicka: Doświadczyłyśmy niesamowitego prowadzenia! Każdego dnia modliłyśmy się o dobrą i bezpieczna drogę i o otwartość ludzi, jakich Pan postawi na naszej drodze. Miałyśmy zwyczaj modlenia się przy kapliczce w miejscowości, gdzie planowałyśmy spędzić noc. Jak była plebania, szłyśmy z prośbą o wskazanie miejsca noclegu od razu do księdza. A jak nie było – to do ludzi. Kapłani początkowo podchodzili do nas z pewną ostrożnością, ale po chwili rozmowy wszelkie obawy mijały i byłyśmy mile zaskoczone przyjęciem i gościnnością. Księża dzielili się z nami jedzeniem z własnej lodówki, rano szli po bułki dla nas na śniadanie, robili ciepłą jajecznicę czy kiełbaskę na ciepło! W niedzielę zostałyśmy zaproszone na przyjęcie na plebanii – przywitano nas ciepłym barszczem, opłacono nam nocleg u sąsiada, który wynajmuje kwatery. Rano miałyśmy śniadanie i indywidualną Mszę świętą. Innym razem, po ulewie zboczyłyśmy z drogi i zatrzymałyśmy się na postój przy najbliższym kościele. Stało się tak, że ostatecznie wylądowałyśmy na… imieninach proboszcza, gdzie spędziłyśmy kilka godzin w towarzystwie jego przyjaciół. Wtedy można byłoby mówić nie o najedzeniu się do syta ale o przejedzeniu!

Monika Stępniewska: To była prawdziwa uczta dla ciała i ducha.

 

Miałyście moment kryzysu na trasie, że chciałyście zawrócić, wsiąść w najbliższy autobus i po prostu dojechać na Jasną Górę? 

Renata: Dla mnie fizycznie najtrudniejszy był trzeci dzień. Bardzo długie odcinki asfaltowe w pełnym słońcu. Miałam odparzone stopy i przez ostatnie kilometry trasy ledwo mogłam je oderwać od asfaltu. Duchowo natomiast najwięcej działo się we mnie przedostatniego dnia, wtedy miałam już dużo wątpliwości, pojawiały się myśli o szybkim powrocie do Warszawy. Trwało to do ostatniego dnia, po rozmowach z dziewczynami na ostatnim postoju wszystko odeszło. To była wielka ulga.

Monika Dubicka: Mój kryzys pojawił się w przedostatni dzień, gdy dopadło mnie zapalenie mięśnia nad stopą. Z bólem ciężko mi się szło, to była taka walka z samą sobą. Ale wiedziałam, że muszę dać radę, skoro zostało tak mało do celu!

Katarzyna: Przedostatniego dnia szło nam się ciężko i w dodatku źle oszacowałyśmy czas, okazało się, że możemy nie zdążyć na Mszę o 18. Każda z nas modliła się o to, żebyśmy zdążyły na Eucharystię i kiedy weszłyśmy do kościoła, była punkt 18:00. To był cud! (śmiech).

 

Wszyscy ludzie, których spotkałyśmy na drodze byli dla nas cudem. Sposób w jaki nas traktowano, ile nam dali dobroci i miłości. To było niesamowite, wręcz nie do pomyślenia, że może się wydarzyć.

No właśnie, pielgrzymka to też czas cudów… Co zaskoczyło Was na trasie?

Monika Dubicka: Przez pierwsze dwa dni trzymałyśmy się ustalonych miejscowości noclegowych. W kolejny już nie, dlatego musiałyśmy spać u ludzi, bo tam nie było kościoła i plebani. Wchodząc do Wielkiej Woli znalazłyśmy przydrożną kapliczkę i podeszłyśmy pomodlić się o nocleg. Nie miałyśmy pojęcia kim był święty, którego wizerunek był w tej kapliczce. Podeszłyśmy do pierwszych ludzi, którzy byli na podwórku, a ci skierowali nas do leśniczówki. Tam otworzyła nam pani i udostępniła miejsce w świetlicy wiejskiej. Była tam kuchnia, łazienka, wszystko. Później zaczęła nam przynosić jedzenie, pościel… Ci ludzie byli wspaniali, ugościli nas, zaproponowali pomoc na trasie, gdybyśmy miały jakieś kłopoty.

Renata: Później sprawdziłyśmy kim był „święty z kapliczki” i okazało się, że to był św. Roch, czyli święty patron pielgrzymów i żebraków. Kolejnego dnia, gdy modliłyśmy się o nocleg przy kapliczce, była tam przypięta karteczka z cytatem Mt 7,7 „Proście, a będzie Wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam”. Tego dnia długo zastanawiałyśmy się gdzie zapytać o możliwość przenocowania. W końcu weszłyśmy na jedno na podwórko, ale nikt nie odpowiadał. I przypomniał nam się ten cytat: „(…) kołaczcie, a otworzą wam”. Monika zapukała do drzwi. Wyszła Pani, która na pytanie: „Czy możemy rozłożyć namioty?” powiedziała, że oczywiście, udostępniła łazienkę, kuchnię. Mogłyśmy zrobić sobie kolację, zjeść, umyć się.

Katarzyna: Później przyszła wnuczka tej pani, której opowiedziałyśmy, że pielgrzymujemy na Jasną Górę. Zareagowała bardzo pozytywnie i szybko okazało się, że jest zaangażowana w działalność ewangelizacyjną, śpiewa razem z siostrą w zespole „Veritas” prowadzonym przez ojców franciszkanów. Później miałyśmy też przyjemność poznać resztę tej wspaniałej rodziny. Już następnego dnia, przed wyruszeniem w drogę, poprosiłyśmy dziewczyny z zespołu, żeby nam coś zaśpiewały. Wybrały piosenkę „Mimo drzwi zamkniętych”, więc to było też takie nawiązanie do tego, jak pomimo drzwi zamkniętych udało nam się spać akurat w tym domu. To nie mógł być przypadek.

Renata: Wszyscy ludzie, których spotkałyśmy na drodze byli dla nas cudem. Sposób w jaki nas traktowano, ile nam dali dobroci i miłości. To było niesamowite, wręcz nie do pomyślenia, że może się wydarzyć. Cudowny był też nocleg u Państwa Marii i Józefa, którzy nas przyjęli i razem się modliliśmy wieczornym Apelem Jasnogórskim. Pani Gosia i jej mąż, którzy nie dość że dali nam dostęp do świetlicy wiejskiej, to jeszcze obdarowali smakołykami na kolację i śniadanie. I wszyscy księża, których spotkaliśmy, bardzo nam pomagali.

 

 

Jak wspominacie sam moment przyjścia na Jasną Górę? Tradycyjne pielgrzymki „robią hałas”. Jak było u Was?

Katarzyna: Dla mnie wejście na Jasną Górę zaczęło się już kilka kilometrów wcześniej, na Przeprośnej Górce przy sanktuarium św. Ojca Pio, gdzie spędziłyśmy bardzo dużo czasu, aż trzy godziny. Nie było to planowane, ale potrzebne. Pod względem fizycznym to była dla mnie dobra pielgrzymka, nie miałam ogromnych trudów. Ale bardzo dużo się we mnie działo wewnętrznie. I ciągle nie było czasu, aby to przemyśleć. I w tym sanktuarium jak tak uklękłyśmy, w końcu była cisza. I poczułam niesamowitą obecność Ducha Świętego. Wtedy uświadomiłam sobie wiele trudnych rzeczy, także z tej pielgrzymki. Zobaczyłam swoją słabość, egoizm, za co jestem Panu Bogu wdzięczna, bo myślę, że gdyby było tak jak sobie pierwotnie założyłam, że pójdę sama, albo pójdę tylko z Renatą, to bym tego nie doświadczyła. Nie miałabym szansy dostrzec pewnych rzeczy. Ostatnie metry na Jasną Górę to była już taka „wisienka na torcie” całej pielgrzymki. 

Monika Dubicka: Postawiłyśmy sobie pytanie czy wchodzimy w ciszy, czy z różańcem na ustach. Zdecydowałyśmy, że będziemy odmawiać różaniec. Ale już później, na ostatniej prostej na Błoniach Jasnogórskich śpiewałyśmy pieśni i piosenki.

 

Czyli czuć było tę pielgrzymkową radość.

Monika Dubicka: Tak. Ja to w sercu czułam. W ogóle dla mnie Jasna Góra jest wyjątkowa – to takie miejsce mocno naznaczone Bożą miłością i opieką Matki. I bardzo szczególne w moim życiu.

Renata: Zdecydowanie tak! I w sercu i na twarzach. Nagrywałam film z naszego wejścia – u wszystkich widać bijącą z wewnątrz radość. Osobiście z każdym krokiem nie mogłam się doczekać dojścia przed tron Matki. I każda minuta dawała wiele radości, że to już za moment.

 

Przez te 10 dni Pan Bóg pokazywał mi rany, które nie zostały wyleczone, problemy, które nie zostały rozwiązane, a które zalegały na dnie serca, przyklepane codziennością.

Widzicie owoce tej pielgrzymki?

Katarzyna: Dla mnie to była trudna lekcja zauważenia swoich różnych słabości i grzechów, które wyszły w trakcie tej pielgrzymki. Ale to jest ogromna łaska, za którą jestem Panu Bogu wdzięczna. 

Monika Stępniewska: Czas pielgrzymowania był niesamowitym doświadczeniem otwartości Pana Boga i dialogu między mną a Nim. Przez te 10 dni pokazywał mi rany, które nie zostały wyleczone, problemy, które nie zostały rozwiązane, a które zalegały na dnie serca, przyklepane codziennością. Pan Bóg w swoim działaniu nie popędzał, nie przyspieszał, czekał aż będę gotowa na kolejny krok. Jest cierpliwy mimo tego, że często mówię, że nie rozumiem. On wpuścił świeżość do mojego życia. Dostrzegam, że te trudne wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu, są niepodważalnym dowodem Jego miłości do mnie. Pokazał mi, że już nie ja sama i nie ja wiem lepiej. On wie najlepiej co dla mnie dobre, podsyła mi rozwiązania.

Monika Dubicka: Przed wyruszeniem na pielgrzymkę wspólnie rozmawiałyśmy o tym, czego boimy się najbardziej. Ja choruję na zapalenie stawów i bałam się czy dam radę przejść taką trasę. I ta pielgrzymka mi pokazała, że Pan Bóg jakby daje takie małe cierpienie, kiedy rzeczywiście jestem w stanie je udźwignąć. A zabiera wtedy, kiedy jest to potrzebne. Na czas pielgrzymki całkowicie mi to zabrał i nie miałam żadnych dolegliwości. I On pokazał mi tym jaki jest wszechmocny. 

 

Myślicie, że doświadczenie pandemii spowoduje „nową tradycję” pielgrzymowania indywidualnego w mniejszych grupach i tym samym da alternatywę tym, którzy preferują samotne lub kameralne pielgrzymowanie?

Katarzyna Małkowska: Pielgrzymowanie samemu albo w małej grupie to zupełnie „inny typ pielgrzymowania”. W ten sposób można jeszcze bardziej doświadczyć Pana Boga, może dlatego, że to wymaga od nas „wyższego poziomu zaufania” przy planowaniu noclegów, organizacji dnia, szczególnie kiedy nie brałyśmy ze sobą pieniędzy. To zdanie się w stu procentach na łaskę Pana Boga. Na Jego opiekę, na Jego pomoc w tej drodze. Myślę, że to jest coś pięknego, co warto przeżyć.

 

 


Tekst opublikowano 19 sierpnia 2020 r.

Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Życie w obozie dla uchodźców na Lesbos

Kim są uchodźcy przebywający w obozie na Lesbos? Jak wygląda ich codzienne życie? Z Anią Mikołajczyk ze wspólnoty Sant Egidio, która spędziła czas na misji pomagając uchodźcom, rozmawia Anna Druś.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Druś: Czy to prawda, że wzięłaś urlop z pracy żeby pojechać do obozu dla uchodźców na Lesbos?

Anna Mikołajczyk: Tak, przeznaczyłam na to urlop.

 

Dlaczego?

Należę do działającej w Warszawie wspólnoty Sant Egidio, która zajmuje się zawsze tymi, którzy potrzebują pomocy. W Polsce skupiamy się na pomocy osobom bezdomnym, czy starszym, natomiast nasi przyjaciele z Włoch – ponieważ wspólnota pochodzi z Włoch – już od kilku lat szczególnie starają się być wśród uchodźców. Przede wszystkim tych, którzy są w ich kraju, ale też tych, którzy tłoczą się w przepełnionych obozach, np. na wyspach greckich. Do obozu na Lesbos pojechali po raz pierwszy w ubiegłym roku, na całe wakacje, zapraszając na swoją misję zaprosili też członków Wspólnoty z różnych krajów, a w tym roku zaprosili także nas z Polski. Z uwagi na obostrzenia pandemiczne misja w tym roku zaczęła się dopiero na początku sierpnia. Działamy na zasadzie wymiennej, to znaczy grupy wolontariuszy się zmieniają, przebywając na Lesbos od tygodnia do 10 dni. 

 

Co tam robicie?

Najogólniej: staramy się być blisko ludzi w potrzebie, poznając ich historie, badając, czego im potrzeba. Wspólnota wynajęła tam blisko obozu starą olejarnię, w budynku której urządziliśmy miejsce spotkań, które nazwaliśmy Restauracją Solidarności. Zapraszamy tam uchodźców, najczęściej rodziny wielodzietne, których w tym obozie jest najwięcej, ale też osoby starsze czy niepełnosprawne. Osoby ze Wspólnoty codziennie przygotowują tam dla nich obiad, dzięki pomocy też innych organizacji działających w tym obozie – od nich m.in. dostaliśmy kuchnię. Obiady trwają od 16 do 20. 

 

Ile w ten sposób dziennie gościcie osób?

Kilkaset.

 

Może tam przyjść każdy, bez wyjątku?

Każdy, kto ma bilet. Rozdajemy je codziennie rano w obozie, przechodząc od namiotu do namiotu, od baraku do baraku.

 

Chodziło nam o to, by znajdujący się w obozie ludzie dostali choć namiastkę normalnych warunków życia. Żeby choć raz mogli zjeść normalnie przy stołach, spotykając się z innymi, porozmawiać.

Czemu akurat restauracja?

Chodziło nam o to, by znajdujący się w obozie ludzie dostali choć namiastkę normalnych warunków życia. Żeby choć raz mogli zjeść normalnie przy stołach, spotykając się z innymi, porozmawiać. Na co dzień tego nie mają, ponieważ aby w obozie dostać jedzenie, trzeba stać kilka godzin w kolejce, by odebrać i tak zimny już posiłek. W tej restauracji chcieliśmy im stworzyć warunki podobne do tych, jakie znamy w restauracjach europejskich, w których sami bywamy ze znajomymi. 

 

Udało się?

Udało się, były stoliki, nakrycia, krzesła, oświetlenie, jak w restauracji. Były też rozmowy ich między sobą i ich z nami. 

 

O czym wam mówili? Ja sobie wyobrażam, że pewnie widząc europejczyka mogli zaczynać od pytania: dlaczego się na nas zamknęliście?

Nigdy nie zaczynali od pretensji, ja przynajmniej się z tym nie spotkałam. Raczej trzeba było ich wypytywać, zachęcać do otwierania. Wtedy najpierw mówili o dramacie życia w obozie, o tym, że się tego oczywiście nie spodziewali, że czekają, aż sytuacja się zmieni. Niektórzy z nich są niesamowicie cierpliwi. Bo czekając w obozie spotykają ich kolejne odmowy, potem znów oczekiwanie. Non stop ktoś ich prosi o jakieś bilety, jakieś dokumenty. Myślę, że to dla nich strasznie męczące i upokarzające. Nie spotkałam się jednak, by ktokolwiek z nich od razu się na to żalił. Jeśli już, to tylko niektórzy i pozwalali sobie na to dopiero w dalszej rozmowie. 

 

Fot. Anna Mikołajczyk

 

Chcieliby mieszkać gdziekolwiek, byle już nie w obozie dla uchodźców. Na ten moment, na zgodę by gdziekolwiek pojechać, czekają najbardziej. Żeby gdziekolwiek znaleźć miejsce dla swojego dalszego życia.

A jakie mają marzenia, oczekiwania?

Chcieliby mieszkać gdziekolwiek, byle już nie w obozie dla uchodźców. Na ten moment, na zgodę, by gdziekolwiek pojechać, czekają najbardziej. Żeby gdziekolwiek znaleźć miejsce dla swojego dalszego życia. Spotkałam np. dziewczynę z Kamerunu, która u siebie w kraju studiowała zarządzanie. Mówiła, że ponieważ kobiet w jej kraju nie dopuszcza się do takich zawodów, takich prac, mimo że mogą je studiować – ona pomyślała o Europie, jako miejscu, gdzie jako kobieta może się rozwijać. Wydała mi się przy tym niesamowicie kreatywna. Mówiła, że może robić wszystko, mieszkać gdziekolwiek. Chce po prostu być przydatna, tylko niech ktoś jej pozwoli cokolwiek robić. 

 

Czyli nie konkretyzują jakoś swojego docelowego miejsca? Na przykład, że chcą zamieszkać w Niemczech?

Nie, ale oczywiście wymieniają Niemcy czy Szwecję jako możliwy kierunek ich drogi, ponieważ już mają tam znajomych i rodzinę. Już są to dla nich miejsca rozpoznawalne, ponieważ pojawiają się w rozmowach, relacjach znajomych. Myślę, że to wynika z tego, że Niemcy czy Szwecja zawsze były traktowane jako kraje wyższego PKB oraz po prostu szybciej się na uchodźców otworzyli. Polskę uchodźcy znają mniej, ale jak mówiłam, skąd jestem, coś kojarzyli. 

 

Czy oni przygotowują się jakoś do życia w Europie już tam, siedząc w obozie? Uczą się języków?

Oczywiście, zresztą my sami jako Wspólnota im w tym pomagamy. Oprócz restauracji prowadziliśmy też dla nich zajęcia nauki języka angielskiego. Właśnie to było moje zadanie. I od razu zobaczyłam, jak to było potrzebne, ponieważ zainteresowanie tymi lekcjami było olbrzymie. Codziennie rzesza ludzi młodych i starszych, szła do tego naszego budynku z przepustką czy bez, legalnie czy nielegalnie, byle tylko posłuchać, coś zanotować. Chęć nauki jest olbrzymia. Szczerze mówiąc nigdy w Europie nie spotkałam takiej chęci nauki, zwłaszcza wśród dzieci. Nigdy nie spotkałam dzieciaków, które z taką dumą jak tamte nosiłyby zwykły zeszyt do jakiegoś przedmiotu. 

 

Miały już zeszyty?

Nie, dostali je od nas, takie zwykłe zeszyciki. Każdy je sobie podpisał. Niesamowitym przeżyciem dla mnie było spotkanie z takim małym Mustafą, 10-letnim Afgańczykiem, którego zagadałam raz gdy czekał na naszą lekcję na znajdującym się obok parkingu. Zapytałam, co ma w zeszycie. On otworzył zeszyt z taką dumą i pokazał, jak pięknymi literkami wykaligrafował cały angielski alfabet, ze słówkami na każdą literę, których ich poprzedniego dnia uczyliśmy. Wszystko mi przeczytał, co świadczyło, że on po ostatniej lekcji ze mną musiał to wkuwać. Poruszyło mnie, jak bardzo oni już jako dzieci zdają sobie sprawę z konieczności znajomości języka angielskiego!

 

Jak w ogóle wygląda życie tych dzieci w obozie? Co robią całymi dniami, jeśli oczywiście nie są u was na lekcji angielskiego? Rozumiem, że rodzice też nie pracują i mogą się nimi zajmować…

Ich rodzice nawet nie mogą mieć pracy, bo tego wymaga od nich pozwolenie na przebywanie w tym miejscu. Oczywiście czasem się między sobą organizują, podejmując się usług na których się znają, uruchamiając choćby zakład fryzjerski czy punkt krawiecki albo szkołę. 

 

Działa tam szkoła?

Coś na wzór, stworzyli to sami uchodźcy, bo wielu jest wśród nich nauczycieli. W prowizorycznym namiocie czy baraczku prowadzą zajęcia dla dzieci z baraków w ich okolicy. Nie brakuje też zajęć organizowanych przez inne organizacje charytatywne. Także my, Sant Egidio prowadzimy oprócz szkoły angielskiego coś co nazywamy Szkołą Pokoju. To takie różne zajęcia dla dzieci: gry, zabawy, rysowanie, malowanie.

 

Jak wygląda tam kwestia religijności? Stereotyp pewnie jest taki, że w obozie dla uchodźców pewnie słychać ciągle muzułmańskie modły albo nawoływania muezinów…

Prawdę mówiąc nie słyszałam żadnych muezinów, żadnych publicznych modlitw muzułmańskich, choć ich obecność widać choćby po strojach muzułmańskich kobiet. Najczęściej są to Afgańczycy. W tzw. dżungli – czyli ogromnym podobozie wokół obozu – ja meczetu nie widziałam. Te modlitwy w ciągu dnia też raczej odprawiają indywidualnie, każdy w swoim obejściu. Pamiętajmy też, że jeśli muzułmanie są uchodźcami, to najczęściej religijnymi, co oznacza, że należą do odmiany islamu która jest prześladowana w ich kraju, jak choćby Hazarowie. Są tam też oczywiście chrześcijanie i kościoły, do których chodzą najczęściej afrykańczycy różnych wyznań. Zarówno katolicy jak i wyznawcy różnych odmian ewangelikalnych. Zobaczyliśmy to, gdy raz poszliśmy do tej “dżungli” w niedzielę: różne spotkania religijne, rozmowy, kaznodzieje na ulicach. Także my zapraszaliśmy na nasze Eucharystie tych, których jakoś już poznaliśmy.

 

Fot. Anna Mikołajczyk

 

Uchodźcy są zwyczajnymi ludźmi, zwyczajnymi rodzinami. Wykonują przeróżne zawody. Zobaczyłam też, jak bardzo krzywdzące są krążące o nich w Polsce stereotypy, np. ten, że uchodźcy to terroryści. Dotarło do mnie, jak bardzo to nieprawda. Zobaczyłam normalnych, podobnych do nas ludzi.

Co cię najbardziej na Morii zaskoczyło?

Ich podobieństwo do nas. To, że uchodźcy są zwyczajnymi ludźmi, zwyczajnymi rodzinami. Wykonują przeróżne zawody. Zobaczyłam też, jak bardzo krzywdzące są krążące o nich w Polsce stereotypy, np. ten, że uchodźcy to terroryści. Dotarło do mnie, jak bardzo to nieprawda. Zobaczyłam normalnych, podobnych do nas ludzi. To są ludzie, których sytuacja polityczna w ich rodzinnych krajach albo wojny zmusiła do ucieczki by zapewnić swoim dzieciom czy starszym rodzicom bezpieczeństwo i godne życie. Przerażające jest to, że oni na tę podróż do Europy – która wydawała im się miejscem bezpiecznym – wydali oszczędności całego swojego życia. Gdy to marzenie się realizuje, dopływają do Grecji pojmowanej jako wrota Europy i kierowani są od razu do tymczasowych obozów. Bez żadnej informacji, na jak długo, bez żadnej polityki tego, co dalej się ma wydarzyć. Niektórzy z nich są tam przez kilka miesięcy, inni przez rok, mieszkając w prowizorycznym namiocie z piątką, szóstką czy siódemką dzieci czekając na spotkanie z urzędnikami, którzy zdecydują czy mogą zostać w Europie, czy mają wracać do Turcji. 

 

Do Turcji?

Tak, tam są najczęściej deportowani, choć przecież nie są z Turcji, nie uciekali stamtąd. Uciekali z Afryki np. z Sudanu czy Kamerunu. Pokonują tą wielką drogę z centralnej Afryki po to, by się dostać do Europy. Uderza mnie jednak ta ich cierpliwość, próba odnalezienia normalności w tym obozie. Widziałam tam trzy uruchomione przez uchodźców sklepy, zakład krawiecki z reklamą, widziałam fryzjera, który miał suszarkę, lustro i krzesełko, a sam miał “odjechaną” fryzurę i wyglądał świetnie. Widać po nich wszystkich wielką kreatywność. Widać, że to są ci, którzy w swoich rodzinnych krajach chcieli wziąć sprawy w swoje ręce i wydostać się z piekła swojego życia. Oni często opowiadają historie o wojnie, o tym że byli aresztowani, że ich rodzina musiała ich wykupować z więzienia, że w swoim kraju nie mogli prowadzić normalnego życia i bali się o swoją rodzinę. A wyjazd stamtąd był desperacką decyzją poszukiwania lepszej przystani dla siebie. 

 

Zadam pytanie, które można często przeczytać w różnych dyskusjach na ten temat w Internecie: nie da się im pomagać na miejscu?

Przede wszystkim trzeba najpierw ustalić, co to znaczy “na miejscu”, gdzie to jest? Bo jeśli chodzi np. o Syryjczyków, to im pomagać na miejscu się najczęściej nie da. Pomaga się im więc w Libanie, gdzie oni najczęściej uciekają, czyli już są uchodźami. To nie jest wcale tak, że oni chcieli z tej Syrii uciekać. Jeśli uciekli, to najczęściej musieli, nie mieli innego wyjścia. 8-letnia wojna już zniszczyła całe ich życie, to wszystko, co budowali. Na pewno ja nie jestem osobą, która mogłaby komuś takiemu powiedzieć, aby tam został i dalej czekał aż wojna się skończy. Drugą sprawą jest to, że oni tę decyzję o ucieczce już podjęli, już z tej Syrii, Afganistanu, Kamerunu czy Togo uciekli. Myślę, że pomoc jest potrzebna i osobom na miejscu – i tym, którzy już uciekli. Oni też nie mogą żyć jak zwierzęta, być traktowani przedmiotowo. A to widzieliśmy. Choćby w zamknięciu obozu tłumaczonym sytuacją epidemiczną. Europa się już otworzyła, latamy samolotami na wakacje, a oni siedzą tam zamknięci. Covid i pandemia stały się dodatkowym powodem, by ich upokorzyć i zamknąć. My, aby się móc z nimi spotkać czy zapraszać na obiady, musieliśmy posiadać specjalne zgody. 

 

Widziałam wśród twoich zdjęć z tego wyjazdu jedno, które mnie bardzo poruszyło: wielka góra porzuconych kamizelek ratunkowych, które noszą uchodźcy płynący do Europy. Co to za miejsce?

To miejsce nazywa się Wzgórze Kamizelek i jest rzeczywiście bardzo symboliczne. Robi imponujące wrażenie. Są to sterty porzuconych przez uchodźców lub wyrzuconych przez morze kamizelek ratunkowych, szczątków łodzi czy pontonów. Trzeba pamiętać o tym, że nie wszyscy właściciele tych kapoków zginęli, nie wszyscy są ofiarami swojej podróży do Europy. Choć część na pewno tak. Te kapoki wyrzuciło morze akurat na Lesbos, bo to wyspa znajdująca się bardzo blisko Turcji, gdzie najczęściej płyną w pierwszej kolejności. Dzieli ją coś około kilkunastu kilometrów. I choć dopłynięcie stamtąd na Lesbos nam wydaje się pewnie proste, to musimy pamiętać, że ci ludzie płyną najczęściej bardzo prowizorycznymi bareczkami, pontonami. Te kapoki, które mają na sobie, również nie są tej jakości jaką my znamy z naszych sklepów sportowych. Są z prowizorycznych materiałów. Ci, którzy dobijają do brzegu, te wszystkie rzeczy od razu zostawiają i jak najszybciej chcą się dostać od razu na ląd. Wzgórze Kamizelek powstało właśnie z tych rzeczy i jego rozmiar pokazuje, jak wielka jest to skala zjawiska, jak wielu ludzi tutaj przypłynęło.

 

Fot. Anna Mikołajczyk

 

Przybijają prosto do miejsca, gdzie znajduje się obóz?

Nie, obóz jest oddalony od tej plaży o około 100 km. Po dopłynięciu są najczęściej przechwytywani przez grecką straż przybrzeżną czy ogólnie: administrację wyspy i dopiero transportowani do obozu. Dlatego też, gdy tam byłam, uświadomiłam sobie, jak wielka odpowiedzialność, jak wielki ciężar spada na administrację tej małej wysepki i w ogóle na Grecję. Wydaje mi się, że tak nie może być. Grecy zostali z tym problemem zostawieni sami sobie. Gdyby te 15 tys. osób, które teraz są w obozach na wyspie Lesbos zostało rozlokowanych w Europie, w różnych krajach, nie byłoby wielkim problemem. To nie jest bardzo wielka liczba. Ale jeżeli oni są na małej wysepce, w jednej miejscowości – to jest to już problem. Dlatego właśnie zupełnie się nie dziwię, że są tutaj takie lokalne napięcia, że mieszkańcy tej wyspy się burzą. Tu jest potrzebna solidarność Europy, solidarność nas wszystkich oraz mądry sposób przyjęcia tych osób. 

 

Pewnie powiesz, że są nim Korytarze Humanitarne?

Korytarze Humanitarne wymyśliła właśnie Wspólnota Sant Egidio, gdy tylko we Włoszech pojawił się problem zalewu uchodźców. Ten projekt jest sposobem na to, by uchodźców do Europy sprowadzać na godnych warunkach. My najpierw ich poznajemy, przygotowujemy ich do przyjazdu i potem już na miejscu w danym kraju europejskim pilotujemy. Często są to lokalne wspólnoty lub parafie. Wspólnota plotuje uchodźców w danym miejscu, pomaga im znaleźć miejsce do zamieszkania, pracę, uczy języka i pomaga zaaklimatyzować się dobrze w nowym społeczeństwie. Świetnie działa to już we Włoszech, w co zaangażowany jest osobiście papież Franciszek przez swojego jałmużnika kard. Krajewskiego

 

Wiem, że był pomysł, aby ten projekt działał także w Polsce.

Tak, nawet wiele było już przygotowane, ale utknęło. Nie wiem dokładnie dlaczego. Ale wierzę, że takie wyjazdy jak ten nasz i późniejsze nasze spotkania z przedstawicielami Kościoła czy politykami pomogą zwrócić nasze oczy na sytuację tych ludzi i może pozwoli wrócić do tego pomysłu. 

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap