Nasze projekty
Paweł Kęska

Grzegorz Kleszcz: Siła wewnętrzna jest ważniejsza niż siła fizyczna

– To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady – mówi Grzegorz Kleszcz, Mistrz Polski, mistrz świata juniorów i akademicki mistrz świata w podnoszeniu ciężarów, trzykrotny olimpijczyk.

Reklama

Paweł Kęska: Być silnym. Co to znaczyło dla ciebie, kiedy podnosiłeś pierwsze ciężary?

Grzegorz Kleszcz: Miejsce, w którym się wychowywałem pod Wrocławiem, było specyficzne. Dużo się działo niedobrego i wokół było dużo przemocy. „Być silnym” znaczyło „przetrwać, nie bać się i sprawić, żeby to inni bali się mnie”. Im dłużej trenowałem, tym większy miałem szacunek, a zacząłem już kiedy miałem 11 lat.

 

Reklama
Reklama

Dlaczego akurat podnoszenie ciężarów?

Chciałem być bardzo silny, startować na zawodach, mieć dres z napisem Polska, z orzełkiem. Marzyłem o tym. Widziałem też kolegów, którzy trenowali i po prostu wzbudzali mój respekt.

 

Reklama
Reklama

Pamiętasz kiedy pierwszy raz stanąłeś na podium?

Tak, oczywiście. Kiedy miałem 14 lat zostałem mistrzem Polski juniorów. Stałem na podium ze złotym medalem. To było niesamowite. Potem były coraz wyższe trofea, coraz więcej sukcesów a był moment, że lawinowo wygrywałem wszystko, biłem rekordy Polski, byłem też mistrzem Polski.

 

Reklama

…czyli najsilniejszy człowiek w Polsce

Tak. Tak jest (śmiech)

 

Mazurek Dąbrowskiego grał dla Ciebie kiedy zostawałeś akademickim mistrzem świata…

Tak. Sam ten moment jest jak jakiś sen na jawie… wielka radość, duma, trudno to w ogóle opisać. Taki  naprawdę młody chłopak, po przejściach, i nagle…

 

A pierwszy wyjazd na olimpiadę? To jest coś czego nigdy nie doświadczę…

Na olimpiadach byłem trzy razy, a moje pierwsze igrzyska były w 2000 r. w Sydney. Chociaż z igrzysk nie przywiozłem medali – to było jak bajka. Ja nawet nie rozumiałem do końca co to znaczy. Pobyt w takim miejscu jak wioska olimpijska, kontakt z najlepszymi  sportowcami z całego świata i gdzieś tam się zaczyna takie bratanie. W wiosce olimpijskiej wszyscy są równi. Mnóstwo wspomnień. Sam start na igrzyskach olimpijskich jest niesamowitym doświadczeniem, do dzisiaj pamiętam szczegóły a minęło przecież już 19 lat.

 

Co się w Tobie zmieniło kiedy już zostałeś mistrzem?

Poczucie wartości, którego zawsze mi brakowało – miałem go znacznie więcej. Chociaż w międzyczasie wpadałem w kłopoty. Pakowałem się w niepotrzebne awantury to z trenerami, to z polskim związkiem… spokój rzadko gościł w moim sercu. Trafiłem w środowisko sportowców, i o dziwo, tam był alkohol, imprezy, narkotyki. Kultura hip-hopowa w tym czasie była mocno promowana, w wielu tekstach zachwalano używki. Byłem znany, zarabiałem pieniądze i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że zmierzam w złym kierunku. Mimo to, trzeba było rano wstać, pójść na trening, obozy, kontrola, trenerzy.

Na tym obrazie pojawia się jeszcze jedna rysa – posądzenie o doping…

Tak. To było w najważniejszym momencie, po mistrzostwach świata, i jako człowiek wiary mogę powiedzieć, że byłem czysty. Nie ukrywam, że nie były mi obce substancje, które powodowały że szybciej wypoczywałem, że szybciej leczyłem kontuzje, natomiast ten moment był dla mnie szokiem… Wyrok – dyskwalifikacja. Kiedy otrzymałem tę informację – straciłem na chwilę świadomość. Nie da się opisać jakie to było przykre.

 

Jak spotkałeś Boga?

On zawsze był koło mnie. Miałem dziadka, który mnie prowadzał do kościoła za rączkę, mama to samo, ojciec mnie przepytywał jaka była w kościele ewangelia, byłem ministrantem. Tylko, że to były pozory. A później wszedłem w ten wiek młodzieńczy… Ale tak naprawdę Pana Boga spotkałem w 2012. To zmieniło moje życie.

 

Ale jak to się stało?

Już byłem po zakończeniu… przygody ze sportem… Bardzo trudny moment. Gdzieś tam jeszcze próbowałem startować, ale to nie było to… Pracowałem w dużej firmie, miałem odpowiedzialne stanowisko, przytłaczało mnie to wszystko, nie mogłem się odnaleźć. W tym czasie pracowałem na noce. Dorabiałem jako pracownik ochrony na dyskotekach, byłem bodyguardem. Budowałem dom, miałem kredyt. Nawet nie wiedziałem, że popadam w jakieś długotrwałe przygnębienie.

 

Człowieka dociska do ściany…

Dokładnie, dociska do ściany. Ale ja tak mocno walczyłem żeby mieć dom, rodzinę, podświadomie bardzo tego pragnąłem. Natomiast domu, tego prawdziwego, nie było – w sensie duchowym, miłości.

 

Czyli żeby go zbudować siła nie wystarczy…

Nie.

 

I wkracza Bóg…

Tak. Moja żona pojechała z koleżankami na rekolekcje. Tak się zaczęło, potem mnie zaprosili na kolejne rekolekcje, z Ojcem Jamesem Maniakalem. Pamiętam, byłem akurat po nocnej zmianie.

 

Co tam było takiego, co cię zaskoczyło?

Siła. Ojciec James mówił z wielką siłą, z mocą, była w jego głosie, w jego słowach, wsłuchałem się w nie bardzo mocno. Kulminacyjnym momentem było wylanie Ducha Świętego. Zobaczył mnie ktoś z ekipy posługującej i powiedział: „O, ty będziesz dobry do łapania ludzi” bo kiedy Ojciec się nad nimi modlił to oni padali jak kłody. Ale kurcze, ja chciałem, żeby on położył na mnie ręce, a mnie tu znowu do roboty zaprzęgli… no ale dobrze, takie osoby wysokie, ciężkie, duże trafiały na mnie. No i przechodziłem nad leżącymi w tym błogim stanie, uśmiechniętymi, z bijącym blaskiem z twarzy, i byłem pod wrażeniem, ale nie mogłem tego objąć tak po ludzku… Zrozumiałem, że Bóg nie mógł do mnie dotrzeć przez konwencjonalne działania, żebym uwierzył… Ale wreszcie mnie dotknął.

 

Czyli rewolucja…

Tak. Ja w tym czasie byłem zamotany w przeróżne rzeczy, w lewacką literaturę, w ezoterykę, i miałem już często koszmary nocne. Po rekolekcjach, po wylaniu Ducha Świętego, wróciłem z dyskoteki po nocy, położyłem się do łóżka i poczułem obecność czegoś złego. Tak jakby to stało obok mnie i próbowało wywołać koszmary. Poczułem, usłyszałem wręcz fizyczne warknięcie. Tak jakby to doszło do mnie i stanęło przed barierą. Potem spałem spokojnie. Na drugi dzień, pamiętałem to doskonale, czułem, że jestem już chroniony. Dopuściłem do siebie działanie pana Boga, Ducha Świętego

 

Zobaczyłeś siebie w nowym świetle…

Tak. Ale to co zobaczyłem, nie było tylko dobre. Dzisiaj widzę, że próbowałem się skrzywdzić i nie wiedziałem tego. Wykorzystywałem sławę, kupę pieniędzy, robiłem sobie relaks po ciężkich zawodach. Włóczyłem się nocami po klubach, uwikłałem się w wiele złych rzeczy, nieczystość… Miałem też problemy z alkoholem, z pornografią. To zostawia ślad.

 

Ale taka świadomość może człowieka dobić. Nie ma siły, jest słabość… 

Tak. Tu wkracza Bóg. Było wiele rzeczy z którymi kompletnie sobie nie radziłem, a znikły z dnia na dzień. Z dnia na dzień! Wcześniej nawet nie byłbym wstanie pomyśleć, że mogę już więcej nie wchodzić na strony pornograficzne, czy nie używać narkotyków. Miałem też skłonności do wybuchów nerwowych i potrzebę imprezowania. To było dla mnie niepojęte. Teraz mam piękny ogród i lubię w nim siedzieć i odpoczywać…

Ciężar rośnie, natomiast widzę, że Pan Bóg daje mi siłę, uzdalnia mnie do  działania. Były bardzo ciężkie momenty. Bałem się rodzicielstwa, bałem się, że sobie nie poradzę – ale chciałem. Modliłem się.

 

Jak zaczęło wtedy wyglądać twoje życie?

Zacząłem regularnie chodzić do kościoła, przyjmować komunię świętą, spowiadać się, modlić na różańcu. To był w ogóle szok dla moich znajomych. Coś jest nie tak, że ja do jakiejś sekty może trafiłem (śmiech), ktoś mi zrobił może jakieś pranie mózgu… Pewien ksiądz mi powiedział – „jeżeli myślisz, że Pan Jezus zrobi z twojego życia sielankę to się bardzo mylisz, On wywróci twoje życie do góry nogami”. I tak było. Pierwszą książkę o Duchu Świętym, zatytułowaną „Eureka” – o. Jamesa Maniakala – czytałem całą noc, na zmianie, w firmie produkującej opakowania do papieru ksero. Czytałem pomiędzy obchodami i pracą, a rano mnie zwolnili (śmiech). Myślałem, że to mi się jeszcze śni, dostałem właśnie kredyt i od razu  straciłem pracę.

 

Nie przestraszyłeś się takiej drogi?

Ciężar rośnie, natomiast widzę, że Pan Bóg daje mi siłę, uzdalnia mnie do  działania. Były bardzo ciężkie momenty. Bałem się rodzicielstwa, bałem się, że sobie nie poradzę – ale chciałem. Modliłem się. Michał jest dzieckiem wymodlonym, począł się zaraz po rekolekcjach… potem pojawiła się Jagoda, też wymodlona. Od razu po urodzeniu było z nią coś nie tak. W drugim dniu życia miała operację na nowotwór. Koszmarne momenty, ale też wielkie wsparcie modlitewne, próba wiary. Jagódka ma się bardzo dobrze, chociaż potem była jeszcze druga operacja. Otaczali mnie święci: Jan Paweł II, siostra Faustyna, a także grupy modlitewne – w międzyczasie wstąpiłem do wspólnoty modlitewnej. A po „Strefie Mocy” – rekolekcje, które prowadzi Witek Wilk – poczęły się bliźniaki – Mikołaj i Miron.

 

Jaką misję dostałeś od Boga?

Bardzo mnie  umacniały czyjeś świadectwa więc pomyślałem, że ja też będę dawał ludziom taką nadzieję, wiarę którą mam w sobie. Pan Bóg mówi „darmo dostaliście, darmo dawajcie, nie chowajcie światła” i ja staram się świecić. Naprawdę nigdzie się nie pcham, ale bywam w różnych miejscach. W kościołach, spotykam się z młodzieżą, jeżdżę na rekolekcje, bywam w centrum neuropsychiatrii – tam rozmawiam z dziećmi bardzo poturbowanymi przez życie. Gdzie mnie Pan Bóg powołuje, tam się staram być – „Grzegorz, słuchaj chłopaku masz tam pojechać i zrobić show” (śmiech) – przepraszam, że tak mówię, ale też trzeba o Panu Bogu opowiadać ciekawie i mocno, prawda?

Często modlę się bardzo mocno do Pana Jezusa, żeby zajął się wszystkim i naprawdę, dzień który się wydaje nie do pokonania kończy się pięknie.

Co to dziś dla Ciebie znaczy być silnym?

Mam wrażenie, że siła wewnętrzna jest o wiele ważniejsza niż siła fizyczna. Wielokrotnie tego doświadczyłem, nawet na pomoście podczas zawodów. To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary, kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady, choćby wtedy, kiedy On wyrwał mnie z ciemności. Moc wewnętrzna jest fundamentem, Duch Święty. Człowiek może być niepełnosprawny, może być w trudnym położeniu, po ludzku bez wyjścia, a Pan Bóg sprawia, że z tego wychodzi obronną ręką ku zdziwieniu wrogów, oprawców. Moje życie nie wyglądało dobrze, a jednak Pan Bóg był silniejszy.

 

A gdyby czytał to ktoś, kto idzie przez życie zygzakiem i upada, to co byś mu powiedział?

Nigdy, ale to przenigdy się nie poddawaj, bo nie ma takiej studni, która by nie miała dna i takiej nocy, która nie zakończyłaby się świtem, także odwagi bracie. I przytul się do Pana Boga do Matki Bożej, proś, błagaj o siłę, o światło Ducha Świętego, a wyrwą cię z tego. Często modlę się bardzo mocno do Pana Jezusa, żeby zajął się wszystkim i naprawdę, dzień który się wydaje nie do pokonania kończy się pięknie. Kiedyś taki młody człowiek właśnie w centrum neuropsychiatrii zapytał mnie „Ale jak mam oddać Panu Bogu życie? Jak ty to rozumiesz?” rozumiem to tak, że Pan Bóg ci niczego nie zabierze. Ale on lepiej wie, co jest dla nas dobre. Dlatego trzeba się przede wszystkim modlić o zaufanie.

 

To powiedział Grzegorz Kleszcz, mistrz!

(śmiech) Bóg jest wielki! Amen!


 Wywiad Pawła Kęski z Grzegorzem Kleszczem ukazał się na antenie Radia Warszawa.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite