Faustyna – idealna dziewczyna

Wykarmiony do syta faktografią, dochodzę do wniosku, że kocham ją jeszcze bardziej i coraz bardziej jestem pewien, że gdybyśmy poznali się osobiście, trudno by mi chyba było z nią wytrzymać.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Gdy w 1997 roku zaczynałem pracę w „Gazecie Wyborczej“, jednym z moich pierwszych zadań było napisanie krótkiej sylwetki błogosławionej siostry Faustyny na drugą stronę gazety.

Miało to chyba związek z pielgrzymką Jana Pawła II do Łagiewnik, trzeba było wytłumaczyć społeczeństwu, o co w zasadzie chodzi z tą świętą i skąd nagle takie do niej nabożeństwo.

Od jakiegoś już czasu zafascynowany Faustyną i ubogacony rozmowami z Jankiem Grzegorczykiem, który kończył właśnie pracę nad swoją rewolucyjną (jak na hagiograficzne standardy) książką „Każda dusza to inny świat“, napisałem krótko i zwięźle – że jej życie odmieniło się w czasie dyskoteki, że była ruda i piegowata, a nie taka posągowa jak na obrazach, że nie była wykształcona, i że niezwykłą duchową wrażliwość łączyła z niesłychaną odwagą mówienia światu, że miłosierdzie Boga wyprzedza Jego sprawiedliwość.

No i zaczęła się jatka.

Codziennie w dziale kultury odbieraliśmy dziesiątki telefonów od ludzi, którzy wytykali mi moje rzekome pochodzenie, snuli domysły co do tego, czym zarobkowo trudniły się kobiety z mojej rodziny, śpiewali religijne pieśni, wyzywali od sług szatana itd. itp.

Przejęty próbowałem z nimi dyskutować, ale nie dawali mi dojść do głosu. Bo jak mogłeś – „żydu“ – napisać, że święta była na dyskotece? Co za bezczelność twierdzić, że była ruda i piegowata?! Że miała jakieś defekty (np. edukacyjne)?!

Faustyna – idealna dziewczyna

Po tygodniu nierównej walki zrozumiałem, że moi rozmówcy byli przekonani, iż kanonizacja to akt, w którym Kościół potwierdza, że dany zawodnik od poczęcia unosił się metr nad ziemią, nie pokalał nigdy słuchaniem muzyki (chyba, że Bacha), urodę miał doskonale aryjską lub słowiańską, gdzie się nie udał – wydzielał miłą woń i rozdawał uśmiechy oraz – nawet jeśli nie miał dyplomów – doskonale mnożył, dzielił i wykonywał rachunek różniczkowy ekspresowo i w pamięci.

Faustyna – idealna dziewczynaBoję się myśleć, co by było gdyby w ich ręce trafiła wydana właśnie w Łagiewnikach książka „Wspomnienia o świętej siostrze Faustynie Kowalskiej ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia“.

Zebrano w niej koło setki zeznań, jakie w sprawie siostry Faustyny złożyli ludzie, którzy ją poznali (część z tych zeznań posłużyła później w procesie beatyfikacyjnym; w książce jest też rarytas – portret Faustyny malowany na podstawie zachowanych zdjęć i wspomnień sióstr przez Adolfa Hyłę, uznawany za najwierniejszy, a dziś ukryty na korytarzu łagiewnickiego klasztoru – Faustyna ma na nim zdecydowanie rude brwi).

Wykarmiony do syta faktografią, znakomicie przygotowaną i podaną przez Ewę Czaczkowską w książce „Faustyna. Biografia świętej”, po lekturze „Wspomnień“ dochodzę do wniosku, że kocham ją (Faustynę, nie Ewę) jeszcze bardziej i coraz bardziej jestem pewien, że gdybyśmy poznali się osobiście, trudno by mi chyba było z nią wytrzymać.

© archiwum Zgromadzenia SMBM

Siostra Faustyna wraz z rodziną, luty 1935r.

To, że siostra Faustyna miała w swoim zgromadzeniu krzyż Pański, wiadomo było nie od dziś.

Teraz widać, jakim wyzwaniem święta siostra była dla zgromadzenia. Kilka bardziej wrażliwych sióstr (takich jak matka Moraczewska) rozumiało specyfikę życia duchowego Faustyny i starały się nie przeszkadzać temu, co działo się w jej duszy.

Wiele sióstr mówi też jednak otwarcie, że siostra po prostu je drażniła. Że owszem, widziały, że stara się być jak najbardziej cierpliwa, wyrozumiała i uprzejma, ale oskarżały ją też o to, że podczas gdy ona bawiła się (ich zdaniem) w zasłuchaną w słowa Mistrza Marię, one musiały w tym czasie robić całą bieżącą robotę, podobnie jak ewangeliczna Marta (choć inne zeznają, że Faustyna i tak tyrała za pięciu i to przez to, że się nią wysługiwano straciła zdrowie i umarła mając 33. lata).

Jedne otwarcie przyznają, że nie znosiły jej i uważały za egzaltowanego lenia („a dziś mam wyrzuty sumienia, że tak się ze świętą obchodziłam”), inne – które brały ją za „hrabiankę” i symulantkę odmawiając pomocy, bo niech się dziewczyna nauczy, tłumaczą się w zeznaniach mętnie, że umierająca z pragnienia siostra Faustyna wcale ich o żadną wodę nie prosiła.

Większa część wspomina jej niestandardową uważność, życzliwość, pochylenie się nad każdym człowiekiem, nawet jednak z tych wspomnień przebijają bolesne obrazki: a to „siostry dyrektorki” wyrzuciły jej przepocony habit na podwórko, a to wyzwały od brudasów, gdy powiesiła swoje robocze ubranie obok ich czystych wdzianek, a to doniosły na coś przełożonej, a to z czystej złośliwości popsuły jakąś zabawę, którą prowadziła z dziećmi.

Jasne, widać, że i sama Faustyna charakter miała konkretny. Bardzo bolało ją, i mówiła o tym głośno, panujący w zgromadzeniu podział na siostry lepsze („dyrektorki”, „pierwszy chór”) i gorsze („koadiutorki”, „drugi chór”).

Sceptyczna wobec Faustyny przełożona wileńskiego domu matka Borgia Tichy, zwraca uwagę, że Faustyna mająca skłonność do ustawiania się w roli kierownika duchowego ludzi, których spotykała, próbowała nakłonić ich do naśladowania jej drogi, nastawiając „szablonowo”, zgodnie z tym co sprawdziło się w jej życiu.

Czy to umniejsza w czymś świętości siostry Faustyny?

Przeciwnie. Pokazuje, że świętość to nie psychologiczna doskonałość. Faustyna nie była przecież od zawsze „gotowym produktem” na ołtarze, „doszlifowywała” się wraz z upływem lat i kilometrów zrobionych na duchowej drodze. I co dziwnego jest w tym, że gdy dostała z Nieba coś, co ją zachwycało i dziwiło, chciała, żeby wszyscy inni poczuli to samo?

© archiwum Zgromadzenia SMBM

s. Faustyna, zdjęcie z 1931r.

Rzecz nie w tym, że zdarzało jej się czasem palnąć coś pod adresem którejś z sióstr, ale w tym, że za pięć minut przychodziła, przepraszała, podejmowała w intencji tej osoby modlitwę czy umartwienie.

Nie zawsze pewnie była po ludzku „fajna”.

Odwiedzającego ją w przededniu śmierci najbliższego przyjaciela, spowiednika, odprawiła mówiąc, że jest zajęta „obcowaniem z Ojcem Niebieskim”.

Obserwancji zakonnych zdawała się czasem przestrzegać z nieludzką wręcz skrupulatnością, ochrzaniając siostry pozwalające sobie na przykład na małą, niewinną pogawędkę, jakby od tego czy powiedzą te trzy zdania, czy nie, miało zależeć zbawienie ich dusz. A może zależało? A może właśnie dlatego, że była święta widziała drugie dno spraw, które nam wydają się błahe?

Jednych zachwycała, a innych drażniła – zupełnie jak objawiający się jej Pan Bóg naprzemiennie zachwyca i drażni, tych którzy czasem chcieliby się wznieść ponad ten świat, innym razem – marzą, żeby Bóg z tymi wszystkimi dziwnymi wymaganiami dał im jednak święty spokój.

Ona nadawała już na Jego częstotliwości, która w uszach ziemskich odbiorców czasem zgrzyta. Widziała, jak mało czasu ma człowiek, jaką wagę ma każda sekunda, szła w poprzek tego, co podpowiada zły każąc odsuwać myśl o śmierci a naszą skłonność do idealizowania życiowych „dupereli” tłumaczyć tym, że przecież jesteśmy tylko ludźmi.

Profesorowie uniwersytetów, teolodzy od życia duchowego, teoretycy i praktycy życia zakonnego, psychologowie, oceniają dziś Faustynę ze swojej perspektywy, jakby była profesorem, teologiem, świętym Benedyktem albo Augustynem.

A ona była prostą, wiejską, dziewczyną, która zaufała na tyle, że powierzyła się jej Tajemnica.

Święty to nie człowiek, który wszystko zrobił z teoretycznego punktu widzenia idealnie, ale który w praktyce tak otworzył się na łaskę, że będąc kim jest, zrobił wszystko, co mógł.

Święta Faustyna mówiła wiele o miłosierdziu Boga, ale ona przede wszystkim doskonale go w swoim życiu doświadczyła. Nie ma znaczenia, skąd jesteś, ile masz klas, czy jesteś aniołkiem czy masz zadziorne skłonności, czy ludzie cię kochają, czy nie.

Życie z Bogiem to nie neurotyczny rachunek perfekcjonisty – otwórz się, a On zrobi resztę, nawet jeśli czasem ta reszta znaczy wszystko.


Czaczkowska_SiostraFaustyna_nowa_500pcxPolecamy książkę Ewy K. Czaczkowskiej “Siostra Faustyna. Biografia Świętej”

W mistycznych wizjach widziała i piekło, i swoją kanonizację. Kościół długo nie potrafił docenić wagi jej przesłania. Kult Bożego Miłosierdzia rozprzestrzenił się jednak na cały świat – tak jak chciał tego Jezus.

Efektem pasji dziennikarki i historyka jest jedyna tego typu biografia największej polskiej Świętej. Autorka odkrywa nieznane fakty z życia Siostry Faustyny i ujawnia tajemnice rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego.

>>> Kup teraz <<<


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Wojna o pokój

To my jesteśmy talibami, to nas oskarża się, że ideologicznie terroryzujemy rzeczywistość, próbując wyeliminować z niej poglądy inne, niż nasze własne.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ci, którzy celują w takich oskarżeniach, mącą nam w głowach wmawiając, że przestrzeń publicznej debaty to dziś Afganistan gdzie postępowe dobro walczy z zaściankowym złem, a oni to wyzwoleńcza koalicja.

Czego jeszcze trzeba, by ludzie dostrzegli wreszcie, że w najlepszym wypadku taliban jest po obu stronach tego sporu?

Weźmy media. Znane mi doskonale z autopsji polskie tygodniki chciałyby być „Economistami“, stają się zaś gazetami parafialnymi a rebours.

Czym innym jest dziś pozycjonujący się niegdyś jako wolne forum wymiany różnych sądów „Newsweek“?

Gdy rok temu dowiedziałem się, że tygodnik szykuje kolejną, jeśli dobrze rachuję, piątą już okładkę zdradzającą symptomy antykościelnej obsesji, zadzwoniłem do redakcji z prośbą o potwierdzenie i zapowiedzią odejścia.

Usłyszałem: „Fajnie, że sam dzwonisz, bo mieliśmy dzwonić do ciebie. My też mieliśmy kłopot z twoimi tekstami.

Wydyskutowaliśmy w redakcji pewną linię i będziemy się jej trzymać. O Kościele będziemy teraz pisać ostro”.

Dobrze pamiętam te nasze debaty. Przecierałem oczy, bo w życiu nie widziałem jeszcze takiego pojęciowego kociokwiku.

Gdy ja twardo pytałem o liczby, oni nazywali mnie oszołomem, siebie zaś – wygłaszających płomienne kazania – racjonalistami.

Gdy opadł bitewny kurz proponowałem jeszcze Tomkowi Lisowi, merytoryczny pojedynek. Byśmy odrzucili urazy i fundowali czytelnikom rzeczowy dwugłos. Brali na warsztat jakiś temat i oglądali go w stojących obok siebie tekstach z dwóch stron, tak by każdy mógł wyrobić sobie zdanie. Odpowiedzi nie było. Bo być chyba nie mogło.

Taki dajmy na to „Gość Niedzielny“ nigdy nie opublikuje tekstu niezgodnego z profilem redakcji, jest bowiem pismem religijno – społecznym, tyle że on otwarcie mówi, że nim jest.

Czym innym chce być dziś tygodnik „Wprost“?

Od prawie roku zamieszczałem w nim felietony, nadal wierząc, że w tzw. mainstream powinien być miejscem konfrontacji różnych funkcjonujących w społeczeństwie poglądów.

Dziś rano otwieram gazetę i widzę, że bez żadnego sygnału, bez choćby próby rozmowy, nie zamieszczono mojego cotygodniowego tekstu, w którym tym razem wyrażałem sprzeciw wobec pomysłu budżetowej refundacji in vitro.

Zamieszczono za to atak na mnie (oparty o tekst, którego w gazecie nie ma), pełen ideologicznego jadu.

Na moje oko – ciut brudna metoda walki o zwycięstwo: zakneblować, po czym podjąć dyskusję. To styl. A merytoryka? Nie mam siły tłumaczyć pani Papuzińskiej, że po pierwsze in vitro nie jest żadnym leczeniem czegokolwiek, po drugie, że na świecie aż roi się od „autorytetów“ mających wątpliwości w sprawie in vitro (tylko w naszym postępowym zaścianku uważana jest ona za zbawienie), po trzecie zaś omawiane teksty powinna czytać ze zrozumieniem.

Piszę przecież wyraźnie – uważam in vitro za metodę nieetyczną, ale nikomu nie zamierzam jej zakazywać. Bo mam szacunek dla ludzkiej wolności i do ludzi, których ból bezdzietności skłania do sięgnięcia po nią.

Jako obywatel tego kraju mam zaś prawo pytać, czy i dlaczego rząd zamiast łatać dziury w procedurach ratujących życie, bierze się za coś, co jeśli chce finansować, winien moim zdaniem robić w znacznie dalszej kolejności.

Co słyszę? Burę, jak w zerówce. „Zdanie redakcji w sprawie in vitro powinno być jasne nie tylko dla naszych czytelników, lecz także dla naszych stałych autorów. Niestety, okazało się, że tak nie jest”. I kara.

Nagana na forum publicum i zdjęcie tekstu (opublikowano go ponoć na osłodę w Internecie). Próbowałem dowiedzieć się o sprawie u obecnego kierownictwa czegoś jeszcze, usłyszałem, że tygodnik „to nie hyde park“ i nie można tu głosić poglądów „sprzecznych z poglądami redakcji”.

Chrześcijańska miłość bliźniego nie pozwala mi rzecz jasna dłużej męczyć swoją obecnością ludzi, którzy na łamach chcą uprawiać wolność myśli, pod warunkiem, że są to ich własne myśli.

Jestem też już chyba za stary, by tłumaczyć komuś, że tego zawodu nie wykonujemy dla siebie, a dla odbiorców, którzy – jak sądzę – chcieliby czytać rzeczowe polemiki, a nie emocjonalne wystąpienia pań, które po łapach biją nieprawomyślnych Szymusiów, ach jakże ślepych na ludzkie cierpienie i równie ślepo miłujących księży.

Szczerze – po całej tej historii zaczynam mieć wrażenie, że otacza mnie coraz szczelniej jakaś pieśń wariata. Mówię to co myślę, staram się argumentować. Specjalnie powściągam afekt, próbuję sprowadzić debatę na pole, gdzie jest meritum.

Kłopot w tym, że druga strona – ta, która zarzuca mi zideologizowanie – tego nie chce. Czuje, że na tym polu by poległa, że jej siłą są właśnie emocje, więc biegnie na skróty i krzyczy. Niech krzyczy.

Mainstream relegował mnie (ale chyba i Was) ze swych szeregów.

Od dziś to stacja7.pl będzie jedynym miejscem, gdzie będę publikował.

Zapraszam więc tym serdeczniej do mojej niszy.

Jeśli Was tu nie będzie, zamkniemy i niszę. Okaże się, że jedynym miejscem dla katolika na publicznej arenie jest dziś zamurowana cela (da Bóg, że z okienkiem na suche buły), gdzie może sobie wygłaszać dowolne poglądy i bez psucia humoru ogółowi dokonywać osobistego uświęcenia.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >