Fot. Kelly Sikkema/Unsplash

“Często zapominamy, że śmierć to nie koniec”. Poruszające świadectwo utraty dziecka

Gdy dotarła do szpitala na poród, okazało się, że jej córeczka nie żyje. Pomimo wielu trudów tamtego czasu, dziś Klaudia Piwowarczyk dostrzega owoce tego doświadczenia. “Wciąż pojawiają się owoce. Choćby to, ile wspaniałych osób poznałam w grupie wsparcia albo możliwość opowiedzenia o tym, jak jesteśmy wdzięczni za te 9 miesięcy, kiedy Kasia była u mnie w brzuchu.”

Reklama

Klaudię odwiedzam w jej mieszkaniu. Znałyśmy się wcześniej z widzenia. Kojarzyłam, że w zeszłym roku była w zaawansowanej ciąży i miała urodzić pierwsze dziecko. Zaskoczyła mnie jej wiadomość, że chce się spotkać i opowiedzieć o swojej córeczce… 

Joanna Całko: Twoja historia wydarzyła się w 2021 roku, w środku pandemii, gdzie dostęp do lekarza, odwiedziny bliskich były – delikatnie mówiąc – mocno ograniczone…

Klaudia Piwowarczyk: Pojechaliśmy z mężem do szpitala już w 42. tygodniu ciąży. Dwa dni później miałam mieć indukowany poród. Jednak musiałam jechać wcześniej, bo nie czułam ruchów dziecka. Z racji pandemii byłam sama na wizycie w szpitalu i tam w trakcie badania (bo nikt mi tego nie powiedział wprost) wywnioskowałam, że nasza Kasia nie żyje. Potem wpadł drugi doktor i zaczął na mnie krzyczeć. Zaczął się koszmar. Przez łzy zapytałam: “Panie doktorze, rozumiem że moja córeczka nie żyje, czy tak?” Potwierdził. Zapytałam czy mogę wyjść do męża, ale okazało się, że go wysłali po torbę, więc zadzwoniłam do niego i poprosiłam, żeby wrócił. Wyszłam do niego na parking i pamiętam, że zapytałam, czy będzie mnie jeszcze kochał… Świat mi runął i czułam się tak okropnie winna. Powiedziałam mu, że stało się najgorsze, Kasia nie żyje.

Jak zareagował mąż?

Odpowiedział, że oczywiście mnie kocha i to w jego miłości nic nie zmienia. W tamtym momencie chciałam jechać do Łagiewnik albo gdziekolwiek w inne, święte miejsce i błagać o cud. Jednak musieliśmy wrócić do szpitala i porozmawiać z lekarzem. Usłyszałam, że powinien zawiadomić policję i zgłosić nieumyślne spowodowanie śmierci. Nie wiedziałam o co chodzi. Ciąża była kontrolowana, chodziłam do lekarza, ostatnie KTG wyszło prawidłowe. Miałam skierowanie do szpitala na indukcję, jeśli poród nie zacząłby się samoistnie. Uważali, że powinnam zgłosić się już w 40. tygodniu ciąży. Tylko, że na wizycie lekarskiej z KTG, ginekolog wystawił mi zwolnienie oraz skierowanie i powiedział dokładnie, kiedy mam się udać do szpitala, jak poród się nie zacznie. Stwierdził, że Kasia ma się dobrze i mogę jeszcze zaczekać parę dni. Tego dnia powiedzieli mi i mężowi, że muszę zostać, bo inaczej pewnie dostanę zakażenia i umrę. 

Reklama
Reklama

To był moment, kiedy nie dość, że usłyszeliście pewnie najgorszą wiadomość w waszym życiu, to jeszcze lekarze dołożyli wam ciężaru, próbując w absurdalny sposób obwinić was za to zdarzenie…

Bałam się, że ja umrę, a mój mąż pójdzie do więzienia. Nie rozumiałam, że lekarz nie ma racji. Siedziałam z położną i płakałam, podpisując mnóstwo dokumentów, nie miałam nawet pojęcia co to, byłam w szoku i przerażona. Na tym etapie mąż musiał już opuścić szpital. To było dla mnie strasznie trudne. Byłam bardzo wystraszona, zupełnie sama. Czułam się obwiniona przez lekarza, a przecież ciąża była cały czas pod kontrolą, Jeszcze kilka dni temu stwierdzono, że Kasia ma się dobrze i można zaczekać z wywołaniem porodu. 

Co było dalej?

Zdążyłam wysłać wiadomość do znajomej prawniczki, czy mogę pójść do więzienia za to, że Kasia umarła. Napisała mi, że pierwsze słyszy o czymś takim. Nie rozumiem do tej pory, co kierowało lekarzami, że tak mnie i męża “sponiewierali” psychicznie, dokładając mi traumy oskarżeń do traumy spowodowanej śmiercią Kasi. Pamiętam, że jedna położna mnie wtedy przytuliła i pocieszała. Taki anioł wśród tych wszystkich innych ludzi. Powiedziała, że czeka mnie ciężki czas heroicznego porodu martwego dzieciątka. Zapewniła, że będzie przy mnie. Podobnie inna lekarka, drugi anioł, która przeprosiła mnie nawet za zachowanie kolegów. Dwie kobiety, które dodały mi siły i otuchy. Jak już uporałam się z dokumentami, nieśmiało zapytałam czy mogę się pomodlić w kaplicy.

Inni pewnie też za was się modlili?

Noc była dla mnie bardzo ciężka. Podłączyli mi leki na indukcję i kazali iść spać. Ja nie mogłam spać, płakałam, modliłam się, pisałam z mężem, mamą, znajomymi… Prosiłam o modlitwę. Ponad tysiąc osób modliło się wtedy za nas, o cud dla Kasi. W końcu nad ranem zasnęłam wyczerpana.

Reklama
Reklama

Rozpoczął się kolejny dzień…

Rano 31 maja o 7:00 już były położne pożegnać się, bo zmieniali się dyżurujący, miałam wizytę lekarza, wszyscy byli jacyś niemi, tacy bez wyrazu, nikt się nie odzywał. Kiedy przyszedł ordynator, powiedział, że normalnie nie wolno wpuszczać osób towarzyszących, ale zrobią tak, żeby mąż mógł być, jak poród będzie postępował.

Poród się rozpoczął?

Tak. Mimo kilku dawek znieczulenia, podawania oksytocyny, przez 14 godzin nie mogłam urodzić Kasi. Naprawdę starałam się być dzielna, ale byłam wyczerpana. Skurcze były bez przerwy i bardzo dotkliwe. Położna dyżurująca wciąż wychodziła, a ja ją wołałam, że nie wytrzymam i że coś jest nie tak. To już tak długo trwało. Ciągle ją wołałam, a ona zamiast ze mną być, chociaż nie było innych rodzących, ciągle wychodziła. Miałam dość. Zaczęłam płakać, że chcę umrzeć, że nie chcę mieć więcej dzieci, że nie dostanę nagrody za mój trud, bredziłam od rzeczy i krzyczałam okropnie z rozpaczy, zwątpienia i bólu. Przyszedł w końcu lekarz i przywiózł USG. Okazało się, że Kasia zesztywniała i opierała się nóżkami o dno macicy, odchyliła jej się główka do tyłu i utknęła w kanale. Nie miałam szans jej urodzić, więc zdecydowali o cesarce. Odłączyli mnie od kroplówki i w końcu poczułam ulgę, pożegnałam się z mężem, powiedziałam mu, że go kocham najbardziej na świecie.

Nadal się modliłaś?

Już na sali przed cesarką modliłam się do Boga, abym przeżyła, bo mężowi będzie bardzo ciężko samemu i odpłynęłam. Obudziłam się na sali pooperacyjnej, pielęgniarka zakładała mi worek z krwią, budziłam się i zasypiałam. Było ciemno na zewnątrz i koło 3 w nocy położne przyniosły mi Kasię.

Reklama

Jak wyglądała?

Była ubrana, w czapce i jakimś beciku. Dostałam ją na ręce, ale byłam tak słaba, że wydawała mi się okropnie ciężka. Pielęgniarki ochrzciły ją przy mnie, tak chyba dla mnie jedynie, bo sakramenty są przecież dla żywych. Nie miałam siły. Chciało mi się spać. Do tego paraliżował mnie lęk. Nie wiedziałam czy mogę zapytać gdzie jest mąż, gdzie są moje rzeczy, mój telefon, czy mogę po niego zadzwonić, zrobić Kasi zdjęcie, rozebrać ją albo poprosić pielęgniarki o pomoc, bo chciałam wiedzieć czy jest dziewczynką, jak wyglądają jej stópki, rączki, brzuszek. Byłam całkowicie bezradna, wydawało mi się, że już na nic nie zasługuję i nie mam żadnych praw. Zabrały ją po 15 minutach, chociaż wcześniej obiecywały, że będziemy mogli pożegnać się razem ile tylko chcemy, nawet parę godzin.

CZYTAJ: “Wierzę, że Basia oddała swoje krótkie życie za naszą rodzinę”. Poruszające świadectwo utraty dziecka

Czyli ponownie dotknął cię nie tylko brak empatii, ale brak profesjonalnego zachowania?

Odebrali mi godność, bezpieczeństwo i nawet pożegnanie z moją córeczką. Nie dostałam opieki psychologa od razu, tylko po paru dniach. Na szczęście ksiądz, na moją prośbę, przychodził codziennie z Panem Jezusem do mnie. Do tego dyrektor jeszcze na mnie nakrzyczał, bo nie chciałam leków na wstrzymanie laktacji. Pomyślałam, że tyle chociaż zrobię dobrego i oddam mleko wcześniakom do banku mleka. Niestety okazało się, że po przetoczeniu krwi – nie mogłam. Rano lekarz, który mnie operował wyjaśnił mi, że dostałam atonii macicy [niedowład macicy jest skutkiem niedostatecznego obkurczenia się mięśnia narządu po urodzeniu dziecka i wydaleniu łożyska, co prowadzi do krwawień z niezamkniętych miejsc przylegania łożyska- przyp. red.] i w konsekwencji krwotoku. Musieli mnie intubować i ratowali macicę. Jak się później okazało jedna interwencja powodowała kolejne konsekwencje. W dodatku do piątku 4 czerwca spędziłam długie godziny w szpitalu sama, bez możliwości odwiedzin. Dobrze, że mamy XXI wiek, telefony, messenger, kamerki.

Jednak w końcu wypisali cię ze szpitala…

Tak. I uważam, że wydarzył się cud, bo ja przeżyłam, a mogło być inaczej. Jeszcze w szpitalu dostałam kontakt do Fundacji im. Ernesta Wójcickiego, która otacza pomocą rodziców po stracie dziecka. Razem z mężem skorzystaliśmy z terapii małżeńskiej i indywidualnej. Ja także mam swoją grupę wsparcia. Podczas terapii pracowałam nad moimi stanami depresyjnymi, które mnie dopadały i miałam do przepracowania ogromne poczucie winy z powodu śmierci Kasi.

Razem z mężem skorzystaliśmy z terapii małżeńskiej i indywidualnej. Ja także mam swoją grupę wsparcia. Podczas terapii pracowałam nad moimi stanami depresyjnymi, które mnie dopadały i miałam do przepracowania ogromne poczucie winy z powodu śmierci Kasi.

Nadal się obwiniasz?

Dzięki terapii przestałam. Jednak moja babcia do tej pory, czyli ponad rok, nie odzywa się do mnie. Chyba ma poczucie, że jakbym szybciej pojechała do szpitala, to Kasia by żyła? Tylko na tamten moment naprawdę nic się nie działo. Byłam pod opieką specjalistów ginekologów, a nie szamanów. Planowałam poród domowy, ale oczywiście z możliwością transferu do szpitala, jakby cokolwiek było nie tak.

Co jest najtrudniejsze dla ciebie w śmierci dziecka?

Najtrudniejsze to odwrócona sprawiedliwość. To ja powinnam pierwsza umrzeć i to mnie dzieci powinny odwiedzać na cmentarzu, a w takim wypadku jak nasz, świat staje do góry nogami. Trudne jest też pożegnanie z planami i marzeniami. W końcu wyzwaniem są i ludzie, którzy nie wiedzą jak się zachować.

A jak powinni się zachować?

Towarzyszyć. Po prostu być. Nie muszą nic mówić, a jak nie dają rady słuchać, to mogą powiedzieć to wprost. Najsmutniejsze jest dla mnie, jak inni udają, że naszego dziecka nie było. Po kilku miesiącach chcieliby zapomnieć, przejść nad tym do porządku dziennego. Tylko my z mężem nie zapomnimy. Już zawsze Kasia będzie w jakiś sposób z nami.

Gdzie teraz jest Kasia i co robi?

Wyobrażam ją sobie, że jest w Niebie. Siedzi na ramieniu Ojca, kręci mu loczki z brody i szepcze do ucha: Tato, moi rodzice potrzebują tego i tego…

Czyli jest waszą wstawienniczką?

Zdecydowanie. Bardzo odczuwamy jej opiekę i to, że wyprasza nam łaski.

Czy widzisz jakieś pozytywne skutki tego traumatycznego zdarzenia?

Wciąż pojawiają się owoce. Choćby to, ile wspaniałych osób poznałam w grupie wsparcia albo możliwość opowiedzenia o tym, jak jesteśmy wdzięczni za te 9 miesięcy, kiedy Kasia była u mnie w brzuchu. To może dodać otuchy innym rodzicom w podobnej sytuacji.

Masz pretensje do Boga o to, co się stało?

Nie. Ufam Mu, że wie lepiej co jest dla nas i dla niej dobre. Ona miała krótszy czas na ziemi, a teraz jest już w Niebie, gdzie nas przywita.

Czym jest dla ciebie bycie mamą?

Bycie mamą to przeplatanie radości i trudów. Tak myślę. Doświadczyłam tego już w ciąży z Kasią, a i teraz dobre momenty mieszają się z moimi obawami, smutkiem, gorszym samopoczuciem. Spodziewamy się z mężem kolejnego maluszka. To początek ciąży. Mam niewielkie plamienia i nie mogę pracować. Na co dzień jestem wychowawcą w żłobku. Choć bardzo się cieszymy z kolejnej ciąży, jest też w nas sporo lęków. Natomiast wiem, że człowiek nie ma nad wszystkim kontroli. Może chcieć jak najlepiej, ale nikt z nas nie jest panem życia i śmierci. Często też zapominamy, że śmierć to przecież nie koniec, ale początek…

Gratuluję stanu błogosławionego i dziękuję ci za rozmowę.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę