POWSTANIE WARSZAWSKIE

Mając 7 lat przeżył Rzeź Woli. Świadectwo ks. Stanisława

Jako 7-letni chłopak widział okrucieństwo wojny, walkę powstańców, patrzył na śmierć swojego kolegi, sam, wraz z mamą klęczał przed plutonem egzekucyjnym. Ks. Stanisław Kicman dzieli się swoimi wspomnieniami z sierpnia 1944 roku.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Anna Druś: Jak zapamiętał ksiądz wybuch Powstania? 

Ks. Stanisław Kicman: Kiedy wybuchło Powstanie, miałem 7 lat. Mieszkaliśmy na ulicy Dworskiej 7, róg Laskowej, obecna ul. Kasprzaka, blisko szkoły. Do walki szykował się mój ojciec, ale mama była z niej zwolniona ze względu na to, że opiekowała się mną, 7-latkiem oraz naszą babcią. Służyła za to jako łączniczka w biurze informacji Komendy Głównej AK. Jeszcze 1 sierpnia do południa roznosiła tam rozkazy i wróciła do domu. Ojciec też wcześniej wrócił z pracy (pracował w Zakładach Philipsa), usiedliśmy do obiadu. W czasie gdy jedliśmy, rozległo się nagle pukanie do drzwi, sygnał – łączniczka przyniosła termin z godziną, kiedy i gdzie ojciec ma się stawić. Wyznaczono mu 16 na ul. Smolnej naprzeciwko Muzeum Narodowego. Już nie skończył jedzenia, szybciutko się z nami żegnał. Mama go pyta: kiedy się zobaczymy? Ojciec na to: to się przecież szybko skończy, zobaczymy się za tydzień. Zobaczyliśmy się za półtora roku. Ale to już jest inna historia…

 

Co działo się dalej? 

My z mamą przeżywaliśmy ten dzień w szczególny sposób, ponieważ obok nas powstańcy zdobywali szkołę. Od sąsiadów przez okno, przez firankę trochę widzieliśmy jak Niemcy siali z broni maszynowej przez okna bo tam była jednostka transportowa. Powstańcy padali, widziałem tych młodych chłopców, jeden się czołga, jeden ranny, któryś już zabity – to robiło wrażenie na siedmioletnim chłopcu, którym byłem, nawet pomimo faktu, że wcześniej już widziałem uliczne egzekucje. Dziecko wojny trochę inaczej patrzy niż dzisiejsze dzieci – niektórzy wątpią, czy jest możliwe, żeby to pamiętać, gdy było się dzieckiem. Ja myślę, że gdy się tak mocne rzeczy przeżywa, to pamięć dziecka 7-letniego jest już bardzo konkretna.

 

Kolega trochę starszy ode mnie do powstania wymknął się z domu. Matka go zamknęła na klucz, a on po prześcieradle się spuścił i pobiegł walczyć

Widzieliście jakieś działania powstańcze?

Tak, choć pierwszy dzień zapamiętałem jako dzień smutku w domu, ponieważ powstańcom nie udało się wtedy zdobyć pobliskiej szkoły. Pierwszy i jedyny radosny dzień w naszej rodzinie to był 3 sierpnia, gdy Niemcy wycofali się ze szkoły. Zajęli ją powstańcy, przejęli też zakłady Philipsa, szpital żydowski, umieścili biało-czerwone flagi na dachach. To nic, że szybko nadleciały sztukasy, strzelano i zdejmowano te flagi. I tak była radość. Widzieliśmy już budowę barykady za naszym domem, widzieliśmy też mojego kolegę, 3-4 lata starszego ode mnie, który mieszkał naprzeciwko i do Powstania wręcz wymknął się z domu. Matka go zamknęła na klucz, więc on po prześcieradle zjechał i uciekł by walczyć. Właśnie 3 sierpnia nagle zjawił się na podwórzu, w hełmie, z pasem wojskowym, szukając butelek. Gdy tylko go jego matka zobaczyła – od razu uciekł. Dla mnie był to jednak szczególny moment, bo zobaczyłem swojego kolegę jako żołnierza. 

 

Dalej pewnie był już dramat Woli…

Dla naszej rodziny najgorszym dniem był 8 sierpnia, ale rzeczywiście coś już działo się wcześniej. Już 4-5 sierpnia ludność od strony zachodniej uciekała, krzycząc do pozostałych: ‘uciekajcie, wszystkich mordują”. Nie zareagowaliśmy na to, licząc, że może się uda przetrwać. 5 lub 6 sierpnia nadeszła kolejna dramatyczna wiadomość, że rozstrzelani i spaleni zostali ojcowie redemptoryści na Karolkowej. To był cios, bo byliśmy z nimi bardzo związani, mimo, że naszym kościołem parafialnym był kościół na Bema. Jakoś nas tak do redemptorystów ciągnęło, gdzie jako 6,7-latek służyłem już do Mszy św. Gdy nadeszła wiadomość o śmierci ojców – miałem każdego z nich przed oczami, zresztą mam tak po dziś dzień. 

 

 

Słyszymy strzał, otwiera się okno na 3. piętrze, Niemiec wyrzuca przez okno mojego młodszego kolegę. Dla mnie to był wstrząs.

Co działo się tego 8 sierpnia?

Tego dnia rano do naszego domu wpadli Niemcy, rozkazując przygotować się do wyprowadzenia. Nie powiedzieli, o której godzinie. Wczesnym popołudniem nagle strzał na klatce schodowej, tupot nóg, wybuchy granatów. Myśleliśmy, że zabijają w mieszkaniach, a oni po prostu strzelali tam, gdzie nie otwierano im drzwi. W pewnym momencie stanął w naszych drzwiach taki Azjata w mundurze SS, w rozchełstanym mundurze. Pamiętam jakby to dzisiaj było: miał jedwabny, biały szalik na szyi, parabelum za pasem, automat na piersi, w butach saperkach trzonkowe granaty i krzyknął tylko jedno słowo: raus! Wyszliśmy tak jak staliśmy. Walizka, tobołek, wszystko było przygotowane, nic nie było wzięte w strachu. Ustawiono nas wszystkich przed domem i wtedy nastąpił kolejny dramatyczny moment: słyszymy strzał, otwiera się okno na 3. piętrze, Niemiec wyrzuca przez okno mojego młodszego kolegę. On pada dosłownie pod nasze nogi na bruk. Chwila drgawek i dzieciak umiera. To był bardzo wielki wstrząs dla mnie. Ten kolega już nie żyje. A leży obok mnie…

Następnie na naszych oczach podpalono dom. Kazano nam iść w stronę Skierniewickiej, do Wolskiej. Po lewej stronie Wolskiej już płonęły domy, jezdnią jechały niemieckie czołgi w stronę Wisły, była ładna pogoda. Dochodzimy do bramy kościoła. Tam szpaler Niemców, rozdzielają mężczyzn od kobiet z dziećmi. Kobiety miały się ustawiać od ulicy Sokołowskiej. To jeszcze nie był najbardziej dramatyczny moment, mimo że był krzyk i płacz towarzyszący rozdzielaniom rodzin. Wówczas bowiem za tymi Niemcami przy bocznych drzwiach kościoła zobaczyłem stertę rozstrzelanych ciał. W tych drzwiach zresztą do dziś są ślady pocisków wtedy wystrzelonych. Pewnie dzień wcześniej tam dokonano ostatniej egzekucji. 

Mama opuściła lewą rękę, przygarnęła mnie do siebie i powiedziała: “zamknij oczy, nie będzie bolało”

Widok straszny, bo od razu wiedzieliśmy, co nas czeka. Kazano nam uklęknąć na trawniku. Tak się złożyło, że z mamą stanowiliśmy początek tej grupy. Widziałem usadowionych we wnękach muru kościoła niemieckich żołnierzy gotowych do strzału z RKM-u. Kazano nam trzymać ręce do góry. Moja babcia obok trzymała w lewym ręku różaniec, do dziś mam przed oczami, jak ona przesuwa paciorki i bezgłośnie, nieustannie szepcze modlitwę. Moja mama w tym czasie chciała mnie przytulić, mimo tych wzniesionych do góry rąk. Tylko się do mnie bardzo przybliżyła. Chciała mówić modlitwę, ale z tego stresu zapomniała słów, więc w kółko powtarzała tylko dwa słowa: “Zdrowaś Mario, Zdrowaś Mario”. Do dziś słyszę to “Zdrowaś Mario” szeptane przez nią. 

Gdy w pewnym momencie przechadzający się obok żołnierz coś zrobił przy zamku, jakiś ruch – mama pomyślała, że to już, że zacznie do nas strzelać. Opuściła więc lewą rękę, przygarnęła mnie do siebie i powiedziała: “zamknij oczy, nie będzie bolało”. 

 

Siedzieliśmy przy lewej kolumnie na końcu kościoła, gdzie skosem nad nami znajdowała się IX stacja drogi krzyżowej: “trzeci upadek Jezusa”. Widziałem moją mamę nieustannie wpatrującą się w tę stację

Ale to nie było “już”…?

Tak trwaliśmy 3 godziny. 3 godziny umierania. Gdy kazano nam wstać i wpędzono do kościoła, już była szarówka. Kazano nam iść przez rozlane fekalia, bo w krużganku żołnierze urządzili sobie latrynę. Kościół był przez nich bezczeszczony. Na ołtarzu operował chirurg. Do dziś mam przed oczami żołnierzy niemieckich przebierających się dla żartu w ornaty, kapy, nalewających sobie do naczyń mszalnych alkohol, wyciągających z naszego tłumu kobiety… I te krzyki na zewnątrz, strzały. Noc makabryczna. Wtedy też znów niezwykły moment. Siedzieliśmy przy lewej kolumnie na końcu kościoła, gdzie skosem nad nami znajdowała się IX stacja drogi krzyżowej: “trzeci upadek Jezusa”. Widziałem moją mamę nieustannie wpatrującą się w tę stację, widocznie się modliła. W ogóle była bardzo rozmodlonym człowiekiem, potem do końca życia codziennie odmawiała całą drogę krzyżową. Umarła wiele lat po tych wydarzeniach, o godz. 15, w piątek, z różańcem w ręku. Dla mnie to nie przypadki. Traktuję je jako znak od Boga, że zabiera swoich właśnie w takich godzinach.  

 

 

Przebiegający obok chłopiec w mundurku hitlerjugend zatrzymał się, żeby mnie opluć. Co miałem robić? Wytarłem się i rozpłakałem

Jak długo was trzymano w tym kościele?

Tylko noc. Rano, 9 sierpnia, wypędzono nas na zewnątrz, uformowano kolumnę i ulicą Bema, Kolejową prowadzono na dworzec Zachodni. Stamtąd do Pruszkowa. Po 3 dniach z Pruszkowa transport wagonami bydlęcymi, ok. 70 osób w wagonie, 3 wózki dziecięce. Tak jechaliśmy do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie odłączono mężczyzn powyżej 14. roku życia. Zostały same kobiety z młodszymi dziećmi. Dwie noce później nagle pociąg się zatrzymuje, słyszymy szczekanie psa, krzyki, staliśmy na rampie kolejowej. Uformowano z nas kolumnę i kazano iść. Mnie się zdawało, że idziemy bardzo długo, choć może to było niedaleko. Byłem głodny, miałem spuchnięte nogi i tak dowlekliśmy się do bramy obozu Bergen Belsen. Zobaczyłem napis: “Arbeit macht frei”, choć oczywiście nie umiałem wtedy tego po niemiecku przeczytać, ale zapamiętałem kształt liter. Tam umieszczono nas w barakach, z rozrzuconą na ziemi słomą, gdzie kazano nam się kłaść.

Po pewnym czasie z tego obozu kobiety z dziećmi, w tym ja z mamą, zostały rozwiezione po różnych miastach przemysłowych w okolicy. My trafiliśmy do Hameln pod Hanowerem. Prosto z dworca przepędzono nas na prawdziwy targ niewolników, gdzie fabrykanci wybierali sobie ludzi do bezpłatnej pracy. Sprawdzali mięśnie, zęby, oglądali nas jak zwierzęta, choć to były w większości zmaltretowane, wycieńczone i głodne kobiety. Znów uformowano z nas kolumnę, 72 kobiety, każda z przynajmniej jednym dzieckiem i jezdnią prowadzono nas na peryferie do dzielnicy Mariental. Do fabryki byliśmy eskortowani w godzinach, gdy niemieckie dzieci akurat szły do szkoły. Raz taki chłopiec w mundurku hitlerjugend przebiegał obok mnie. Zatrzymał się i mnie opluł, pobiegł dalej. Co mogłem zrobić, otarłem się tylko i zacząłem płakać. Na co on zawrócił, podbiegł i znów mnie opluł. Tego już nie wytrzymała moja mama, która dobrze mówiła po niemiecku. Powiedziała do niego: “Czy to ładnie?”, na co on, śmiejąc się: “Nie, tylko przyjemnie!” i pobiegł dalej. To pokazuje atmosferę relacji wobec nas nawet niemieckich dzieci.

 

Spałem na 3-piętrowej pryczy, koc przymarzał mi do ściany

Gdzie trafiliście z mamą?

Najpierw do fabryki koców, potem do zbrojeniowej. Panowały ciężkie warunki, spałem na 3-piętrowej pryczy, koc przymarzał mi do ściany. Nie będę już snuł tej obozowej opowieści, dość, że niedługo już wyzwolili nas Amerykanie. Wróciliśmy pierwszym transportem z Hameln i od razu przyszła wiadomość przez Czerwony Krzyż od naszej cioci, że ojciec jest już w Polsce.

 

Co w tym czasie się z nim działo?

Przeżył trzy obozy koncentracyjne, karne komando, pracował w kamieniołomach, ale przeżył. Zachowały się jego listy pisane do mnie po niemiecku. Gdy je wiele lat później przeczytałem, już przetłumaczone, byłem zdumiony, że on do mnie pisał jak do dorosłego mężczyzny. “Bądź dobry dla mamy, nie pozwól, by przez ciebie płakała”. 

 

Jak wspomina ksiądz spotkanie z nim po tym rozstaniu?

Było niezwykłe. Pamiętam, akurat dzień przed wigilią 1945 roku. Ojciec wyglądał zupełnie inaczej niż gdy go ostatni raz widziałem. Elegancki, wysportowany przed wojną – zmienił się w zabiedzonego, chudego, starszego człowieka. Ale w naszej rodzinie przyjęto, że nie można o tym wszystkim zapomnieć. Ja potem po rodzicach to przejąłem. Rodzice zmarli dopiero w 1996 i 97 roku, przeżywszy razem ponad 60 lat. Wiem, że to święci ludzie.

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Reduta sakramentek

Zginęły. A Bóg, jak widać, ich ofiarę przyjął. Od heroicznej śmierci trzydziestu pięciu zakonnic 31 sierpnia mija 76 lat.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Legenda miejska mówi, że w chwili, gdy siostry sakramentki umierały pod gruzami własnego kościoła na Nowym Mieście, w niebo wzbiło się stado białych gołębic. Pewnie to tylko legenda, ale jak to z legendami bywa, zawiera ziarno prawdy, a w tym wypadku jest to hołd oddany zakonnicom, które w strasznych dniach Powstania Warszawskiego wykazały się niezwykłym wręcz heroizmem pomagając cywilom i żołnierzom, a na koniec ofiarowały się za miasto, kraj, cały świat. Zginęły. A Bóg, jak widać, ich ofiarę przyjął. Od heroicznej śmierci trzydziestu pięciu zakonnic 31 sierpnia mija 76 lat.

 

Warszawski klasztor benedyktynek sakramentek ma ponad trzysta lat. Jak każdy klasztor kontemplacyjny sprawia wrażenie nieobecnego, bo mniszki oddziela od świata krata klauzury, ale w ważnych i groźnych dla stolicy chwilach przypominały o swoim istnieniu żeby udzielić mieszkańcom pomocy. Klasztor ufundowała królowa Marysieńka Sobieska i było to jej votum dziękczynne za zwycięstwo króla Jana nad Turkami pod Wiedniem. Pierwsze sakramentki przybyły z Francji, gdzie matka Mechtylda od Najświętszego Sakramentu, w świecie Katarzyna de Bar, założyła Zgromadzenie, którego życie duchowe oparte było na Regule św. Benedykta, ale szczególnym charyzmatem była nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu, adoracja wynagradzająca za zniewagi i bluźnierstwa, Zwana reparacją oraz czwarty ślub – ślub żertwy, czyli „bycie pod ręką Pana Boga”, Który czasem zgadza się przyjąć ofiarę z życia zakonnicy. Francuska przeorysza, m. Zuzanna Bompart ofiarowała się w 1708 r. w intencji ustania morowego powietrza, które dziesiątkowało Warszawę.

 

Kościół i klasztor przed 1944 r. / benedyktynki-sakramentki.org

 

W 1794 klasztor oddał srebra, największy dzwon i blachy z dachów na potrzeby Insurekcji. Po Powstaniu Styczniowym siostry podzieliły los wszystkich klasztorów, gdy zaborcy zakazali przyjmowania do nowicjatu, a zakonnicy mieli wymrzeć kończąc życie konsekrowane na ziemiach polskich. Jednak w 1905 los się odmienił i można było odbudowywać życie wspólnotowe, przyjmując nowy narybek.

W ciągu dwudziestolecia wojennego u sakramentek skompletował się niezwykły zespół osobowości. Przeorysza, m. Jadwiga Byszewska, s. Celestyna Wielowieyska i kilka innych sióstr pochodziły z ziemiaństwa. Były siostry z warszawskich rodzin mieszczańskich, córki kowala i stolarza, dziewczyny z chłopskich rodzin, dziewczyna z pozamałżeńskiego związku, która w klasztorze traktowała ten fakt jako szczególne uniżenie. Mistrzyni nowicjatu, wybitna tomistka m. Tomea Koperska była doktorem filozofii, s. Anzelma była absolwentką polonistyki a s. Magdalena, która wstąpiła do klasztoru w wieku czterdziestu sześciu lat, miała skończone konserwatorium. Siostra Ignacja, mistyczka, była konwertytką z kalwinizmu, a na katolicyzm przeszła dla sakramentu pokuty, szukając w nim „pomocy i dźwigni” w drodze do Boga. Siostra Augustyna bardzo chciała iść do klasztoru, ale sprzeciwiali się temu rodzice, w czasie okupacji pracowała w Wytwórni Papierów Wartościowych, wstąpiła do konspiracji i dopiero niebezpieczeństwo aresztowania po wsypie jej komórki sprawiło, że rodzice sami przyprowadzili ją nocą do klasztoru. Siostra Klara ledwo potrafiła czytać i pisać, a była mistyczką i świetnie wykształcona przeorysza zawsze się jej radziła.

Cały ten barwny zespół kobiet o różnym temperamencie i pochodzeniu stapiał się w całość na Eucharystii, adoracji Najświętszego Sakramentu, reparacjach, czyli adoracji wynagradzającej modlitwach brewiarzowych, osobistej kontemplacji. Zakonnice, zgodnie z wizją Założycielki, miały być adoratorkami i wynagrodzicielkami, „strażniczkami Eucharystii”, które miały pamiętać, że prawem żertwy jest śmierć.

 

Widok na klasztor i kościół przed 1944 rokiem z lotu ptaka / benedyktynki-sakramentki.org

 

Utrzymywały się z pracy w gospodarstwie, haftu, redagowania i tłumaczenia tekstów. Od lat 20. wyrabiały komunikanty i opłatki, co robią do dziś. Choć była to fundacja królewska, historia klasztoru pokazuje, że sakramentki miały charyzmat ubóstwa. Brak środków do życia towarzyszył im nieodłącznie, o czym świadczą XVIII-wieczne pisma sądowe o niezapłacone mięso.

Wybuch wojny postawił sakramentki przed nowymi wyzwaniami. Coraz więcej ubogich pukało po pomoc do furty, trzeba było oddawać Niemcom kontrybucje, w tym połowę świnek, hodowanych także na potrzeby Rady Głównej Opiekuńczej. Siostry nie dojadały, ale nikt nie odchodził od furty z niczym. Zakonnice wysyłały także paczki więźniom w Auschwitz i Dachau. 

Prawdziwym tyglem oczyszczenia i piekielnym przedsionkiem do nieba stało się dla sakramentek Powstanie Warszawskie. Nowomiejski klasztor znalazł się w oku cyklonu. Walki toczyły się w pobliskich Rybakach, w Wytwórni Papierów Wartościowych, w pobliżu klasztoru wzniesiono barykady. 6 sierpnia dowództwo Powstania zaapelowało do sióstr o otwarcie klauzury, co umożliwiło łączność z walczącymi Rybakami. Do klasztoru dotarli mieszkańcy Woli, przerażeni odbywającą się tam rzezią ludności cywilnej, zaś mieszkańcy Starówki szukali schronienia przeświadczeni, że w klasztornych piwnicach będzie bezpieczniej niż w podziemiach ich domów.

Wszystkich trzeba było nakarmić – powstańców i cywili, od rana gotowano zupę, do połowy miesiąca wypiekano chleb. Niebawem przeoryszę poproszono o przyjęcie szpitala powstańczego, zajętego przez zgrupowanie „Róg”. Do głodnych do opieki przybyli ranni, nieraz konający, o których walczyli „Morwa” – dr Tadeusz Podgórski oraz „Brom” – dr Zygmunt Kujawski. Siostry przejęły szpital na całkowite utrzymanie.

 

Ruiny klasztoru po Powstaniu Warszawskim / benedyktynki-sakramentki.org

 

Niemcy szybko zorientowali się, że klasztor sakramentek stał się punktem oparcia dla powstańców. Nastąpiły ostrzały, a później, od 12 sierpnia, regularne ataki przeprowadzane z nowoczesnych miotaczy min zapalających lub burzących, zwanych potocznie „krowami” lub „szafami”. Mniszki gasiły pożary i obserwowały, jak kawałek po kawałku, cegła po cegle, ginie ich historyczny, piękny klasztor i kościół – dzieło Tylmana z Gameren. Spłonął Pałac Kotowskich – kolebka Zgromadzenie i 60 tys. woluminów z biblioteki, budynek nowicjatu, budynki gospodarcze. Gruz zasypywał posesje klasztoru. Od trafionej wieżyczki na kościele zajęła się kopuła, później na ziemię spadł krzyż. W piwnicach przerażeni ludzie na przemian modlili się i przeklinali. Sypały się tynki, Najświętszy Sakrament został przeniesiony do piwnicy. Od połowy miesiąca kanalizacja nie działała, błogosławionym ratunkiem okazało się wówczas klasztorne źródełko, z którego wodę wynosiło się wiadrami. Skończyły się zapasy żywności i medykamentów, które siostry bez wahania oddały.

„Te sakramentki, które przez ileś set lat, od Marysieńki, śpiewały za kratami i przez kraty przyjmowały komunię, nagle stały się działaczkami, społeczniczkami, bohaterską instytucją, oparciem dla Nowego Miasta” – napisał w swoim kultowym „Pamiętniku z Powstania Warszawskiego” Miron Białoszewski.

Dzień niezmiennie rozpoczynały Mszą św. odprawianą przez kapłanów, którzy stale przebywali w klasztorze. Adoracja nie ustawała, modliły się, spowiadały się, a potem gotowały, opiekowały się rannymi. Pod koniec miesiąca z nieba posypały się ulotki z apelem o poddanie się, ale po naradzie z dowództwem m. Byszewska zdecydowała się zostać w klasztorze. „Widocznie wolą Bożą jest abyśmy tu, na tym stanowisku, wytrwali i zginęli” – stwierdziła. W dniach piekielnych ataków („Jakby całe piekło wpadło i szatan podpalił wszystkie kąty” – powiedziała s. Modesta), sakramentki rozważały, czy nie nadszedł czas realizacji ślubu żertwy. Bóg podpowiadał im, że nadszedł. Siostry przychodziły do m. Byszewskiej, bo przeorysza musi wyrazić zgodę na złożenie siebie w ofierze.

A matka przeorysza wyrażała zgodę wielokrotnie. Z jednym wyjątkiem – s. Celestyny Wielowieyskiej. Po wojnie właśnie ona wróciła wraz z ocalałymi siostrami do Warszawy i nadludzkim wysiłkiem podźwignęła z gruzów kościół i klasztor. Niewiele wiadomo, jak wyglądał akt oddania każdej z sióstr. Najlepiej ujęła to s. Józefa: „Aby Polska nie była taka czy inna, ale cała Chrystusowa”. Wizjonerka s. Katarzyna, której ukazywał się Chrystus w koronie z gwiazd i żądał, by złożyła się w ofierze za świat wyznała, że „Pan Jezus żąda ode mnie ofiary, a ja się opieram i strasznie się boję”. Wszystkie miały świadomość zbliżającego się końca. A jednak harowały do ostatniej chwili. Siostra Teresa robiła na drutach i przekonywała, że po jej śmierci jej robótka może się komuś przyda…

 

Ruiny kościoła i klasztoru po 1944 r.

 

31 sierpnia nie różnił się w swej piekielności od ostatnich dni, a jednak w cudem ocalonej kronice odnotowano, że to „dzień dopełnienia się ofiary”… Mniszki to przeczuwały. Był czwartek, dzień uroczystego oficjum o Najświętszym Sakramencie. Siostry Stanisława i Modesta założyły najlepsze habity, bo „gdy idzie się do Oblubieńca, trzeba ubrać się jak na gody”.

Po godz. 15 większość sióstr zgromadziła się na adoracji przy ołtarzu. W tej godzinie nadleciały niemieckie stukasy i nastąpił oślepiający wybuch. Całe kościelne sklepienie zapadło się, grzebiąc zakonnice. W nalocie – a zrzucono na klasztor dziesięć bomb, zginęło też czterech księży, czternaście sierot z pobliskiego sierocińca i około tysiąca osób cywilnych.

Pozostałe sakramentki wraz z m. Byszewską przez obróconą w kupę gruzu Wolę zostały pognane do Pruszkowa. „Beniaminek”, s. Hilaria, która była zaledwie rok w klasztorze, wypowiedziała proroctwo, gdy Powstanie wybuchło: „To już koniec. Teraz będzie zupełnie inna historia i zupełnie inny klasztor”.

Po wojnie klasztor został odbudowany w wielkim trudem i poświęceniem. Zaś dziś sakramentki potrzebują gestu solidarności od ludzi ze świata i mieszkańców Warszawy. Muszą kupić nową maszynę do wytwarzania komunikantów i opłatków, bo stara nie spełnia już wymaganych standardów. A jest to podstawowe źródło ich utrzymania. Siostry można wesprzeć TUTAJ.

 

Źródła: Jadwiga Stabińska OSBap, Danina krwi, Edition du Dialogue, Paris 1977; Jadwiga Stabińska OSBap, Za nich poświęciła siebie, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2008; Katarzyna Mechtylda de Bar, Eucharystia, moja miłość, Tyniec 2012

 


Siostry z powstania
Agata Puścikowska

Agata Puścikowska opisuje nieznane dotąd dramatyczne historie zakonnic, które brały udział w powstaniu warszawskim. Niektóre z sióstr były sanitariuszkami, inne wspierały powstańców, leczyły cywili i żołnierzy, przygarniały tysiące dzieci – sierot wojennych, organizowały modlitwy i duchowo wspierały złamanych ludzi. Do tej pory o zaangażowaniu warszawskich klasztorów niewiele się mówiło, tymczasem skala pomocy niesionej przez zakonnice skrwawionej Warszawie była ogromna i trudno ją przecenić. Książka zawiera portrety bohaterek, ale zarazem kobiet z krwi i kości.

KUP KSIĄŻKĘ NA DOBROCI.PL >>>

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap