Nasze projekty
Fot: Twitter.com/@ArchWarszawska

Jako 7-latek przeżył Rzeź Woli. „To były 3 godziny umierania”. Niezwykłe świadectwo ks. Kicmana

Ks. Stanisław Kicman jako 7-latek przeżył Powstanie Warszawskie i Rzeź Woli – eksterminację mieszkańców stołecznej dzielnicy przez Niemców. W poruszającym wywiadzie udzielonym Stacji7.pl rok temu, opowiedział o swoich wspomnieniach: „Gdy w pewnym momencie przechadzający się obok żołnierz coś zrobił przy zamku, jakiś ruch – mama pomyślała, że to już, że zacznie do nas strzelać. Opuściła więc lewą rękę, przygarnęła mnie do siebie i powiedziała: zamknij oczy, nie będzie bolało”.

Reklama

W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego ks. Stanisław Kicman i mieszkał razem ze swoimi rodzicami w Warszawie. Jego ojciec był członkiem Armii Krajowej i brał udział w walkach. Powstańcy padali, widziałem tych młodych chłopców, jeden się czołga, jeden ranny, któryś już zabity – to robiło wrażenie na siedmioletnim chłopcu, którym byłem, nawet pomimo faktu, że wcześniej już widziałem uliczne egzekucje. Dziecko wojny trochę inaczej patrzy niż dzisiejsze dzieci – mówił.

Wspomina, że dramat Woli zaczął się już w piątym dniu powstania.Dla naszej rodziny najgorszym dniem był 8 sierpnia, ale rzeczywiście coś już działo się wcześniej. Już 4-5 sierpnia ludność od strony zachodniej uciekała, krzycząc do pozostałych: „uciekajcie, wszystkich mordują”. Nie zareagowaliśmy na to, licząc, że może się uda przetrwać. 5 lub 6 sierpnia nadeszła kolejna dramatyczna wiadomość, że rozstrzelani i spaleni zostali ojcowie redemptoryści na Karolkowej. To był cios, bo byliśmy z nimi bardzo związani, mimo, że naszym kościołem parafialnym był kościół na Bema. Jakoś nas tak do redemptorystów ciągnęło, gdzie jako 6,7-latek służyłem już do Mszy św. Gdy nadeszła wiadomość o śmierci ojców – miałem każdego z nich przed oczami, zresztą mam tak po dziś dzień”.

„Strzelali tam, gdzie nie otwierano im drzwi”

„Tego dnia rano do naszego domu wpadli Niemcy, rozkazując przygotować się do wyprowadzenia. Nie powiedzieli, o której godzinie. Wczesnym popołudniem nagle strzał na klatce schodowej, tupot nóg, wybuchy granatów. Myśleliśmy, że zabijają w mieszkaniach, a oni po prostu strzelali tam, gdzie nie otwierano im drzwi. W pewnym momencie stanął w naszych drzwiach taki Azjata w mundurze SS, w rozchełstanym mundurze. Pamiętam jakby to dzisiaj było: miał jedwabny, biały szalik na szyi, parabelum za pasem, automat na piersi, w butach saperkach trzonkowe granaty i krzyknął tylko jedno słowo: raus! Wyszliśmy tak jak staliśmy. Walizka, tobołek, wszystko było przygotowane, nic nie było wzięte w strachu. Ustawiono nas wszystkich przed domem i wtedy nastąpił kolejny dramatyczny moment: słyszymy strzał, otwiera się okno na 3. piętrze, Niemiec wyrzuca przez okno mojego młodszego kolegę. On pada dosłownie pod nasze nogi na bruk. Chwila drgawek i dzieciak umiera. To był bardzo wielki wstrząs dla mnie. Ten kolega już nie żyje. A leży obok mnie…”.

„Następnie na naszych oczach podpalono dom. Kazano nam iść w stronę Skierniewickiej, do Wolskiej. Po lewej stronie Wolskiej już płonęły domy, jezdnią jechały niemieckie czołgi w stronę Wisły, była ładna pogoda. Dochodzimy do bramy kościoła. Tam szpaler Niemców, rozdzielają mężczyzn od kobiet z dziećmi. Kobiety miały się ustawiać od ulicy Sokołowskiej. To jeszcze nie był najbardziej dramatyczny moment, mimo że był krzyk i płacz towarzyszący rozdzielaniom rodzin. Wówczas bowiem za tymi Niemcami przy bocznych drzwiach kościoła zobaczyłem stertę rozstrzelanych ciał. W tych drzwiach zresztą do dziś są ślady pocisków wtedy wystrzelonych. Pewnie dzień wcześniej tam dokonano ostatniej egzekucji”.

„Od razu wiedzieliśmy, co nas czeka”

„Widok straszny, bo od razu wiedzieliśmy, co nas czeka. Kazano nam uklęknąć na trawniku. Tak się złożyło, że z mamą stanowiliśmy początek tej grupy. Widziałem usadowionych we wnękach muru kościoła niemieckich żołnierzy gotowych do strzału z RKM-u. Kazano nam trzymać ręce do góry. Moja babcia obok trzymała w lewym ręku różaniec, do dziś mam przed oczami, jak ona przesuwa paciorki i bezgłośnie, nieustannie szepcze modlitwę. Moja mama w tym czasie chciała mnie przytulić, mimo tych wzniesionych do góry rąk. Tylko się do mnie bardzo przybliżyła. Chciała mówić modlitwę, ale z tego stresu zapomniała słów, więc w kółko powtarzała tylko dwa słowa: “Zdrowaś Mario, Zdrowaś Mario”. Do dziś słyszę to “Zdrowaś Mario” szeptane przez nią”.

Reklama
Reklama

„Gdy w pewnym momencie przechadzający się obok żołnierz coś zrobił przy zamku, jakiś ruch – mama pomyślała, że to już, że zacznie do nas strzelać. Opuściła więc lewą rękę, przygarnęła mnie do siebie i powiedziała: zamknij oczy, nie będzie bolało””.

„Makabryczna noc”

„Tak trwaliśmy 3 godziny. 3 godziny umierania. Gdy kazano nam wstać i wpędzono do kościoła, już była szarówka. Kazano nam iść przez rozlane fekalia, bo w krużganku żołnierze urządzili sobie latrynę. Kościół był przez nich bezczeszczony. Na ołtarzu operował chirurg. Do dziś mam przed oczami żołnierzy niemieckich przebierających się dla żartu w ornaty, kapy, nalewających sobie do naczyń mszalnych alkohol, wyciągających z naszego tłumu kobiety… I te krzyki na zewnątrz, strzały. Noc makabryczna. Wtedy też znów niezwykły moment. Siedzieliśmy przy lewej kolumnie na końcu kościoła, gdzie skosem nad nami znajdowała się IX stacja drogi krzyżowej: “trzeci upadek Jezusa”. Widziałem moją mamę nieustannie wpatrującą się w tę stację, widocznie się modliła. W ogóle była bardzo rozmodlonym człowiekiem, potem do końca życia codziennie odmawiała całą drogę krzyżową. Umarła wiele lat po tych wydarzeniach, o godz. 15, w piątek, z różańcem w ręku. Dla mnie to nie przypadki. Traktuję je jako znak od Boga, że zabiera swoich właśnie w takich godzinach.”.

Reklama

„Tylko noc. Rano, 9 sierpnia, wypędzono nas na zewnątrz, uformowano kolumnę i ulicą Bema, Kolejową prowadzono na dworzec Zachodni. Stamtąd do Pruszkowa. Po 3 dniach z Pruszkowa transport wagonami bydlęcymi, ok. 70 osób w wagonie, 3 wózki dziecięce. Tak jechaliśmy do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie odłączono mężczyzn powyżej 14. roku życia. Zostały same kobiety z młodszymi dziećmi”.

Ks. Stanisław Kicman zmarł 16 kwietnia 2021 w wieku 83 lat. Jego rodzice przeżyli wojnę i zmarli pod koniec lat 90.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę