Nasze projekty
fot. YouTube / Polskie Radio

Mając 7 lat przeżył Rzeź Woli. Świadectwo ks. Stanisława

Jako 7-letni chłopak widział okrucieństwo wojny, walkę powstańców, patrzył na śmierć swojego kolegi, sam, wraz z mamą klęczał przed plutonem egzekucyjnym. Ks. Stanisław Kicman dzieli się swoimi wspomnieniami z sierpnia 1944 roku.

Reklama

Anna Druś: Jak zapamiętał ksiądz wybuch Powstania? 

Ks. Stanisław Kicman: Kiedy wybuchło Powstanie, miałem 7 lat. Mieszkaliśmy na ulicy Dworskiej 7, róg Laskowej, obecna ul. Kasprzaka, blisko szkoły. Do walki szykował się mój ojciec, ale mama była z niej zwolniona ze względu na to, że opiekowała się mną, 7-latkiem oraz naszą babcią. Służyła za to jako łączniczka w biurze informacji Komendy Głównej AK. Jeszcze 1 sierpnia do południa roznosiła tam rozkazy i wróciła do domu. Ojciec też wcześniej wrócił z pracy (pracował w Zakładach Philipsa), usiedliśmy do obiadu. W czasie gdy jedliśmy, rozległo się nagle pukanie do drzwi, sygnał – łączniczka przyniosła termin z godziną, kiedy i gdzie ojciec ma się stawić. Wyznaczono mu 16 na ul. Smolnej naprzeciwko Muzeum Narodowego. Już nie skończył jedzenia, szybciutko się z nami żegnał. Mama go pyta: kiedy się zobaczymy? Ojciec na to: to się przecież szybko skończy, zobaczymy się za tydzień. Zobaczyliśmy się za półtora roku. Ale to już jest inna historia…

Co działo się dalej? 

Reklama
Reklama

My z mamą przeżywaliśmy ten dzień w szczególny sposób, ponieważ obok nas powstańcy zdobywali szkołę. Od sąsiadów przez okno, przez firankę trochę widzieliśmy jak Niemcy siali z broni maszynowej przez okna bo tam była jednostka transportowa. Powstańcy padali, widziałem tych młodych chłopców, jeden się czołga, jeden ranny, któryś już zabity – to robiło wrażenie na siedmioletnim chłopcu, którym byłem, nawet pomimo faktu, że wcześniej już widziałem uliczne egzekucje. Dziecko wojny trochę inaczej patrzy niż dzisiejsze dzieci – niektórzy wątpią, czy jest możliwe, żeby to pamiętać, gdy było się dzieckiem. Ja myślę, że gdy się tak mocne rzeczy przeżywa, to pamięć dziecka 7-letniego jest już bardzo konkretna.

Kolega trochę starszy ode mnie do powstania wymknął się z domu. Matka go zamknęła na klucz, a on po prześcieradle się spuścił i pobiegł walczyć

 

Widzieliście jakieś działania powstańcze?

Reklama
Reklama

Tak, choć pierwszy dzień zapamiętałem jako dzień smutku w domu, ponieważ powstańcom nie udało się wtedy zdobyć pobliskiej szkoły. Pierwszy i jedyny radosny dzień w naszej rodzinie to był 3 sierpnia, gdy Niemcy wycofali się ze szkoły. Zajęli ją powstańcy, przejęli też zakłady Philipsa, szpital żydowski, umieścili biało-czerwone flagi na dachach. To nic, że szybko nadleciały sztukasy, strzelano i zdejmowano te flagi. I tak była radość. Widzieliśmy już budowę barykady za naszym domem, widzieliśmy też mojego kolegę, 3-4 lata starszego ode mnie, który mieszkał naprzeciwko i do Powstania wręcz wymknął się z domu. Matka go zamknęła na klucz, więc on po prześcieradle zjechał i uciekł by walczyć. Właśnie 3 sierpnia nagle zjawił się na podwórzu, w hełmie, z pasem wojskowym, szukając butelek. Gdy tylko go jego matka zobaczyła – od razu uciekł. Dla mnie był to jednak szczególny moment, bo zobaczyłem swojego kolegę jako żołnierza. 

Dalej pewnie był już dramat Woli…

Dla naszej rodziny najgorszym dniem był 8 sierpnia, ale rzeczywiście coś już działo się wcześniej. Już 4-5 sierpnia ludność od strony zachodniej uciekała, krzycząc do pozostałych: ‘uciekajcie, wszystkich mordują”. Nie zareagowaliśmy na to, licząc, że może się uda przetrwać. 5 lub 6 sierpnia nadeszła kolejna dramatyczna wiadomość, że rozstrzelani i spaleni zostali ojcowie redemptoryści na Karolkowej. To był cios, bo byliśmy z nimi bardzo związani, mimo, że naszym kościołem parafialnym był kościół na Bema. Jakoś nas tak do redemptorystów ciągnęło, gdzie jako 6,7-latek służyłem już do Mszy św. Gdy nadeszła wiadomość o śmierci ojców – miałem każdego z nich przed oczami, zresztą mam tak po dziś dzień. 

Reklama

Słyszymy strzał, otwiera się okno na 3. piętrze, Niemiec wyrzuca przez okno mojego młodszego kolegę. Dla mnie to był wstrząs.

Co działo się tego 8 sierpnia?

Tego dnia rano do naszego domu wpadli Niemcy, rozkazując przygotować się do wyprowadzenia. Nie powiedzieli, o której godzinie. Wczesnym popołudniem nagle strzał na klatce schodowej, tupot nóg, wybuchy granatów. Myśleliśmy, że zabijają w mieszkaniach, a oni po prostu strzelali tam, gdzie nie otwierano im drzwi. W pewnym momencie stanął w naszych drzwiach taki Azjata w mundurze SS, w rozchełstanym mundurze. Pamiętam jakby to dzisiaj było: miał jedwabny, biały szalik na szyi, parabelum za pasem, automat na piersi, w butach saperkach trzonkowe granaty i krzyknął tylko jedno słowo: raus! Wyszliśmy tak jak staliśmy. Walizka, tobołek, wszystko było przygotowane, nic nie było wzięte w strachu. Ustawiono nas wszystkich przed domem i wtedy nastąpił kolejny dramatyczny moment: słyszymy strzał, otwiera się okno na 3. piętrze, Niemiec wyrzuca przez okno mojego młodszego kolegę. On pada dosłownie pod nasze nogi na bruk. Chwila drgawek i dzieciak umiera. To był bardzo wielki wstrząs dla mnie. Ten kolega już nie żyje. A leży obok mnie…

Następnie na naszych oczach podpalono dom. Kazano nam iść w stronę Skierniewickiej, do Wolskiej. Po lewej stronie Wolskiej już płonęły domy, jezdnią jechały niemieckie czołgi w stronę Wisły, była ładna pogoda. Dochodzimy do bramy kościoła. Tam szpaler Niemców, rozdzielają mężczyzn od kobiet z dziećmi. Kobiety miały się ustawiać od ulicy Sokołowskiej. To jeszcze nie był najbardziej dramatyczny moment, mimo że był krzyk i płacz towarzyszący rozdzielaniom rodzin. Wówczas bowiem za tymi Niemcami przy bocznych drzwiach kościoła zobaczyłem stertę rozstrzelanych ciał. W tych drzwiach zresztą do dziś są ślady pocisków wtedy wystrzelonych. Pewnie dzień wcześniej tam dokonano ostatniej egzekucji. 

Mama opuściła lewą rękę, przygarnęła mnie do siebie i powiedziała: “zamknij oczy, nie będzie bolało”

Widok straszny, bo od razu wiedzieliśmy, co nas czeka. Kazano nam uklęknąć na trawniku. Tak się złożyło, że z mamą stanowiliśmy początek tej grupy. Widziałem usadowionych we wnękach muru kościoła niemieckich żołnierzy gotowych do strzału z RKM-u. Kazano nam trzymać ręce do góry. Moja babcia obok trzymała w lewym ręku różaniec, do dziś mam przed oczami, jak ona przesuwa paciorki i bezgłośnie, nieustannie szepcze modlitwę. Moja mama w tym czasie chciała mnie przytulić, mimo tych wzniesionych do góry rąk. Tylko się do mnie bardzo przybliżyła. Chciała mówić modlitwę, ale z tego stresu zapomniała słów, więc w kółko powtarzała tylko dwa słowa: “Zdrowaś Mario, Zdrowaś Mario”. Do dziś słyszę to “Zdrowaś Mario” szeptane przez nią. 

Gdy w pewnym momencie przechadzający się obok żołnierz coś zrobił przy zamku, jakiś ruch – mama pomyślała, że to już, że zacznie do nas strzelać. Opuściła więc lewą rękę, przygarnęła mnie do siebie i powiedziała: “zamknij oczy, nie będzie bolało”. 

Siedzieliśmy przy lewej kolumnie na końcu kościoła, gdzie skosem nad nami znajdowała się IX stacja drogi krzyżowej: “trzeci upadek Jezusa”. Widziałem moją mamę nieustannie wpatrującą się w tę stację

Ale to nie było “już”…?

Tak trwaliśmy 3 godziny. 3 godziny umierania. Gdy kazano nam wstać i wpędzono do kościoła, już była szarówka. Kazano nam iść przez rozlane fekalia, bo w krużganku żołnierze urządzili sobie latrynę. Kościół był przez nich bezczeszczony. Na ołtarzu operował chirurg. Do dziś mam przed oczami żołnierzy niemieckich przebierających się dla żartu w ornaty, kapy, nalewających sobie do naczyń mszalnych alkohol, wyciągających z naszego tłumu kobiety… I te krzyki na zewnątrz, strzały. Noc makabryczna. Wtedy też znów niezwykły moment. Siedzieliśmy przy lewej kolumnie na końcu kościoła, gdzie skosem nad nami znajdowała się IX stacja drogi krzyżowej: “trzeci upadek Jezusa”. Widziałem moją mamę nieustannie wpatrującą się w tę stację, widocznie się modliła. W ogóle była bardzo rozmodlonym człowiekiem, potem do końca życia codziennie odmawiała całą drogę krzyżową. Umarła wiele lat po tych wydarzeniach, o godz. 15, w piątek, z różańcem w ręku. Dla mnie to nie przypadki. Traktuję je jako znak od Boga, że zabiera swoich właśnie w takich godzinach.  

Przebiegający obok chłopiec w mundurku hitlerjugend zatrzymał się, żeby mnie opluć. Co miałem robić? Wytarłem się i rozpłakałem

 

Jak długo was trzymano w tym kościele?

Tylko noc. Rano, 9 sierpnia, wypędzono nas na zewnątrz, uformowano kolumnę i ulicą Bema, Kolejową prowadzono na dworzec Zachodni. Stamtąd do Pruszkowa. Po 3 dniach z Pruszkowa transport wagonami bydlęcymi, ok. 70 osób w wagonie, 3 wózki dziecięce. Tak jechaliśmy do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie odłączono mężczyzn powyżej 14. roku życia. Zostały same kobiety z młodszymi dziećmi. Dwie noce później nagle pociąg się zatrzymuje, słyszymy szczekanie psa, krzyki, staliśmy na rampie kolejowej. Uformowano z nas kolumnę i kazano iść. Mnie się zdawało, że idziemy bardzo długo, choć może to było niedaleko. Byłem głodny, miałem spuchnięte nogi i tak dowlekliśmy się do bramy obozu Bergen Belsen. Zobaczyłem napis: “Arbeit macht frei”, choć oczywiście nie umiałem wtedy tego po niemiecku przeczytać, ale zapamiętałem kształt liter. Tam umieszczono nas w barakach, z rozrzuconą na ziemi słomą, gdzie kazano nam się kłaść.

Po pewnym czasie z tego obozu kobiety z dziećmi, w tym ja z mamą, zostały rozwiezione po różnych miastach przemysłowych w okolicy. My trafiliśmy do Hameln pod Hanowerem. Prosto z dworca przepędzono nas na prawdziwy targ niewolników, gdzie fabrykanci wybierali sobie ludzi do bezpłatnej pracy. Sprawdzali mięśnie, zęby, oglądali nas jak zwierzęta, choć to były w większości zmaltretowane, wycieńczone i głodne kobiety. Znów uformowano z nas kolumnę, 72 kobiety, każda z przynajmniej jednym dzieckiem i jezdnią prowadzono nas na peryferie do dzielnicy Mariental. Do fabryki byliśmy eskortowani w godzinach, gdy niemieckie dzieci akurat szły do szkoły. Raz taki chłopiec w mundurku hitlerjugend przebiegał obok mnie. Zatrzymał się i mnie opluł, pobiegł dalej. Co mogłem zrobić, otarłem się tylko i zacząłem płakać. Na co on zawrócił, podbiegł i znów mnie opluł. Tego już nie wytrzymała moja mama, która dobrze mówiła po niemiecku. Powiedziała do niego: “Czy to ładnie?”, na co on, śmiejąc się: “Nie, tylko przyjemnie!” i pobiegł dalej. To pokazuje atmosferę relacji wobec nas nawet niemieckich dzieci.

Spałem na 3-piętrowej pryczy, koc przymarzał mi do ściany

Gdzie trafiliście z mamą?

Najpierw do fabryki koców, potem do zbrojeniowej. Panowały ciężkie warunki, spałem na 3-piętrowej pryczy, koc przymarzał mi do ściany. Nie będę już snuł tej obozowej opowieści, dość, że niedługo już wyzwolili nas Amerykanie. Wróciliśmy pierwszym transportem z Hameln i od razu przyszła wiadomość przez Czerwony Krzyż od naszej cioci, że ojciec jest już w Polsce.

Co w tym czasie się z nim działo?

Przeżył trzy obozy koncentracyjne, karne komando, pracował w kamieniołomach, ale przeżył. Zachowały się jego listy pisane do mnie po niemiecku. Gdy je wiele lat później przeczytałem, już przetłumaczone, byłem zdumiony, że on do mnie pisał jak do dorosłego mężczyzny. “Bądź dobry dla mamy, nie pozwól, by przez ciebie płakała”. 

Jak wspomina ksiądz spotkanie z nim po tym rozstaniu?

Było niezwykłe. Pamiętam, akurat dzień przed wigilią 1945 roku. Ojciec wyglądał zupełnie inaczej niż gdy go ostatni raz widziałem. Elegancki, wysportowany przed wojną – zmienił się w zabiedzonego, chudego, starszego człowieka. Ale w naszej rodzinie przyjęto, że nie można o tym wszystkim zapomnieć. Ja potem po rodzicach to przejąłem. Rodzice zmarli dopiero w 1996 i 97 roku, przeżywszy razem ponad 60 lat. Wiem, że to święci ludzie.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę