Nasze projekty
Reklama
Canva Pro/archiwum prywatne

Prof. Jan Kozłowski: Angielski to w Kościele nowa łacina. Ale łacina wciąż jest potrzebna

Łacina nie jest już Kościołowi niezbędna do komunikacji, ale bez niej dużo tracimy - mówi prof. Jan Kozłowski z UW. Tłumaczy, dlaczego łacina jest jednak ważna, po co jej znajomość kardynałom i dlaczego nie warto robić z niej złotego cielca

Łacina dziś w Kościele jest przydatna czy konieczna?

Przydatna. Jest wspólnym, ujednoznacznionym językiem Kościoła rzymskiego. To wymiar katolickości: wszyscy możemy skupiać się wokół tej tożsamości łacińskiej. Oczywiście najważniejsze są wiara, kontakt z żywym Bogiem i rzeczywistość sakramentów, ale kultura też ma znaczenie.

W sierpniu opublikowano wyniki badania, według których 65 proc. kardynałów nie zna łaciny. Chodziło o konklawe, które odbyło się półtora roku temu. Czy brak znajomości łaciny wśród hierarchów Kościoła rzeczywiście może stanowić problem?

Reklama

Kościół nie ma dziś jednego języka, który znaliby wszyscy kardynałowie – kiedyś była nim łacina. Najwięcej kardynałów zna włoski, ale nie wszyscy. Myślę, że rolę łaciny z powodzeniem zastąpi wkrótce angielski. To język globalny, język internetu i w pewnym sensie język Kościoła.

Angielski pełni praktyczną funcję łaciny

Ostatnia encyklika Leona XIV to pierwsza encyklika bez łacińskiego odpowiednika. Dotąd, nawet jeśli powstała w innym języku, tekst tłumaczono na łacinę. Z drugiej strony pojawia się wątpliwość: w jakim celu tworzyć wersję łacińską, skoro technologia dostarcza nowych słów, których łacina – jako język nieużywany na co dzień – nie wytworzyła w ostatnim okresie dziejów.

Pamiętam, jak na początku lat dwutysięcznych jeden z profesorów, który przyjechał z Uppsali w Szwecji, powiedział: „W tym tysiącleciu trzeba publikować po łacinie, czyli po angielsku”. Zapamiętałem tę myśl: jeśli chcesz, żeby czytali cię Polacy, pisz po polsku; jeśli Czesi – po czesku; jeśli Włosi – po włosku; a jeśli chcesz, żeby czytali cię wszyscy, pisz po angielsku. Wydaje mi się, że angielski pełni tę rolę, pełni praktyczną funkcję łaciny. To już nie jest po prostu język obcy. Jest językiem komunikacji dla ludzi na całym świecie i jest językiem internetu. Ale wracając do pytania o kardynałów, powiedziałbym, że brak łaciny oznacza słabsze zakorzenienie w tradycji.

Reklama

Czyli nowym językiem powszechnym Kościoła może stać się inny język, a mówiąc wprost – angielski? Skąd w takim razie postulaty powrotu łaciny?

Skoro Kościół uformował się w tradycji łacińskiej, pójdźmy krok dalej: każdy prezbiter i każda wspólnota katolicka mogą mieć w niej wspólny mianownik. To niewątpliwie coś do ponownego odkrycia: mamy uniwersale. Nie musimy mówić: ci są hiszpańscy, ci angielscy, ci chińscy – jeśli są katolikami rzymskimi, mogą wciąż w jakiś sposób spotkać się w świecie łacińskim.

Dlatego znajomość łaciny jest konieczna, bo nie jest już warunkiem bezwzględnym, ale jest czymś bardzo dobrym. Nawet jeśli Kościół rzymski może funkcjonować bez aktywnej znajomości łaciny. Ale równocześnie coś przez to tracimy.

Reklama

Co?

Liczba godzin łaciny w seminariach zwiększyła się ostatnio. Niedawno w Polsce było ich 150, teraz jest 180. Moje pragnienie to 360 godzin w trakcie całej formacji seminaryjnej. Chciałbym, żeby można było spokojnie przerobić cały materiał gramatyczny.

Po co, skoro powiedział Pan, że łacina nie jest już bezwzględna i nie przyda się w komunikacji? Może lepiej zainwestować w to, żeby księża mówili biegle po angielsku?

Tak jak matematyka jest ważna dla przedmiotów ścisłych, tak łacina jest ważna dla humanistyki w naszym kręgu kulturowym. Uczy ścisłego myślenia na poziomie pojęć. Powołaniem księży nie jest głoszenie cyfr, lecz słowa Bożego, a język jest przestrzenią ich działania. Łacina jest laboratorium językowym. Uczy od podstaw struktury zdania i logiki: czym jest podmiot, orzeczenie, dopełnienie bliższe i dalsze: jak te elementy składają się na logiczną całość. Do tego dochodzą deklinacje, koniugacje, osoby i czasy. Pod tym względem to rzecz nie do zastąpienia.

To prawda, ale ksiądz przecież nie będzie głosił Ewangelii po łacinie.

To tak, jakby powiedzieć, że chemikowi albo fizykowi niepotrzebna jest matematyka, bo to inna dziedzina. Nie chodzi tylko o język, lecz o wyrobienie ścieżek myślenia.

Ucząc się łaciny, uczymy się innych języków

Chemik, który nie zna matematyki, będzie gorszym chemikiem. Czy ewangelizator, który nie zna łaciny, będzie gorszym ewangelizatorem?

Nie sprowadzimy działania łaski do techniki, ale gratia supponit naturam – łaska buduje na naturze i doprowadza do pełni. Jeśli będziesz lepszym technikiem słowa, będziesz używał języka logicznie i świadomie, dostarczysz Duchowi Świętemu lepszego narzędzia do głoszenia słowa.

To pierwsza sprawa: higiena językowa i walka z niechlujstwem. Dla głosicieli słowa Bożego ważne jest, by umieć myśleć logicznie o języku.

Drugim ważnym elementem jest słowotwórstwo. Jeśli wiemy, że wiele słów angielskich ma źródło łacińskie – a znaczna ich część przeszła przez francuski – łatwiej rozumiemy język. 99 proc. słów zakończonych na „-tion”, jak „station” czy „action”, a także „charity”, „mortality” czy „infinity”, ma łacińskie pochodzenie. Angielski jest w rdzeniu językiem germańskim, ale tych związków jest bardzo dużo. Włoski czy hiszpański to z kolei języki, które bezpośrednio wyrosły z łaciny.

Ucząc się łaciny i słowotwórstwa, poznajemy też inne języki. Moje zajęcia można by nazwać lekcjami angielskiego, języków romańskich, a nawet polskiego, bo poznajemy dużą część naszego słownictwa. Przyswajamy pewne matryce, które pomagają uczyć się innych języków.

Z praktycznego punktu widzenia łacina służy choćby do tego, by w dowolnym zakątku świata odprawić mszę świętą wspólnie z księżmi, z którymi nie dzielimy języka ani kultury. Na takim poziomie łacinę chyba zna każdy ksiądz na świecie. To nie wystarczy?

Nie, bo łacina jest ważna dla formujących się prezbiterów Kościoła rzymskiego. To nasza tożsamość. Tożsamość Kościoła rzymskokatolickiego. Formujemy się w tradycji rzymskiej. Łacina ma wymiar katolickości – powszechności – zakorzenionej w tradycji.

Łacina portalem do przeszłości

Poza tym w łacinie zgromadzono ogromną mądrość w postaci sentencji – krótkich zdań. To higiena umysłu. Jeśli zapamiętam gratia supponit naturam, te słowa nie mieszają się z innymi językami. Brzmią wyraźnie, jak neon w ciemnym mieście. Mogę je analizować, rozumieć i odmieniać. Jest wiele bardzo praktycznych sentencji związanych z wiarą, choćby Iesu, fili David, miserere mei – „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”.

Mogę powiedzieć to w każdym języku, a jednak te słowa po łacinie brzmią niezwykle wyraziście. Nie mieszają się z synonimami. To wielkie błogosławieństwo. Jeden kapłan może odmówić po łacinie „Ave Maria” czy „Pater noster”. Nie mówmy, że w Kościele rzymskim nie jest to istotna wartość dodana.

Młody człowiek, ucząc się łaciny, uczy się myśleć, poznaje język i tradycję rzymską, przyswaja mądrość i uczy się wspólnoty. Ma świadomość przynależności do tradycji rzymskiej. Tego wymiaru tożsamościowego nie sposób przecenić.

David Berger pisze, że łacina jest portalem do tradycji Kościoła i bez łaciny może nam grozić niezrozumienie teologii. To prawda?

A co dopiero powiedzieć o grece i hebrajskim? Pierwsze sobory, a także oryginalne Credo nicejsko-konstantynopolitańskie, są po grecku. Mamy późniejsze sobory: laterański, trydencki. Nie można jednak powiedzieć o łacinie tego, co o grece – tym bardziej że greka jest językiem oryginału Pisma Świętego.

W artykule Bergera wybrzmiewa teza, że żeby dobrze zrozumieć pojęcia teologiczne, trzeba znać łacinę. Sugeruje on, że gdyby zachować łacinę, nie byłoby współczesnych podziałów teologicznych.

Powiem to inaczej. Upadła kultura retoryczna. Żyjemy w kulturze obrazkowej – przewijamy, oglądamy. Jesteśmy niechlujnie wychowani, jeśli chodzi o język, a kanony wiary sformułowano w innej kulturze językowej, w której słowa precyzyjnie oddawały rzeczywistość. To właśnie ćwiczenie myślenia i języka. W tym sensie łacina jest portalem do przeszłości. Rezygnując z niej, ryzykujemy, że oddalimy się od kultury retorycznej – od elegancji słowa, precyzji pojęć i komunikacji. Powinniśmy raczej zmniejszać ten dystans, a nie go zwiększać.

AI zna łacinę lepiej niż człowiek?

A czy sztuczna inteligencja zna łacinę?

Zna i mnie pomaga.

Zna ją lepiej niż człowiek?

Jeśli człowiek nie ma wiedzy, to po co mu ta cała sztuczna inteligencja? Im mniej wiedzy mamy na swoim „twardym dysku” i im mniej potrafimy zapytać, tym mniej AI jest mu potrzebna. Jeśli nic nie wiesz, nie umiesz nawet postawić pytań. Dlatego dobrze, że rozwijamy te umiejętności.

Nie musimy uczyć się łaciny, bo mamy AI?

Nie, bo nie będziesz umiał zadać właściwych pytań. AI jest mnożnikiem umiejętności. Im więcej wiesz i im więcej połączeń masz w głowie, tym więcej pytań możesz jej postawić. Ja cały czas zajmuję się greką i łaciną, więc AI bardzo mi pomaga, bo potrafię zadać wiele pytań. To trochę zmienia perspektywę.

AI mogłaby dobrze przetłumaczyć encyklikę papieża na łacinę. Ale po co, skoro nikt nie będzie jej w tym języku czytał?

Jeśli chodzi o tożsamość, nie wszystko sprowadza się do praktycyzmu i pragmatyzmu. Ostatecznie nie chodzi tylko o to, żeby się najeść. Jeśli pozbędziemy się wszystkiego, pytając: „Po co mi to?”, i zostawimy tylko to, co nas karmi i bawi, to źle rozumiemy Kościół. Nie jest on zredukowany do skrajnego utylitaryzmu ani biologicznej antropologii.

Niektórzy postulują powrót do liturgii w całości po łacinie. Wskazują, że Kościół formalnie nie odszedł od łaciny liturgicznej, ale w praktyce tak się stało.

I dobrze, że tak się stało. Nie mam tradycjonalistycznego podejścia. Uważam, że liturgia wyrasta z Eucharystii, ze wspólnego spotkania, uczty, ze spotkania wspólnoty. Dobrze, że ludzie rozumieją liturgię.

To jednak nie znaczy, że łacina nie jest potrzebna. Czasem liturgia łacińska może być przydatna, kiedy spotkamy się z chrześcijanami z innych rejonów świata i nie znamy ich języków. Sam fakt, że jesteśmy rzymskimi katolikami, ma wartość : możemy pomodlić się po łacinie. To ważny wyraz naszej wiary.

To argument popierający tych, którzy chcą powrotu łaciny

Ale musimy pamiętać, że łacińska liturgia pojawiła się dopiero w III wieku. Wcześniej Kościół rzymski posługiwał się greką. List św. Pawła do Rzymian jest po grecku, podobnie list św. Ignacego Antiocheńskiego do Rzymian. Kościół rzymski funkcjonował po grecku. Ci, którzy mówią, że łacina jest rdzeniem, powinni pamiętać, że „Kyrie” pozostało z greckiej liturgii. W Rzymie w III wieku łacina zaczęła zastępować grekę, ale wcześniej greka była językiem Kościoła.

Wiele podstawowych pojęć jest greckich: episkopos – biskup, presbyteros – ksiądz, liturgia, Christos, diakonos – diakon, Eucharystia, ekklesia – Kościół. „Chrystus” oznacza namaszczonego. „Męczennik” pochodzi od martys – świadka. Słowo „świadek” jest dla nas zwyczajne, ale pierwotnie wiąże się z kimś, kto widział i zaświadcza.

Nie róbmy z łaciny złotego cielca

Powrotu do greki w liturgii nikt nie postuluje

Miejmy świadomość historii i nie róbmy z łacińskości złotego cielca. Mamy tradycję łacińską, ale językiem Nowego Testamentu jest greka. Grecki był również językiem liturgii rzymskiej w pierwszych wiekach.

Trzeba zachować proporcje, żeby nie absolutyzować łaciny ani nie popaść w fundamentalizm. Języki są ważne, ale żeby usłyszeć słowa Jezusa: „Byłem głodny, a daliście mi jeść”, żeby przyjąć Jezusa i Jemu uwierzyć – nie trzeba znać łaciny. Ewangelia jest najważniejsza i można ją głosić w każdym języku.

Skoro wcześniej w Kościel była epoka greki, a potem łaciny, i za każdym razem rozwijała się teologia – czy możemy sobie wyobrazić rozwój teologii po angielsku?

Oczywiście, to się pewnie już dzieje. Ale to nie zmienia faktu, że mamy tradycję grecką, a potem łacińską.

Czy sam język wpływa na rozwój teologii? Jaki wpływ na to ma, czy językiem „panującym” jest łacina, greka, angielski czy francuski?

Moim zdaniem wpływa. Prawdy wiary zostały precyzyjnie wyrażone na przykład w Credo nicejsko-konstantynopolitańskim, a to wiąże się z grecką teologią i filozofią. Nie można powiedzieć, że Goci mogliby usiąść i za pomocą własnych narzędzi językowych przedstawić rozróżnienia takie jak homoousios i homoiousios. To kwestie wypracowane w określonym języku i kulturze.

Cały ten spór nie oznacza relatywizmu kulturowego. To także jakiś Boży zamiar. W Credo mówimy „pod Poncjuszem Piłatem” – wiara jest zakorzeniona w historii. Dlaczego Bóg wybrał ten moment i posłużył się właśnie takimi językami? Zauważmy jeszcze jedną rzecz: w chwili wcielenia Bóg wszedł w świat grecki. W tradycji żydowskiej nie wolno było tworzyć obrazów. Po wcieleniu Jezusa Kościół przechodzi na grekę i na objawienie: „Kto mnie widział, widział i Ojca”. Greka jest językiem bardzo wizualnym. W sztuce greckiej, także sakralnej, ważne jest doświadczenie widzenia bogów.

Sobory pierwszych wieków zostały sformułowane po grecku i precyzowane w greckiej tradycji intelektualnej. Nie wiem, czy żaden inny język miałby taki potencjał. Łacina jest tu uczniem greki.

Czyli Berger ma rację?

W tym sensie tak. Nie wszyscy muszą znać grekę czy łacinę, ale ci, którzy podejmują decyzje – wracamy tu na przykład do kardynałów – powinni rozumieć tradycję. Nie chodzi o pychę w rodzaju: „ja ją rozumiem”, tylko o pokorne uznanie, że niektóre rzeczy wymagają formacji. Przynajmniej część osób w Kościele powinna rozumieć je na tym samym poziomie językowym, na którym rozumieli je ojcowie soborów. Wymaga to treningu intelektualnego.

rozmawiał: ks. Przemysław Śliwiński

Dr hab. Jan Kozłowski, prof. UW – filolog klasyczny z Instytutu Filologii Klasycznej Uniwersytetu Warszawskiego. Bada literaturę wczesnochrześcijańską i związki Nowego Testamentu z literaturą grecką. Wykłada łacinę w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Zatrudnij nas