Nasze projekty
Reklama
Fot. Canva/ Materiały Wydawnictwa 2Ryby.pl

Przestań się zadręczać własnymi błędami! O. Łusiak: „Samooskarżanie niszczy relacje i wiarę”

Książka „W Bogu nie ma przemocy” udowadnia, że religijność oparta na lęku nie ma nic wspólnego z Ewangelią.

Nieustannie się oceniasz i zakładasz, że przez popełnione błędy odrzucą cię inni ludzie i Bóg? Właśnie ukazała się książka „W Bogu nie ma przemocy”, która łącząc psychologię Porozumienia bez Przemocy z Ewangelią, pomaga dostrzec i skorygować destrukcyjne wzorce zachowań, jakie często nieświadomie wprowadzamy do relacji i życia duchowego.

Publikacja ma formę dynamicznej, wciągającej rozmowy red. Iwony Żurek z o. Mieczysławem Łusiakiem SJ –  duszpasterzem, twórcą „Akademii Szczęśliwego Życia” i założycielem wspólnoty Rodzin Empatycznych.

Wydawca książki – wydawnictwo 2Ryby.pl prognozuje, że to może być najbardziej odkrywcza lektura tego roku, zwłaszcza dla osób, które szukają wyjścia z życiowych napięć w zgodzie z ewangelicznymi radami i stawiają sobie pytanie czy da się przeżywać wiarę w sposób, który nie opiera się na lęku, poczuciu winy i przymusie, lecz prowadzi do większej wolności, bliskości i wolności.

Poczucie winy = świadomość grzechu?

Często ludzie oddalają się od wiary nie dlatego, że odrzucają jej sens, ale dlatego, że słyszeli język osądu, uproszczeń i moralnego nacisku. Ta książka odświeża spojrzenie i sposób komunikacji, uczy jak budować głęboką więź z drugim człowiekiem, Bogiem i z samym sobą. Uczy otwartości na pełną skalę emocji, słuchania tego, co niewygodne, rozpoznawania potrzeb i sztuki wyboru między racją a relacją.

Reklama

O. Łusiak dokonuje w książce bardzo ważnego rozróżnienia: poczucie winy (które jest niszczącą formą przemocy wobec siebie) to zupełnie coś innego niż świadomość grzechu. Tłumaczy, jak uwolnić się od toksycznego samooskarżania i zastąpić je zdrowym żalem, który autentycznie uzdrawia. 

Poniżej przytaczamy fragmenty książki „W Bogu nie ma przemocy”, z rozdziału poświęconego poczuciu winy.

Iwona Żurek: Jak to jest z poczuciem winy – to coś dobrego czy wręcz przeciwnie?

O. Mieczysław Łusiak SJ:
We współczesnej psychologii poczucie winy opisywane jest jako coś szkodliwego i niszczącego i moim zdaniem jest to zbieżne z nauką Kościoła.

W terminologii duszpasterskiej często spotykamy się z mówieniem o dobrym i złym poczuciu winy albo o poczuciu winy konstruktywnym i patologicznym. To patologiczne jest rozumiane jako samooskarżanie się, które nic nie wnosi, a jedynie człowieka dołuje i w konsekwencji prowadzi do rozwoju depresji i pogorszenia zdrowia psychicznego. Osobiście jestem zwolennikiem wyraźnego rozróżnienia poczucia winy i świadomości grzechu.

To pierwsze jest zjawiskiem jednoznacznie negatywnym, bo jest po prostu samooskarżaniem, brakiem akceptacji samego siebie, a czasem też objawia się skrupulanctwem. Świadomość grzechu natomiast jest po prostu widzeniem popełnionych błędów. W chrześcijańskiej pokucie tym, co prowadzi do nawrócenia, jest właśnie świadomość tego, że popełniłem błąd, żałuję tego i odczuwam smutek z powodu dobra, które w wyniku mojego działania zostało utracone.
Ani współczesna psychologia, ani Porozumienie bez Przemocy (NVC), ani tym bardziej chrześcijaństwo nie ucieka od świadomości popełniania błędów i słusznego żalu z powodu ich popełnienia. Osobiście jestem za tym, żebyśmy uczyli się świadomości grzechu, która otwiera nas na żal, a nie na poczucie winy.

Reklama

Co jest tak bardzo niszczącego w poczuciu winy?

Poczucie winy wprowadza nas w przekonanie, że z powodu popełnionych grzechów nie zasługujemy na miłość. A skoro nie zasługujemy, to nie chcemy jej przyjąć. O tym właśnie mówi znana nam dobrze z Ewangelii przypowieść o synu marnotrawnym, który wracając do domu ojca po roztrwonieniu majątku, nawet przez chwilę nie pomyślał, że po powrocie zostanie przez ojca potraktowany jak syn. Założył, że co najwyżej zostanie potraktowany jak jeden z niewolników. To jest właśnie poczucie winy: nie zasługuję już na pełną akceptację, bezpowrotnie straciłem relację z Bogiem, nic już się nie da naprawić.

Poczucie winy uderza w naszą tożsamość dziecka Bożego, neguje ją albo przynajmniej podaje w wątpliwość. Kiedy zaczniemy tak myśleć, trudno się potem od tego uwolnić, nawet jeśli pójdziemy do spowiedzi i odprawimy pokutę, nie potrafimy wrócić do bliskiej relacji z Bogiem. Wciąż czujemy się niegodni.

Reklama

Poczucie winy to stan podobny do przebywania w więzieniu (które sami sobie konstruujemy) lub do dźwigania nałożonego na siebie ciężaru. Towarzyszy nam przy tym przekonanie, że dopiero kiedy poniesiemy należytą karę, możemy jakoś odkupić swoją winę i się od niej uwolnić.

Ten mechanizm jest genialnie pokazany w filmie Misja. Jest tam wątek łowcy niewolników Rodrigo Mendozy, który w pojedynku zabija własnego brata. Żeby poradzić sobie z poczuciem winy, z własnej woli zamyka się w więzieniu i żyje jak skazaniec. O. Gabriel przekonuje go do działania na rzecz przebaczenia sobie. Rodrigo zgadza się pójść do placówki misyjnej, ale sam sobie nakłada pokutę polegającą na tym, że pójdzie wysoko w góry, niosąc potężny, liczący kilkadziesiąt kilogramów wór ze swoją zbroją rycerską. Pod koniec wyczerpującej wspinaczki staje oko w oko z Indianami. Jeden z nich podchodzi, by zdecydowanym ruchem odciąć i zrzucić w przepaść niesiony przez niego ciężar. Rodrigo zalewa się łzami ulgi z powodu przebaczenia.

Poczucie winy niezwykle mocno uderza w poczucie własnej wartości, a mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno jest kochać, kiedy ma się tę potrzebę niezaspokojoną. Do tego, by kochać po prostu trzeba żyć w prawdzie o sobie, o swoich zdolnościach i możliwości pozytywnego wpływu na otaczającą nas rzeczywistość. Natomiast, jeśli poczucie winy niszczy nasze poczucie wartości, tym samym uniemożliwia nam kochanie. Uniemożliwia dokonanie się w nas metanoi, czyli nawrócenia, do którego wzywa nas Jezus.

Dodatkowo, poczucie winy zamyka nas na empatię – zarówno wobec innych ludzi, jak i wobec siebie. A bez empatii nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie: jakie potrzeby staraliśmy się zaspokoić wtedy, kiedy grzeszyliśmy. A z całą pewnością za popełnionym grzechem stała jakaś potrzeba, którą staraliśmy się zaspokoić, skoro każde nasze działanie jest motywowane, mniej lub bardziej świadomie, chęcią zaspokojenia potrzeb. Jeżeli tego nie odkryję, jak mam trafnie wymyślić nową strategię, by zaspokoić te potrzeby bez konieczności popełniania tego samego grzechu? 

Czyli najlepszą strategią na walkę z grzechem jest okazanie sobie empatii zamiast obwiniania się?

Właśnie tak! Klasycznym przykładem wziętym z Ewangelii na skuteczność empatii w przezwyciężaniu grzechu jest historia celnika Zacheusza (Łk 19,1nn). Zacheusz wszedł na sykomorę, żeby móc w tłumie zobaczyć przechodzącego Jezusa. Kiedy Jezus przechodził pod tym drzewem, spojrzał na niego i powiedział: „Zacheuszu, dziś muszę zatrzymać się w twoim domu”. Ludzie, którzy widzieli tę scenę, byli zgorszeni zachowaniem Jezusa, nie mogli zrozumieć, dlaczego poszedł w odwiedziny do grzesznika. Wielki prorok na kolacji u zdrajcy i kolaboranta? Pewnie z punktu widzenia tych ludzi to było niesprawiedliwe czy wręcz grzeszne. Ale czy rzeczywiście tak było? Absolutnie nie. Jezus nie był niesprawiedliwy i nie grzeszył, jednak Jego sprawiedliwość i wyobrażenie o tym, co jest grzechem, były radykalnie inne niż wielu Jemu współczesnym.

Sprawiedliwość Jezusa opiera się na tym, że widział głębiej niż świadkowie tej sceny. – zobaczył człowieka, który od dzieciństwa miał wiele niezaspokojonych potrzeb. Zacheusz od dzieciństwa był zapewne wyzywany, wyśmiewany ze względu na wzrost. Właśnie dlatego postanowił pracować dla Rzymian, ponieważ to gwarantowało mu dostęp do władzy i pieniędzy. Władzą i bogactwem rekompensował sobie wszystkie krzywdy doznawane od dziecka. Już nie musiał się bać, że inni będą nim pomiatać. Musieli darzyć go szacunkiem. Jezus był tego wszystkiego świadom i empatia, z którą patrzył na niego, okazała się skuteczna. Nie pomogłoby mu, gdyby Jezus powiedział: „Jesteś okropnym człowiekiem, musisz się nawrócić, inaczej czeka cię kara”. Przypuszczam zresztą, że niejednokrotnie słyszał takie słowa od Żydów. A Jezus po prostu do niego poszedł, bez żadnych wstępnych warunków. W ten sposób postawił go jak gdyby ponad pobożnych, doskonałych moralnie mieszkańców Jerycha, którzy na pewno chętnie przyjęliby i ugościli Jezusa. To się okazało strzałem w dziesiątkę i spowodowało, że Zacheusz doznał zaspokojenia potrzeby akceptacji i uznania. Jezus dał mu to, czego on szukał w byciu celnikiem. I dopiero to dało mu siłę do tego, by zmienić postępowanie.

Ta historia pokazuje, jak łatwo jest osądzać i potępiać ludzi, przyklejać im różne łatki – kolaboranta, złodzieja, ale Jezus pokazuje, że to nie jest Boże. On pokazuje inną drogę. Tym, co pomaga nam nią iść, jest empatia.

Z tego, co ojciec mówi, wynika, że nie powinniśmy nigdy osądzać, mówić, że czyjeś zachowanie jest złe.

Należy zawsze oddzielić od siebie dwie sprawy: osąd moralny czynu i osąd moralny człowieka. Nigdy nie powinniśmy osądzać ani moralnie, ani w jakikolwiek inny sposób człowieka. Jezus w Ewangelii wyraził się jasno: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni” (Łk 6,37). 

Ale w Katechizmie Kościoła katolickiego czytamy, że Bóg jest sędzią.

Katechizm mówi, że Bóg jest jedynym sędzią. Bóg i tylko Bóg jest w stanie osądzać w sposób sprawiedliwy, ponieważ On jako jedyny ma pełen ogląd sytuacji. My, jako ludzie możemy oceniać, czy to, co robimy, służy życiu, a więc czy służy realizacji pełni człowieczeństwa, czy raczej mu zagraża. Mamy skupić się na życiu. 


Książka „W Bogu nie ma przemocy” porządkuje wiedzę o dialogu i dostarcza sprawdzonych narzędzi, które ratują związki, ułatwiają zrozumienie własnych emocji i uczą budowania bliskiej, wolnej od przymusu relacji z Bogiem.
KUP KSIĄŻKĘ>>>

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Zatrudnij nas