Nasze projekty
fot. Pixabay

Msze Mozarta. Niebo w uszach

Czy istnieje doskonalsza, z perspektywy człowieka wierzącego, forma muzyczna niż msza, czyli utwór pisany z myślą o wykorzystaniu podczas liturgii Eucharystii? Trzy msze jednego z wielkich klasyków wiedeńskich, to prawdziwe perły w skarbcu muzyki sakralnej. Im bardziej twórca był starszy, dojrzały, tym bardziej jego dzieła zbliżały się do tajemnicy Boga. Pożytek doczesny i duchowy. Prawdziwe niebo w uszach.

Reklama

Aniołowie grają Mozarta

Zmarły równo 230 lat temu (5 grudnia 1791), uważany przez wielu za jednego z najgenialniejszych, najwybitniejszych i najważniejszych kompozytorów wszechczasów – Wolfgang Amadeusz Mozart – to postać niezwykła, nie tylko ze względu na jego twórczość i pozostawioną spuściznę, ale również w świetle jego muzyki sakralnej, która stanowi lwią część dorobku austriackiego kompozytora. Arnold Schönberg, również austriacki kompozytor, ale już XX-wieczny, napisał: „Obowiązującą muzyką w niebie jest Bach, ale jak aniołowie są sami, to grają sobie Mozarta”.

Trudno jednoznacznie orzec na temat pobożności, wiary czy religijności Wolfganga Amadeusza. Z jednej strony można powiedzieć, że był on po prostu doskonałym twórcą, piszącym na zamówienie największego mecenasa kultury w tamtym czasie, czyli Kościoła – z drugiej, że niektóre utwory sakralne powstały z osobistej inspiracji (na czele z Mszą c-moll), a w innych czuć wyraźnie intymne uczucia kompozytora (jak choćby w Ave verum). Muzykolodzy zauważają, że im późniejszy, dojrzalszy Mozart, tym więcej w jego muzyce prawdziwej duchowości, a mniej wirtuozerii i popisów dla samych siebie. Przypomnijmy, że Mozart zmarł w wieku niespełna 36 lat – ileż jeszcze pożywki dla duszy mógłby stworzyć dla kolejnych pokoleń!

Człowiek z krwi i kości

Dodajmy do tego fakt przynależności kompozytora do różnych lóż wolnomularskich, oraz przemycenie symboliki masońskiej w operze Czarodziejski flet (co z jednej strony było efektem „klimatu epoki”, a z drugiej próbą wyzwolenia się Mozarta spod dominacji kościelnego pracodawcy). Był on człowiekiem pełnym paradoksów – choć może pozostańmy na stwierdzeniu, że był po prostu człowiekiem.

Reklama
Reklama

Wciąż szukał swojego miejsca, również duchowego, czego świadectwem są pozostawione liczne listy. Jaki Wolfgang z nich wypływa? Niezwykle inteligentny. Poliglota (biegła znajomość kilku języków). Kochający swoje siostry. Zalękniony w obliczu ojca. Często wulgarny, obsceniczny. Świadomy swojego geniuszu, pozwalający sobie na arogancję, zabójczą ironię i bezceremonialność. Zakompleksiony na punkcie swojej aparycji i wzrostu. Zakochany w Konstancji. Otwierający się na Boga, dążący do odbicia Jego oblicza w swoich dziełach.

To w listach odnajdujemy najpiękniejsze, najgłębsze słowa Mozarta, pisane – paradoksalnie – do ojca, z którym relację trudno określić inaczej niż trudną, pełną dystansu, czy wręcz toksyczną. A jednak jest to świadectwo człowieka zupełnie innego, niż kojarzonego nam z genialnego filmu Miloša Formana Amadeusz frywolnego hedonisty i lekkoducha:

„Śmierć, jeśli się dobrze zastanowić, jest prawdziwym i ostatecznym celem naszego życia. A ja już od kilku lat tak zżyłem się z ta prawdziwą i najlepszą przyjaciółką człowieka, że dla mnie wcale nie jest przerażająca, przeciwnie – uspokajająca i pocieszająca! Uważam to za wielkie szczęście i dziękuję Bogu, że pozwolił mi uświadomić sobie, że śmierć jest kluczem do szczęśliwości prawdziwej. Papa mnie rozumie.”

Reklama
Reklama

Papież Benedykt XVI zauważył, że powyższe słowa „są świadectwem wiary głębokiej i prostej, która przejawia się również w wielkiej modlitwie, jaką jest Requiem. Wiara ta uczy nas kochać gorąco sprawy ziemskiego życia, widząc w nich Boże dary, a zarazem wznosić się ponad nie i patrzeć z radością na śmierć jako na klucz do drzwi wiecznego szczęścia”.

Msza czyli szczyt

W powyższym kontekście msze Mozarta zajmują wyjątkowe miejsce. Łącznie napisał ich aż dziewiętnaście (w tym jedna niedokończona). Trzy z nich – Koronacyjna, Wielka i Requiem – to prawdziwe muzyczne arcydzieła. Nie sposób słuchać ich bez podziwu dla kunsztu i genialnego talentu twórcy – ale w świetle ich przeznaczenia, jak nie zwrócić myśli ku Stwórcy?

Przypomnijmy, że msza jako forma muzyczna jest zbudowana według liturgicznego schematu mszalnego (ówcześnie, rzecz jasna, sformalizowanego na Soborze Trydenckim). Zarówno części stałe (Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Agnus Dei, Benedictus) jak i zmienne (introit, sekwencje, offertorium, communio) są prawdziwą ucztą duchową. Owszem, można ich wysłuchać jak utworu koncertowego (i częściej tak są wykonywane, niż podczas liturgii, głównie z powodu rozmiaru czasowego oraz rozmachu wykonawczego) – ale nie sposób zauważyć, jak muzyka, melodia, dynamika, zdobienia, cały dramatyzm kompozycji są podporządkowane słowu, tekstowi, treści modlitewnej.

Reklama

Trzy z dziewiętnastu mszy Mozarta to arcydzieła gatunku – choć każde na inny sposób.

Msza C-dur, tzw. Koronacyjna (KV 317) – 1779

Przez długi czas sądzono, że utwór powstał z okazji koronacji obrazu Matki Bożej w Maria-Plain koło Salzburga, stąd jej przydomek. Nowsze badania wykazały jednak, że Mozart napisał ją na użytek katedry salzburgskiej, prawdopodobnie z okazji Wielkanocy. Pierwsze wykonanie (w 1791, czyli w roku śmierci Mozarta) miało jednak rzeczywiście związek z koronacją, ale nie kościelną, tylko świecką: był to cesarz Leopold II, koronowany na króla Czech.

Jest to klasyczny przykład tzw. mszy krótkiej (missa brevis): nieskomplikowanej, prostej, a jednocześnie zachwycającej swoją świeżością, lekkością brzmienia i pięknem formy, spójnej, zamkniętej, doskonałej jako swego rodzaju duchowy odpoczynek. Prawdziwe niebo w uszach. Co ciekawe, jej rękopis znajduje się w zbiorach krakowskiej Biblioteki Jagiellońskiej.

Msza Koronacyjna to kompozycja Mozarta w szczycie jego formy i sił – genialnego twórcy, fachowca, perfekcyjnie realizującego zamówienia ze strony swoich mecenasów.

Msza c-moll, tzw. Wielka (KV 427) – 1782/83

Oto msza wyjątkowa, powstała nie na czyjeś zamówienie, ale z wewnętrznej inspiracji kompozytora – albo lepiej powiedzieć: dla dotrzymania danego słowa. Mozart przyrzekł, że jeśli jego ukochana Konstancja Weber przyjmie oświadczyny „Wolfiego”, on napisze z tej okazji mszę. Możemy więc podziękować pannie Konstancji (która byłą pierwszą wykonawczynią partii solowych podczas prezentacji dzieła w Salzburgu) za inspirację do powstania dzieła, którego nie sposób po dziś dzień słuchać bez poczucia zachwytu i wzruszenia.

Stawia się tę mszę za wzór doskonałości, pokazuje jako perłę muzyki sakralnej, pomimo niedokończonego Credo (istnieje jedynie Et incarnatus est) oraz brakującego Agnus Dei. W istocie, każda z części tej mszy może istnieć jako oddzielny, pełny i rozbudowany utwór. Jest Wielka za sprawą monumentalnej formy raz bogactwa wykorzystanych środków wyrazu, dźwiękowych barw, instrumentacji, dochodzących do nawet ośmiu głosów partii chóru, pięknych i popisowych partii solowych. W zasadzie jedyną słabością Mszy c-moll jest jej… pozostanie w cieniu wielkiego Requiem, równie genialnego, ale jednak otoczonego większą liczbą pozamuzycznych dociekań, sensacji, tajemnic.

Msza Wielka to dzieło osobiste, dojrzałe, pisane już nie na zamówienie, ale z potrzeby serca. Trudno oczywiście twierdzić, że były to porywy religijne, biorąc pod uwagę wyniosłość Mozarta i jego, powiedzmy, niecnotliwe życie, z pewnością pozbawione dewocji czy pobożnego żaru – ale Msza c-moll to swoista ilustracja biblijnych słów „Duch wieje, kędy chce” (J 3, 8), nawet przez mszę pisaną dla hołdu kobiecie. Wierzymy, że to Bóg obdarzył Mozarta niezwykłym talentem, i przez jego genialną muzykę zbliżamy się do kontemplacji Najdoskonalszego.

Msza d-moll, Requiem (KV 626) – 1791

Jedno z najbardziej znanych dzieł w całej historii muzyki. Owiane licznymi tajemnicami, legendami, diament w skarbcu naszej kultury, rozsławione również w kinematografii: w Amadeuszu Formana powstawanie Requiem jest jednym z głównych motywów tego oscarowego filmu (choć w rzeczywistości było trochę inaczej, niż w barwnym obrazie). To msza żałobna, a więc poszerzona o części z formularza mszy za zmarłych: intoit Requiem aeternam, sekwencje, offertorium, zmieniony tekst Agnus Dei, antyfonę Communio.

Przywołajmy ponownie słowa Benedykta XVI, wygłoszone przy okazji jednego z wykonań Requiem Mozarta:

„Pozwólcie, że raz jeszcze podzielę się moim szczególnym zamiłowaniem, jakie mam, mógłbym powiedzieć, od zawsze, do tego wielkiego muzyka. Ilekroć słucham jego muzyki, nie mogę nie powrócić pamięcią do mojego kościoła parafialnego z czasów mego dzieciństwa, gdzie w dni świąteczne wykonywano jedną z jego Mszy. Czułem wówczas w moim sercu, że z nieba dociera do mnie promień piękna. I czuję to zawsze, również dziś, kiedy słucham tej wielkiej medytacji, dramatycznej i pogodnej, na temat śmierci. U Mozarta wszystko jest w doskonałej harmonii, każda nuta, każda fraza, jakby nie mogło być inaczej. Nawet przeciwieństwa zostają pojednane, a mozartowska radość spowija wszystko, w każdej chwili. Jest to dar Bożej łaski, lecz także owoc żywej wiary Mozarta, któremu – zwłaszcza w muzyce sakralnej – udało się wyrazić światło Bożej miłości, dającej nadzieję nawet wtedy, gdy ludzkie życie rozdziera ból i śmierć.”

Requiem to Mozart w swojej pełni, nie tylko dlatego, że to ostatnie dzieło kompozytora, pisane dosłownie na łożu śmierci, dyktowane w gorączkowej agonii, będąc na wpół świadomym, a jednocześnie w przekonaniu, że oto powstaje msza żałobna na swój własny pogrzeb. W efekcie mamy utwór różnorodny, bogaty, od części dramatycznych i wstrząsających, po melancholijne i romantyczne. Ziemskie życie Wolfganga Amadeusza Mozart zatrzymało się w ósmym takcie przepięknej Lacrimosy. Przyjaciel kompozytora, Franz Xaver Süssmayer, dokończył dzieło zgodnie ze wskazówkami swojego mistrza i mamy dziś niemal pewność, że kontynuacja Requiem dorównuje geniuszowi Mozarta.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę