W Szkole Maryi

Maryja prowadzi nas wprost do życia w Duchu Świętym w naszej (nie)zwyczajnej codzienności – dokładnie tak, jak prowadziła Apostołów – w cichości, wręcz niewidzialnie, delikatnie, ale stanowczo i ku Centrum, ku Chwale Pana.

Dominika
Salwa
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Maryja chce nas prowadzić do Jezusa, do osobistej relacji z Bogiem. Jest w tym zdeterminowana, jest Matką każdego z nas i zależy jej na każdym człowieku. Założyła nawet „swoją szkołę”, by rzesze osób w pogmatwanych i trudnych sytuacjach mogły ponownie stanąć do życiowego pionu, odkryć co jest w życiu naprawdę ważne i jak żyć na co dzień.

W życiu chrześcijańskim trzeba poczuć „wiatr w żaglach” by doświadczyć realnej, namacalnej obecności Bożej. Znaczy to tyle co iść za głosem Ducha Świętego w nas, a Ten Duch Boży – jak niektórzy doświadczają – prowadzi nas później w miejsca, gdzie często o własnych siłach nie dojdziemy. Z Nim nasze słabości są do przezwyciężenia a nasze talenty do pomnożenia. „…Bo tak jest z tymi, którzy z Ducha narodzili się, nikt nie wie dokąd pójdą za wolą Twą…”, śpiewamy w jednej z pieśni. W ten sposób otwieramy się na Bożą rzeczywistość.

 

Maryja vs świat i Jej prowadzenie

Media i dzisiejszy świat jest zainteresowany fajerwerkami, wybuchami, pożarami, wpadkami, katastrofami, czymś co jest nagłe, szybkie, dzieje się tu i teraz, na wielką skalę, o czym można pisać przez tydzień, dwa, a potem szukać kolejnego „wielkiego tematu”, wielkiej porażki, wielkiego eventu, wielkich tego świata…  Tymczasem Maryja zupełnie taka nie jest. Ona jest kompletnym przeciwieństwem logiki tego świata i to musi się też objawiać w sposobie w jaki nas prowadzi, a które zawsze jest ukierunkowane na Jezusa. Maryja wydaje się być jedynie Tą, która patrzy, obserwuje, zauważa, inicjuje i mówi „zróbcie wszystko cokolwiek Wam powie” – na tę chwilę, na ten moment w naszym życiu. I takie skierowanie naszej uwagi na dobro jest kolejnym krokiem do Nieba. Odpowiedziałam na wiele splotów okoliczności, zaproszeń ludzi do dobrych rzeczy. Powiedziałabym, że weszłam – dosyć nieświadomie, ale jednak – „na teren” oddziaływania Maryi.

 

Krok po kroku

Jako młoda osoba określiłabym się typową, niewierzącą, ale jednak niedzielną katoliczką. Rodzice, rodzeństwo i cała moja dalsza rodzina to osoby praktykujące i na swój sposób wierzące. Ja zawsze chciałam czegoś więcej, inaczej. Szeroko pojęta normalność raczej nie była dla mnie zbyt atrakcyjna. Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Musiałam udowadniać sobie i innym, że coś znaczę, że ja też mogę, że jestem warta zwykłych relacji. W tym moim pędzie poszukiwań ciekawego życia zapędziłam się w niewłaściwe decyzje, niewłaściwe działania i niewłaściwą stronę życia. Po równi pochyłej leciałam z coraz większą siłą w dół. Trudno było się zatrzymać w biegu.

Gdy jednak uderzyłam o dno mojego własnego życia i konsekwencje moich wyborów, nie został mi nikt prócz rodziny i niepoddającej się, szukającej mnie już wówczas Maryi. Zapewne dzięki modlitwie wielu osób Ona nie odpuściła i mnie nie opuściła. Właściwie widzę to dopiero teraz, po 15 latach ciągłego podnoszenia się do godności Dziecka Bożego. W tym czasie nie było fajerwerków, była praca nad sobą i doświadczenie własnej małości, bezsilności i trudu. Po kolei, krok po kroku.

 

W szkole… Maryi

Najpierw zaproszona przez znajomą trafiłam do grupki Ruchu Rodzin Nazaretańskich, w którym to ruchu Maryja odgrywa ważną rolę. Potem były rekolekcje dla „Głupich i słabych” głoszone przez brata Piotra Kurkiewicza OFMCap ze Szkoły Maryi, które już na trwałe (mam nadzieję) wyznaczyły mi moje miejsce w wspólnocie Kościoła.

Szkoła Maryi – a właściwie Szkoła Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji św. Maryi z Nazaretu Matki Kościoła – to miejsce, gdzie w charakterystyczny dla Maryi sposób – delikatnie, powoli, niewidzialnie, „w lekkim powiewie” – człowiek dostaje wiedzę o życiu chrześcijańskim, doświadczenie miłości Bożej, prowadzenie krok po kroku do wolności i ku posłudze budowania Kościoła Świętego. A do tego nienachalnie, bez przymusu, w wolności serca i gotowości ducha. Szkoła daje podstawy i jest fundamentem życia chrześcijańskiego. Ma swoje stopnie i klasy (sesje). Spotkania odbywają się w trzy weekendy w ciągu całego roku (sesje wiosenna, jesienna i zimowa) oraz dłuższa 10-dniowa sesja letnia. Szkoła to konferencje, medytacje, uwielbienie, małe grupki dzielenia, adoracja, Msza Św., a przede wszystkim relacje z ludźmi.

Szkoła ma obecnie już ok 80 filii na całym świecie. Można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy jak rodzina Boża. Ja realnie tego doświadczam. Cechy, które wypracowuje się w Szkole to otwartość na ludzi i sytuacje, cichość, cierpliwość, łagodność, opanowanie, dystans do światowych aspektów naszego życia, asertywność, przede wszystkim głębsze zrozumienie własnej osoby i zamysłu Boga co do naszego życia – chęć odkrywania tego Bożego planu dla nas!

W Szkole przechodzimy przez rok zerowy, gdzie odkrywamy czym jest miłość Boża. Świadomie wybieramy Jezusa jako Pana i Zbawiciela naszego życia. Oddajemy Mu należne miejsce w naszych sercach. Następnie przyglądamy się prowadzeniu Bożemu w życiu takich patriarchów jak Abraham, Dawid ucząc się odnosić ich historie do naszego własnego życia.

Stopień pierwszy obejmuje tematykę bycia uczniem Jezusa i roli Maryi w zbawieniu i w naszym życiu. Uczymy się także jak podchodzić do własnego czasu, talentów, pieniędzy. Drugi stopień to tematyka uwolnienia –  to chyba najważniejsze treści, jakie każdy z nas powinien przerobić w sercu. Brak zajęcia się własnymi zranieniami i schowanymi „pod dywan” emocjami często blokuje nas na właściwe przeżywanie życia. W Szkole Maryi zajmujemy się także tym. Wszystko po to, by na trzecim stopniu doświadczyć wolności serca, pokoju ducha i z radością wejść w tematykę posługi.

 

Rosnąca świadomość

Na spotkaniach Szkoły Maryi pierwszy raz zawierzyłam życie Matce Bożej, choć według mnie – bardzo nieświadomie. Maryja już wtedy wierna i cicha prowadziła mnie w życiu. To w Jej Szkole odkryłam siebie na nowo. Byłam bardzo poraniona, czułam się bezwartościowa, złe emocje spychałam na dno serca, zakładałam maskę wiecznie szczęśliwej, ale w głębi duszy byłam połamana. Pomimo wielu talentów, nie umiałam właściwie ich rozwijać i ukierunkować. Marnowałam je. Ponowne odkrywanie i zrozumienie siebie trwało około 5 lat, niejako zostałam stworzona na nowo. Wewnętrznie stałam się zupełnie inną osobą. Zaczęłam żyć po chrześcijańsku. I wówczas właśnie Maryja – pewnie to uznawszy za właściwy moment – podczas pielgrzymki w Medjugorie „przedstawiła mi się”, kiedy po raz drugi, choć nadal mało świadomie zawierzyłam Jej siebie i moje życie. To „przedstawienie” brzmi może trochę niezrozumiale – po prostu uświadomiłam sobie bardzo wyraźnie rolę Maryi w moim życiu. Stojąc przed figurą Maryi na górze objawień Podbrdo stało się dla mnie bardzo jasne, że Ona jako nasza Matka chce nas prowadzić do Jezusa, przestrzegać przed złem. Zabiega o to jak tylko może najbardziej. Bardzo mnie to wówczas dotknęło.

Po tej pielgrzymce zaczęłam rozumieć, że Maryja ma swoją rolę nie tylko w dziele zbawienia w ogóle, ale szczególnie w zbawieniu mojej i każdej osoby. A także, że zawierzenie Jej życia prowadzi ku prawdziwemu życiu. Po tym wyjeździe wiedziałam, że do Medjugorie powinien jechać każdy. Zasugerowałam więc wyjazd na pielgrzymkę całej wspólnocie Ain Karim, którą stworzyliśmy 10 lat temu wraz z ludźmi ze Szkoły Maryi. Wyjazd okazał się przełomowy – zjednoczył nas, scalił jako wspólnotę. Owoce były wyraźnie widoczne i odczuwalne: większa jedność i zrozumienie, poczucie więzi, odpowiedzialności za siebie nawzajem, chęć służenia, radość z tego że mamy siebie – choć bez „światowych fajerwerków”. Po przyjeździe odprawiłam – z trudem, ale i z duchową chęcią – 33 dniowe Rekolekcje z Maryją, które skończyły się Zawierzeniem życia Maryi. Kolejny raz, i znów bardziej świadomie.

 

Oddać siebie

Pół roku później wybrano mnie na liderkę tejże Wspólnoty. Przyglądałam się tej naszej mieszaninie różnorakich ludzi, których Pan postawił na swojej drodze i nie bardzo wiedziałam jak nas ukierunkować. Każdy inny, każdy w innym etapie życia, posiadający różne cele. Złączył nas Bóg. I znowu Maryja i formacja szkolna okazały się bardzo pomocne. Na letnich rekolekcjach po raz kolejny podjęłam już całkiem świadomie – nie wyobrażając sobie inaczej – oficjalne zawarcie Przymierza z Maryją, w którym pod skrzydłami Matki Bożej oddałam się do Jej pełnej dyspozycji, na działanie zgodne Jej wolą prowadzeniem, zobowiązałam się też do działania na rzecz ewangelizacji i szerzenia Królestwa Bożego na ziemi, zawierzając Maryi moją przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, bez warunków i bez zastrzeżeń.

Ten akt to było coś więcej, czułam to wyraźnie duchowo… niejako oddałam swoje życie i siebie w służbę Maryi, a Ona od razu zaczęła je delikatnie przekierowywać.

Prowadząc Wspólnotę, odczułam wyraźny kierunek i jasność co do tego, co powinniśmy robić. Rozpoczęliśmy wiele rzeczy, dzieł, które trwają do dzisiaj lub które poprowadziły nas dalej. Wyraźnie zaktywizowałam się w posłudze na Szkole Maryi, która wynikła i była możliwa dzięki reorganizacji mojego życia rodzinnego i zawodowego. Mój syn przeszedł do formy edukacji domowej, dzięki czemu mieliśmy wiele czasu na kwestie związane i z budowaniem więzi i z jego rozwojem, a w efekcie pomimo wielu zewnętrznych głosów sprzeciwu, okazała się dla nas ogromnym błogosławieństwem. Zrezygnowałam też z wielu projektów i działań, które odciągały mnie od jasno wytyczonych priorytetów: Bóg, rodzina, szkoła, wspólnota i praca (trzy ostatnie staram się wobec siebie nawzajem równoważyć). Wszystko zaczęło harmonijnie współgrać ze sobą.

Nie jest też tak, że uchroniło mnie to od moich wszystkich złych decyzji. Po czasie zobaczyłam szereg moich pomyłek, złych motywacji, złej postawy. Ponownie oddałam to Bogu i Maryi – ufając im bardziej, niż polegając na własnym rozsądku – by te błędy nie wpłynęły na to, co otrzymałam, i by Oni pomogli mi wyjść z mojego impasu.

Te moje historie pokazują, że Maryja prowadzi ku Bogu, rozplątuje nasze życiowe supły, cierpliwie i w sposób na jaki jesteśmy gotowi. Ona pozostaje niewidoczna, nie koncentruje uwagi na sobie, lecz cały czas ukierunkowuje na relacje z Bogiem. Pomimo naszej natury, emocji, decyzji czy doświadczeń zawierzając wszystko Maryi zyskujemy najlepszego powiernika i przewodnika.

 

Dominika Salwa

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Dominika
Salwa
zobacz artykuly tego autora >

Matka Boża z Lourdes: Uzdrowienie chorych

Był 11 lutego 1858 r. gdy 14-letnia Bernadetta zobaczyła w grocie nieopodal Lourdes Białą Panią. Podczas osiemnastu objawień Maryja wzywała do modlitwy i pokuty oraz prosiła o wybudowanie kościoła w miejscu objawień.

Polub nas na Facebooku!

O Lourdes – miasteczku leżącym u stóp Pirenejów – zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Maryja ukazała się tam w 1858 r. Bernardzie Marii Soubirous, zwanej przez bliskich Bernadetą. Rodzina dziewczyny była bardzo biedna. Sześć osób (rodzice i czworo dzieci) mieszkało w dawnej celi więziennej. Ojciec nie pracował. Zdarzało się, że młodszy brat Bernadety – Jean-Marie z głodu zjadał wosk z kościelnych świec.

Bernadeta była ładną dziewczyną, jednak po przebytej chorobie nie rosła. Miała tylko 140 cm wzrostu. Chorowała na astmę. Nie umiała czytać ani pisać, mówiła tylko miejscowym dialektem. Nauka sprawiała jej trudność. W wieku 14 lat chodziła do szkoły razem z siedmiolatkami, aby lepiej poznać katechizm. Inaczej nie zostałaby dopuszczona do I Komunii św.

Biała Pani

11 lutego Bernadeta z siostrą i koleżanką poszła zbierać gałęzie na opał. Przy grocie Massabielskiej zobaczyła unoszącą się nad krzakiem śliczną dziewczynę w białej sukni, która w prawej dłoni trzymała różaniec. Bernadeta, naśladując ją, uczyniła znak krzyża i zaczęła odmawiać różaniec. Biała Pani włączała się w modlitwę tylko na “Chwała Ojcu…”, kończące każdą dziesiątkę. Potem – znikła.

Już wieczorem niemal całe miasteczko wiedziało o dziwnym zjawisku. Matka, nie wierząc Bernadecie, orzekła, że pewnie był to diabeł. – Diabeł nie odmawia różańca – odpowiedziała rezolutnie dziewczyna. Na kolejnych spotkaniach z Białą Panią towarzyszyły Bernadecie setki, a potem tysiące mieszkańców Lourdes. Podpowiadali jej, o co ma pytać “zjawę”. Bernadeta nawiązała z nią dialog.

18 lutego Biała Pani wypowiedziała znamienne słowa: “Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, ale w przyszłym”. Trzy dni później wezwała: “Módlcie się za grzeszników”, a po kolejnych trzech dniach: “Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”. Prosiła też, by księża wybudowali przy grocie kaplicę, i aby przychodzono tam w procesji. Miejscowy proboszcz domagał się jednak cudu, chciał też poznać imię Białej Pani. Odpowiedź padła 25 marca: “Jestem Niepokalanym Poczęciem”.

Biała Pani wskazała Bernadecie miejsce, z którego wytrysnęło źródło. Wkrótce wydarzył się pierwszy cud: mieszkanka Lourdes umoczyła sparaliżowaną rękę w wodzie wypływającej ze źródła i została uleczona.

Osiemnaście spotkań Bernadety z Białą Panią zakończyło się 16 lipca. Już dwanaście dni później miejscowy biskup powołał komisję, która miała zbadać sprawę rzekomych objawień Matki Bożej. 18 stycznia 1862 r. w imieniu Kościoła orzekł o ich autentyczności.

Trzy lata później Bernadeta rozpoczęła nowicjat u sióstr posługujących chorym (Soeurs de la Charité et de l’Instruction Chrétienne de Nevers). W 1866 r. na zawsze opuściła Lourdes – przeniosła się do domu zgromadzenia w Nevers. – Moja misja w Lourdes jest skończona – oświadczyła. Rok później złożyła śluby zakonne. Została pomocnicą pielęgniarki w klasztornej infirmerii.

Z pokorą znosiła upokorzenia ze strony innych sióstr, którym nie mieściło się w głowie, że Matka Boża mogła ukazać się prostej dziewczynie. Zdrowie Bernadety stale się pogarszało. Ostatnie pół roku spędziła w łóżku, które nazywała “białą kaplicą”. Umarła 16 kwietnia 1879 r. Miała zaledwie 35 lat.

Po beatyfikacji w 1925 r., jej nienaruszone ciało umieszczono w relikwiarzu, w kaplicy klasztoru Saint-Gildard w Nevers, a osiem lat później została kanonizowana.

70 cudów

Od pierwszego uzdrowienia, 1 marca 1858 r., chorzy napływają do Lourdes, spodziewając się uzdrowienia ciała lub szukając sił do znoszenia cierpienia. Kościół katolicki uznał oficjalnie 70 cudów i ok. 7 tys. uzdrowień, których nie dających się wyjaśnić naukowo. Siedem pierwszych cudów odegrało rolę w uznaniu objawień za prawdziwe.

Od 1905 r. działa w sanktuarium biuro lekarskie, przyjmujące zgłoszenia przypadków uzdrowień i przeprowadzające wstępną konsultację wśród lekarzy obecnych w Lourdes. Jeśli wynik wstępnego dochodzenia jest pozytywny, sprawa jest przekazywana komitetowi medycznemu, który istnieje od 1947 r. Po przeprowadzeniu własnego dochodzenia wydaje on orzeczenie, że dany przypadek jest (lub nie jest) niewytłumaczalny według aktualnego stanu wiedzy medycznej.

Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, że gdy w 1992 r. Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, na jego datę wybrał dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Tam też, w 1993, 2004 i 2008 r. odbyły się centralne obchody tego Dnia.

Do Lourdes przybywają nie tylko chorzy. Od 1873 r. odbywa się francuska pielgrzymka narodowa organizowana z inicjatywy ojców asumpcjonistów. W pierwszej pielgrzymce wzięły udział 492 osoby. Dziś pątników jest 6-8 tys.

Od ponad 60 lat do Lourdes przybywa też międzynarodowa pielgrzymka wojskowa. W pierwszej, w 1958 r., uczestniczyli wyłącznie żołnierze francuscy i niemieccy. W następnych latach do udziału w pielgrzymce zapraszani byli żołnierze z innych krajów europejskich oraz Ameryki Północnej i Australii. Polska była w 1991 r. pierwszym krajem z byłego bloku komunistycznego, którego żołnierze uczestniczyli w pielgrzymce.

Pokutujcie!

Na 52 hektarach w sanktuarium znajdują się 22 miejsca kultu. Do najczęściej odwiedzanych należą: grota, górujące nad nią bazylika Niepokalanego Poczęcia i bazylika Różańcowa, oraz podziemna bazylika św. Piusa X. Tę ostatnią poświęcił w 1958 r. legat papieski kard. Angelo Giuseppe Roncalli, który kilka miesięcy później został papieżem. Wymagane przez liturgię trzy okrążenia świątyni wykonał w odkrytym samochodzie. Gdy dziennikarze poprosili go o kilka słów do Francuzów, bez wahania powtórzył słowa Matki Bożej: “Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”.

Pielgrzymom przybywającym do Lourdes na stałe posługuje 30 kapelanów, pochodzących z różnych diecezji i zgromadzeń zakonnych, a także siostry z pięciu zgromadzeń. Wspomaga im 300 stałych i 100 sezonowych pracowników świeckich i ok. 7 tys. wolontariuszy. Roczny budżet sanktuarium wynosi 18 mln euro (ok. 90 mln zł), z których 90 proc. pochodzi z ofiar pielgrzymów, darowizn i spadków.

 

Paweł Bieliński/KAI

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap