Nie zabieraj swoich dzieci do Nazaretu

W uczciwym podejściu do doświadczeń z własnego dzieciństwa leży klucz do szczęścia w naszych małżeństwach i w naszych rodzicielskich zmaganiach.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Bardzo dużo w Kościele mówimy o Nazarecie. Duchowość nazaretańska, Ruch rodzin nazaretańskich. Sama przez lata określałam swoje macierzyństwo jako „Moje wielkie NIC czyli nazaretańskie wszystko”. Nazaret to synonim życia prostego i ukrytego, to gloryfikacja codziennej służby jako drogi do chwały. Jednym słowem to tajemnica szczęścia.

Ale to nie jedyne oblicze Nazaretu. To przecież też miejsce, w którym Pan Jezus nie mógł zdziałać żadnego cudu. To miejsce, które na obecność Mesjasza „uniosło się gniewem”, to wreszcie miejsce, w którym chciano Jezusa – już na samym początku działalności – zabić. Nazaret w tym ujęciu to niełatwy powrót do przeszłości. To synonim ran, zadanych nam w okresie, w którym byliśmy najbardziej bezbronni; we wczesnym dzieciństwie.

 

 

Jesteśmy szczęściarzami. Żyjemy w czasach, w których psychologia skutecznie potrafi wytłumaczyć mechanizmy, jakie rodzą się w nas na skutek takich właśnie zranień. Najczęstsze źródła naszej dziwnej, często niewytłumaczalnej agresji, naszych lęków, naszych natręctw leżą właśnie tam – w naszym Nazarecie. Często jesteśmy tego nieświadomi dopóki nie pojawią się w naszym życiu dzieci. Nasza nieuleczona przeszłość obudzi się ze zdwojoną siłą właśnie w kontakcie z nimi. Ich działania będą wywoływać w nas emocje z przeszłości. Jeśli, przykładowo, pochodzimy z domu, w którym królowała łagodność, stłuczony przez naszego malucha talerz wywoła uśmiech i wyrozumiałość. Jeśli natomiast pochodzimy z domu, gdzie panował tzw. pruski wychów – ta sama sytuacja obudzi w nas gniew. Czasem irracjonalnie duży w stosunku do przewinienia. To z kolei zrodzi w nas potężne uczucie winy. Tak dzieje się zawsze, kiedy w niekontrolowany sposób „wyłazi z nas przeszłość”, kiedy niepotrzebnie zabieramy do własnego Nazaretu naszych najbliższych. Gniew, który wylaliśmy na naszego malca nie był gniewem dla niego, ale dla zbyt surowego taty, nauczyciela czy brata, który zawsze robił nam na złość.

Pan Jezus naprawdę nie musiał wracać do Nazaretu. Nie musiał się narażać na szyderstwa i powątpiewania jakich tam doświadczył. Całe Kafarnaum rozpowiadało już o Jego cudach. Mógł spokojnie ominąć to nieżyczliwe miejsce. A jednak tam wrócił. Po co? Wrócił dla nas. Żeby nam pokazać, że z własną przeszłością nawet On musiał się skonfrontować. W jaki sposób?

 

„Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował” (Łk 4, 16a). Czyli po pierwsze: POWRÓT. Jeśli chcesz aby twoje dziecko było szczęśliwe, a ty byś po prostu był dobrym rodzicem nie ma innej drogi. Trzeba wrócić do swojego domu rodzinnego.

„W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać” (Łk 4.16b). Czyli po drugie: KONFRONTACJA. Nie wystarczy wrócić. Trzeba swoją przeszłość sprowokować. Dokopać się do niej i stanąć twarzą w twarz z każdym znaczącym zranieniem, które może rzutować na nasze dorosłe życie.

I wreszcie ostatni krok: ODEJŚCIE. „On jednak, przeszedłwszy pośród nich, oddalił się” (Łk 4,30). Aby uwolnić się od przeszłości nie wystarczy się z nią rozliczyć, ale trzeba ją opuścić. Zamknąć drzwi domu rodzinnego. Wziąć z niego tylko to, co było dobre (nawet jeżeli miałoby to być tylko własne życie), a resztę zostawić. I odejść.

 

 

Czy to jest łatwy proces? Nie. Czy jest bolesny? I to jak! Znam jednak wielu ludzi, którzy wyruszyli w tę podróż. Z kierownikiem duchowym, ze współmałżonkiem czy z psychologiem u boku stawili mężnie czoła Nazaretowi. I chociaż wszyscy będziemy raz po raz potykać się o nasze zranienia to jednak cel jest jeden i wart każdego trudu. Ku wolności wyswobodził nas przecież Chrystus!

Może i nie jest to typowy wpis pod hasłem „Jak skutecznie przekazać dzieciom nasze wartości”, ale to właśnie w ten sposób postanowiłam zacząć tę nową rubrykę na stacji7. W uczciwym podejściu do doświadczeń z własnego dzieciństwa leży bowiem klucz do szczęścia w naszych małżeństwach i w naszych rodzicielskich zmaganiach. Możemy jako małżonkowie, jako rodzice obdarowywać swoich najbliższych nieprawdopodobnymi skarbami. Możemy być jak ptaki, które swoim lotem poderwą ich aż pod niebo. Ale tylko jeśli odrzucimy zbędny balast. Balast, który czasem tylko spowalnia nasz krok, ale zdecydowanie częściej uniemożliwia oddech.

 

Jak to zrobić? Jak wrócić do Nazaretu, rozprawić się z nim i skutecznie z niego odejść? Jak zweryfikować nasze doświadczenia i precyzyjnie ocenić które były dobre i warte powtarzania, a które są ciężarem hamującym nasz rozwój? Pytania te są kluczowe i zbyt ważkie by podejmować nawet pobieżną próbę odpowiedzi na nie w tym miejscu. Pozwólcie, że wskażę Wam książkę, która jest oczywiście jedną z wielu na ten temat, jednak – i to nie tylko w mojej opinii – bardzo dobrą. Przywędrowała do naszego domu przez przypadek, a okazała się motorem wielkich zmian. Jej autorzy (ze względu na swoją drugą, bestsellerową pozycję) będą stale obecni w tej rubryce. Kochani, oddaję Was w ręce Moniki i Marcina Gajdów, a książka, o której piszę to „Rozwój. Jak współpracować z łaską?”. Nie traktuje ona tylko o zranieniach z dzieciństwa; znajdziecie w niej dużo więcej. Nie oczekujcie recenzji – przeczytajcie. Dla siebie, dla współmałżonka a przede wszystkim dla Waszych dzieciaków.

 

 

 


Wesprzyj nas
Anna Hazuka

Anna Hazuka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Ojciec szczęśliwych dzieci

"Tak naprawdę wszyscy rodzice są przyjaciółmi swoich dzieci, tylko one o tym nie wiedzą"

Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

José María ‘Chema’ Postigo, ojciec rodziny wielodzietnej, która została uznana wielką rodziną europejską roku 2015 (18 dzieci, z których żyje 15) zmarł w poniedziałek na raka – poinformowała jego żona Rosa Pich-Aguilera w sieciach społecznościowych.

Takiej treści wiadomość opublikował hiszpański dziennik El Mundo 6 marca tego roku.

 

„Dowiedzieliśmy się, że pogrzeb Chemy (tak w Hiszpanii skraca się imię José María) odbędzie się za dwa dni, w środę, 8 marca i zdecydowaliśmy się z żoną pojechać do Barcelony” – mówi Rafał Waszkiewicz, moderator Akademii Familijnej. Akademia to stowarzyszenie prowadzące kursy rozwijające kompetencje wychowawcze rodziców. – „Poznaliśmy Chemę wiele lat temu, mogę powiedzieć o nim krótko: to przyjaciel. Razem z Rosą odwiedzili nasz kraj, bardzo pomagali w rozwoju Akademii, więc chcieliśmy, żeby w ostatniej drodze towarzyszył mu ktoś z Polski. W pogrzebie uczestniczyło 4,5 tysiąca ludzi”.

Gdy w życiu dziecka brakuje dobrej obecności ojca znacząco zwiększa się ryzyko porażki edukacyjnej, popadnięcia w uzależnienia, wchodzenia w przypadkowe związki, jednym słowem wzrasta zagrożenie zmylenia drogi życiowej przez syna lub córkę.

Dużo dziś mówi się o kryzysie męskości, kryzysie ojcostwa i jego skutkach dla dzieci. Gdy w życiu dziecka brakuje dobrej obecności ojca znacząco zwiększa się ryzyko porażki edukacyjnej, popadnięcia w uzależnienia, wchodzenia w przypadkowe związki, jednym słowem wzrasta zagrożenie zmylenia drogi życiowej przez syna lub córkę.

Chema Postigo był odwrotnością takiej postawy. Przypuszczalnie każda z tych 4,5 tysiąca osób obecnych na jego pogrzebie zgodziłaby się, że był najlepszym prezentem dla swoich dzieci.

 

 

Rafał Waszkiewicz ma żywo w pamięci swój krótki pobyt w domu Chemy i Rosy przed kilkoma laty: „Oni mieszkają na ostatnim piętrze dużej kamienicy i mają do swojej dyspozycji dach. Wyszliśmy na ten dach wieczorem, Chema jeszcze nie wrócił z pracy, a młodsze dzieci zaczęły ‘wariować’. Pewnie były przejęte tym, że pojawili się jacyś nieznani ludzie (byłem tam z kolegą) i chciały się trochę popisać. Zaczął się niezły rozgardiasz, przepychanki między rodzeństwem i w tym momencie pojawił się tata. Nie strofował ich, ani nie uspokajał. Po prostu wyjął różaniec z kieszeni, dwóch rozrabiaków wziął za ręce i zaczęli chodzić po tym dachu. Chema się modlił, za nim podążyły dzieci. Po kilku minutach był całkowity spokój.”

Rafał zapamiętał też kolację, która zgromadziła przy stole tę liczną gromadę.

 

 

Gdy siadasz przy stole, modlisz się na początku, dziękujesz na końcu i myślisz też o tamtej kolacji naszego Pana. Widzisz wtedy inny wymiar tego zwyczaju.

„Stół jest specjalnie skonstruowany na potrzeby takiej rodziny. Wymyślił go nieżyjący teść Chemy – Raphael Pich (ojciec szesnaściorga dzieci), aby ułatwić rozmowę i wzajemne służenie sobie. – Stół jest okrągły, na środku ma część obrotową, w której znajdują się różne potrawy. Jego kształt sprawia, że wszyscy mogą sobie patrzeć w oczy i to bardzo sprzyja rozmowie. Dzieci uczone są, że mają służyć osobie siedzącej obok i rzeczywiście, za każdym razem, kiedy mój talerz zaczynał być pusty „podjeżdżało” mi pod oczy (na tej części obrotowej) coś do zjedzenia. Po prostu ktoś to zauważał i podsuwał potrawę. Gdy kończyło mi się picie sąsiad zaraz proponował dolewkę. To wszystko odbywało się w atmosferze wielkiej radości, śmiechów i opowiadanych sobie historii z całego dnia. Chema umiejętnie kierował rozmową, tak, aby każdy mógł podzielić się tym, co dla niego ważne”.

Z okrągłego stołu rodzina Postigo Pich była bardzo dumna. Kilka lat wcześniej sam usłyszałem o nim z ust samego Chemy, który razem z Rosą odwiedzili Polskę z okazji 10-lecia Akademii Familijnej: „Przy stole wszyscy czują się dobrze, ponieważ jemy – mówił w rozmowie przeprowadzonej w 2013 roku. – To jest ważne nie tylko dlatego, że zaspokajamy głód, ale także dlatego, że kiedy ty jesz, inni mogą mówić. Jesteśmy zadowoleni, ponieważ możemy podzielić się tym, co jest dla nas ważne. To jest czas, kiedy buduje się jedność rodziny.  Jeśli wejdziemy na wyższy poziom, to zobaczymy, że nasz Pan pożegnał się z apostołami właśnie podczas kolacji. Gdy siadasz przy stole, modlisz się na początku, dziękujesz na końcu i myślisz też o tamtej kolacji naszego Pana. Widzisz wtedy inny wymiar tego zwyczaju. W Ewangelii jest napisane, że nasz Pan wziął chleb, odmówił dziękczynienie i łamał go. Przecież my to robimy codziennie. Naszą pracą zarabiamy na chleb, czasem doznajemy cierpienia, kosztuje nas ona sporo walki. To jest bardzo specjalny moment w rodzinie”.

 

Na ostatnim zdjęciu Rosy i Chemy, leżącego w szpitalnym łóżku widzimy dwoje uśmiechniętych ludzi. Ten uśmiech – tak autentyczny a jednocześnie, biorąc pod uwagę okoliczności, niewiarygodny, budzi pytania. „Cierpienie rodziny po śmierci ojca było autentyczne i głębokie – opowiada Katarzyna Waszkiewicz. – Rosa powiedziała mi, że płakali dużo. Jedno z dzieci przyniosło do domu wiadro, mówiąc, że jest ono na to morze łez. Zarazem jednak był w nich głęboki pokój”.

Po śmierci męża Rosa napisała: „Bóg jest naszym Ojcem. Jest bardzo dobry, chociaż czasem Go nie rozumiemy. Przed godziną Chema odszedł od nas do nieba na zawsze, na zawsze, na zawsze”.

 

 

„Oni poznali, czym jest cierpienie – mówi Rafał Waszkiewicz. – Stracili wcześniej trójkę dzieci.” Sama Rosa tak o tym mówiła:

„Nasze drugie i trzecie dziecko zmarły w odstępie czterech miesięcy. Co do pierwszego lekarz orzekł, że nie będzie żyło dłużej niż trzy lata. Wtedy przyjaciele mówili: „Rosa, proszę nie miejcie już więcej dzieci.  Macie jakiś problem.” Lekarz mówił to samo: „ Jeśli masz troje dzieci i one umierają z powodu problemów z sercem, to następne też najprawdopodobniej będą miały te same problemy. Rozmawialiśmy o tym z mężem. I stwierdziliśmy, że nikt nie będzie decydował, co się dzieje w naszej sypialni.  To jest rzecz osobista. Nikt nie będzie decydował – ani ksiądz, ani lekarz, ani znajomi, ani rodzice, ani dziadkowie. Zdecydowaliśmy się, że będziemy mieli dużą rodzinę, i dziś mamy piętnaścioro dzieci, które żyją. Kiedyś przyjechała do nas ekipa BBC. Kręcili film o największych rodzinach świata. Weszli z kamerą do naszej sypialni.  Zaczęli filmować łóżko. ‘O, to fabryka dzieci!’ – mówili”.

 

Kilka lat temu Rosa napisała książkę: „Jak być szczęśliwym z jednym, dwojgiem, trojgiem … i więcej dziećmi”. Mąż był pierwszym czytelnikiem powstających w szybkim tempie rozdziałów.

„Powiedziałem jej – wspominał Chema w czasie naszej rozmowy przed czterema laty –  że jeden z nich powinna poświęcić intymności między mężem a żoną.  Jeśli jest tyle dzieci, to ludzie będą chcieli wiedzieć o tym coś więcej.  I dosłownie następnego poranka oświadczyła: “mam ten rozdział”.  On jest bardzo piękny, ponieważ wyjaśnia, na czym polega głęboka jedność między mężem a żoną.  To jest specjalny czas. Nie chodzi tu tylko o zjednoczenie ciał, to jest zjednoczenie dusz. W ciągu dnia niełatwo jest zatrzymać się na chwilę i zwrócić się wyłącznie do swojej żony, do swojego męża. Więc potrzebne są takie chwile, kiedy ciała i dusze są razem. Kiedy są otwarte na nowe życie.  Tylko od nas zależy, że je powołamy.  Nasz Bóg jest Stworzycielem, a my decydujemy, aby się otworzyć na życie.

 

 

Od tej rozmowy minęły cztery lata i wciąż pamiętam zapał, z jakim mówił Chema. W pewnym momencie zwrócił się do mnie z retorycznym pytaniem:

„Czy ty to rozumiesz?  My możemy powiedzieć Panu Bogu – poczekaj. To zależy od nas. I Bóg czeka, daje nam wolność.  Chodzi o to, aby twoja wolność była otwarta na życie.  Powołujesz nowe ciało, które przychodzi z niczego.  Bóg czeka, aby stworzyć duszę dla tego ciała, które pochodzi z naszej miłości. To jest tak niezwykły moment. Gdyby ludzie to zrozumieli! W tej chwili mają bezpośrednią łączność ze Stworzycielem.  Zobaczyliby, że działanie ich ciał jest tylko częścią cudu, który się wydarza.  To wielka tajemnica.  W tej chwili działa Trójca Święta, ponieważ Bóg Ojciec czeka, aby stworzyć duszę, Jezus Chrystus – Syn czeka na nowe dziecko, a Duch Święty jest miłością, która prowadzi nas do stworzenia nowego chłopca, nowej dziewczynki.  Gdyby ludzie to zrozumieli, to byliby naprawdę zdziwieni”.

„Ich miłość była widoczna i widać też było, że daje dzieciom ogromną siłę – mówi Katarzyna Waszkiewicz. – „Chema był kochającym mężem i kochającym ojcem – dodaje Rafał – a to przejawiało się w wielu drobnych i mniej drobnych rzeczach.” „Jeszcze w pracy starał się wymyśleć jakąś historyjkę lub żart, aby wprowadzić potem dobrą atmosferę przy stole – dodaje jego żona. – Notował to sobie na karteczce, żeby nie zapomnieć.” „W soboty zabierał dzieci do najbiedniejszej dzielnicy Barcelony i tam pomagali ubogim – dodaje Rafał. – Kiedy zastanawiałem się nad okolicznościami naszych spotkań, to zobaczyłem, że właściwie zawsze on pojawiał się po to, żeby pomóc.”

 

 

Tak naprawdę wszyscy rodzice są przyjaciółmi swoich dzieci, tylko one o tym nie wiedzą. Dzieci pewnie lubią swoich kolegów. Ale z kolegą po prostu rozmawiasz o różnych rzeczach, np. o tym, co wydarzyło się w szkole. Natomiast rodzice dają mu życie, potem żywią, kiedy dziecko jest chore podają mu lekarstwo – to wszystko są dary ofiarowane bezinteresownie. Problem polega na zadaniu sobie pytania: ‘Co mogę zrobić, aby dziecko wiedziało, że jestem jego przyjacielem, bo przecież robię dla niego wszystko, co w mojej mocy?

Chema nie znał polskiego przysłowia „Przyjaciela poznasz w biedzie”, ale był jego żywym ucieleśnieniem – także wobec własnych dzieci. W czasie naszej rozmowy zapytałem go, na czym to polega:

„Święty Tomasz mówił, że przyjaźń jest największym przejawem miłości, ponieważ dajesz coś drugiemu i nie oczekujesz niczego w zamian – odpowiedział. – Otrzymujesz od niego tylko miłość. I w tym sensie mamy budować relację przyjaźni z naszymi dziećmi. Tak naprawdę wszyscy rodzice są przyjaciółmi swoich dzieci, tylko one o tym nie wiedzą. Dzieci pewnie lubią swoich kolegów. Ale z kolegą po prostu rozmawiasz o różnych rzeczach, np. o tym, co wydarzyło się w szkole. Natomiast rodzice dają mu życie, potem żywią, kiedy dziecko jest chore podają mu lekarstwo – to wszystko są dary ofiarowane bezinteresownie. Problem polega na zadaniu sobie pytania: ‘Co mogę zrobić, aby dziecko wiedziało, że jestem jego przyjacielem, bo przecież robię dla niego wszystko, co w mojej mocy? Co mam robić, aby rozwinąć z nim przyjacielską relację?’  Muszę spędzać z nim czas, rozmawiać z nim, bawić się z nim, odrabiać z nim prace domowe, wyjaśniać mu różne rzeczy tak samo jak nauczyciel wyjaśnia rzeczy uczniom.  Kiedy na spotkaniach z rodzinami pytano św. Josemaríę o relacje z dzieckiem, on zawsze mówił: „musisz być jego przyjacielem”.  To były lata sześćdziesiąte i ludzie nie byli przyzwyczajeni do takiego języka. Wówczas relacje między rodzicami a dziećmi były pełne dystansu. Nie wiem jak tu było w Polsce, ale w Hiszpanii tak było.  W tych relacjach było bardzo dużo respektu wobec rodziców. Nie mówiło się do nich „mamo”, „tato”, ale „proszę pana”, „proszę pani”. Mówiliśmy „ojcze”, a nie mówiliśmy „tatusiu”. Dziś widzimy, że te relacje są bardziej przyjacielskie, ale to nie ma oznaczać braku szacunku. Jesteś przyjacielem, jeśli dajesz drugiemu to, co masz najlepszego.”

 

Zdjęcia wykorzystane w artykule pochodzą z profilu prowadzonego przez żonę Chemy Postigo w portalu Instagram


Wesprzyj nas

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz i koordynator współpracy z rodzicami w szkole „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >