Grzegorz Kleszcz: Siła wewnętrzna jest ważniejsza niż siła fizyczna

– To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady – mówi Grzegorz Kleszcz, Mistrz Polski, mistrz świata juniorów i akademicki mistrz świata w podnoszeniu ciężarów, trzykrotny olimpijczyk.

Grzegorz
Kleszcz
zobacz artykuly tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Grzegorz Kleszcz: Siła wewnętrzna jest ważniejsza niż siła fizyczna
– To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady – mówi Grzegorz Kleszcz, Mistrz Polski, mistrz świata juniorów i akademicki mistrz świata w podnoszeniu ciężarów, trzykrotny olimpijczyk.

Paweł Kęska: Być silnym. Co to znaczyło dla ciebie, kiedy podnosiłeś pierwsze ciężary?

Grzegorz Kleszcz: Miejsce, w którym się wychowywałem pod Wrocławiem, było specyficzne. Dużo się działo niedobrego i wokół było dużo przemocy. “Być silnym” znaczyło “przetrwać, nie bać się i sprawić, żeby to inni bali się mnie”. Im dłużej trenowałem, tym większy miałem szacunek, a zacząłem już kiedy miałem 11 lat.

 

Dlaczego akurat podnoszenie ciężarów?

Chciałem być bardzo silny, startować na zawodach, mieć dres z napisem Polska, z orzełkiem. Marzyłem o tym. Widziałem też kolegów, którzy trenowali i po prostu wzbudzali mój respekt.

 

Pamiętasz kiedy pierwszy raz stanąłeś na podium?

Tak, oczywiście. Kiedy miałem 14 lat zostałem mistrzem Polski juniorów. Stałem na podium ze złotym medalem. To było niesamowite. Potem były coraz wyższe trofea, coraz więcej sukcesów a był moment, że lawinowo wygrywałem wszystko, biłem rekordy Polski, byłem też mistrzem Polski.

 

…czyli najsilniejszy człowiek w Polsce

Tak. Tak jest (śmiech)

 

Mazurek Dąbrowskiego grał dla Ciebie kiedy zostawałeś akademickim mistrzem świata…

Tak. Sam ten moment jest jak jakiś sen na jawie… wielka radość, duma, trudno to w ogóle opisać. Taki  naprawdę młody chłopak, po przejściach, i nagle…

 

A pierwszy wyjazd na olimpiadę? To jest coś czego nigdy nie doświadczę…

Na olimpiadach byłem trzy razy, a moje pierwsze igrzyska były w 2000 r. w Sydney. Chociaż z igrzysk nie przywiozłem medali – to było jak bajka. Ja nawet nie rozumiałem do końca co to znaczy. Pobyt w takim miejscu jak wioska olimpijska, kontakt z najlepszymi  sportowcami z całego świata i gdzieś tam się zaczyna takie bratanie. W wiosce olimpijskiej wszyscy są równi. Mnóstwo wspomnień. Sam start na igrzyskach olimpijskich jest niesamowitym doświadczeniem, do dzisiaj pamiętam szczegóły a minęło przecież już 19 lat.

 

Co się w Tobie zmieniło kiedy już zostałeś mistrzem?

Poczucie wartości, którego zawsze mi brakowało – miałem go znacznie więcej. Chociaż w międzyczasie wpadałem w kłopoty. Pakowałem się w niepotrzebne awantury to z trenerami, to z polskim związkiem… spokój rzadko gościł w moim sercu. Trafiłem w środowisko sportowców, i o dziwo, tam był alkohol, imprezy, narkotyki. Kultura hip-hopowa w tym czasie była mocno promowana, w wielu tekstach zachwalano używki. Byłem znany, zarabiałem pieniądze i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że zmierzam w złym kierunku. Mimo to, trzeba było rano wstać, pójść na trening, obozy, kontrola, trenerzy.

 

 

Na tym obrazie pojawia się jeszcze jedna rysa – posądzenie o doping…

Tak. To było w najważniejszym momencie, po mistrzostwach świata, i jako człowiek wiary mogę powiedzieć, że byłem czysty. Nie ukrywam, że nie były mi obce substancje, które powodowały że szybciej wypoczywałem, że szybciej leczyłem kontuzje, natomiast ten moment był dla mnie szokiem… Wyrok – dyskwalifikacja. Kiedy otrzymałem tę informację – straciłem na chwilę świadomość. Nie da się opisać jakie to było przykre.

 

Jak spotkałeś Boga?

On zawsze był koło mnie. Miałem dziadka, który mnie prowadzał do kościoła za rączkę, mama to samo, ojciec mnie przepytywał jaka była w kościele ewangelia, byłem ministrantem. Tylko, że to były pozory. A później wszedłem w ten wiek młodzieńczy… Ale tak naprawdę Pana Boga spotkałem w 2012. To zmieniło moje życie.

 

Ale jak to się stało?

Już byłem po zakończeniu… przygody ze sportem… Bardzo trudny moment. Gdzieś tam jeszcze próbowałem startować, ale to nie było to… Pracowałem w dużej firmie, miałem odpowiedzialne stanowisko, przytłaczało mnie to wszystko, nie mogłem się odnaleźć. W tym czasie pracowałem na noce. Dorabiałem jako pracownik ochrony na dyskotekach, byłem bodyguardem. Budowałem dom, miałem kredyt. Nawet nie wiedziałem, że popadam w jakieś długotrwałe przygnębienie.

 

Człowieka dociska do ściany…

Dokładnie, dociska do ściany. Ale ja tak mocno walczyłem żeby mieć dom, rodzinę, podświadomie bardzo tego pragnąłem. Natomiast domu, tego prawdziwego, nie było – w sensie duchowym, miłości.

 

Czyli żeby go zbudować siła nie wystarczy…

Nie.

 

I wkracza Bóg…

Tak. Moja żona pojechała z koleżankami na rekolekcje. Tak się zaczęło, potem mnie zaprosili na kolejne rekolekcje, z Ojcem Jamesem Maniakalem. Pamiętam, byłem akurat po nocnej zmianie.

 

Co tam było takiego, co cię zaskoczyło?

Siła. Ojciec James mówił z wielką siłą, z mocą, była w jego głosie, w jego słowach, wsłuchałem się w nie bardzo mocno. Kulminacyjnym momentem było wylanie Ducha Świętego. Zobaczył mnie ktoś z ekipy posługującej i powiedział: “O, ty będziesz dobry do łapania ludzi” bo kiedy Ojciec się nad nimi modlił to oni padali jak kłody. Ale kurcze, ja chciałem, żeby on położył na mnie ręce, a mnie tu znowu do roboty zaprzęgli… no ale dobrze, takie osoby wysokie, ciężkie, duże trafiały na mnie. No i przechodziłem nad leżącymi w tym błogim stanie, uśmiechniętymi, z bijącym blaskiem z twarzy, i byłem pod wrażeniem, ale nie mogłem tego objąć tak po ludzku… Zrozumiałem, że Bóg nie mógł do mnie dotrzeć przez konwencjonalne działania, żebym uwierzył… Ale wreszcie mnie dotknął.

 

Czyli rewolucja…

Tak. Ja w tym czasie byłem zamotany w przeróżne rzeczy, w lewacką literaturę, w ezoterykę, i miałem już często koszmary nocne. Po rekolekcjach, po wylaniu Ducha Świętego, wróciłem z dyskoteki po nocy, położyłem się do łóżka i poczułem obecność czegoś złego. Tak jakby to stało obok mnie i próbowało wywołać koszmary. Poczułem, usłyszałem wręcz fizyczne warknięcie. Tak jakby to doszło do mnie i stanęło przed barierą. Potem spałem spokojnie. Na drugi dzień, pamiętałem to doskonale, czułem, że jestem już chroniony. Dopuściłem do siebie działanie pana Boga, Ducha Świętego

Zobaczyłeś siebie w nowym świetle…

Tak. Ale to co zobaczyłem, nie było tylko dobre. Dzisiaj widzę, że próbowałem się skrzywdzić i nie wiedziałem tego. Wykorzystywałem sławę, kupę pieniędzy, robiłem sobie relaks po ciężkich zawodach. Włóczyłem się nocami po klubach, uwikłałem się w wiele złych rzeczy, nieczystość… Miałem też problemy z alkoholem, z pornografią. To zostawia ślad.

 

Ale taka świadomość może człowieka dobić. Nie ma siły, jest słabość… 

Tak. Tu wkracza Bóg. Było wiele rzeczy z którymi kompletnie sobie nie radziłem, a znikły z dnia na dzień. Z dnia na dzień! Wcześniej nawet nie byłbym wstanie pomyśleć, że mogę już więcej nie wchodzić na strony pornograficzne, czy nie używać narkotyków. Miałem też skłonności do wybuchów nerwowych i potrzebę imprezowania. To było dla mnie niepojęte. Teraz mam piękny ogród i lubię w nim siedzieć i odpoczywać…

Ciężar rośnie, natomiast widzę, że Pan Bóg daje mi siłę, uzdalnia mnie do  działania. Były bardzo ciężkie momenty. Bałem się rodzicielstwa, bałem się, że sobie nie poradzę – ale chciałem. Modliłem się.

Jak zaczęło wtedy wyglądać twoje życie?

Zacząłem regularnie chodzić do kościoła, przyjmować komunię świętą, spowiadać się, modlić na różańcu. To był w ogóle szok dla moich znajomych. Coś jest nie tak, że ja do jakiejś sekty może trafiłem (śmiech), ktoś mi zrobił może jakieś pranie mózgu… Pewien ksiądz mi powiedział – „jeżeli myślisz, że Pan Jezus zrobi z twojego życia sielankę to się bardzo mylisz, On wywróci twoje życie do góry nogami”. I tak było. Pierwszą książkę o Duchu Świętym, zatytułowaną „Eureka” – o. Jamesa Maniakala – czytałem całą noc, na zmianie, w firmie produkującej opakowania do papieru ksero. Czytałem pomiędzy obchodami i pracą, a rano mnie zwolnili (śmiech). Myślałem, że to mi się jeszcze śni, dostałem właśnie kredyt i od razu  straciłem pracę.

 

Nie przestraszyłeś się takiej drogi?

Ciężar rośnie, natomiast widzę, że Pan Bóg daje mi siłę, uzdalnia mnie do  działania. Były bardzo ciężkie momenty. Bałem się rodzicielstwa, bałem się, że sobie nie poradzę – ale chciałem. Modliłem się. Michał jest dzieckiem wymodlonym, począł się zaraz po rekolekcjach… potem pojawiła się Jagoda, też wymodlona. Od razu po urodzeniu było z nią coś nie tak. W drugim dniu życia miała operację na nowotwór. Koszmarne momenty, ale też wielkie wsparcie modlitewne, próba wiary. Jagódka ma się bardzo dobrze, chociaż potem była jeszcze druga operacja. Otaczali mnie święci: Jan Paweł II, siostra Faustyna, a także grupy modlitewne – w międzyczasie wstąpiłem do wspólnoty modlitewnej. A po „Strefie Mocy” – rekolekcje, które prowadzi Witek Wilk – poczęły się bliźniaki – Mikołaj i Miron.

 

Jaką misję dostałeś od Boga?

Bardzo mnie  umacniały czyjeś świadectwa więc pomyślałem, że ja też będę dawał ludziom taką nadzieję, wiarę którą mam w sobie. Pan Bóg mówi „darmo dostaliście, darmo dawajcie, nie chowajcie światła” i ja staram się świecić. Naprawdę nigdzie się nie pcham, ale bywam w różnych miejscach. W kościołach, spotykam się z młodzieżą, jeżdżę na rekolekcje, bywam w centrum neuropsychiatrii – tam rozmawiam z dziećmi bardzo poturbowanymi przez życie. Gdzie mnie Pan Bóg powołuje, tam się staram być – „Grzegorz, słuchaj chłopaku masz tam pojechać i zrobić show” (śmiech) – przepraszam, że tak mówię, ale też trzeba o Panu Bogu opowiadać ciekawie i mocno, prawda?

Często modlę się bardzo mocno do Pana Jezusa, żeby zajął się wszystkim i naprawdę, dzień który się wydaje nie do pokonania kończy się pięknie.

Co to dziś dla Ciebie znaczy być silnym?

Mam wrażenie, że siła wewnętrzna jest o wiele ważniejsza niż siła fizyczna. Wielokrotnie tego doświadczyłem, nawet na pomoście podczas zawodów. To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary, kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady, choćby wtedy, kiedy On wyrwał mnie z ciemności. Moc wewnętrzna jest fundamentem, Duch Święty. Człowiek może być niepełnosprawny, może być w trudnym położeniu, po ludzku bez wyjścia, a Pan Bóg sprawia, że z tego wychodzi obronną ręką ku zdziwieniu wrogów, oprawców. Moje życie nie wyglądało dobrze, a jednak Pan Bóg był silniejszy.

 

A gdyby czytał to ktoś, kto idzie przez życie zygzakiem i upada, to co byś mu powiedział?

Nigdy, ale to przenigdy się nie poddawaj, bo nie ma takiej studni, która by nie miała dna i takiej nocy, która nie zakończyłaby się świtem, także odwagi bracie. I przytul się do Pana Boga do Matki Bożej, proś, błagaj o siłę, o światło Ducha Świętego, a wyrwą cię z tego. Często modlę się bardzo mocno do Pana Jezusa, żeby zajął się wszystkim i naprawdę, dzień który się wydaje nie do pokonania kończy się pięknie. Kiedyś taki młody człowiek właśnie w centrum neuropsychiatrii zapytał mnie „Ale jak mam oddać Panu Bogu życie? Jak ty to rozumiesz?” rozumiem to tak, że Pan Bóg ci niczego nie zabierze. Ale on lepiej wie, co jest dla nas dobre. Dlatego trzeba się przede wszystkim modlić o zaufanie.

 

To powiedział Grzegorz Kleszcz, mistrz!

(śmiech) Bóg jest wielki! Amen!

 


 Wywiad Pawła Kęski z Grzegorzem Kleszczem ukazał się na antenie Radia Warszawa.

 


 

 

Grzegorz Kleszcz

Mistrz Polski, mistrz świata juniorów i akademicki mistrz świata w podnoszeniu ciężarów. Trzykrotny olimpijczyk.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Grzegorz
Kleszcz
zobacz artykuly tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Teresa Kmieć: Na misji chcę być dobrym narzędziem Pana Boga

Starsza siostra Helenki Kmieć w sierpniu rozpocznie swój pierwszy wyjazd na misje. W Kenii i Tanzanii razem z Diakonią Misyjną Ruchu Światło-Życie będzie m.in. prowadzić rekolekcje oazowe. „Chcę dobrze wypełnić zadanie, które Pan Bóg mi przydziela posyłając mnie na misje” – dzieli się w rozmowie.

Teresa Kmieć
Teresa
Kmieć
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Teresa Kmieć: Na misji chcę być dobrym narzędziem Pana Boga
Starsza siostra Helenki Kmieć w sierpniu rozpocznie swój pierwszy wyjazd na misje. W Kenii i Tanzanii razem z Diakonią Misyjną Ruchu Światło-Życie będzie m.in. prowadzić rekolekcje oazowe. „Chcę dobrze wypełnić zadanie, które Pan Bóg mi przydziela posyłając mnie na misje” – dzieli się w rozmowie.

Zofia Świerczyńska: Działalność misyjna Helenki miała wpływ na podjęcie decyzji o Twoim pierwszym wyjeździe na misje?

Teresa Kmieć: Jadę do Afryki, także dlatego, że Helenka jeździła na misje, to prawda. Misje są mi bliskie właśnie dzięki niej. Ale to była moja świadoma decyzja. Nie zrodziła się po śmierci Helenki, lecz już dużo wcześniej. W styczniu okazało się, że jest taka możliwość, więc podjęłam decyzję, że jadę. Pomyślałam, że jeżeli mam czas i pracę, w której mogę pozwolić sobie na dwumiesięczny wyjazd, to może właśnie Pan Bóg chce mnie tam posłać dokładnie w tym momencie mojego życia. 

 

Dlaczego nie zdecydowałaś się wyjechać wcześniej, razem z Helenką, która na misjach była m.in. na Węgrzech, w Zambii, Rumunii?

Razem z Helenką przez dwa lata byłam w Wolontariacie Misyjnym Salvator, to ona mnie tam wciągnęła. Zawsze kiedy były wyjazdy wakacyjne na misje, nie mogłam na nie jechać, bo miałam w tym czasie rekolekcje oazowe. I już wtedy pomyślałam sobie, że chciałabym jakoś połączyć te dwie rzeczy oazę i misje. Wiedziałam, że są takie wyjazdy z oazą na misje do Chin czy Afryki, ale wtedy tego nie szukałam.

 

Jak tę decyzję przyjęli Twoi rodzice?

Moi rodzice nie zabronili mi wyjazdu. Dali mi wolność decyzji. Kiedy powiedziałam o wyjeździe moja mama miała raczej podejście, że jestem w takim wieku, że powinnam mieć stałą pracę na etat, a nie myśleć o wyjeździe do Afryki. Przekonywała, że przeżyłam już tak wiele rekolekcji oazowych tu, w Polsce, więc po co jeszcze tam jadę. Patrzy na to z perspektywy ustatkowania się; uważa, że tego mi potrzeba. 

 

Wraz z Diakonią Misyjną Ruchu Światło-Życie wyjedziesz do Kenii i Tanzanii. Ile osób pojedzie wraz z Tobą do Afryki i jakie będą Wasze zadania?

Jedzie nas w sumie 25 osób w różnych terminach. Jedna osoba pojedzie na pół roku, a reszta na okres miesiąca lub dwóch. Ja jadę na prawie dwa miesiące od 2 sierpnia do 24 września. Nasze zadania będą różne. Jeśli chodzi o mnie, w Kenii będę współprowadzić rekolekcje oazowe dziesięciu kroków ku dojrzałości chrześcijańskiej. Takie rekolekcje w Polsce normalnie odbywają się jako formacja roczna, w Kenii będzie to miało postać 15-dniowych rekolekcji. Natomiast do Tanzanii pojadę na trzeci stopień Oazy Nowego Życia. 

Inne osoby będą pomagać w szkole SHALOM, w której dzieci ulicy, sieroty, spędzają czas na nauce i zabawie. Część osób będzie organizować kilka turnusów rekolekcji ewangelizacyjnych, które potrwają pięć dni. Będą też rekolekcje dla tamtejszych katechistów nam nie uda się wszędzie dotrzeć, a dzięki nim ewangelizacja rozprzestrzeni się dużo szerzej. Będą też rekolekcje Oazy Nowego Życia pierwszy stopień, a także rekolekcje o Namiocie Spotkania. Tej pracy i różnych rekolekcji będzie bardzo wiele. 

 

Od 2015 roku diakonia systematycznie organizuje rekolekcje w Kenii i Tanzanii.
FOT. Diakonia Misyjna Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Krakowskiej / Facebook

 

Początki formacji Twojej i Helenki w Ruchu Światło-Życie zaczęły się od wyjazdu na rekolekcje oazowe, na który wysłali Was rodzice. Czym dziś jest dla Ciebie ta wspólnota i ten rodzaj formacji?

To jest mój sposób na chrześcijańskie życie. Jestem w oazie już tak naprawdę przez ponad pół swojego życia. Modlitwa w oazie jest moją modlitwą tak jak sposób rozumienia Eucharystii, muzyki w liturgii, Matki Bożej, Ducha Świętego… Oaza mnie ukształtowała, dzięki temu przeżywam swoją wiarę głębiej, nauczyłam się podstaw teologicznych. Każdy aspekt życia chrześcijańskiego jest w tej formacji na swoim miejscu. To także w dużej mierze praca indywidualna, wiele zależy od nas samych, bo wiadomo, że różnie bywa z naszą modlitwą, szczególnie z tą indywidualną czasem jest trudniej, czasem łatwiej. Połowę tego co wiem o Bogu, zawdzięczam oazie. Bycie animatorem, przeżywanie rekolekcji, kolejnych stopni to wszystko cały czas otwierało mnie na kolejne etapy rozwoju duchowego, zbliżało do Pana Boga, pokazywało mi Kościół. I, co ważne, to nie kończy się wraz z zakończeniem formacji podstawowej. Choć swoją zakończyłam już jakiś czas temu, teraz cały czas jeżdżę na rekolekcje, na których przypominam sobie treści z poszczególnych stopni. Odkrywanie Kościoła, wspólnoty, jej różnorodności, poznawanie Matki Bożej, Matki Kościoła w tym wszystkim pomogła mi oaza i to w tej formacji zakorzeniłam swoją wiarę. Myślę, że gdybym nie była w oazie, byłabym teraz zupełnie innym chrześcijaninem. Może trafiłabym na inny ruch, wspólnotę, tego nie wiem, ale wiem jak wiele zyskałam właśnie dzięki oazie. 

 

Wyjazd na misje rozpoczyna nowy krok w Twojej formacji?

Jest to jakiś krok dalej, bo Kościół w ogóle jest misyjny. Nie wszyscy mogą jechać na misje do dalekich krajów, choćby ze względów finansowych. Jest to w pewien sposób rozszerzenie działalności Ruchu Światło-Życie na świecie, i w ogóle chrześcijaństwa. Zawsze posługiwałam tylko tu, w Polsce, a teraz mam wyjechać łącząc ideę rekolekcji oazowych z ideą misyjności, głoszenia Pana Jezusa. Choć to też nie są takie typowe misje, o jakich często myślimy słysząc to słowo. To nie jest głoszenie do osób, które nigdy nie słyszały o Chrystusie. Oni już Go znają, ale potrzebują rozwoju. Choć oczywiście są także rekolekcje ewangelizacyjne, na które tak naprawdę nie wiemy kto przyjedzie być może trafi na nie osoba, która nie znała wcześniej wiary chrześcijańskiej. O samej specyfice misji dużo słyszałam od Helenki, która była w Zambii czy od animatorów posługujących w Afryce. Ale misje to jest pewnie zupełnie inna rzeczywistość, niż sobie wyobrażamy.

 

Doświadczenie Helenki pomaga Ci przygotować się do wyjazdu?

Helenka była dwa miesiące w Afryce, wyjechała tam razem z Wolontariatem Misyjnym Salvator, miała zupełnie inne zadania niż ja będę miała. Ona zajmowała się przez dwa miesiące pracą z dziećmi ulicy, uczyła ich angielskiego, matematyki. Więc to będą na pewno dwie zupełnie inne misje. Ale coś w tym jest, bo teraz przygotowuję się do wyjazdu od strony praktycznej, chodzę na wszelkie konieczne szczepienia i czasem zastanawiam się jak to się stało, że ten okres przygotowania do wyjazdów na misje Helenki jakoś mnie… ominął.

 

To trochę tak, jakbyś poznawała ją na nowo.

Trochę tak jest. Do mnie docierała tylko informacja o tym, że Helenka jedzie do Afryki. Mówiłam okej, jedź, ona jechała i potem wracała. Tylko tyle. I teraz zastanawiam się, że przecież ona też musiała to przeżywać podobnie albo nawet tak jak ja teraz! Może siedziało to w niej bardzo mocno, tylko jakoś ja w tym nie uczestniczyłam miałam swoje życie w Lublinie, ona swoje w Gliwicach. Spotykałyśmy się rzadko, więc po prostu wiedziałam tylko, że jedzie. A teraz zastanawiam się, czy ona też naprawdę miała te wszystkie szczepienia? (śmiech) Te myśli wracają do mnie, kiedy przygotowuję się do wyjazdu.

 

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że Helenka pojechała na misję nie dlatego, że chciała przeżyć przygodę, ale ze względu na Pana Jezusa. Tak jest też z Twoim wyjazdem do Afryki?

Chciałabym, żeby tak było. Choć misje to też pewnego rodzaju przygoda. Prawda jest taka, że  tak jak mówi moja mama tutaj w Polsce też mogłabym prowadzić takie rekolekcje i robić dokładnie to samo. Więc ta Afryka rzeczywiście jest pewnym aspektem przygody. Mogę robić to co kocham, ale jednocześnie mogę być w Afryce, to jest takie trochę obce, inne.

 

Oazowicze przygotowują się do wyjazdu podczas spotkań prowadzonych w języku angielskim.
FOT. Diakonia Misyjna Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Krakowskiej / Facebook

 

Jak obecnie wyglądają przygotowania?

Teraz rozmawiamy głównie o praktycznych i organizacyjnych elementach, takich jak szczepienia, co ze sobą zabrać, jak się ustrzec przed malarią… Przez ostatnie cztery miesiące mieliśmy spotkania w języku angielskim, po to żeby praktycznie przygotować się do wyjazdu. Tam, na miejscu, mamy dobrze przekazać konkretną treść, wiedzę, umiejętności. Ale wierzę, że Pan Bóg poradzi sobie i z naszymi niedoskonałościami szczególnie tymi językowymi, ale też generalnie w komunikacji. To jest zupełna przepaść kulturowa. Ja widzę tę różnicę w mówieniu i kulturze np. pomiędzy Lublinem i Wrocławiem, a co dopiero Afryka! (śmiech). Ale wierzę w to, że jeżeli zaufamy Bogu, to On nami pokieruje przez ten czas. 

 

Jak można wesprzeć Ciebie i pozostałe osoby, z którymi wyruszasz do Afryki?

Przede wszystkim modlitwą, bo te misje są dla mnie nowym doświadczeniem. Proszę o modlitwę za mnie, za animatorów, za rekolekcje, które poprowadzimy i ludzi z Kenii i Tanzanii, do których pojedziemy. 

Można też wesprzeć nas materialnie poprzez zbiórkę Diakonii Misyjnej Ruchu Światło-Życie. Zbieramy przede wszystkim środki na ewangelizację wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, a także na przeprowadzenie rekolekcji oazowych (7 turnusów rekolekcji 5-dniowych oraz 3 turnusy 15-dniowych). Dodatkowo pragniemy pomóc charytatywnie, wesprzeć kilka domów dziecka, w których działamy, opłacić szkołę i studia miejscowej młodzieży, pomóc uczestniczce rekolekcji chorej na raka. Zbiórka umożliwia także pokrycie kosztów naszego pobytu w Afryce. 

 

Jakie są Twoje oczekiwania w tej misji? 

Chciałabym bezpiecznie wrócić. Nie wiem też czego się spodziewać, więc staram się być otwarta na to, co tam zastanę. Na tej misji chcę być dobrym narzędziem Pana Boga. Chcę przydać się Panu Bogu tam, gdzie mnie potrzebuje. Wiem jakie są moje zadania, i będę je realizować jak najlepiej, a jak mi pójdzie czas pokaże. Chcę dobrze wypełnić zadanie, które Pan Bóg mi przydziela posyłając mnie na misje. Chcę umieć się otworzyć na działanie Ducha Świętego podczas tych dwóch miesięcy.

 

 


Wyjazd na misje do Kenii i Tanzanii organizowany przez Diakonię Misyjną Ruchu Światło-Życie można wesprzeć poprzez wpłatę na konto:

52 1240 1574 1111 0010 9064 6190

Stowarzyszenie Diakonia Ruchu Światło-Życie 
z dopiskiem: Na cele statutowe misje w Kenii i Tanzanii
(kwotę można odpisać od podatku) 

lub poprzez zbiórkę >>TUTAJ


 

O działalności Diakonii Misyjnej Ruchu Światło-Życie:

Ponad 30 lat temu ks. Franciszek napisał w Liście z Boliwii takie słowa: „Ruch Światło-Życie ze swoim charyzmatem ewangelizacji i „Ewangelii wyzwolenia” ma do spełnienia w Boliwii oraz w innych krajach Ameryki Południowej wielką misję o kluczowym znaczeniu. W podjęciu tej misji leży przyszłość Ruchu!”. Diakonia Misyjna w Ruchu zrodziła się wraz z animatorkami i animatorami oazowymi, którzy zaczęli wyjeżdżać na posługi misyjne do różnych krajów i angażowali swoje wspólnoty do modlitwy i wsparcia. Najpierw Zambia, potem Kazachstan. Animatorzy byli za granicą kilka miesięcy, inni rok i dłużej. Zaczęło się od Warszawy, ale wraz z wyjazdem animatorów z innych diecezji zaczęły powstawać kolejne diakonie. Od 2015 roku diakonia systematycznie organizuje rekolekcje w Kenii i Tanzanii, do tej pory kilkukrotnie odbywały się rekolekcje 1, 2 st. ONŻ, rekolekcje ewangelizacyjne oraz tematyczne Namiot Spotkania. 

 


 

 

Teresa Kmieć

Teresa Kmieć

Zobacz inne artykuły tego autora >
Zofia Świerczyńska

Zofia Świerczyńska

Dziennikarz, sekretarz redakcji portalu Stacja7. Pracowała w Sekcji Komunikacji Komitetu Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, agencji kreatywnej, swoje teksty publikowała także na łamach tygodników katolickich. Odpowiedzialna za projekty medialne i marketingowe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Teresa Kmieć
Teresa
Kmieć
zobacz artykuly tego autora >
Zofia Świerczyńska
Zofia
Świerczyńska
zobacz artykuly tego autora >