A myśmy się spodziewali

Czekaliśmy na „expose“ o Vatileaks, Bertone i gejach. Albo na show, coś ekstra z dziedziny zadziwiającej nas od kilku dni papieskiej spontaniczności.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Inauguracja pontyfikatu przebiegła w postnym duchu – papież wielu rzeczy nie zrobił, wielu nie powiedział. Spodziewano się, że wystąpi w odkurzonych za poprzednika złotych mitrach i kapach, on tymczasem pojawił się w stroju przywiezionym jeszcze z Argentyny (jeden z  miłośników przerostu formy nad treścią, już był uprzejmy skomentować, że bardziej godne ornaty widywał w polskich, wiejskich parafiach). Ceremoniał ograniczono do minimum, to była po prostu zwykła msza w uroczystość świętego Józefa, z kazaniem Józefowi właśnie poświęconym.

No właśnie. Czekaliśmy na „expose“ o Vatileaks, Bertone i gejach. Albo na show, coś ekstra z dziedziny zadziwiającej nas od kilku dni papieskiej spontaniczności.

Podobny klimat otaczał chyba swego czasu Jezusa. Spora część ze słuchających go kiwała pewnie głowami, mówiąc: „Piękne słowa… A kiedy przepędzisz Rzymian?“, niejeden ganiał też za Nim z miejsca na miejsce, czekając aż pokaże jakąś sztuczkę.

A myśmy się spodziewali

Kamery wyostrzone, tłumy na placu, ręce przygotowane do oklasków. I cisza. Papież nie przerwał mszy, żeby opowiedzieć dykteryjkę albo rzucić się w tłum i zaliczyć „crowd surfing“.

Żadnej pompy, żadnego celebrowania swojego kościelnego awansu, wiele o świętym Józefie, dużo o Chrystusie. O tym, że jeśli dano Ci władzę, to po to żebyś służył. Żebyś dla Boga, człowieka, świata, dla siebie był tylko i aż człowiekiem.

Głębokie kazanie jakie chciałbym usłyszeć u siebie w parafii. Czy to znaczy, że staje się nią właśnie Bazylika świętego Piotra?

I jak to w ogóle możliwe? Od papieża oczekiwaliśmy przecież dotąd, że będzie inny. Osobny. Wypychaliśmy go w chmury traktując jak inkarnację, a nie jak następcę jednego (a nie jedynego, choć pierwszego, z apostołów).

Watykan robił ostatnio wszystko, by upodobnić się do biblijnych opisów pysznego niebiańskiego Jeruzalem. Czy Franciszek znajdzie sposób, by to miejsce nie było mózgiem, portfelem, galerią chrześcijaństwa? Żeby było sercem, o którym leżący na ulicznym barłogu w Sao Paulo żebrak będzie mógł powiedzieć: to mój dom?

Po ludzku jakoś rozumiem miłośników tradycyjnego liturgicznego przepychu z czasów Benedykta. Czują, że odebrano im święto, radosny triumf na oczach świata. Zrobiono to jednak po coś – żeby oddać je biednym.

Franciszek, który w dniu wyboru kazał nam wznieść się na chwilę nad palącą „bieżączkę“ i spojrzeć na wszystko z góry, dziś ominął kolejną rafę – tradycjonalistom i postępowcom powiedział: pobijecie się później, teraz jedziemy do sensu.

A myśmy się spodziewali

Bo jaki jest sens liturgii, co najpełniej oddaje piękno Boga? Złota nitka czy chęć nakarmienia uczniów chlebem życia? I do czego władcy mają służyć insygnia? Do tego, by odróżnić się od tłumu, czy – w myśl homilii – do tego, by być jeszcze bliżej nich?

Czy Jezus, Głowa Kościoła, spowijał się (choć mógł) w bisior i purpurę? Jasne, że lex orandi lex credendi – sposób w jaki się modlisz również determinuje to, w jaki sposób wierzysz. Pytanie, czy również w liturgii, w ceremoniale, we wspólnym przeżywaniu relacji z Bogiem również nie powinniśmy oczyścić się z nadmiaru?

Tradycjonaliści – ze swojego przekonania, iż czerwone kapcie na papieskich piętach zmieniają na lepsze ten świat, postępowcy – z nadmiaru emocji i myślenia wyłącznie o tym, jakie to ich potrzeby liturgia miałaby zaspokajać.

Gdy patrzyłem dziś na spiętych jak agrafki papieskich ceremoniarzy, na kolejnych prałatów z Sekretariatu Stanu przedstawiających papieżowi oficjalnych gości, po ludzku im współczułem, bo patrząc na Franciszka zdają już chyba sobie sprawę, że siekiera do pnia jest już przyłożona.

A myśmy się spodziewali

Z drugiej strony – cieszę się, bo szlag mnie trafia ilekroć patrzę, ile kapłańskich powołań marnuje się w takim Watykanie. Podobnie jak absurdem jest święcenie księży, by później przez całe życie bawili się w budowlańców, tak samo bezsensowne jest robienie z kapłanów stylistów, ministrantów (czasem nawet w randze biskupa), dyplomatycznych urzędasów.

Te role z powodzeniem mogą spełniać świeccy, tymczasem tysiące pustych parafii na świecie wołają o księży. Ci poprawiają fałdki papieskich ornatów i anonsują Roberta Mugabe, a ludzie w Brazylii czy na Syberii umierają duchowo z braku sakramentów.

Dziś niektórzy z przekąsem mówią, że zaczyna się era papieża proboszcza. Dałby Bóg. Żeby wreszcie nie było „centrali“ i „dołów“, żebyśmy znowu zobaczyli w sobie sąsiadów, parafię, rodzinę. A ci, których Pan Bóg powołał do prymatu, wsłuchali się w to nowe (a z punktu widzenia światowej polityki – absurdalne) rozumienie prymatu, które dziś podał papież: pochylam przed wami głowę i będę wam służyć.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Wywiad z Szymonem Hołownią po wyborze papieża

"To papież, który otrzaskał się z realnym życiem toczącym się na świecie. Jest też człowiekiem, który sam żyje bardzo skromnie" - mówi w rozmowie z Romanem Osicą, reporterem RMF FM, o wyborze na papieża Argentyńczyka Jorge Maria Bergoglio Szymon Hołownia.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

"To bardzo wstrząsające, że biskup Rzymu, suweren państwa watykańskiego, wychodzi na balkon i zanim udzieli błogosławieństwa "Urbi et orbi" prosi lud, żeby go pobłogosławił, schylając głowę. W krajach Ameryki Łacińskiej to popularne zachowanie, ale zrobił to jako pierwszy na tym balkonie. I to imię Franciszek – jasno nawiązujące do Kościoła ubogich. Przychodzi papież, którzy może wreszcie będzie w stanie powiedzieć, co to jest nowa ewangelizacja" – dodaje.

Źródło: RMF FM

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >