Nasze projekty

Mnich z Polski głoszący na muzułmańskim uniwersytecie i oglądający profesjonalnie telewizję – o. Michał Legan

Powołanie przyniósł ze spaceru, specjalizuje się w profesjonalnym oglądaniu telewizji, a o filmach może opowiadać godzinami! Ojciec Michał Legan OSPPE - zakonnik, filmoznawca, dziennikarz.

Reklama

Historia jak… z filmu

Będę profesjonalnie oglądał telewizję – odpowiadał mamie, której zawód „filmoznawca” wydawał się mało rozsądny. Właściwie, to celował w reżyserię, ale okazał się na to jeszcze zbyt młody, a kierunek, który był planem B, bardzo go zafascynował. I wtedy niespodziewanie z nieba gruchnęło powołanie. A właściwie przyniósł je ze spaceru. Skończył I rok filmoznawstwa i wracał ze swoje stałej trasy – na Skałkę i z powrotem. Przechodząc przez krakowskie Planty postanowił wstąpić do seminarium duchownego, by zapisać się do tamtejszej biblioteki. Zamiast tego zapytał, czy może… wstąpić do seminarium. Ówczesny rektor ks. prof. Edward Staniek zaproponował Michałowi – studentowi filmoznawstwa, by najpierw skończył studia, a potem zdecydował, czy chce być księdzem. Zasugerował też, że teologia – jako drugi kierunek – byłaby dobrym pomysłem. Tak też się stało. To było 5 lat pracy duchowej i intelektualnej, bo w sumie Michał Legan został absolwentem filmoznawstwa, teologii i podyplomowego dziennikarstwa. W tym czasie pracował też w redakcji programów katolickich przy transmisjach z Łagiewnik.

Zadanie wypełnił i znów zastukał do drzwi, tyle że do zakonu paulinów na Jasnej Górze. Miejsce było mu dobrze znane. Co roku przyjeżdżał tam na zaproszenie swojej cioci. Jego zadaniem było sprzątanie magazynów bibliotecznych. Była więc okazja, by delektować się zbiorem książek, modlić i poznawać miejsce i zakon.

Scen jak z filmu ciąg dalszy

O. Michał Legan jako filmoznawca i teolog filmu bierze udział nie tylko w pokazach i dyskusjach, zapraszany jest też na festiwale filmowe. W pamięci szczególnie zapadł mu jeden z nich, w Teheranie. Mnich z Europy w białym habicie zasiadający w jury budził spore zainteresowanie. Na miejscu pojawił się rektor największego muzułmańskiego uniwersytetu w Qom z zaproszeniem dla całego ekumenicznego jury. Na uniwersytecie okazało się, że w programie jest nie tylko zwiedzanie, ale i przemawianie. Sporych rozmiarów sala wypełniona była po brzegi. Obok prośby o krótki wykład, pojawiała się też ta, by nie wykorzystywać tej sytuacji do nawracania. O. Michał wybrał temat ze swojej działki. Mówił o Batmanie, Supermanie i innych bohaterach, wskazując że świat zachodu, świecki świat, nie znalazł piękniejszej historii niż ta, że ktoś oddaje lub ryzykuje swoje życie, by inni mogli żyć. Wzorem dla wielu produkcji, bez względu na to, w jakiej szerokości geograficznej powstają, jest motyw człowieka, ze szczególnym darem, który poświęca siebie, by ratować innych. Wykład spotkał się z pełną akceptacją. A zakonnik dziś pytany, dlaczego taki temat wybrał, odpowiada, że zrobił to z tego samego powodu, z którego Paweł przemawiał na Areopagu. Gdy człowiek poznaje Jezusa nie może o Nim nie mówić.

Reklama
Reklama
FOT. Archiwum prywatne o. Michała Legana

To jednak nie jedyne wspomnienie z Iranu, jakie na zawsze pozostaje w jego pamięci. W czasie pobytu w Teheranie, na wskroś muzułmańskim mieście, przypadała Niedziela Miłosierdzia. Udało mu się uciec spod opieki dedykowanej członkom jury i dostać się pod drzwi jedynego kościoła katolickiego. Radość trwała krótko. Wspólnota zgromadzona na Eucharystii, z obawy przed światem, zamknęła drzwi i nikogo do środka nie wpuszczała. Sytuacja z kategorii „wina nie mają, potrzeba cudu” – jak ją określa o. Legan. Gdy tak bez celu spacerował ulicami miasta, podszedł do niego człowiek. Chciał pomóc błądzącemu. I wtedy okazało się, że w tym 12 milionowym mieście, gdzie 99% stanowią muzułmanie, zakonnik – misjonarz miłosierdzia, ma przed sobą chrześcijanina. Razem pojechali do małej salki i w 15 osób uczestniczyli w Eucharystii w Niedzielę Miłosierdzia. A słowa z Ewangelii o zamkniętych w obawie przed wrogim miastem i cudzie, stały się udziałem samego o. Michała.

Teolog kina

Wstępując do jasnogórskiego zakonu, nie miał pewności, że zdobywaną przez lata wiedzą będzie mógł służyć wiernym i Kościołowi. Był wręcz przekonany, że dziennikarskie doświadczenie zostanie wykorzystane, a na pracę naukową nie będzie czasu. Stało się zupełnie inaczej. Chociaż dziś jest rzecznikiem prasowym Jasnej Góry, a zobaczyć i usłyszeć go można w wielu mediach, to jest też doktorem habilitowanym praktykującym filmoznawstwo. Dziś – choć był to żart z młodości – profesjonalnie ogląda telewizję, produkcje na dużym ekranie i dzieli się swoją wiedzą o teologii kina. To dość wąska dziedzina nauki, specjalizująca się w poszukiwaniu wartości duchowych i chrześcijańskich w kinie. Badacz szuka odpowiedzi na pytanie, czy produkcja filmowa uniosła ciężar traktatu teologicznego, czy reżyser zdołał nam podpowiedzieć coś o Bogu, wnieść coś do naszej relacji z Nim. By odpowiedź była twierdząca  – tłumaczy o. Legan – musi pojawić się bohater mesjański. Ktoś, kto powtórzy to, co zrobił Jezus. I wcale – jak dodaje – to nie musi być film o tematyce religijne.

Bez namysłu wylicza takie dzieła jak „Czekolada” z Juliette Binoche, gdzie bohaterka z miłości do ludzi, by ich uszczęśliwić, oddaje wszystko co ma. Nie można tu pominąć także „Władcy Pierścieni”, historii zwyczajnego chłopca dźwigającego za ciężkie brzemię i płacącego za ratunek świata wysoką cenę. A także „Jestem Legendą” z Willem Smithem. Główny bohater – jedyny, który ma czystą krew, ratuje ludzkość od zarazy, która zamienia ich w potwory. Od razu ze śmiechem dodaje, że ludzie czasem patrzą na niego z wyrazem twarzy, który znaczy nie więcej niż „chłop przesadza, to nie są filmy o Jezusie”. I oczywiście jest takie zagrożenie, że jak się obsesyjnie szuka, czy to elementów boskich, czy diabelskich, to łatwo o nadinterpretację. Tyle, że kryteria tego, czy film jest teologiczny, czy ma wartości duchowe, są jasno skonstruowane. Co więcej, produkcja może być religijna, ale zupełnie nie teologiczna!

FOT. Archiwum prywatne o. Michała Legana

Zdarza się natomiast, że twórcy bardzo chcą wypromować określony styl życia, ideologię. I choć na pierwszy rzut oka z ekranu poraża nas świat pozbawiony wartości, ostatecznie może się okazać, że nieumyślnie powstał film o skutkach grzechu, jak choćby kultowa amerykańska produkcja „Sex w wielkim mieście”. Z westchnieniem, jakby przywołując zmarnowany czas, o. Michał wspomina, że miał przykrość obejrzeć obie części, które trafiły na duże ekrany, tak samo jak „50 Twarzy Greya”. Dla niego to historia o ludziach żyjących wielką pustką, którą starają się wypełnić zamiennikami szczęścia, czyli emocjonalnymi podnietami. Te filmy to opis gigantycznych egoistów, dążących do chwilowych przyjemności, a nie prawdziwego szczęścia.

Reklama
Reklama

Filmy tworzone są z bardzo różnych powodów. Jedne mają zbliżać do Boga, inne wzmacniać kod kulturowy, a jeszcze inne po prostu dostarczać rozrywki. Nad takimi Ojciec nie siada z lupą teologa i nie doszukuje się choćby pierwiastka religijności i duchowości chrześcijańskiej. Nie oznacza to jednak, że nie mówią one wiele o człowieku. To, co razi go po oczach, to nie brak Boga, a wszystkie triki zastosowane przez twórców, które mają widza przyciągnąć, zaangażować emocjonalne. Trudne do zniesienia bywają także kalki na podstawie których powstały produkcje-gorsze kopie.

Pytany o tzw. christian movies, o. Michał bierze głęboki oddech i odpowiada, że ten konkretny gatunek tworzony jest przez protestantów. Mają oni środki finansowe i można by od tych produkcji więcej wymagać. Niestety, przekaz podany jest bardzo wprost, wręcz w sposób propagandowy, a to wymaga wielkich uproszczeń. Przez to nie do końca przystają one do życia. Mimo wszystko, jako filmoznawca nie ocenia ich istnienia krytycznie. Wręcz przeciwnie. Mogą być bardzo dobrym wyjściem do rozmowy o tym jaki jest naprawdę Bóg, jak powinien żyć chrześcijanin. Dlatego bez względu na to jak sam ocenia film, chętnie daje się zapraszać na pokazy z kategorii „christian movies”, pod warunkiem, że po seansie jest czas na dyskusje. Nawet jeśli gra aktorka była słaba, zabiegi techniczne kiepskie, muzyka wręcz przeszkadzała, a scenariusz raził nieścisłościami, to ogólnie przesłanie, nastrój i intencje też są ważne.

Zdarza się, że ktoś broni swojego ulubionego filmu, który zmienił jego życie, rozpoczął proces nawrócenia czy przebaczania, a dla filmoznawcy dzieło jest słabe. Doskonałym przykładem jest tutaj „Chata”. Dla przeżywających stratę, czy zranienia może być to film życia. Filmoznawca i teolog kina dopatrzy się tam błędów teologicznych, manipulacji. O. Michał sam bywa czasem po stronie emocjonalnego widza. Na nim „Pasja” Mela Gibsona zrobiła tak wielkie wrażenie i była dla niego takim przeżyciem, że nie dopatrzył się błędów, które wskazali mu koledzy po fachu.

Kato-kino?

Jeśli ktoś poszukuje naprawdę dobrych dzieł i zarazem katolickich, to o. Michał odsyła do wielkich dzieł biblijnych, które powstały we Włoszech w latach 60-tych. Gdy zajrzymy do filmów z listy watykańskiej, zrozumiemy o jak wielkich arcydziełach możemy mówić. Oczywiście są też produkcje, które ułatwiają przypięcie do określenia „katolicki” łatki „przaśny, z archaicznym językiem”. Większym problemem jest jednak fakt, że twórcy sami unikają zapisania ich do kategorii „katoliccy”. To – jak tłumaczy – spala w zawodzie. Powstaje wiele filmów głęboko chrześcijańskich, z mocnym przesłaniem, opowiadających Ewangelię. Jak choćby „Boże Ciało” Jana Komasy czy „Chrzest” Marcina Wrony – ten twórca musiał głęboko odcinać się od tego, co kościelne. Nie znajdziemy jednak tych tytułów zbyt często na pokazach parafialnych, a co za tym idzie, nie będzie okazji o tym, by wywołały dyskusję w szerokim gronie wierzących.

Reklama
FOT. Archiwum prywatne o. Michała Legana

A może o. Michał Legan reżyser?

To pytanie wywołuje od razu uśmiech na twarzy. A przecież to właśnie reżyseria była pierwszym marzeniem młodego Michała Legana! W odpowiedzi przytacza historię –anegdotę opowiedzianą przez Krzysztofa Kieślowskiego. W czasie rekrutacji na reżyserię w Katowicach jeden z chętnych był oczywistym faworytem. Wszystkie etapy przechodził śpiewająco. Dla formalności na koniec – zanim ogłoszono, że zostaje przyjęty – zapytano go, czym w tej chwili się zajmuje. Okazało się, że mężczyzna jest lekarzem. Kieślowski miał wtedy zmienić zdanie. Wytłumaczył, że zdecydowanie ważniejsze jest, by ten człowiek kogoś wyleczył, niż zrobił dobry film. I tak to wygląda w przypadku zakonnika.

Z jednej strony można żałować, że nie dotrze do naszych uszu informacja, że o. Michał Legan ekranizuje swoją książkę „Epicentrum Ewangelii”, którą wielu nazywa zwrotem w życiu. Z drugiej, możemy odetchnąć z ulgą. Jak opowiada sam o. Michał, tylko raz zdarzyło się, że z organizowanego przez niego seansu filmowego dla kleryków nikt nie wyszedł. Ten wyjątek miał miejsce w autobusie, na trasie do Zakopanego. Okazuje się, że repertuar dobiera tak wymagający, że publiczność ucieka. Pozostaje więc cieszyć oko i ucho jego codziennymi komentarzami do Ewangelii i zakonną posługą na Jasnej Górze.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę