fot. Archidiecezja Warszawska
Fałszywi „biskupi” w sieci, prawdziwe straty
Wystarczy zdjęcie i kilka zdań, by przekonać, że sam arcybiskup zaprasza mnie (mnie!!!) do grona znajomych lub prosi o wsparcie. W erze sztucznej inteligencji granica między prawdą a kłamstwem znika, a stawką staje się nie tylko portfel, lecz zaufanie.
W epoce mediów społecznościowych autorytet można dziś podrobić kilkoma kliknięciami. Problem dotyczy również Kościoła. Wystarczy zdjęcie, nazwisko i odrobina wiarygodnie brzmiącego tekstu, aby stworzyć profil podszywający się pod arcybiskupa czy biskupa. Od kilku lat w sieci mnożą się takie konta. Choć długo nie istnieją, o dziwo realizują cele, jakie stawiają sobie ich twórcy. A te cele bywają rozmaite: od wyłudzeń pieniędzy i danych osobowych, przez budowanie fałszywego zaufania, aż po świadome szerzenie dezinformacji. To zjawisko uderza nie tylko w portfele czy prywatność wiernych, ale przede wszystkim w coś znacznie cenniejszego – w zaufanie.
Gdy “sam arcybiskup” pisze na Messengerze
W poniedziałek biuro prasowe Archidiecezji Warszawskiej ostrzegło, że na Facebooku pojawiły się fałszywe konta podszywające się pod abp. Adriana Galbasa. Nie był to pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni przypadek, gdy ktoś próbuje udawać metropolitę warszawskiego. Z podobnymi zdarzeniami mamy do czynienia w całym Kościele właściwie bez przerwy. Reakcja jest zawsze taka sama – zgłoszenia do administratorów, po czym fejkowe konta znikają, a wkrótce pojawiają się kolejne.
Tym razem jednak poszło dalej. Kilka osób zgłosiło nam, że nie tylko dostały zaproszenia z fałszywego profilu, ale też że osoba podszywająca się pod abp. Galbasa wysyłała prywatne wiadomości, przesyłała linki i zaproszenia do kolejnych grup. Dlatego zareagowaliśmy tym razem stanowczym komunikatem.
Uwaga! Ostrzegamy przed oszustami podszywającymi się w mediach społecznościowych pod @AbpGalbas. pic.twitter.com/cX0QspeuoK
— Archidiecezja Warszawska (@ArchWarszawska) September 15, 2025
Zgłaszający na szczęście nie dali się nabrać. Przeciwnie – poinformowali o sprawie biuro prasowe. Rzecz jednak w tym, że ktoś inny mógł kliknąć w link czy dać się namówić na kontakt. Dlatego trzeba było zareagować inaczej. Trzeba było ostrzec.
Przeczytaj również
Prywatna wiadomość od hierarchów wydaje się atrakcyjna i poruszająca, a ich obecność w mediach społecznościowych budzi naturalny szacunek, pokazuje nowoczesność i otwartość na współczesne formy komunikacji. Mechanizm jest znajomy: zaproszenie do grona znajomych, prywatna wiadomość („odezwał się do mnie sam arcybiskup!”), linki do rzekomych grup. Tymczasem każda taka wiadomość z anonimowego profilu jest po prostu oszustwem. Dlatego w relacji Kościoła z wiernymi jedynym punktem odniesienia powinny być oficjalne kanały prowadzone przez biura prasowe, łatwe do zweryfikowania. Problem jednak wykracza daleko poza proste fałszywe konta.
Deepfake, czyli technologia, która potrafi oszukać zmysły
W czerwcu 2024 roku w sieci pojawił się film, w którym kard. Kazimierz Nycz rzekomo poleca środek na osteoporozę. Twarz wyglądała naturalnie, głos brzmiał autentycznie, narracja odwoływała się do osobistego doświadczenia bólu stawów. A jednak cały materiał był wytworem sztucznej inteligencji. To już nie zwykły profil oszusta, którego można rozpoznać po literówkach czy braku historii. To głęboka ingerencja w sam fundament wiarygodności. Deepfake nie prosi o kliknięcie – korzysta z wiarygodności. Uderza w to, co najbardziej ludzkie: wrażliwość na twarz, głos i autorytet. Wielu ludzi – starszych, ale i młodszych – może nie wiedzieć, że takie rzeczy są dziś możliwe. Mogą uwierzyć, bo widzą i słyszą, a w świecie cyfrowym to przestaje być wystarczające. Wówczas też przeprowadziliśmy w sieci i w mediach szybką kampanię uświadamiającą, jaka jest prawda o “reklamie” z kardynałem.
Ale to jeszcze nie wszystko. Nie chodzi tylko o możliwość kradzieży danych, pieniędzy czy nieuczciwej reklamy. Warto przypomnieć przypadek z roku 2017.
Na Twitterze pojawiło się wówczas konto kard. Kazimierza Nycza. Ani biuro prasowe, ani sam metropolita warszawski, ani ja, jego rzecznik – nie prowadziliśmy nigdy takiego profilu. Fałszywe konto natychmiast zgłosiliśmy administratorom i szybko zostało usunięte. Wkrótce pojawiły się jednak inne – kard. Stanisława Dziwisza, abp. Stanisława Gądeckiego. Odpowiednie biura prasowe reagowały szybko i sprawnie, konta wkrótce znikały. Problem nie dotyczył zresztą tylko Polski. Takich prób było wiele, liczba interwencji też była duża. Z wyjątkiem jednej, tej jednej.
Wydawało się, że szkodliwość podszywania się jest minimalna. Ot, niewielki zysk dla oszusta, a czujność internautów rosła. Próby wykorzystania czyjejś rozpoznawalności szybko powinny kończyć się porażką.
Historia, która powinna nas ostrzec
Zdążyliśmy już zapomnieć o tym incydencie, gdy 19 lutego 2018 roku świat obiegła wiadomość o śmierci Benedykta XVI. Było popołudnie, polscy skoczkowie walczyli wówczas o medal podczas olimpiady w Korei Południowej i mało kto wiedział, że w redakcjach chyba wszędzie na świecie trwały narady, czy publikować poruszającą wiadomość. Wiele mediów zdecydowało się napisać „Benedykt XVI nie żyje” – portale, stacje radiowe i telewizyjne, także czołowe, także polskie. Wkrótce pojawiła się aktualizacja: śmierć papieża seniora potwierdził jego brat, Georg.
Po kilkunastu minutach okazało się, że redakcje pospieszyły się, a wiadomość była fejkiem. Wiele portali musiało przepraszać za niezachowanie standardów. Ale jak to możliwe, że ktoś zdołał uwiarygodnić tę informację? Źródłem okazał się fałszywy profil arcybiskupa Salzburga na Twitterze, który przez miesiące budował pozory wiarygodności, by w krytycznym momencie ogłosić dramatyczną wiadomość. Tak, to ten jeden niezgłoszony kilka miesięcy wcześniej fałszywy profil biskupa na Twitterze.

Sprawcą „zabawy” był włoski dziennikarz, „specjalista od hoaxów”, Tommaso De Benedetti. Pokazał w ten sposób, jak łatwo skraść wiarygodność i jak łatwo ją skradzioną wiarygodność wykorzystać. Był to sygnał ostrzegawczy, którego wówczas nie doceniono. Dziś, w epoce generatywnej sztucznej inteligencji, wiemy już, że tamta historia była dopiero zapowiedzią.
Problem, który dotyczy nie tylko Kościoła
Podszywanie się pod biskupów działa, bo wykorzystuje kilka prostych mechanizmów. Po pierwsze, część wiernych wciąż spontanicznie ufa hierarchom i traktuje ich słowo jako moralnie wiarygodne. Po drugie, komunikaty często brzmią pilnie: prośba o modlitwę, nagłe wezwanie do wsparcia. Po trzecie, w świecie nadmiaru informacji liczy się szybkość reakcji – kliknięcie przychodzi szybciej niż refleksja. I wreszcie, nowe technologie pozwalają oszustwom wyglądać coraz bardziej przekonująco, a więc trudniej je odróżnić od prawdy.
Dlatego problem fałszywych profili i deepfake’ów nie może być bagatelizowany. Nie chodzi tylko o to, by nie dać się okraść z pieniędzy czy danych. Chodzi o coś więcej: o ochronę autorytetu, który w świecie cyfrowym można sfabrykować tak łatwo, jak kiedyś drukowało się ulotki. Zaufanie – fundament każdej wspólnoty – staje się walutą szczególnie delikatną.
Kościół ma dziś obowiązek chronić wiernych nie tylko przed oszustwem finansowym, lecz także przed manipulacją cyfrową. Ten obowiązek spoczywa również na państwie – to wspólne zadanie szeroko pojętej edukacji medialnej i cyfrowej. Potrzeba jasnych zasad komunikacji, zdecydowanych reakcji i edukacji – zwłaszcza wobec osób starszych. Ale potrzeba też czegoś więcej: uświadomienia, że każdy z nas musi nawykowo zadawać sobie pytanie: kto naprawdę do mnie mówi? Jeśli tego odruchu nie wyrobimy, jutro może przemówić do nas nie tylko fałszywy biskup, ale także fałszywy lekarz, naukowiec czy polityk. Zresztą, mam wrażenie, że już od dawna tak się dzieje.
ks. Przemysław Śliwiński
rzecznik Archidiecezji WArszawskiej










