Siostry od Aniołów – tych z ziemi i tych z Nieba

Chodzą w wielkiej bliskości ze swoimi aniołami stróżami i same starają się być jak oni, cichą obecnością towarzysząc ludziom. Poznajcie Siostry od Aniołów.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Choć są zakonnicami – nie noszą habitów ani welonów, nie zmieniają imion na zakonne. Zwracając się do nich można używać zarówno formy “siostro” jak i “pani”, bądź mówić po imieniu. Starają się nie wyróżniać w tłumie, ale od “tłumu” nie uciekają, będąc nieustannie blisko zwykłych ludzi, świadcząc o Chrystusie wszędzie tam, gdzie pracują. A pracują w różnych miejscach: w szkołach ucząc nie tylko katechezy ale też innych przedmiotów, w gabinetach psychologicznych, szpitalach i przychodniach jako lekarze czy pielęgniarki, w kościołach – jako organistki i wreszcie – nawet na ulicy, jako streetworkerki towarzyszące bezdomnym czy uzależnionym. 

 

Cisi towarzysze zmagań

Zgromadzenie Sióstr od Aniołów powstało w 1889 r. w Wilnie jako dzieło młodego wówczas kapłana ks. Wincentego Kluczyńskiego – późniejszego arcybiskupa, dziś Sługi Bożego. W jego założeniu siostry bezhabitowe dzięki swojemu ukryciu miały nie tylko móc nieść Ewangelię w świecie, ale też stanowić wsparcie dla kapłanów.

– Charyzmat zgromadzenia jest prosty: towarzyszenie ludziom i wspieranie kapłanów. Mamy nie tylko żyć obecnością świętych Aniołów w naszym życiu, ale też być jak aniołowie: cisi towarzysze naszych zmagań, posłani przez Boga do pomocy ludziom – mówią dziś o sobie Siostry od Aniołów. 

Rozmawiam z dwiema z nich, Agnieszką i Marią. Obie wyglądają jak zwykłe współczesne kobiety, noszą normalne fryzury i ubrania, sugerują, żeby pisać o nich po prostu po imieniu, bez dodawania literki “s.”. Nie chcą się obnosić ze swoim powołaniem, jak aniołowie, których obecności nie widzimy i często nie czujemy, ale którzy zawsze są przy nas, by pomagać i służyć. 

– Anioł posłany przez Boga jest przy każdym z nas, czy z nim rozmawiamy czy nie, czy o nim pamiętamy, czy nie. To, czego uczymy się w naszej posłudze od tych Bożych posłańców, to przede wszystkim czas, dyspozycyjność, gotowość do pomocy, zatrzymania się przy drugim człowieku. Drugi ważny wymiar to pełnienie woli Boga, którą staramy się poznawać na osobistej modlitwie, medytacji oraz słuchając przełożonych – wyjaśnia Agnieszka. 

Od razu pytam ich, czy siostry od Aniołów mają u tych duchów niebieskich specjalne chody. A one od razu zaprzeczają. – Takie “chody”  ma u nich każdy z nas, bowiem każdemu Pan Bóg dał do opieki i wspierania osobistego Anioła Stróża – zapewnia Agnieszka. 

 

 

Mój anioł uratował mi życie

Siostry pracują w świecie, często w ogóle nie przyznając się przed innymi do bycia zakonnicami, ale za to żyją we wspólnocie, składają śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, dużo się modlą. Najwięcej chyba jednak przez wstawiennictwo Aniołów. “Wobec aniołów będę Cię wielbić mój Boże i sławić Twe imię za Twoją dobroć i wierność” – tymi słowami wszystkie codziennie rano rozpoczynają swoją modlitwę. Przychodząc do Zgromadzenia nie każda z nich miała jednak swoją relację z aniołem, czego przykładem jest Agnieszka. – Siostra od Aniołów była w mojej rodzinnej parafii organistką i prowadziła scholę. Potem jedna z sióstr pomagała mi gdy zdawałam maturę, wspierała, towarzyszyła. Można więc powiedzieć, że do zgromadzenia doprowadziła mnie ta znajomość. Pamiętałam o siostrach, gdy rozeznawałam swoje powołanie. Natomiast o relacji z aniołem, o tym, że to jest możliwe – nigdy wcześniej nie myślałam. Zaczęłam z nim rozmawiać dopiero po okresie nowicjatu w zgromadzeniu, czyli po jakichś 4-5 latach. Dziś bardzo często korzystam z jego pomocy – opowiada Agnieszka. 

O co prosi swojego anioła? O rzeczy najróżniejsze, najczęściej jednak o pomoc w relacjach z trudnymi ludźmi, o wsparcie przy dzieciach w przedszkolu, ale też powierza się opiece Anioła zawsze gdy rusza w podróż. – Jestem przekonana, że przynajmniej kilka razy mój anioł uratował mi życie, np. pomagając mi uniknąć wypadku samochodowego – mówi Agnieszka. 

 

Anioł nie jest maszynką do spełniania życzeń

Inna jest historia Marii, która wprost twierdzi, że do Zgromadzenia doprowadził ją jej Anioł Stróż. – Przede wszystkim nie miałam pojęcia, że istnieją Siostry od Aniołów. Gdy rozeznawałam swoje powołanie planowałam założenie rodziny, studiowałam nawet Nauki o rodzinie. Światło przyszło razem z osobistym nawróceniem i później sprawy potoczyły się już bardzo szybko. We wtorek poznałam pierwszą z Sióstr od Aniołów, w piątek już byłam u nich w domu, a w sobotę podjęłam decyzję o wstąpieniu. Jestem pewna, że wszystko to poukładał Pan Bóg posługując się moim Aniołem, z którym zawsze miałam bliską relację – mówi Maria. 

Ona również w swojej codzienności doświadcza opieki Anioła. Prosi go o pomoc zarówno w sprawach pozornie błahych, jak pilnowanie ciasta w piekarniku (by się nie przypaliło), zakupy (by nie kupiła niepotrzebnych rzeczy), pomoc w podróży (by zdążyła na pociąg, do którego się przesiada), ale też anioł włącza w jej modlitwę intencje polecane jej przez różnych ludzi. Maria też ma świadomość, że  “przypadkowe”, ale ważne spotkania z ludźmi to również jego sprawka. 

– Trzeba jednak pamiętać, że podstawowe zadanie Anioła, to doprowadzenie nas do Nieba, do pełni życia z Bogiem. Nie jest więc on maszynką do spełniania życzeń, ale pomaga nam wtedy, gdy to jest zgodne z wolą Bożą. 

 

Siostry od Aniołów – od lewej: Maria i Agnieszka

 

Jesteśmy ich ulubieńcami

Pytam siostry, czy mają jakiś sposób na zaczęcie osobistej relacji ze swoim aniołem. – Zacznijmy od uświadomienia sobie ich obecności. Wyznajemy ją w każdą niedzielę w Credo odmawianym na Mszy św. gdy mówimy: “wierzę w Boga, Stworzyciela wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. Następnie odezwijmy się do niego w myślach, chociażby odmawiając znaną modlitwę “Aniele Boży…”, ale też własnymi słowami, zostawiając jednocześnie przestrzeń ciszy, stawiając słuchanie przed proszeniem – mówi Maria. 

A skąd się dowiedzieć czegoś więcej o naszym Stróżu z Nieba? Jak sprawdzić, czy nas lubi, co o nas myśli, jak ma na imię, czy jest do nas podobny? – Myślę, że sprawa “lubienia” nas jest oczywista: Aniołowie są przed obliczem Boga, który jest Miłością, są więc przepełnieni Jego miłością. Zawsze, gdy dzieci w przedszkolu pytają mnie o to, czy ich aniołowie ich lubią, przypomina mi się relacja z Aniołami, którą miał św. Ojciec Pio. On usłyszał od swojego Anioła wprost: “nie bój się ulubieńcze mojego serca, jestem po to by cię wspierać”. Jesteśmy więc ich ulubieńcami! – przekonuje Agnieszka. 

 

9 dni dla przyjaźni

Obie siostry podkreślają jednocześnie wagę wierności doktrynie Kościoła jeśli chodzi o wiedzę o Aniołach stróżach.

– Ta doktryna opiera się na Biblii, na tym co o duchach niebieskich mówi Pismo Święte. Z niego zaś znamy na pewno tylko trzy imiona Aniołów: Michała, Gabriela i Rafała. Co do imion naszych Aniołów – nie jest to najważniejsza sprawa. Czasem Pan Bóg daje indywidualną łaskę poznania imienia swojego Anioła. Najważniejsze jednak, aby pamiętać, że oni prowadzą nas do Boga, to jest podstawowe zadanie – mówią siostry.

W związku z liturgicznym wspomnieniem świętych Aniołów Stróżów (2 października) siostry przygotowały w tym roku cykl krótkich filmów na YouTube, w których opowiadają o sposobach zaprzyjaźniania się ze swoimi Aniołami. Cykl nazywa się “9 dni dla przyjaźni” i ruszył 23 września jako nowenna. Siostry zachęcają do włączenia się.

 

Życie u boku s. Wandy Boniszewskiej

Bycie podobnym do Aniołów to niejedyny rys duchowości Zgromadzenia Sióstr od Aniołów. Drugi to wspieranie kapłanów, który siostry realizują na różne sposoby. Przede wszystkim modlą się za księży, bezpośrednio ich wspomagają, np. prowadząc grupy w parafiach, udzielając się jako katechetki czy organistki, prowadząc rekolekcje czy głosząc konferencje. Szczególnym przykładem ofiary w intencji kapłanów jest Służebnica Boża s. Wanda Boniszewska – mistyczka i stygmatyczka, zmarła w 2003 r., również Siostra od Aniołów. Jej proces beatyfikacyjny ma rozpocząć się jeszcze w tym roku w archidiecezji warszawskiej. 

Życie siostry Wandy – było naznaczone bólem i cierpieniem, od początku składanym Bogu w intencji świętości kapłanów. Prosił ją zresztą o to sam Pan Jezus. Wanda już od dzieciństwa miała widzenia Chrystusa, aniołów i świętych. – Zdarzało się, że nagle dostawała ogromnego bólu gardła tylko dlatego, żeby gdzieś jakiś kapłan mógł w tym czasie odzyskać swój głos i mówić o Chrystusie – wspominają dziś jej siostry. 

Wielką Golgotą siostry Wandy był czas stalinowskiego więzienia, na które została skazana w 1950 r. za ukrywanie księdza uznanego za „agenta Watykanu”. Przewożona w różne miejsca ZSRR podobnie jak wielu innych Polaków była torturowana. Niemal cały czas więzienia stalinowskiego chorowała na przeróżne choroby. Największym utrapieniem były wtedy jej stygmaty – sączące się rany w miejscach ran Jezusa. Więzienni lekarze określili je mianem “żylaków, które czasem krwawią”. Już wtedy widać było owoce jej nieustannego ofiarowywania wszystkich cierpień Bogu: niektórzy katujący ją funkcjonariusze służb więziennych nawracali się pod wpływem jej świadectwa. 

Jej przeżycia i doznania wewnętrzne pozostawały ścisłą tajemnicą, o której nie wiedziały nawet jej współsiostry. – Gdy nas pytają o siostrę Wandę musimy odpowiadać tak jak mąż św. Joanny Beretty-Moli: nie wiedziałem, że przez całe życie żyłem u boku świętej – mówią dziś siostry od Aniołów. 

To ukryte życie, naznaczone ofiarą i służbą innym ludziom jest najlepszą ilustracją charyzmatu Sióstr od Aniołów. – Jesteśmy siostrami od Aniołów z Nieba i od aniołów z ziemi. Z jednej strony naśladujemy naszych niebiańskich przyjaciół, z drugiej – wspieramy ziemskich wysłanników Boga – kapłanów, w realizacji ich zadań – mówią Agnieszka i Maria. 

Domy Zgromadzenia znajdują się w Polsce w dwóch miejscach: w Konstancinie Jeziornie oraz Zakopanem. Ponadto Siostry od Aniołów pracują też na Litwie, Białorusi, Ukrainie, Rosji, Czechach, a także w 3 krajach afrykańskich: Rwandzie, Kongo i Kamerunie.

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Powoli nieść owce

– Okradziono nas z najcenniejszego i najbezpieczniejszego miejsca, do którego wprowadzili nas nasi rodzice przez chrzest i Komunię Świętą – mówi jedna z ofiar wykorzystania seksualnego przez osobę duchowną. Czy Kościół pomaga im w powrocie do relacji z Bogiem?

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Katarzyna

Śliczna, trzydziestoparoletnia blondynka uśmiecha się do mnie, ale nie potrafi ukryć napięcia. W dłoniach gniecie kartkę, na której zanotowała kilka najważniejszych myśli. – Ksiądz wykorzystał mnie, kiedy byłam sześcioletnią dziewczynką – zaczyna opowieść Katarzyna. Całe jej świadectwo publikujemy TUTAJ. – Później przez lata miałam ogromne problemy ze swoją seksualnością, a tymczasem w kościele słyszałam, że mam żyć w czystości i że Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. W moim wyobrażeniu zaczął więc powstawać zafałszowany obraz Boga: myślałam o Nim jako o Kimś, kto tylko wymaga i chce mnie ukarać. Zaczęłam bać się, że grzechy seksualne prowadzą do piekła. Nie potrafiłam pogodzić w sobie swojej kompulsywnej seksualności z wezwaniem do życia w czystości, żyłam w ciągłym konflikcie. Skończyło się to potężną nerwicą na tle religijnym, potwornie bałam się piekła, opętania, grzechu. W kościele zdarzały mi się ataki paniki – przymyka oczy, wspominając tamten czas.

Zaburzenia emocjonalne, depresja, zniekształcony obraz siebie, lęk, niska samoocena, trudności w kontaktach z ludźmi, uzależnienie od alkoholu i narkotyków, zaburzenia seksualne… Te i wiele innych długofalowych skutków wykorzystania seksualnego w dzieciństwie wymienia literatura psychologiczna. Rzadko jednak mówi się o tym, że taka krzywda, szczególnie dokonana przez osobę duchowną, powoduje spustoszenia także w życiu duchowym ofiary.

Większość ofiar wykorzystania seksualnego przez osoby duchowne to młodzi ludzie mocno związani z Kościołem. Często są to członkowie grup parafialnych – ministranci, Dzieci Maryi, bywa też, że sprawca zaprzyjaźniony jest z rodziną ofiary. Kościół wcześniej kojarzył im się jako dobre, bezpieczne, przyjazne miejsce. Krzywda, jakiej doznają, doszczętnie rujnuje ten obraz.

Z polecenia Konferencji Episkopatu Polski wszystkie diecezje i zgromadzenia zakonne wyznaczyły swoich delegatów do spraw ochrony dzieci i młodzieży. Część z nich poszła o krok dalej i oprócz delegata wskazała także duszpasterza osób pokrzywdzonych i ich rodzin. O ile zadania delegata są bardziej formalne – przyjmuje zgłoszenie o wykorzystaniu, nadaje bieg sprawie, zgłasza ją do Kongregacji Nauki Wiary, a bywa, że i do prokuratury – to rolą duszpasterza jest towarzyszenie duchowe osobom, które życzą sobie takiego wsparcia.

 

Czy każdy pasterz jest wilkiem?

W gronie duszpasterzy są m.in. ks. Artur Chłopek z archidiecezji krakowskiej i ks. Janusz Kamiński, salezjanin.

– Zastanawiałem się, czy doświadczenie osób skrzywdzonych seksualnie w Kościele jest inne od tego, którego doznały osoby wykorzystane w innych środowiskach: w rodzinie czy w szkole – analizuje ks. Janusz. – Doszedłem do wniosku, że zranienie zadane przez kapłana sięga głębiej, bo dotyka sfery duchowej. Przywołując figurę Dobrego Pasterza i zagubionej owcy, to te owce nie zagubiły się same, tylko zostały zranione przez pasterza. Potem pozostaje w nich rezerwa, nieufność do ludzi Kościoła, pytanie czy kolejny pasterz nie okaże się wilkiem? – obrazuje kapłan.

Z kolei ks. Artur zauważa, że wielu sprawców do usprawiedliwienia siebie wykorzystuje wątki teologiczne i moralne. Wmawiają ofierze, że to, co zrobili, było dobre, a złem byłoby opowiedzenie komuś o zaistniałej sytuacji. – Relacja pomiędzy ofiarą a sprawcą nie jest równa, kapłan zwykle jest autorytetem, dziecko jest od niego w jakiś sposób zależne. To sprawia, że krzywdzicielowi łatwiej jest zmanipulować ofiarę, zrzucić na nią część winy, a potem roztoczyć wokół sprawy obłok tajemnicy, który jest bardzo zagrażający. Niewypowiedziane zranienia zaczynają „żyć własnym życiem”, pustosząc wnętrze człowieka – uzupełnia ks. Kamiński.

 

 

Ks. Adam

Ksiądz Adam zatapia się w fotelu z kubkiem kawy w ręku. W kilkunastotysięcznej parafii, w której pracuje, nie narzeka na brak obowiązków i zmęczenie czasem daje się we znaki. Ale mimo, że codziennie spotyka mnóstwo ludzi, tamtej spowiedzi nigdy nie zapomni. – „Byłem molestowany przez księdza”, powiedział przez kratkę mężczyzna, a ja aż wyprostowałem się w konfesjonale – wraca pamięcią do sytuacji sprzed kilku miesięcy. – Ten człowiek przyjechał z innego miasta, do dziś nie wiem, dlaczego wybrał właśnie mnie. Byłem bardzo młodym księdzem, miałem zaledwie półtora roku kapłaństwa, ale doskonale wiedziałem, z czym mierzy się ten człowiek. Wiedziałem… bo sam byłem ofiarą molestowania, choć nie ze strony osoby duchownej. To było w dzieciństwie, kiedy miałem siedem lat, a potem gdy byłem nastolatkiem. Sprawca był ode mnie kilka lat starszy. I choć wykorzystywanie ciągnęło się przez dwa lata, absolutnie wyparłem je ze świadomości. Nie pamiętałem zupełnie nic! Nagle, kiedy byłem na czwartym roku seminarium, wspomnienia uderzyły we mnie w jednym momencie i zasypały mnie jak lawina. A ze wspomnieniami przyszły pytania – „gdzie byłeś, Boże? Dlaczego do tego dopuściłeś?”… Dlatego świetnie rozumiałem, co dzieje się w człowieku, który do mnie przyszedł. Ja swoją traumę przepracowałem z pomocą terapeuty i kierownika duchowego. Teraz, działając równolegle z psychologiem, mogłem zacząć powoli pomagać temu mężczyźnie w powrocie do Kościoła. Może właśnie po to zostałem księdzem? – zastanawia się.

Z jakimi trudnościami w sferze duchowej musi mierzyć się ofiara? – Ze względu na relację, jaka łączy zazwyczaj ofiarę i sprawcę, oprócz dramatu wykorzystania pojawia się utrata zaufania. Stąd już blisko do myślenia, że to była zdrada ze strony Pana Boga – wyjaśnia ks. Chłopek. – Często cechy sprawcy rzutują na obraz Boga. Takim osobom trudno jest prowadzić życie sakramentalne, czasem samo wejście do budynku kościoła budzi opór – zauważa.

Do tego dochodzi wspomniane przez ks. Kamińskiego poczucie winy, które sprawcy starają się wpoić swoim ofiarom. To poczucie winy jest bardzo silne, choć zupełnie irracjonalne.

Z obserwacjami duszpasterzy zgadza się ks. Adam. – Pierwsze, co trzeba było zrobić, to powoli odbudować zaufanie do Kościoła, do księży. Musiałem pokazać, że nie chcę go skrzywdzić – wspomina pierwsze spotkania z kierowanym przez siebie człowiekiem. – Potem przez wiele miesięcy zmagał się z poczuciem winy: przecież mogłem wyjść, zareagować, przecież widać było, że on ma złe zamiary. Długo musiałem tłumaczyć mu, że jest tylko i wyłącznie ofiarą, nie ma żadnej odpowiedzialności za to, co się stało. Sam doskonale znałem to poczucie winy, wiedziałem, jakie jest silne i jak trudno rozbić go argumentami – przywołuje swoje doświadczenie.

– Często długo jedynym, co można zrobić od strony duszpasterskiej, to po prostu słuchać tej osoby, wejść w jej świat. Trzeba wyjść i szukać tych owiec, a potem bardzo powoli nieść je w stronę owczarni, czyli bardzo powoli włączać, na miarę gotowości i wolnej woli, do wspólnoty Kościoła – wraca do przywołanego wcześniej obrazu ks. Janusz. Ale osoby zwracające się z prośbą o pomoc do duszpasterza najczęściej są wewnętrznie już odbudowane na tyle, że chcą wejść w relację z Bogiem. – Jest w nich dużo złości, żalu, pytań „gdzie był Bóg”, ale mimo to pragną być blisko Niego – charakteryzuje sytuację ofiar ks. Artur.

 

Nie pytać o wiarę

Rozmowy o duchowości osób skrzywdzonych są bardzo trudne, wymagają ogromnej delikatności, wyczucia. Ks. Łukasz Płaszewski, delegat do spraw ochrony dzieci i młodzieży archidiecezji katowickiej podkreśla, że nigdy w rozmowie nie pyta o stosunek pokrzywdzonego do wiary. – Może się zdarzyć, że ofiara jest ateistą czy nawet zaciekłym antyklerykałem. Nie mogę dopuścić do tego, żeby pomyślała: „no tak, skoro nie jestem wierzący, to nie będą chcieli mi pomóc”. Proponuję kontakt do duszpasterza, ale nie namawiam do takiego spotkania. Ważne, żeby osoba skrzywdzona wiedziała, że taką pomoc może uzyskać – zaznacza.

Bywa, że wcześniej niż duszpasterz, pomocy duchowej może udzielić osoba świecka. Tak było w przypadku Katarzyny, której towarzyszyła Maria. – Podstawa to wysłuchać osobę skrzywdzoną, pokazać, że nie zostanie wyśmiana czy odrzucona. Być przy niej, przyjmować to, co mówi i nie burzyć się, kiedy wyrzuca z siebie trudne emocje względem Boga, mówiąc o Nim złe rzeczy. Ale przede wszystkim samemu trzeba dbać o swoje życie duchowe, o regularną modlitwę i przyjmowanie sakramentów, bo inaczej można się samemu zagubić – podkreśla Maria. Osoba skrzywdzona musi czuć się w tej relacji wolna, a pomagający nie może zastąpić jej w działaniu. Kiedy Katarzyna tego potrzebowała, Maria była przy niej na spotkaniach, ale często jej towarzyszenie polegało na modlitwie albo adoracji Najświętszego Sakramentu w czasie, kiedy miała trudne rozmowy. – Ważne, żeby pamiętać, że to nie ja dźwigam tę osobę, ale niesie ją Jezus, ja mam ją tylko do Niego podprowadzić. Najważniejsza jest siła modlitwy, do której jesteśmy wezwani: każdy z nas może osoby skrzywdzone przynosić w sercu podczas Eucharystii czy adoracji – akcentuje kobieta. 

Coraz częściej także w strukturach kościelnych zaczynają pojawiać się świeccy, których rolą jest udzielanie wsparcia tym ofiarom wykorzystania, dla których kontakt z kapłanem może być zbyt trudny. Tak jest na przykład w archidiecezji katowickiej, gdzie arcybiskup powołał dekretem dwie osoby świeckie – kobietę i mężczyznę – do roli Rzeczników Praw Osób Skrzywdzonych w Kościele. W archidiecezji poznańskiej 16 września zainaugurował swoją działalność punkt konsultacyjny dla osób zranionych w środowisku kościelnym, którego konsultantami są głównie świeccy. Wszystko po to, aby zapewnić ofiarom maksymalne poczucie bezpieczeństwa. 

 

 

Tadeusz

W nagraniu dostępnym na stronie delegata episkopatu do spraw ochrony dzieci i młodzieży Tadeusz nie pokazuje twarzy, jego głos jest zmieniony. Zależy mu, żeby chronić siebie i swoją rodzinę przed niezrozumieniem, którego niejednokrotnie doświadczają ofiary. – Wiele ofiar, pewnie w większości, jest poza Kościołem, bez pomocy, w samotności, w nienawiści, w oddaleniu od sakramentów, bo nie są w stanie wejść do świątyni i rozmawiać z księdzem, bo jest on „wyzwalaczem” – mówi mężczyzna. – Okradziono nas z najcenniejszego i najbezpieczniejszego miejsca, do którego wprowadzili nas nasi rodzice przez chrzest i Komunię Świętą. To powinno być dla wiernych Chrystusowi przerażające, a dla odpowiedzialnych za to – krzykiem w sumieniu, który nie pozwala zasnąć. Przedstawiciel Kościoła i Chrystusa na ziemi, odebrał nam to co najcenniejsze – sens życia i miejsce, w którym mogliśmy wzrastać i w sakramentach i Słowie Bożym spotkać Żywego Boga. To jest ogromna rana duchowa zadana ofierze, ale to jest rana wymierzona także w sam Kościół – wskazuje w swoim świadectwie, które w całości dostępne jest na stronie ochrona.episkopat.pl.

– Skoro zranienie dokonało się we wspólnocie Kościoła, to w tej samej wspólnocie powinno zostać leczone – nie ma wątpliwości ks. Artur Chłopek. Zdarza się, że w rozmowach z osobami zaangażowanymi w różne wspólnoty w Kościele spotyka się z ich oporem. „Mnie to nie dotyczy”, „nie mam z tym nic wspólnego”, mówią czasem. – Dotyczy, bo razem jesteśmy w Kościele – ucina takie stwierdzenia ks. Chłopek. Przestrzenią wsparcia duchowego jest przede wszystkim modlitwa, co podkreślił papież Franciszek, wzywając do ustanowienia dnia modlitwy i pokuty za grzech wykorzystywania seksualnego osób małoletnich. W Polsce od 2018 roku jest nim pierwszy piątek Wielkiego Postu. Ze strony ofiar wykorzystywania pojawił się jednak apel, żeby pamiętać o nich w modlitwie nie tylko ten jeden raz w roku. Na tę prośbę odpowiedzieli świeccy, zrzeszeni w krakowskich wspólnotach oraz osoby związane z inicjatywą „Zranieni w Kościele”. 30 czerwca zeszłego roku w kościele św. Idziego odbyło się pierwsze spotkanie modlitewne. Od tego czasu miało miejsce kilka podobnych spotkań, jak np. to 21 czerwca w Sanktuarium św. Jana Pawła II w krakowskich Łagiewnikach, gdzie oprócz Eucharystii i adoracji Najświętszego Sakramentu można było kontemplować Boskie Oblicze z Manoppello. – Ten wizerunek nie jest przypadkowy. Przedstawia twarz Jezusa, na której widać rany, ale jednocześnie wierzymy, że to wizerunek Zmartwychwstałego, który, choć poraniony, żyje. Ta perspektywa jest bardzo ważna dla ofiar – uzasadnia ks. Artur.

 

Początek drogi

Choć w ostatnich latach Kościół zaczyna obejmować pomocą osoby skrzywdzone seksualnie przez duchownych, można odnieść wrażenie, że sfera wsparcia duchowego jest w tym względzie zaniedbywana. Dużo mówi się o konieczności rozwiązań prawnych, pomocy psychologicznej czy odszkodowaniach, ale temat zranień na płaszczyźnie duchowej rzadko pojawia się w wypowiedziach osób zaangażowanych w działania pomocowe. O ile wszystkie diecezje dopełniły obowiązku powołania delegatów do spraw ochrony dzieci i młodzieży, to tylko nieco ponad połowa wskazuje na swoich stronach internetowych duszpasterza osób pokrzywdzonych i ich rodzin. Jeszcze trudniej takich duszpasterzy znaleźć w prowincjach zakonnych.

Pytani o to kapłani podkreślają, że Kościół znajduje się na początku drogi niesienia pomocy ofiarom wykorzystania seksualnego, także w sferze duchowej. – Być może faktycznie aspekt duchowy został dotychczas zaniedbany, ale to się powoli zmienia, budujemy struktury pomocy – nie ma wątpliwości ks. Płaszewski. Archidiecezja katowicka co roku wysyła kilku kapłanów na podyplomowe studia, przygotowujące ich do pracy z pokrzywdzonymi. Ale jak pokazuje historia ks. Adama, ofiary nie zawsze zgłaszają się do wyspecjalizowanych księży – bywa, że o swoim doświadczeniu pierwszy raz mówią w konfesjonale. Ta pierwsza rozmowa może być początkiem wewnętrznego uzdrowienia, ale może również pogłębić traumę. Spowiednik wobec takiego wyznania może poczuć się bezradny, dlatego delegaci przygotowują materiały, w których wskazują duszpasterzom, gdzie pokierować skrzywdzone osoby.

– Chciałbym, żeby każda osoba, która doświadczyła zranienia poprzez sferę seksualną, bez względu na to kim był sprawca, została objęta modlitwą grup czy wspólnot zakonnych – mówi o dalszych perspektywach wsparcia duchowego ks. Artur i kończy – ale nie możemy tej modlitwy ograniczyć tylko do tych, którzy sami o nią poproszą. Wiele ofiar nigdy nie zgłosi się po pomoc do duszpasterza. Naszym zadaniem jest pamiętać także o nich, bo oni też są częścią Kościoła.

 


Imiona ofiar i ks. Adama zostały zmienione


 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap