video-jav.net

Wybrałam życie: część 4

„Matki wszechmogące” mówią, dlaczego nie usunęły ciąży. Mimo, że niektóre z nich chciały to zrobić, inne ktoś do tego namawiał. Mówią o tym, że życie to życie. Bez podziału na zygotę, zarodek i człowieka. I że dziś są szczęśliwe, że o nie zawalczyły.

Brygida Grysiak
Brygida
Grysiak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Brygida Grysiak o tym, że macierzyństwo daje wolność


Poniższy fragment pochodzi z książki “Wybrałam życie” Brygidy Grysiak, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.


Wybrałam życie: część 4

AGNIESZKA

Lubię takie mieszkania. Wchodzisz i czujesz się jak w domu. Na regałach zdjęcia dzieci. Dwie roześmiane dziewczynki. Jedna w okularach, druga bardzo szczupła, blondynka. Agnieszka wygląda trochę jak ich starsza siostra. W legginsach i luźnej bluzie. Uśmiecha się do mnie od progu. Lubię takie kobiety. Silne. Uśmiechnięte, choć po przejściach. Takie, które sobie radzą. Na przekór wszystkiemu.

Pijemy kawę? – pyta. „Chętnie” – mówię. Agnieszka wstawia wodę. A ja tropię wzrokiem szczegóły jej życia. Pokoik, w którym mieszka z dwiema córkami, ma 12, może 14 metrów kwadratowych. Do tego maleńka kuchnia i łazienka. W pokoju, który musi pomieścić codzienność trzech kobiet, każdy kąt kipi rzeczami,. Ubrania, książki, albumy pełne pamiątkowych fotografii. Pod sufit. Przy wejściu do kuchni – biurko. Na nim komputer, nad nim – półki, na których poustawiano książki. Wszystko uporządkowane. Piętrowo. Sama kiedyś chciałam napisać książkę – rzuca Agnieszka. – Rozmawiałam nawet o tym ze znajomym. Chciałam opowiedzieć moją historię, naszą historię, bo może to komuś pomoże. Tak ku przestrodze. Jest bardzo energiczna. I ma śmiejące się oczy. Kiedy pytam o córki, patrzy na nie z czułością. I mówi: Starsza to Paulina, młodsza – Daria. Paulina jest podobna do ojca, a Daria – do mnie, a bardziej do dziadka, czyli mojego taty. „Śliczne dziewczyny” – mówię szeptem, żeby nie słyszały. Daria ma naprawdę filmową urodę. Idzie do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Jest chuda. Eteryczna. Ma ogromne niebieskie oczy i wydatne usta. Skromna. Trochę zawstydzona. Choć – jak mówi mama – tupnąć nogą też potrafi. Jak trzeba. Trochę przypomina mi Nel z tego starego filmu W pustyni i w puszczy. Nel była piękna. Jak patrzę na Darię, to nawet nie chcę myśleć o tym, że mogłoby jej dzisiaj nie być – mówi Agnieszka. Paulina pyta, czy zalać nam kawę. Zalej, kochanie – odpowiada Agnieszka. Nie pytam o Darię. Agnieszka sama zaczyna opowiadać. Pochodzę ze wsi niedaleko Łodzi. W domu było nas dwanaścioro. Ja jestem najstarsza z całego rodzeństwa. Moja najmłodsza siostra chodzi teraz do czwartej klasy szkoły podstawowej. Było biednie – mówi Agnieszka – ale byliśmy szczęśliwą rodziną. Artura poznałam latem 1999 roku na odpuście św. Bartłomieja. Moja siostra znała go wcześniej. Na tym odpuście zapoznała nas ze sobą. I tak się zaczęło. Od słowa do słowa rozwijała się nasza znajomość. Zaczęliśmy się spotykać. Na początku było pięknie. Wielka miłość. Artur był czarujący. Umiał czarować też jej rodziców, dzięki czemu miała więcej swobody i mogła wracać później do domu. Wcześniej było ciężko. Śledzili każdy jej krok. Artur jej imponował. Miał pieniądze, samochód. Czuła, że może budować z nim przyszłość. Chciała ją budować. Miała 20 lat. Była zakochana. Byliśmy razem na mojej studniówce. Było super do czasu, kiedy przesadził z alkoholem. Ale myślałam, że to normalne. Jest impreza. Szczególna okazja. Wtedy nie przywiązywałam do tego aż tak dużej wagi.

Rodzice przejrzeli Artura wcześniej. Agnieszka opowiada, że szybko zmienili o nim zdanie. Najpierw go lubili, a potem robili wszystko, żeby się z nim rozstała. Ale ona postawiła na swoim. Pewnej nocy, po kolejnej kłótni z rodzicami, uciekła z domu. Była czwarta nad ranem, pamiętam. Wyszłam z domu i pojechałam do niego. Po dwóch tygodniach już razem pojechaliśmy po resztę moich rzeczy. Na początku mieszkaliśmy trochę u jego rodziców, a potem w starym domku jego matki, który zaczęliśmy remontować. Oboje pracowali. Planowali każdy dzień. Myśleli nawet o budowie małego domku. Agnieszka była szczęśliwa. Z rodzicami nie rozmawiała prawie dwa lata. Pogodzili się dopiero wtedy, kiedy Agnieszka zaszła w ciążę. Ta ciąża zmieniła nie tylko to. Zmieniła wszystko. Przestałam wtedy pracować, zaczęło nam brakować pieniędzy – opowiada. – A on chciał mieć na wszystko. Na paliwo, na alkohol, na wyjazdy. On jeździł, a ja siedziałam w domu i musiałam sobie jakoś radzić. Wyjazdy stawały się coraz dłuższe. Coraz częściej nie wracał na noc. Agnieszka zaczęła podejrzewać, że coś jest nie tak. Zaczęły się awantury. I ciche dni. Ale zawsze przepraszał. A ona wybaczała. Kochałam go bardzo i myślałam, że miłość wszystko zwycięży – tłumaczy. – Ale było coraz gorzej. Rozliczał mnie z każdej złotówki, musiałam przynosić paragony do domu. I zawsze były awantury o to, że jak zwykle wydałam mnóstwo pieniędzy, a nic konkretnego nie kupiłam. Wyzywał od najgorszych. Bywało, że bił. Ale – jak mówi Agnieszka – dramatu jeszcze nie było. Kochała. Wybaczała.

Wybrałam życie: część 4

Był bardzo szczęśliwy, kiedy zaszła w ciążę. Starali się długo. Chciał mieć syna. Opowiadał, czego będzie go uczył, co będzie z nim robił. Był w siódmym niebie. Woził mnie do lekarza na każdą wizytę. Kiedy pewnego dnia lekarz powiedział mi, że to będzie dziewczynka, nie powiedziałam wcale Arturowi. Wiedziałam, że będzie zawiedziony. Bałam się, że mnie odrzuci, bo nie potrafię mu dać tego, czego on chce. Do końca miał nadzieję, że będzie syn. A kiedy urodziła się córka, nie było wielkiej radości. Był dystans. Agnieszka opowiada, że dopiero kiedy Paulinka zaczęła raczkować, a potem chodzić, stała się oczkiem w głowie tatusia. Miała wszystko i mogła robić wszystko. A cokolwiek się jej działo, zawsze była to wina Agnieszki. Gdy przewróciła się, nabiła guza, zawsze to ja obrywałam od niego za to, że jestem złą matką, że nie umiem się zająć dzieckiem. Kiedy chorowała, to też była moja wina. Czasami myślałam już nawet, że może rzeczywiście nie dorosłam do tego, żeby być matką i nie powinnam mieć jeszcze dzieci. Gdy Paulinka przyszła na świat, miałam skończone 22 lata. To, co działo się potem, jest dla mnie nie do pojęcia, dlatego z dużą uwagą słucham każdego szczegółu. Ojciec półtoraroczną dziewczynkę buntował przeciwko matce. Uczył, co musi robić, kiedy matka nie chce jej czegoś dać. Tłumaczył jej: „Lej ją po mordzie, tę starą kurwę” – mówi Agnieszka, jakby sama nie mogła uwierzyć w to, co mówi. – Kiedy była ze mną sama, była spokojna, posłuszna, ale kiedy tata wracał z pracy, był płacz, histeria. A kiedy już mówiła, to były też skargi, że mama czegoś nie dała albo na coś nie pozwoliła. Wtedy on na oczach dziecka krzyczał na mnie, wyzywał i często bił. Paulina na wszystko patrzyła. Nauczył ją, jak mamę bić i kopać. Potrafiła powiedzieć do mnie: „Nie kocham cię. Jesteś nikim”. Bo tatuś tak jej powiedział. Agnieszce pękało serce. Czasami nawet wymyślała różne rzeczy, bo wiedziała, że jeśli tak powie, to tatuś będzie mnie bił. I bił mnie. A ona patrzyła i cieszyła się. Jakby to była jakaś zabawa. Bolało mnie to strasznie. On był ten idealny tatuś, a ja byłam ta zła mama.

Dziewczynki oglądają bajkę na komputerze. O jakiejś śwince. Mamo, nic nie słychać – mówi Daria. Trzeba poruszać kablem – mówi Agnieszka. I teraz myszka nie działa – skarży się Paulina. – Mamo, ty wyłączyłaś myszkę? – pyta. Agnieszka wstaje i wchodzi pod biurko. Przełącza kable i głos wraca. Dziewczynki się cieszą. Nie przeszkadzajcie już – mówi do nich. Ja nie przeszkadzam – odpowiada Daria. Agnieszka przez chwilę się uśmiecha. Popija kawę, a ja pytam, jak to wytrzymywała. Mówi, że przyszedł moment, w którym nie była już w stanie wytrzymać. Kilka razy wylądowała w szpitalu. Miałam duszności, zawroty głowy, mdlałam – wspomina. – Zaawansowana nerwica, serce chciało wyskoczyć mi z piersi, nerwy nie pozwalały żyć normalnie. Po każdej większej awanturze dostawałam takiego ataku i kończyło się to szpitalem. Mówi, że do dziś leczy się w poradni kardiologicznej. I u neurologa.

Był sierpień 2004 roku. To lato dobrze pamięta. W domu było tragicznie. Coraz więcej alkoholu, coraz więcej awantur i bicia. Był też seks. Bardziej wymuszony niż chciany. Nie zawsze zdążyła uciec. Nie dawałam już rady. A do tego w październiku spóźniał mi się okres. Przeczuwałam, że jestem w ciąży. Dla pewności zrobiłam dwa testy. Byłam w ciąży. Postanowiłam, że nie urodzę tego dziecka. Agnieszka zdecydowała, że usunie ciążę. Zadzwoniła do mamy. Opowiedziała o wszystkim. Mama znała sytuację. Wiele razy namawiała Agnieszkę, żeby odeszła. Ale ta nie chciała, bała się odejść. Wiedziała jedno. Nie urodzi drugiego dziecka temu człowiekowi. Nie da rady. Sąsiadka powiedziała, że zna takie miejsce w Warszawie i panią doktor, która usuwa ciążę na życzenie. Wystarczy tylko mieć pieniądze. 1000 złotych. I można pozbyć się kłopotu. Dwa dni później miałam już uzbierane 1000 złotych. Postanowiłam jechać. Arturowi powiedziałam, że jadę do rodziców pomóc w gospodarstwie. Wsiadłam w samochód i pojechałam do nich. Tam zostawiłam Paulinę, a sama z sąsiadką, moją przyjaciółką Anią pojechałyśmy dalej, do Warszawy. Do pani doktor. Na miejscu okazało się, że zmienił się cennik i aborcja kosztuje nie 1000, ale 1200 złotych. Nie miałam skąd wziąć tych pieniędzy – mówi. Przekonywałam, że dowiozę. Mówiłam, że mogę zostawić dowód osobisty. Prosiłam, żeby usunęła tę ciążę. Ale pani doktor nie chciała słuchać. I dziś wiem, że gdybym wtedy miała te 200 złotych, tobym się nie zawahała. Byłam przerażona tym, że kiedy urodzi się drugie dziecko, będzie jeszcze gorzej niż było przy Paulinie.

Wybrałam życie: część 4

Kiedy wracała z Warszawy, Artur dzwonił kilka razy. Pytał, gdzie jest. I krzyczał, że jak przyjedzie do domu, to jej urwie łeb. Był pijany. Bałam się strasznie – wspomina. – Nie wiedziałam, co dalej ze mną będzie, bo on jeszcze nie wiedział, że jestem w ciąży. Wróciła do rodziców. I usłyszała, że Artur jej szukał. Wściekły. Pijany. Mówi, że miała ochotę umrzeć. Położyłam się spać. Kiedy koło północy przyjechał znowu, kazał mi się zbierać i powiedział, że w domu sobie porozmawiamy. Wiedziałam, co to znaczy. Trzęsłam się cała. Ale pojechałam. Pamiętam, że mój ojciec złapał mnie wtedy za rękę z całej siły i powiedział: „Gdyby coś się działo, uciekaj w pole, dziecko z policją się odbierze”. Agnieszka nie płacze. Nie trzęsą się jej ręce. Może dlatego, że minęło już siedem lat. Jest skupiona, kiedy opowiada mi, co przeżyła. Nie chce pominąć niczego ważnego. W drodze do domu wyzywał mnie, bił i poniżał. Krzyczał, co ja jestem za matka, że dziecko samo zostawiłam i pojechałam nie wiadomo gdzie, pewnie do jakiegoś alfonsa. W domu przytulał Paulinę, całował ją i przy niej bił mnie tak, że nie mogłam podnieść się z podłogi. Dziecku tłumaczył, że matka jest nic niewarta, że najlepiej to będzie ją udusić i zakopać. Dziś tłumaczy sobie, że Artur miał to w genach. Jego ojciec też znęcał się nad rodziną. Traktował matkę tak, jak Artur traktował ją. Teraz siedzi w więzieniu. Sąd odebrał mu prawa do wszystkich małoletnich dzieci. Artur w końcu zasnął. Agnieszka mówi, że się bała, że to będzie ostatnia noc w jej życiu. Nie wiedziała, czy uciekać w pole, jak radził jej ojciec, czy zostać w domu. Patrzy mi prosto w oczy i mówi: W pewnym momencie wzięłam nóż, stanęłam nad nim i mówiłam po cichu: „Zabiję cię za to, co mi robisz, zabiję cię”. Ale w porę się opamiętałam. Chciała go zabić. Ale nie chciała pójść do więzienia. Miała przecież małą córkę i drugie dziecko w drodze. Odłożyła nóż i położyła się spać. Kiedy wstałam rano, byłam już pewna, że chcę od niego odejść – opowiada. Zadzwoniłam do mamy, powiedziałam, że już nie daję rady. Mama na to, żebym się nie martwiła, że wszystko załatwi. I tak też było. Kilka dni później przyjechała po mnie policja. Zabrali mnie na komisariat. Tam czekali na mnie rodzice. U nich nie mogła zamieszkać, bo w domu było jedenaścioro rodzeństwa. I choć miłość między nimi była wielka, to z małą Pauliną byłoby jej ciężko tam nawet nocować. Tak trafiła do domu samotnej matki w Łodzi. Paulina miała półtora roku. Agnieszka mówi, że to był dla niej koszmarnie trudny czas. Była zima, zero kontaktu z rodziną, z najbliższymi. Zero pomocy. Czasami jechałam do rodziców pociągiem, z dwiema przesiadkami. Brzuszek już miałam widoczny, z Paulinką, która nie miała jeszcze dwóch lat. Nikt z podróżujących nie pomógł mi ani razu wsiąść do pociągu, ani wprowadzić wózka. A był naprawdę ciężki, bo miałam w nim najpotrzebniejsze rzeczy na wyjazd.

Agnieszka przekonuje mnie, że po tym, jak chciała usunąć ciążę, nigdy nie żałowała, że wtedy się nie udało. Mówi, że dziś wie, że wtedy chciała to zrobić ze strachu, który zawsze jest złym doradcą. Strachu, który można pokonać. Agnieszka w końcu go pokonała. Dużo ją to kosztowało. Ale się odważyła. Dziś ma dwie, a nie jedną wspaniałą córkę. Moment, w którym to mówi, to chyba jedyny moment naszej rozmowy, kiedy widzę w jej oczach łzy. Jest wzruszona. Kilka lat temu uznała, że skoro zabrakło jej 200 złotych na to, żeby zabić własne dziecko, to znaczy, że to dziecko ma żyć. I nie próbowała już więcej. Dziś czuje się winna, że wtedy pomyślała o aborcji. I że była tak blisko. Wie, że gdyby to się stało, nie umiałaby sobie wybaczyć. Widzę, jak patrzy na Darię. W tym spojrzeniu jest jakaś szczególna troska. Wyrzut sumienia. W domu samotnej matki spędziła pół roku. W ciągu tego pół roku bardzo często rozmyślałam o tym, co się stało, co będzie ze mną i z dziećmi – opowiada. – Myślałam nad powrotem do domu. Chciałam dać Arturowi szansę. Miałam nadzieję, że się zmieni, że będzie miał nauczkę. Artur nie dawał za wygraną. Szukał jej. I znalazł. Dzwonił i namawiał, żeby wróciła. Obiecywał, że teraz wszystko będzie inaczej. Długo się wahała. Bała się go, a z drugiej strony bała się samotności z dwójką małych dzieci. Po kolejnym telefonie umówiłam się z nim na spotkanie – wspomina. – Pod dużym hipermarketem, nie pamiętam już nazwy sklepu. Poszłam sama, bałam się zabrać córkę. Wiedziałam, że jak pójdziemy obie, to nie wypuści nas już z samochodu. Pewnie tak by było. Długo rozmawialiśmy. Odwiózł mnie do domu. Oczywiście chciał, żebym zabrała Paulinkę i pojechała razem z nim, ale ja się nie zgodziłam. Choć już wtedy chciałam wrócić. Było we mnie dużo strachu, bo wiedziałam, ile krzywd mi wyrządził. Postanowiłam jeszcze poczekać…


Fragment pochodzi z książki “Wybrałam życie” Brygidy Grysiak, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.


Brygida Grysiak

Brygida Grysiak

Mama, żona, dziennikarka, autorka książek, ambasadorka Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Brygida Grysiak
Brygida
Grysiak
zobacz artykuly tego autora >

Wybrałam życie: część 3

„Matki wszechmogące” mówią, dlaczego nie usunęły ciąży. Mimo, że niektóre z nich chciały to zrobić, inne ktoś do tego namawiał. Mówią o tym, że życie to życie. Bez podziału na zygotę, zarodek i człowieka. I że dziś są szczęśliwe, że o nie zawalczyły.

Brygida Grysiak
Brygida
Grysiak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Brygida Grysiak o tym, że macierzyństwo daje wolność

Poniższy fragment pochodzi z książki "Wybrałam życie" Brygidy Grysiak, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

Wybrałam życie: część 3

IZA

Przy tej rozmowie pani rola będzie podwójna. Pani Iza traktuje to spotkanie jako element terapii. Potrzebuje o tym z kimś porozmawiać. Rana jest świeża. Jeszcze krwawi – ostrzegała mnie psycholog z ośrodka adopcyjnego. Mówiła też, że zrozumie, jeśli tego nie udźwignę i się wycofam. Ja muszę zrozumieć, jeśli Iza tego nie udźwignie i przerwie rozmowę. Byłam przygotowana. Wiedziałam, że Iza oddała córkę do adopcji trzy miesiące wcześniej. Jest już po rozprawie. Załamana. Kiedy rozmawiałam z nią przez telefon, słyszałam cierpienie. Jestem w pracy, nie bardzo mogę rozmawiać – tłumaczyła słabym głosem. Ale kiedy odwołała spotkanie, zapewniała, że to tylko zmiana terminu. Że nie ucieka i się ze mną spotka.

Wiedziałam, że ma krótkie, czarne włosy. Jak mówiła przez telefon: stojące, prawie na jeża. Umówiłyśmy się przy kinie Wisła, na placu Wilsona. Szukałam miejsca, żeby zaparkować. Dostrzegłam ją z daleka. Czarne krótkie włosy. Prawie na jeża. Okulary słoneczne na głowie. Wyglądała jak nastolatka. Sportowa mini, opalone nogi, modne trampki. Nerwowo paliła papierosa i rozmawiała przez telefon. Zaparkowałam. Podeszłam do niej. Podałyśmy sobie ręce. I tak, z bliska, zgrabna, modnie ubrana nastolatka stała się dojrzałą kobietą, w której oczach widać złamane życie.

Zapraszam ją na obiad. Nie chce. Proponuje spacer. Idziemy do Parku Krasińskich. Wybieramy ławkę. Nieszczęśliwie. Co kilka minut mijają nas mamy z wózkami. W wózkach piękne dziewczynki i radośni chłopcy. Iza płacze. Nie dlatego, że widzi dzieci. Nie tylko dlatego. Zaczyna opowiadać o swojej córce, którą musiała oddać. Mówi o niej: Olka. 31 maja urodziła małą Marię Aleksandrę. Olka. Maria Olka – powtarza. – Urodziłam o 20.10. Naturalnie. Siedem minut to trwało od ostatniego skurczu. Miałam rodzić w innym szpitalu, ale byśmy już nie dojechali. Lekarz prosił, żebym tylko nie urodziła w karetce. Nie urodziłam. Olka przyszła na świat w Szpitalu Bielańskim.

Urodziła się w ósmym miesiącu. 56 centymetrów, 3600 gramów, 10 punktów. Miała duże niebieskie oczy i strasznie długie czarne włosy. Drobniutka. Przez pierwszą dobę w szpitalu byłyśmy razem. Spała ze mną. Iza wyciera oczy. Kolejne pytania grzęzną mi w gardle. Nie pytam. Iza sama opowiada dalej. Kiedy powiedziałam, że dziecko idzie do adopcji, pielęgniarka była dla mnie bardzo nieprzyjemna. Płacze. Przy wszystkich kobietach na sali głośno mówiła, że ona żadnych dokumentów z ośrodka adopcyjnego nie ma. Główna oddziałowa zadzwoniła do ośrodka. Okazało się, że czekali na mnie w szpitalu przy Inflanckiej, bo tam miałam rodzić. Wiem, że zrobiłam najgorszą rzecz w życiu, ale ta pielęgniarka nie powinna się tak zachowywać. Nie powinna – powtarza. „Nie powinna” – mówię. Chcę Izę zrozumieć. I nie chcę, żeby płakała. Dlatego przerywam rozmowę o Olce i pytam o jej dzieciństwo.

Jest rodowitą warszawianką. Kiedyś to był Żoliborz, Piaski, teraz Bielany. Nie miałam łatwego dzieciństwa. Mama piła, ojciec na nas pracował. Robił, co mógł. Osiem lat temu umarł na raka wątroby. Bardzo mi go brakuje. Mam starszego brata. Siedział w więzieniu za kradzież. Miała 16 lat, kiedy poznała swojego przyszłego męża. Opowiada, że chodziła po szkole na ptysie do sklepu spożywczego, który był niedaleko. Pamiętam, że miałam nogę w gipsie. A on przyjechał do mojej koleżanki. I tak się zaczęło. Pierwsze randki, pierwsze wypady do kina. Iza uśmiecha się, kiedy o tym opowiada. Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądała, kiedy miała 16 lat. Musiała być urocza. Zalotne spojrzenie, długie czarne włosy, wysportowana sylwetka. Otwarta, roześmiana. Z trochę poranioną duszą. W domu matka alkoholiczka. Ojciec w roli najlepszej przyjaciółki – powierniczki najbardziej skrywanych dziewczęcych sekretów. Nie wszystkich. O tym największym matka dowiedziała się pierwsza.

Wybrałam życie: część 3

Darek był starszy o pięć lat. Iza mówi, że bardzo go kochała. Miłością pierwszą i piękną. Taką, która nie pozwala jeść i spać. Która każe robić rzeczy jeszcze wczoraj nie do pomyślenia. To był nasz pierwszy raz. Pękła prezerwatywa. I tak się stało, że mam dziś super syna. Myślałam, że ten związek będzie na całe życie, szczęśliwy do końca. Ale nie był. Poznaję historię Izy. Krok po kroku prowadzi mnie przez swoje życie. Kobiety z dziećmi mijają naszą ławkę. Dzieci śmieją się. Dzieci płaczą. A ona ze spokojem opowiada, jak się dowiedziała, że w wieku 16 lat zostanie mamą. Pewnego dnia na fizyce źle się poczułam. Chciało mi się wymiotować – wspomina z uśmiechem. – Postanowiłam iść do Szpitala Bielańskiego, niedaleko, i zapisać się do ginekologa. Ale musiałam mieć pozwolenie od mamy. I tu pojawił się problem. Mówi, że czuła, że jest w ciąży. Kobieta to czuje. Mamie powiedziała, że ma jakieś kłopoty z okresem. Uwierzyła. Dała pozwolenie. Poszła z Izą do lekarza. I usłyszała: Pani córka jest w ciąży. W to nie mogła już uwierzyć. Dzisiaj Iza przekonuje mnie, że wtedy poczuła radość. Chciała tego dziecka. Nawet jej przez myśl nie przemknęło, żeby je zabić. Mówi, że matka była w szoku, a ojciec się ucieszył, że będzie miał wnuka. Gorzej było z resztą rodziny. 1 września – w dniu swoich urodzin – oświadczyłam, że jestem w ciąży. To była taka rodzinna kolacja, poczęstunek. Bardzo źle to przyjęli. Pamiętam oburzenie. Wtedy panna z dzieckiem to było nie do pomyślenia. Co powiedzą ludzie? Co ze szkołą? Teraz jest zupełnie inaczej. Zresztą ja od samego początku byłam zdecydowana, że urodzę to dziecko. Wierzę jej. Nie ma w niej zakłamania. Nie ma pozy. Czuję za to rozpaczliwe pragnienie bycia kochaną. Dziecko kocha bezwarunkowo.

Pobrali się 22 października. Iza była w siódmym miesiącu ciąży. O tym, że mam wyjść za niego za mąż, zadecydowała moja rodzina. Ja nie chciałam. Żałuję, trzeba było samej wychować Daniela. Kiedy powiedziała Darkowi, że jest w ciąży, nie przejął się. Nie ucieszył. Nie zmartwił. Miał powiedzieć tylko: To dobrze. Taka była jego odpowiedź – wspomina Iza. – Kazałam mu powiedzieć dziadkom, którzy go wychowywali, bo rodziców sąd pozbawił praw rodzicielskich, a on na to: „No dobrze, powiem”. Tyle. To musiało zaboleć nastolatkę, która właśnie się przekonała, że zaczyna nowe, dorosłe życie z człowiekiem, który miał być jej wielką miłością. Mówi, że go kochała i chciała, żeby im się udało. Ale może tylko dlatego, że dzisiaj zna już finał ich wspólnej historii. Zamyśla się i po chwili dodaje: On nie był jednak tym jednym, wymarzonym. Tym z bajki, na którego czekałam.

Iza opowiada o swoim synu z taką miłością i fascynacją, że trudno mi sobie wyobrazić, jak żyłaby bez tego światła w oczach. Jak żyłaby bez Daniela po tym, jak oddała Olkę. O Olkę ciągle nie pytam. Daniel ma dziś 17 lat. Iza z dumą otwiera portfel i pokazuje jego zdjęcie. „Przystojny chłopak” – mówię. „Mężczyzna” poprawiam się. Wysoki, chudy – mówi Iza. – Każde jedno żeberko mogę mu policzyć – śmieje się. A mnie śmieszy, kiedy z czułością dodaje, że jest dla niej jak laleczka. Ma dziewczęcą buzię. Kiedy nosił długie włosy, to wyglądał zupełnie jak dziewczyna. Ma jej oczy. Są do siebie bardzo podobni.

 Z radością i ze szczegółami opowiada o ciąży. Czułam się bardzo dobrze, nie miałam wymiotów, mogłam biegać, skakać, robić wszystko, na co miałam ochotę. Wszędzie mnie było pełno. Mogłam sprzątać, jeździć na rowerze. Po prostu coś pięknego. Jest w tym tyle szczerości, że zaczynam się zastanawiać, czy to w ogóle możliwe. Czy szesnastoletnia dziewczyna nie boi się zostać mamą? Iza mówi, że się nie bała. Była szczęśliwa. Nie mogę jej nie wierzyć. Bo jej oczy się śmieją. Te same, które – kiedy je poznałam – były pełne rozpaczy. Pytam o poród. Rodziła zimą. W grudniu. 20. zawieźli mnie do szpitala, dlatego, że mi wody odchodziły. Ale nic dalej się nie działo. I 23. zostałam wypisana do domu. Wieczorem dostałam skurczy. I znowu do szpitala. Moja pani doktor, pani Ania, pyta mnie: „Co ty tutaj robisz? Nie możesz żyć bez nas?”. Iza się śmieje. Powiedziałam: „Pani Aniu, tak się stęskniłam za tobą! Musisz mi teraz pomóc”. Chwilę przed Wigilią Bożego Narodzenia dostała kroplówkę. I czuła już, że nadchodzi jej pora. Przyszedł mąż i jej brat. Mówią: Iza, są śledzie, jest sałatka. A ona do nich: Jacy wy jesteście przyjemni. Przecież ja zaraz rodzić będę i przed porodem nie mogę nic jeść. Zachowała to wszystko w pamięci i pielęgnuje. Chwile oczekiwania. Na sens jej życia, który właśnie miał się narodzić. Urodziłam Daniela w dziesięć minut. 24 grudnia, o godzinie 15.15. 56 centymetrów, 3350 gramów – recytuje. I nie czekając na kolejne pytania, mówi dalej: Pamiętam początki, gdy Daniel był malutki, jak gaworzył. Mam zdjęcia z tamtego okresu. Pamiętam, jak któregoś dnia nie chciał spać, tylko wołał: „Dudu da, dudu da”. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Co to jest „dudu da”? Kiedy zapytałam, gdzie ma „dudu da”, okazało się, że włożył go do pralki. Smoczek włożył. Bo to smoczek był. Do dzisiaj się z tego śmiejemy. Szkoda tego szczęścia. Szkoda, że minęło. Widzę, że chciałaby je zatrzymać. Przeżyć jeszcze raz. O Olce nie wspomina. Ten czas, kiedy się nim zajmowałam, to było coś pięknego, coś cudownego po prostu – opowiada. – Pamiętam, jak zaczął raczkować. A potem miał już roczek. Ważył 12 kilo. I bardzo chciał chodzić. Ale ciężko mu było. Pamiętam te śmieszne szelki. Przeszedł kawałeczek i od razu siadał, bo dupka mu ciążyła. Coś pięknego. Iza miała wtedy 17 lat, tyle, ile jej syn dzisiaj. Mówi, że to dobry chłopak. Nie z tej trudnej młodzieży. Nie pije, nie pali. Kiedyś złapała go z piwem. Ale – jak mówi – raz jedyny. Jest dla niej wielkim wsparciem. Chciał, żeby zatrzymała Olkę. Bardzo ją do tego namawiał.

Fragment pochodzi z książki "Wybrałam życie" Brygidy Grysiak, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

Brygida Grysiak

Brygida Grysiak

Mama, żona, dziennikarka, autorka książek, ambasadorka Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Brygida Grysiak
Brygida
Grysiak
zobacz artykuly tego autora >