video-jav.net
LUDZIE

Ksiądz wśród więźniów. Jak wygląda praca kapelana Aresztu Śledczego?

– Moim zadaniem jest odkrywanie obecności Boga. Odkrywanie zła w więzieniu to żadna sztuka – mówi ks. Jarosław Januszewski, kapelan Aresztu Śledczego na Służewcu. O swojej pracy wśród więźniów opowiedział studentom z Akademickiego Stowarzyszenia Soli Deo na SGGW w Warszawie

Ania Drus
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Parafia” ks. Januszewskiego liczy ponad tysiąc osadzonych. Większość z nich to skazani, którzy usłyszeli już wyroki i odbywają karę. Natomiast ok. 300-350 to tymczasowo aresztowani, zatrzymani do wyjaśnienia na 3 miesiące, z możliwością przedłużenia.

– Trafiłem tam przez przypadek, choć wszyscy w więzieniu tak mówią. Jestem – ze względu na ludzi, których tam spotykam – mówi kapelan aresztu na Służewcu. Nie przypuszczał, że zostanie tam na dłużej, gdy 10 lat temu odwiedzał młodego chłopaka i przy tej okazji nawiązał kontakt z ówczesnym kapelanem. Potem na jego prośbę przychodził spowiadać więźniów przed świętami oraz odprawiać Msze na tyle regularnie, że dostał stałą przepustkę. Pięć lat temu posłał go do tej posługi już oficjalnie kard. Kazimierz Nycz.

Jak wygląda posługa duszpasterska księdza w takim miejscu? Kapelan pięć-sześć dni w tygodniu spędza w więzieniu, codziennie odprawia Mszę, w niedziele i święta nawet trzy, gdyż ze względu na przepisy bezpieczeństwa mogą w niej uczestniczyć małe grupy lub pojedyncze osoby. Roznosi Komunię świętą do celi. Większość czasu zajmują mu rozmowy indywidualne. – I biurokracja – dodaje – typowa dla tego typu instytucji.

Wiele osób przychodzi do kapelana tylko dlatego „bo kolega z celi modli się i chodzi do kaplicy”. Dla wielu rozmowa z księdzem w więzieniu to pierwsze w życiu spotkanie z przedstawicielem Kościoła. Z zasady spotyka się z tymi, którzy chcą rozmawiać z księdzem, sam z siebie inicjuje jedynie kontakty z młodocianymi i osobami, które w więzieniu nie dają sobie psychicznie rady.

Stosunkowo szybkim i widzialnym efektem ‘nawrócenia’ – jak to sami osadzeni nazywają – jest podjęcie codziennej modlitwy. Niektórzy przypominają sobie pierwszy raz od dzieciństwa modlitwy Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, inni odmawiają różaniec, albo nawet nowennę pompejańską. Ostatni stają się pierwszymi, jak w Ewangelii – zauważa ks. kapelan.

Ks. Januszewski nie ma jednak złudzeń, wiara wymaga formowania: łatwo przychodzi odmawiać modlitwy – trudniej jest z przełożeniem tego na postępowanie zgodne z wymaganiami wynikającymi z wiary. Obserwuje, że więzienna religijność łatwo staje się magiczna tzn. bezrefleksyjna, sprowadzająca się do „transakcji” z Bogiem. Wiele osób oczekuje „cudu”, żeby ich problemy rozwiązały się same. Gotowi są nawet prosić o egzorcystę, by ten pomodlił się nad nimi i rozwiązał problemy, z którymi oni sami nie chcą lub nie potrafią się zmierzyć. Chcą tylko, aby to, co złe zniknęło samo a życie stało się prostsze. A na zmierzenie się z własną przeszłością i cierpieniem, jakie wyrządzili innym potrzeba czasu.

Dlatego też kapelan ostrożnie podchodzi do charyzmatycznych akcji ewangelizacyjnych, choć więźniom one się podobają, bo chcieliby cudu. Jego zdaniem, w ewangelizacji więźniów najlepiej sprawdzają się starsze panie. Młodzi wolontariusze szybko się zapalają, ale ich entuzjazm szybko gaśnie. Akcje charyzmatyczne mogą być dobrym początkiem na „przełamanie lodów” dlatego wkrótce odbędzie się kurs Alpha w więzieniu. Natomiast stałą praktyką jest przygotowanie do bierzmowania. To zadanie dla dojrzałych katechetów. Rocznie do tego sakramentu przystępuje około dziesięciu – kilkunastu osób.

Wobec ilości wysiłku, poświęconego czasu i zaangażowania widzialne efekty – jak mówi ks. kapelan – są „żałośnie nieproporcjonalne”. Więzienie uczy księdza szacunku do człowieka i współczucia dla człowieka – osadzonego, ale też jego ofiar. Nie mam złudzeń, ale może ktoś, kto w więzieniu zbliża się do Boga, nawet jeśli po wyjściu na wolność o nim zapomni, to w chwili śmierci wezwie miłosierdzie Boże na pomoc – ma nadzieję ks. Januszewski.

awo/archwwa.pl

Ania Drus

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ania Drus
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Dystrybucja dobra: pomagać tu i teraz

Współdziałanie ze słabszymi to nie „odpalenie” im gotówki, ale bycie z nimi; nie tworzenie poczucia, że jesteśmy lepsi i gorsi, ale budowanie więzi - mówi Rafał Szczepański, zaangażowany społecznie przedsiębiorca i jeden z mecenasów Stacji7.

Rafał Szczepański
Rafał
Szczepański
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Co to jest dystrybucja dobra? Podobno jest Pan autorem tego terminu?

Dawanie dobra można porównać do siewu zboża: kiedy zasiejemy ziarna – wyrosną kłosy, będzie ich więcej niż zasialiśmy na początku. Ale dobro nie uczyni się od razu jednym ruchem. Nie mamy tej sprawczości Stwórcy, który jednym działaniem może uczynić wszystko. My możemy budować po kawałku, przekazywać dobro, bo ono dalej się pomnaża, rozchodzi.

 

Czyli to taka pomoc w przekazywaniu go dalej?
Tak, ponieważ wtedy włączają się inne mechanizmy, pomnażające siłę naszych działań. Ja sam nie opróżnię na przykład wanny z wodą łyżeczką, ale z innymi się to może udać. Kojarzy mi się to także z pomnażaniem talentów, bo to pomnażanie ich odbywa się właśnie poprzez dzielenie z tymi, którzy dostali ich mniej. Nie wolno nam talentów zamieniać tylko na pieniądze, to byłoby oddanie ich 1:1, a my mamy obowiązek swój talent pomnażać. Na przykład z talentu do działalności gospodarczej czy społecznej odpowiedzialności też będziemy rozliczeni. To też jest dystrybucja dobra. Dobro musi być pomnażane, wtedy da szansę odporu zła.

 

Jak znajdować dobro do dystrybuowania?

Sercem i rozumem. Jestem zwolennikiem pomagania generalnie tam gdzie życie nas poprowadzi. Jeżeli wpada nam w ręce temat, gdzie możemy pomóc, to nie odkładajmy tego na później, tylko podejmijmy ten trud, zaangażujmy się w taką pomoc, jakiej potrzebę spotykamy na własnej drodze. Wybieranie jest ważne, ale bardziej trzeba angażować się w to, co realnie wokół siebie widzimy. Nie odkładajmy dobra na jutro, bo jutra może nie być. Sam też starałem się i staram podejmować takie działania.

 

No właśnie, porozmawiajmy o nich. Jest Pan jednym z mecenasów Stacji7, ale to nie jedyne pana zaangażowanie we wspomnianą “dystrybucję dobra”. Jak to się zaczęło? Jaka stoi za tym historia?

Rzeczywiście, angażuję się społecznie od wielu lat na różnych polach. Na różnych, bowiem starałem się właśnie działać tam, gdzie mnie życie rzuciło. Wchodząc w jakąś przestrzeń biznesową starałem się jako przedsiębiorca zawsze zauważać, że to nie tylko biznes, ale przede wszystkim ludzie. Na przykład w 2005 r. mocno zaangażowałem się ze wspólnikami w inwestycję na Warmii w miejscowości Pluski. Kupiliśmy tam grunt na którym zamierzaliśmy postawić osiedle ekskluzywnych domów. Jednak gdy tam przyjechałem zobaczyłem w centrum ładnie zaprojektowanej miejscowości – kościół, stanowiący pewien dysonans. Wszystko dookoła było zadbane, dobrze zaplanowane, a tylko ten kościół stał nieotynkowany, wyglądający biednie. Poszedłem do niego na Mszę, potem spotkałem się z proboszczem, porozmawialiśmy o życiu tutaj i problemach parafii. Przyznał wprost, że kościół jest nieotynkowany z powodu braku funduszy. Wtedy to były czasy dużej biedy na tamtych terenach, więc proboszcz najpierw dbał o potrzeby tych ludzi, remont kościoła stawiając na dalszym planie. Zadeklarowałem więc, że my go sfinansujemy. Z proboszczem wkrótce się zaprzyjaźniłem, bo to bardzo zaangażowany społecznie człowiek. Potem pomogliśmy też w ociepleniu i otynkowaniu kościoła czy remoncie dachu. Dziś służy dobrze wspólnocie, ludzie nie marzną.

 

Działanie tu i teraz…

Dokładnie. Takie, które też się rozwijało, bo niedługo odkryliśmy nieopodal niezwykłe miejsce potrzebujące pomocy. Znaleźliśmy piękny zabytkowy kościół położony w samym środku lasu. Okazało się, że to jedyna pamiątka po Orzechowie Warmińskim – istniejącej tu jeszcze po wojnie miejscowości, którą znał i odwiedzał kard. Wyszyński, a którą potem wysiedlili komuniści. Kościół stał w jej środku, dziś – w środku lasu. Gdy go odkryliśmy powitał nas wspaniałą architekturą i… zepsutymi organami w środku. To więc było kolejne zaangażowanie – remont tych organów. Teraz są już tam koncerty i do „niemego” wcześniej kościoła przyjeżdża więcej ludzi, to buduje lokalną wspólnotę. Staram się więc, by moje zaangażowanie nie było pomocą jednorazową, ale ofiarowaniem swojego czasu i uwagi.

 

Odpowiedzialność społeczna daje też coś temu, kto się angażuje…
Tak, to jest bowiem pewien ład, który od wieków istniał, ale który został przerwany iluzjami drogi na skróty, które pojawiły się w Europie w XVIII w. Następstwa tego były brzemienne w opłakane skutki, jak chociażby rewolucja francuska. Nie ewolucja, a rewolucja, czego skutkami są widoczne dziś laicyzacja, sekularyzacja, utrata korzeni przez Europę. Przyczyną zaś było naruszenie tego elementarnego porządku: brak zaangażowania społecznego wcześniejszych przywódców, klasy, która skupiała majątek, ale oderwała się od wspólnoty, której była częścią. Ludzie niżej położeni w tej społecznej hierarchii przestali mieć poczucie, że wspólnie z nimi tworzą jeden organizm. Tymczasem jeśli ktoś osiąga sukces i potrafi się w tym podzielić ze społecznością, w której mieszka, to ta chroni także jego samego.

 

Dziś nazywają to “społeczną odpowiedzialnością biznesu”

… która jednocześnie zbyt często jest traktowana trochę jak zadanie marketingowe czy PR-owskie. Tymczasem współdziałanie ze słabszymi to nie przysłowiowe „odpalenie” im gotówki, ale bycie z nimi; nie tworzenie poczucia, że jesteśmy lepsi i gorsi, ale budowanie więzi. Ofiarowanie pieniędzy nie wystarczy by wytworzyć więź. Tworzą ją dopiero relacje międzyludzkie, które chronią hierarchię tam, gdzie ludzkie osiągnięcia są różnorodne. Jesteśmy członkami jednej wspólnoty. Nie ma kościołów dla bogatych, dla średnich i dla biednych, stanowimy wspólnotę razem, i to jest ważne żeby się angażować i razem działać społecznie. Ta myśl powinna przyświecać nam, katolikom, przedsiębiorcom: dzielenie się z innymi, praca na rzecz słabszych to nie jest kolejny podatek, tylko działanie z korzyścią dla wszystkich.

 

Angażuje się Pan również w Fundacji Polskich Kawalerów Maltańskich…

To druga część mojej działalności społecznej. Nasza Fundacja oprócz takich rzeczy jak organizowanie spotkań opłatkowych dla ubogich, organizuje też pielgrzymki osób wymagających szczególnej troski, osób chorych i niepełnosprawnych.

 

Finansujecie im wtedy te wyjazdy?

Tak, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że każdy Maltańczyk uczestniczący w pielgrzymce dostaje pod bezpośrednią opiekę jedną osobę wymagającą szczególnej opieki i troski. Ta więź z osobami, którym się pomaga wypływa zresztą z dewizy Kawalerów Maltańskich: „Obrona Wiary i służba ubogim”. Podobny cel ma moja 10-letnia już współpraca ze Związkiem Powstańców Warszawskich. To bohaterowie, ludzie starsi w wieku 90-95 lat, którzy przeszli gehennę II wojny światowej, zachowując człowieczeństwo w czasach odczłowieczenia czyli hekatomby Powstania Warszawskiego. Pomimo tak wielu przejść dziś wielu z nich jest osamotnionych, pozostawionych samym sobie, czasem bez rodziny. W różny sposób zacząłem im pomagać, a to przez dofinansowanie kwestii rehabilitacyjnych, a to przez wydanie przygotowanych przez nich publikacji. Założyliśmy wspólnie Fundację Pamięci o Bohaterach Powstania Warszawskiego. Ma cel doraźny czyli pomoc dla nich materialna, paczki świąteczne, turnusy rehabilitacyjne, ale też cel długofalowy, taki jak zadbanie o pamięć o tych bohaterach, o ich poczucie sprawiedliwości. Chodzi o zapomniane groby powstańców na cmentarzach. Nie tylko się nimi opiekujemy, ale przede wszystkim chcemy, by dbałość o nie była sprawą państwa. Dlatego w ramach Fundacji przygotowaliśmy projekt ustawy o ochronie grobów, która miałaby zapobiegać takim sytuacjom i na IPN nakłada obowiązek troski o mogiły narodowych bohaterów. Nagłaśnianie takich inicjatyw uruchamia też społeczną refleksję, jest właśnie pewną “dystrybucją dobra”.

 

Miałam przygotowane pytanie, w jaki sposób wybiera Pan różne inicjatywy do wsparcia, ale widzę, że ono już nie ma racji bytu, bo wygląda na to, że Pan niczego nie wybiera “zza biurka”.

Życie dzieje się wśród ludzi, tu i teraz. Gdy napotykamy jakiś temat, kierujmy się odruchem serca bo ma to ogromne znaczenie dla wszystkich. Nas samych też takie pomaganie zmienia. Popycha nas to w dobrym kierunku.

 

To wymaga uważności…

Wrażliwości. Wtedy dobra będzie więcej. Najgorzej jest coś na wstępie odrzucać. Oczywiście nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, zaangażować się we wszystko, ale angażując się w coś dobrego już jesteśmy w tej przestrzeni dobra. Tak jak budujemy rodzinę, to te relacje wypełniają nam życie. Nie wchodząc w relacje ciągle unikamy, szukamy optymalizacji. A w owej przestrzeni dobra nie warto ciągle szukać optymalizacji. Nie jesteśmy gdzieś indziej, jesteśmy tu i teraz, pomagamy tu i teraz. I to jest produktywne.

 

A co potem? Czy sprawdza pan jakoś wykorzystywanie pana pomocy w miejscach gdzie jej pan udzielił?

Ja po prostu osobiście uczestniczę w rzeczach, które wspieram. Sprawdzanie więc jest integralną częścią tej pracy. Nie jestem człowiekiem, który tylko wspiera finansowo, ale raczej wspieram też swoją pracą. Jeśli natomiast zdarza się tak, że tylko wspieram finansowo, jak np. Stację7, w której nie pracuję, to nie jest na zasadzie “wrzucenia do puszki”. Bardziej na zasadzie zaufania ludziom, których znam i których pracę obserwuję, mam z nimi relację.

 

A jeśli nie znamy osobiście tego, kto prosi nas o pomoc?

Na przykład kogoś, kto wyciąga do nas rękę pod kościołem? To jest rzeczywiście pewien dylemat, jak odróżnić kogoś naprawdę potrzebującego od kogoś, dla którego proszenie innych o pomoc jest sposobem na życie. Od wieków tak było, od początku świata były klany żebraków. I teraz jak odróżnić osobę w dramacie od kogoś takiego? Ja nie mam takiego sposobu, sam mam ten dylemat. Staram się nie przeoczyć kogoś kto potrzebuje, ale daru jasnowidzenia nie mam.

 

Zapytana o tę kwestię siostra Małgorzata Chmielewska odpowiedziała, żeby pomagać zawsze każdemu kto poprosi…

Rzeczywiście, nie można robić z tego biurokracji. Jeśli mamy już taki dylemat, to może lepiej uczynić nadmiernie dobrze niż nie zrobić nic. Czynienie dobra na zapas jest na pewno dobre.

 

Rozmawiała Anna Druś

Rafał Szczepański

Rafał Szczepański

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Rafał Szczepański
Rafał
Szczepański
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >