Roman Zając: Biblii nie można się bać

Biblia jest księgą świętą, ale to nie znaczy, że mamy się bać ją wziąć, aby jej nie sprofanować – mówi w rozmowie z KAI Roman Zając. Lubelski biblista i demonolog opowiada o swojej miłości do Pisma Świętego, której owocem jest jego najnowsze wprowadzenie do Pisma Świętego „Biblia. Początek”. Książka ukazała się nakładem Stacji7 i wydawnictwa „Znak”

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Michał Plewka, KAI: O Biblii mówi się bardzo dużo i wiele książek na jej temat zostało już napisanych. Czy przypadkiem nie powiedziano o niej wszystkiego co było możliwe? Jak pańska najnowsza książka „Biblia. Początek” wpisuje się w cały ten księgozbiór?

Roman Zając, biblista: Miałem wątpliwości, czy jest sens pisania książki wprowadzającej w Biblię. Rzeczywiście takich książek jest bardzo dużo i są one dobre. Kiedy zaproponowano mi napisanie takiego przystępnego wprowadzenia do Pisma Świętego od początku wiedziałem, że nie można mnożyć bytów. Dlatego jest ono napisane w lekkiej formie i przystępnym językiem, tak aby czytelnik bombardowany przez otaczającą go współczesną popkulturę, mógł z niego skorzystać i odnaleźć w nim interesujące go treści.

 

KAI: W jaki sposób próbuje pan zainteresować swojego czytelnika Pismem Świętym?

– W książce znajduje się wiele odniesień do kultury popularnej, na przykład filmów Monty Pytona, czy Quentina Tarantino. Ale jest to też moja najbardziej osobista książka, bo uważam, że do czytelników bardziej niż moralizatorstwo, przemawia osobiste świadectwo. Znajdują się w niej moje osobiste przemyślenia, czy przeżycia, a nawet anegdoty, jakie kiedyś mi się w życiu przytrafiły. Chcę pokazać, czym dla mnie jest Biblia i jak moja przygoda z Biblią się zaczęła.

Pismo Święte ciągle jest zagadką. Młodzi ludzie zadają dzisiaj na jej temat wiele pytań, np. w jakim języku była pisana Biblia, czy Pan Jezus był poliglotą, w jakim języku rozmawiał z Mojżeszem? W tej książce staram się na takie proste pytania odpowiedzieć. Liczę, że stanie się ona dla czytelników początkiem przygody z Pismem Świętym.

 

tarantino

 

KAI: Nie obawia się Pan, że dla niektórych takie nawiązania do popkultury w przypadku Biblii będę obrazoburcze?

Biblia jest księgą świętą, ale to nie znaczy, że mamy się bać ją wziąć, aby jej nie sprofanować. Przez niektórych katolików Pismo Święte jest postrzegane jako coś tak świętego, że czytanie go zostawiają księżom, bądź teologom, a sami choć mają je w domu, to nawet do niego nie zaglądają. A przecież słowo Boże nie jest po to, aby kurzyło się na półce, ale żeby nim żyć na co dzień.

Pan Jezus mówił prostym i obrazowym językiem, czego przykładem są na przykład przypowieści. W ogóle cała Biblia porusza nie tylko bardzo ważne kwestie związane ze zbawieniem człowieka. Można znaleźć w niej też sporo fragmentów humorystycznych, są opowieści sensacyjne, a księga Pieśni nad Pieśniami jest wręcz erotykiem. Nie jest tak, że Biblia jest księgą o świątobliwych mężach, którzy dzięki swojemu przykładnemu życiu powinni być dla nas wzorem. Przeciwnie. Biblia pokazuje ludzi utytłanych w grzechu, którzy próbowali się z tego wydostać, którzy zmieniają swoje życie.

 

KAI: To, że Biblia jest bestselerem wydanym w niezliczonej ilości przekładów i języków nie przeszkadza w tym, żeby była księgą zapomnianą. Jak trzeba mówić o Piśmie Świętym, aby zachęcić ludzi, by po nie sięgnęli?

– Ludzie nie czytają tylko Pisma Świętego, ale w ogóle nie czytają. To rzeczywiście problem, jak zachęcić ich, aby sięgnęli po Biblię. Okazją do tego jest na pewno duszpasterstwo – m.in. kręgi biblijne. Ważne są też różne inne inicjatywy, choćby zainicjowany przez Stację7 portal Twoja Biblia, gdzie nie tylko można czytać teksty biblijne, ale już wkrótce zorganizowany zostanie wielki quiz wiedzy biblijnej. To wszystko ma duży wpływ na popularyzację Pisma Świętego.

 

KAI: Popularyzuje pan Pismo Święte również w sieci, gdzie w księdze objawionej odnajduje pan odpowiedzi na pytania dotyczące ludzkiego życia: o przeżywaniu samotności i porażki, o tym, jak być szczęśliwym, o przyjaźni i miłosierdziu. Skąd zrodził się pomysł na pisanie o Biblii w taki sposób?

– Do Biblii możemy podchodzić w różny sposób. Możemy ją czytać jako źródło historyczne, albo jako dzieło literackie. Znaleźć można w niej mnóstwo przygód i opowieści, które są źródłem wielu adaptacji filmowych. Jednak Biblia pozwala spojrzeć na te wydarzenia oczami Boga. Lektura Pisma Świętego, jak mówią dokumenty Kościoła, jest takim miejscem, gdzie może dojść do spotkania człowieka z Bogiem. A przecież Bóg jest miłością, który pozwala człowiekowi zobaczyć swoje życie w zupełnie innej perspektywie.

Prawie każda z ksiąg Biblii opowiada historię Narodu Wybranego i mówi o obecności Boga pośród swojego ludu. Dzięki temu każdy z nas może w Piśmie Świętym odkryć swoją historię zbawienia. Mimo tego, że świat poszedł do przodu i żyjemy w zglobalizowanych czasach, to ludzkie kryzysy i zmartwienia ciągle są do siebie podobne. Tak samo boli dziś zdrada małżonka, czy utrata dziecka.

Biblia daje szansę, że przez dostrzeżenie obecności Boga w życiu biblijnych bohaterów, doświadczymy Boga w naszym życiu. Ta wielopłaszczyznowość i bogactwo sprawiają, że Biblia jest dla mnie tak bardzo fascynująca. To sprawia, że jest moją miłością, którą chcę się dzielić z innymi.

 


Książka Romana Zająca „Biblia. Początek” jest pierwszą publikacją serii należącej do szerszego projektu Stacji7, którego celem jest popularyzowanie lektury Pisma Świętego. Na wiosnę ukaże się kolejna książka pt. „W poszukiwaniu prawdy”. Szczegóły na temat inicjatywy odnaleźć można na portalu ewangelizacyjnym www.twojabiblia.pl oraz na portalu www.stacja7.pl

Roman Zając, „Biblia. Początek”, Wydawnictwo „Znak”, 2016.


rozmawiał Michał Plewka / Warszawa

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Po ŚDM nie odpoczywajmy, ale wykorzystajmy tę energię! [ROZMOWA]

Młody człowiek nie chce być jedynie obserwatorem, on chce być aktywnym uczestnikiem życia Kościoła, bo inaczej w ogóle go w Kościele nie będzie – mówi w rozmowie z KAI abp Stanisław Gądecki

Polub nas na Facebooku!

Z arcybiskupem Stanisławem Gądeckim, przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Marcin Przeciszewski (KAI)

 

KAI: Ponad miesiąc temu zakończyły się Światowe Dni Młodzieży i wizyta Ojca Świętego w Polsce. Co zrobić, aby ten czas nie pozostał tylko w naszych wspomnieniach i ten wielki “kapitał” nie rozpłynął się w chmurze tak jak samolot papieski zaraz po starcie z Balic?

Abp Stanisław Gądecki: Przede wszystkim nie możemy uznać, że nasza misja – wraz z powrotem uczestników do domów i posprzątaniem „Campus Misericordiae” – zakończyła się i teraz możemy wreszcie odpocząć. Jest wręcz przeciwnie! Wizyta Ojca Świętego i ŚDM nie tylko ukazały, że człowiek, zwłaszcza młody, bardzo potrzebuje Ewangelii i jej głosicieli, lecz również wyzwoliły w Kościele w Polsce wielką duszpasterską energię, którą teraz musimy dobrze wykorzystać.

Wydarzenia z lipca ukazały nam, że – jako wspólnota Kościoła – jak nikt inny jesteśmy w stanie dać dzisiejszemu człowiekowi trzy cenne dary: poczucie wspólnoty, żywe doświadczenie Boga i poważną wewnętrzną formację. I to jest naszym podstawowym wyzwaniem.

 

Franciszek, podobnie jak Jan Paweł II stawiał młodym wiele wymagań, ale jednocześnie mówił, że są oni zdolni przemieniać świat i na tym polega ich misja. Ostrzegał przed “sprzedawcami dymu” i “kanapami szczęścia”, oferowanymi przez kulturę konsumpcyjną. Jaka nauka płynie stąd dla polskich duszpasterzy? Jak przedłużyć to doświadczenie z ŚDM, kiedy duszpasterze byli wraz z młodymi, dzielili z nimi trudy, spali z nimi na szkolnej podłodze, itd.?

– Istotnie, trzeba podziękować całej rzeszy kapłanów i sióstr zakonnych, którzy nie zważając na niewygody, ofiarnie zaangażowali się w ŚDM. Dzielenie przez nich wspólnych pielgrzymich trudów wraz ludźmi młodymi jest dobrym obrazem tego, czego młodzi dzisiaj bardzo potrzebują od duszpasterzy. Potrzebują oni pouczeń i wskazań, ale przede wszystkim potrzebują, aby duszpasterz był z nimi, towarzysząc im w drodze. Dzięki głębokiej wrażliwości młody człowiek bardzo często czuje, co jest złem, ale równocześnie w konfrontacji ze światem – z ową „kulturą kanapy” – nie znajduje w sobie dość siły, by się temu złu sprzeciwić. I stąd tak ważne jest, aby w całym tym duchowym zmaganiu był z nim ktoś, kto zrozumie, wesprze, podtrzyma, ale też kto nie boi się upomnieć i wskazać właściwą drogę.

 

W organizację ŚDM przez wiele miesięcy poprzedzających to wydarzenie, głównie na poziomie diecezjalnym bądź parafialnym, zaangażowało się w świetle wyliczeń KAI, co najmniej 100 tys. młodych ludzi, niekoniecznie wcześniej zaangażowanych na terenie Kościoła. To bardzo ważne zjawisko. Jaką kontynuację tego spontanicznego ruchu, w jakich formach i na jakich polach, widziałby Ksiądz Arcybiskup?

– Młodemu człowiekowi towarzyszy przeświadczenie, że potrafi zmienić świat. I dlatego z chęcią angażuje się w różnego typu wolontariat, czując, że jest potrzebny. Widząc zastępy wolontariuszy, ciężko pracujące przed i podczas ŚDM, rodzi się w nas wdzięczność, ale jednocześnie głębokie przeświadczenie, że są to ludzie, którzy rzeczywiście są w stanie swoją postawą przemieniać świat. Kościół bardzo potrzebuje tych młodych ludzi, ich zapału i niespożytej energii.

Cały spontaniczny ruch, dostrzegany w ostatnich miesiącach, uświadamia nam, że młody człowiek nie chce być w Kościele jedynie obserwatorem, który – niewiele rozumiejąc – stoi w tyle świątyni. On chce być aktywnym uczestnikiem życia Kościoła, bo inaczej w ogóle nie będzie go w Kościele. Dlatego trzeba nam zmobilizować wszystkie siły, aby tych młodych skierować do ruchów, wspólnot i duszpasterstw, które mamy przecież przy parafiach, ale które – cały jeszcze czas – są jedynie stosunkowo niewielkimi środowiskami, obejmującymi nieduży procent wiernych.

 

Najpierw w polskich diecezjach, a później w Krakowie widzieliśmy wielobarwny i pełen nadziei tłum młodych ze wszystkich zakątków świata. Ci młodzi i towarzyszący im kapłani przyjeżdżali wraz ze swym doświadczeniem Kościoła, reprezentując bardzo wiele ciekawych katolickich inicjatyw i wspólnot. Była to wyjątkowa okazja do wzajemnej wymiany darów. Czego – krótko mówiąc – mogliśmy się nauczyć?

– Zobaczyliśmy po pierwsze powszechność Kościoła. Młodzi katolicy, przybyli do Polski z najodleglejszych stron świata, pokazali nam, że pod każdą szerokością geograficzną są ludzie, którzy tak samo wierzą, mają tę samą liturgię, spotykają na modlitwie tego samego Chrystusa – objawiającego prawdziwy sens życia. Równocześnie odkrywaliśmy ze zdumieniem całe bogactwo form w Kościele, które pozwalają przeżywać wiarę w różnych kulturach i językach. ŚDM ponadto uświadomiły nam, że – wbrew wszechobecnemu zeświecczeniu – wiara jest dzisiejszemu człowiekowi bardzo potrzebna. Co więcej, że jest ona nie tylko domeną ludzi starszych, ale że potrafi otworzyć serca rzeszy młodych.

 

Jednym z przejmujących momentów ŚDM była piątkowa Droga Krzyżowa, wiążąca kontemplację męki Jezusa z wezwaniem do konkretnego działania w duchu miłosierdzia, do solidarności z cierpiącymi, potrzebującymi, marginalizowanymi… Wątek miłosierdzia był klamrą spinająca papieskie przesłanie. Jak na to winniśmy teraz odpowiedzieć?

– Wspomniana Droga Krzyżowa przemówiła pięknem wykonania i głębią treści. Ważne jest jednak, aby nie potraktować jej jedynie jako doświadczenia artystyczno-estetycznego, ale jako wezwanie – jako krzyk naszych cierpiących sióstr i braci. Serce chrześcijanina nie może być obojętne na to wołanie. Nie każdy musi zaangażować się w działalność organizacji, które zostały zaprezentowane w czasie nabożeństwa – choć jest to ze wszech miar godne pochwały – ale każdy musi zrobić rachunek sumienia z tego, jak konkretnie pomaga potrzebującym.

 

Bardzo ważnym wątkiem lipcowej wizyty Franciszka, było przesłanie do Polski, wyrażone szczególnie w dwóch przemówieniach: na Wawelu i na Jasnej Górze. Na Wawelu Ojciec Święty mówił m. in. o dobrej i złej pamięci, ostrzegając, abyśmy nie poprzestawali na poziomie tej drugiej. Jakie wnioski z tego winni wyprowadzić Polacy, tak skupieni wokół pamięci swej historii, która pomaga nam w zachowaniu tożsamości?

– Po pierwsze: trzeba pielęgnować pamięć historyczną. Bez niej gubimy tożsamość. Po drugie: nie skupiamy się na tym, co było złe, zwłaszcza po stronie innych. Owszem, pamiętamy i domagamy się – jeśli trzeba – sprawiedliwości, ale nie zamykamy się w bólu i rozpamiętywaniu ran, lecz uczymy się przebaczać. Po trzecie: historia to nie tylko celebracja rocznic, ale to nauczycielka życia, także życia społecznego. Jest zachowana w naszej pamięci, abyśmy mogli wspólnie budować lepszą przyszłość.

 

Na Jasnej Górze, w homilii z okazji 1050. rocznicy chrztu Polski, Papież – do zgromadzonych tam także przedstawicieli najwyższych władz Rzeczypospolitej – mówił o potrzebie służby, pokory i stawania się “maluczkim”. Ostrzegał, że “pragnienie wielkości i sławy jest rzeczą tragicznie ludzką i jest wielką pokusą”, przypominając, że “Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie, ale przychodzi w małości, w pokorze”. Jakie wnioski płyną z tych słów, wygłoszonych w takim właśnie momencie historii?

– Pokusa wielkości i władzy towarzyszy ludzkości od zarania jej historii. Uleganie jej doprowadzało wielokrotnie do tragedii jednostek i całych narodów. Jednak społeczeństwa do rozwoju nie potrzebują megalomanów, lecz ludzi pokornych, którzy są gotowi służyć. Świętując 1050-lecie Chrztu Polski – a tym samym całej naszej historii – dostrzegamy, że Ojczyzna dalej będzie się rozwijać, jeśli będzie miała takich właśnie ludzi. O nich musimy się modlić, ale też takich musimy w Polsce wychowywać.

 

Jakie wnioski płyną z rozmowy z Papieżem w katedrze wawelskiej oraz z jego przemówienia do kapłanów i osób konsekrowanych w sanktuarium Jana Pawła II. Polskim kapłanom postawił wielkie wymagania. Które z nich Ksiądz Arcybiskup uznałby za najważniejsze i wymagające pełniejszej realizacji?

– Wysokie wymagania papieża wobec kapłanów nie są niczym nowym, bo nauczanie papieskie jest głoszeniem czystej Ewangelii. A Ewangelia jest bezkompromisowa: „Jeżeli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie”. Wiemy, że to jest trudne. Ale Franciszek przypomina nam wszystkim, że jest to konieczne i – co więcej – możliwe. Tak właśnie odbieram słowa Ojca Świętego mówiące o podróży bez biletu powrotnego, o rezygnacji z własnych życiowych zabezpieczeń czy o dyspozycyjności posuniętej aż do zrezygnowania z zamkniętych przestrzeni i prywatnych własności. Wszyscy musimy przypominać sobie o tych wskazaniach, abyśmy wiernie wypełnili powierzoną nam misję.

 

Nie jest tajemnicą, że część księży i osób konsekrowanych wciąż żywi – większe lub mniejsze – uprzedzenia czy też krytyczne odczucia wobec Franciszka. Czy ma Ksiądz Arcybiskup nadzieję, że lipcowa wizyta może odmienić takie spojrzenia?

– Przyjęcie posługi Piotra nie jest kwestią sympatii, ale wiary. Wobec osoby pełniącej tę posługę – podobnie jak wobec każdego innego człowieka – mogą rodzić się w sercach różnorakie uczucia. Człowiek wierzący potrafi jednak odsunąć na bok wszelkie uprzedzenia i z ufnością przyjąć osobę, przez którą sam Duch Święty postanowił prowadzić Chrystusowy Kościół. W tym znaczeniu wizyta Ojca Świętego nie musi niczego zmieniać.

Z drugiej jednak strony w ostatnich dniach lipca spotkaliśmy przecież wszyscy Papieża, który stał się nam bardzo bliski, który wiernie i z charyzmą głosi Ewangelię, który pokochał Polaków, dostrzegając ich poświęcenie i wiarę, dlatego z pewnością możemy powiedzieć, że Franciszek w czasie Światowych Dni Młodzieży zdobył sobie sympatię wielu.

 

Auschwitz-Birkenau to wielki moment pielgrzymki Franciszka do Polski. Co odczytuje Ksiądz Arcybiskup z papieskiej, modlitewnej zadumy w milczeniu w tym miejscu?

– Cały właściwie pobyt Ojca Świętego w Auschwitz-Birkenau był jedną wielką modlitwą. Nie potrafimy zrozumieć ogromu nieprawości, która dokonała się w tym miejscu. Nie potrafimy pojąć ludzkiego serca, w którym rodzą się takie zbrodnie, ale potrafimy się modlić, bo wierzymy, że nie nasz rozum, tylko sprawiedliwość i miłosierdzie Boga jest w stanie ogarnąć tę przerażającą tajemnicę. I to właśnie pokazał nam papież Franciszek.

 

Lipcowe dni były czasem, kiedy podobnie jak podczas wizyt Jana Pawła II – Polacy poczuli się znów wspólnotą. Co zrobić i w jaki sposób można to kontynuować? Jaka jest i winna być w tym rola Kościoła?

– Rzeczywiście, Światowe Dni Młodzieży były swoistymi narodowymi rekolekcjami. Pozwoliły nam znowu poczuć się wspólnotą. To – zwłaszcza w kontekście nękających nasz naród napięć społecznych i politycznych – jest potwierdzeniem tego, że potrafimy się jednoczyć. Możemy popierać różne formacje polityczne, mieć inną zasobność portfela, kibicować rywalizującym ze sobą klubom piłkarskim, ale nie musimy być wrogami. Co więcej, możemy być autentycznie siostrami i braćmi, połączonymi ze sobą silnymi duchowymi więzami bratniej miłości. I tutaj ukazuje się wielkie zadanie Kościoła: wzywać do wzajemnej miłości i wprowadzać w coraz głębszą zażyłość z Chrystusem. Im bowiem bliżej jesteśmy Chrystusa, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem.

 

Dziękuję za rozmowę


Marcin Przeciszewski
mp / KAI / Warszawa

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Copy link
Powered by Social Snap