Nasze projekty

Wyrównanie rachunków

Robiąc rachunek sumienia obok minusów, policz też plusy. Wszystko, co od Boga w tym czasie dostałeś. Nie po to, by się tym chwalić, ale żeby mieć realny obraz swojego życia: dostrzec, że czasem większym grzechem jest niewykorzystanie danej przez Boga szansy niż jakieś nasze autorskie drobne moralne potknięcia.

Reklama

Gdy słucham rozmów moich znajomych o spowiedzi mam wrażenie, że zbyt często tkwią w nich wciąż te same błędy. Po pierwsze: ludzie (w tym czasem księża) nie mogą się zdecydować, czy spowiedź ma być spłatą moralnej pożyczki, czy otrzymywanym darmo uzdrowieniem. Po drugie: nie umieją znaleźć właściwej relacji między spowiedzią, a kierownictwem duchowym. Po trzecie (i chyba najważniejsze) – mylą (księża też) spowiedź z sakramentem pojednania.

 

O historii tegoż sakramentu nabrzmiałe od wiedzy eseje z pewnością napiszą mądrzejsi ode mnie kapłani, ja przypomnę tylko, że na początku chrześcijaństwa obowiązywał system, w którym pojednanie i towarzysząca mu pokuta, najczęściej publiczna, mogła mieć miejsce raz w życiu (więc zapobiegliwie odkładano całą tę sytuację na momenty przedśmiertne). Później mnisi iroszkoccy rozpowszechnili zwyczaj pokuty prywatnej, powtarzalnej, i szczegółowo staryfikowanej w tzw. penitencjałach (rozkoszna lektura, detalicznie opisująca ile dni postu należy się za współżycie z żoną w niedzielę, za urządzanie polowań, za jedzenie padliny albo za przepowiadanie pogody). Obecne minimum minimorum, czyli przynajmniej jedna spowiedź w roku, to ustalenia Soboru Laterańskiego IV (rok 1215).

Reklama
Reklama

 

Wyrównanie rachunków

I z jednej strony chciałoby się wspomnianych mnichów iroszkockich wyściskać, za to że doprowadzili do sytuacji, w której ze spowiedzią nie trzeba czekać na śmiertelną anginę, z drugiej – to zaproponowane przez nich myślenie zabija nam dziś piękno tego sakramentu. Od początku najważniejsze były w nim przecież nie buchalteryjne wyliczanki, ale obudzenie w człowieku świadomości, że spotyka się ze Zmartwychwstałym, który z całego serca chce mu wybaczyć wszystkie głupoty i błędy, mocne postanowienie poprawy (bez którego cała ta historia zmienia się w okresową, rytualną odklepywankę) i zadośćuczynienie (które pokazuje, czy rzeczywiście żałujesz za to co zrobiłeś, masz świadomość, że to było złe i chcesz to naprawić).

Reklama
Reklama

 

Gdzieś nam się dziś rozmyła świadomość, że wyrecytowanie grzechów to tylko jeden z pięciu kroków, który powinien zrobić człowiek, który chce skorzystać z Bożego miłosierdzia. Przede wszystkim jednak ci, którzy mają kłopot z sakramentem pojednania, zdają się mieć go głównie dlatego, że w konfesjonale spotykają się z księdzem, nie z Chrystusem.

 

Reklama

Kupują (za pokutne zdrowaśki albo lektury) moralną amnestię od przedstawiciela kościelnej instytucji, a nie zanurzają się w spotkaniu z Kimś, kto do szaleństwa i bezwarunkowo ich kocha.

 

Akcentują przy tym swój wysiłek: "zrachunkowania" sumienia, przekroczenia własnych lęków przed kompromitacją i wystawieniem się na inną wrażliwość (a czasem brak wrażliwości) siedzącego w konfesjonale człowieka, a gdy na dodatek on też pogrąża się w rachunkowości i oczekuje od człowieka przedstawienia wydruku z duszy, nie ma już zupełnie miejsca na uświadomienie sobie, że przecież w myśl kościelnej nauki sakrament pojednania jest jednym z dwóch sakramentów uzdrowienia (obok namaszczenia chorych). A uzdrowienie to coś, co dostaje się od kogoś, nie od siebie. Za darmo. Jedynym warunkiem, by je otrzymać, jest otworzyć się na nie. I ograniczyć tempo kolejnego zachorowania (bo na coś się chorować zawsze będzie). I po to jest tych pięć kroków, żebym był zdrowy, a nie żeby "Bozia" już się nie dąsała, nie zsyłała chorób i wypadków, i żeby generalnie przez chwilę było jej fajnie.

 

Wyrównanie rachunków

Dygresja: OK, wszystko super, żal, wyrównanie krzywd, postanowienie zmiany, jasna sprawa. Ale co tu robi pokuta? Co zmieni odmówienie z przymusu jednej części różańca, co to za logika: zrobiłeś coś złego, to teraz zrób coś dobrego, to będziemy kwita?

 

Pokuta to nie wyrównanie rachunków z Bogiem i światem, ale przekopanie gleby swojego serca, tak by postanowienie poprawy głębiej się w nim zakorzeniło, żeby uzdrowienie było trwalsze. Pokuta ma ci pomóc otworzyć się na to, na co się zamknąłeś.

 

Trzeci i pierwszy punkt mamy zdiagnozowany. A co z drugim: spowiedź, czy kierownictwo duchowe? Szybka interwencja na Izbie Przyjęć, czy stałe konsultacje z lekarzem rodzinnym? Osobiście obstawiam wariant drugi, wierząc, że gdy łączy się sakrament pokuty z prowadzeniem przez doświadczonego księdza, do którego i Kościół i ja mamy zaufanie – duchowe życie nie tyle przebiega szybciej, co jest się w nie znacznie bardziej zaangażowanym. Rozumie się procesy, zauważa, że jedne grzechy mają źródło w mojej własnej słabości, inne to skutek bezpośredniej działalności kusiciela. Pewnych rzeczy uczy się unikać, formuje się sumienie do tego, by samo rozsądzało, a nie ze wszystkim latało do księdza. Itd.

 

Wyrównanie rachunków

Co bym więc zalecał człowiekowi, który u spowiedzi nie był lata, boi się do niej iść, nie wie, jak się do tego wszystkiego zabrać? Po pierwsze, aby uwierzył, że o Boga tu chodzi, o Boga, który aż się pali do tego by wyleczyć wszystkie ludzkie rany. Po drugie – by z namysłem i rozwagą (tu naprawdę nie piekarnia) wybrał księdza, który w tym spotkaniu będzie pośredniczył i sakramentu w imieniu Chrystusa udzielał. Po trzecie – by robiąc rachunek sumienia obok minusów, policzył też plusy. Wszystko, co od Boga w tym czasie dostał. Nie po to, by się tym chwalić, ale żeby mieć realny obraz swojego życia: dostrzec, że czasem większym grzechem jest niewykorzystanie danej przez Boga szansy niż jakieś nasze autorskie drobne moralne potknięcia. Policz swoje grzechy, ale też – jak chętnie mawiają protestanci: "count your blessings".

 

A do oglądania się w świetle przykazań Starego Prawa dołóż też Nowe Prawo: przeczytaj Osiem Błogosławieństw. Bo to jest rozpisane na konkrety podstawowe przykazanie, którego gdy nie zrozumiemy, wszystkie nasze moralne wyliczanki będą pobożnym pustosłowiem. To przykazanie brzmi: "macie się nazwajem kochać". Cała reszta to didaskalia, dodatki, komentarze.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę