Żywot niedzielnego katolika

Czy warto chodzić do kościoła z przyzwyczajenia i jak można uczynić świętem coś, do czego się już przywykło...?

Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Naszkicowany karykaturalnie człowiek chodzący do kościoła z przyzwyczajenia, jest osobą, która przymuszona nawykiem, co niedzielę pojawia się w najbliższym kościele na mszy św., by przeczekać godzinę myśląc o niebieskich migdałach. Podejrzewam, że nikt z czytelników nie odnajduje się w takim obrazie. Problem jednak pozostaje, bowiem dla wielu osób niedzielna msza św. kojarzy się bardziej z rutyną niż świętowaniem.

Szukając zatem odpowiedzi na tytułowe pytania spróbujmy wyjaśnić najpierw poszczególne terminy. Najłatwiej zacząć od pytania „Co to znaczy chodzić do Kościoła?”. To znaczy uczestniczyć w niedzielnej mszy świętej, do czego ktoś czuje się zobowiązany na mocy przykazania „Pamiętaj abyś dzień święty święcił”, za sprawą wychowania wyniesionego z domu lub dzięki wewnętrznemu przekonaniu.

Co to znaczy „warto”? To znaczy, że obecność w Kościele pozwala na uzyskanie jakiegoś dobra. Termin ten zakłada również, że poniesione koszty, w tym wypadku poświęcenie czasu i sił, przyniosą określony zysk.

A co to znaczy „z przyzwyczajenia”? Chodzi o podejmowanie działania, którego głównym motywem jest fakt, że zawsze się tak robiło, że nigdy nie było inaczej i weszło to komuś w nawyk tak bardzo, że nie wyobraża sobie, iż mogłoby być inaczej.

Żywot niedzielnego katolika

Czytając powyższe wyjaśnienie pierwsze co się narzuca, to nieadekwatność terminu „warto”. Sprowadza on bowiem nasze rozważania na pole ekonomiczno-handlowe, a rzeczywistość niedzielnej Eucharystii w przestrzeń wymiany dóbr pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Człowiek ofiaruje swoją obecność i oddaje cześć Bogu, ale spodziewa się w zamian, że Bóg zapewni mu duchową przyjemność w niedzielę lub/oraz opiekę i błogosławieństwo w ciągu tygodnia. Na wyższym poziomie będzie to oczekiwanie, że regularna obecność na mszy św. zaowocuje duchowym rozwojem człowieka. Problem polega na tym, że przyjaźń lub miłość przeżywana w perspektywie „A co ja będę z tego miał?” przestają być relacją osób. Budowanie więzi ma swój rytm odmienny od oczekiwania natychmiastowego efektu. Są dni, gdy ludzie wzajemnie się obdarowują, ale są i takie gdy wiodą żywot bardzo zwyczajny. Są takie okresy, w których łączy ich wspólnie przeżywane szczęście, ale są i takie, w których zbliżają ich trudności. Zaufanie między osobami może pojawić się szybko, ale ugruntowane zostanie, jeśli przejdzie przez wiele prób i naukę wzajemnego przebaczania.

Piękno przyjaźni czy miłości polega na czymś innym niż bezpośredni zysk którejkolwiek ze stron, a ich dojrzewanie wymaga czasu i cierpliwości. Podobnie będzie z uczestnictwem we mszy św.

Jej duchowa wartość może być bardzo różna od emocjonalnego przeżycia chwili, a owoce przynosić w zupełnie innym miejscu i czasie, niż się człowiek spodziewa.

Na pytanie jak uczynić świętem coś, do czego się już przywykło w odniesieniu do mszy św. nie da się odpowiedzieć przy pomocy jakiejś recepty czy instrukcji. Można przeczytać dziesiątki książek o budowaniu przyjaźni i miłości. Każda może pomóc, ale żadna z nich nie daje gwarancji na udany związek.

To co najpiękniejsze odkrywa się dzięki cierpliwemu wysiłkowi powolnego budowania relacji, odkrywania bogactwa, które może zaistnieć między dwom osobami. W kontekście mszy św. przyzwyczajenie, nawyk, dobrze pojęta rutyna mogą być wartościami pozytywnymi.

Zapewniają bowiem ciągłość procesu stopniowego otwierania się na rzeczywistość królestwa Bożego. Nikt z ludzi nie jest w stanie wyczerpać bogactwa, które przygotował Bóg na uczcie Eucharystycznej. Tylko uczestnicząc we wspólnocie uczniów Chrystusa, czytając Słowo i łamiąc Chleb w dobrej i złej doli mam szansę osobiście doświadczyć tego, co w Eucharystii najpilniejsze i najbardziej wartościowe –  świętować moją komunię z Bogiem i ludźmi.

Paweł Kozacki OP

Paweł Kozacki OP

Dominikanin, publicysta, blogger, były przeor Konwentu Świętej Trójcy w Krakowie oraz wieloletni redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Od 1 lutego 2014 r. Prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Kozacki OP
Paweł
Kozacki OP
zobacz artykuly tego autora >

Sięgaj po najlepsze

Moc do czynienia cudów we własnym życiu i w życiu swojej rodziny, odwaga, brak lęku i siła, by kochać. O tym, skąd tę moc brać i że mamy ją w zasięgu nie tyle ręki co serca rozmawiamy z ks. Radosławem Rafałem ze Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny, egzorcystą i psychologiem.

Anna
Lasoń-Zygadlewicz
zobacz artykuly tego autora >

Po co Jezus „wymyślił” Eucharystię?

Po to, żeby każdy człowiek miał dostęp do owoców Jego śmierci i Zmartwychwstania. Eucharystia jest jak kliknięcie na link, które przenosi cię w rzeczywistość Golgoty i pustego grobu Chrystusa. My istniejemy w czasie, ale gdy podczas Mszy św. zaglądamy w wieczność – tam nieustannie rozgrywają się te dwa wydarzenia jako „tu i teraz”.

Eucharystia jest jak studnia, z której bije źródło, więc zawsze możesz po tę wodę sięgnąć. Jezus pozostawił studnię otwartą i powiedział: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28). Aby to było możliwe – zostawił nam siebie pod postacią Chleba.

W ostatnich czasach w Kościele wydarzyło się wiele cudów eucharystycznych – dzięki nim Jezus przekonuje nas o swojej obecności, pokazując swoje realne Ciało w konsekrowanej Hostii. Co ciekawe, podczas Mszy św. i adoracji Najświętszego Sakramentu mają miejsce takie same cuda, jakie czynił Jezus, gdy chodził po ziemi: uzdrowienia, nawrócenia, uwolnienia. Nic się nie zmieniło – On dotyka nas tak samo jak tych, którzy wtedy do niego przychodzili.

Dziś także i zło reaguje na obecność Jezusa jak dawniej. Gdy Chrystus jest adorowany czy uwielbiany w Najświętszym Sakramencie – ludzie dręczeni przez ducha złego zaczynają wyć i krzyczeć: „Zabierz to!”. Osoby bardzo zniewolone mają często problem z przyjęciem Komunii. A dla satanistów cenną zdobyczą jest Niepokalana Hostia, ponieważ chcą ją zbezcześcić podczas swoich czarnych mszy. To taki negatywny dowód na realną obecność Jezusa w Komunii – gdyby Go tam nie było, nie zadawaliby sobie tyle trudu, żeby ją zdobyć.

Sięgaj po najlepsze

My, współcześni bardzo ekscytujemy się mocą. Szukamy jej, by uzyskać władzę nad własnym życiem i trafiamy przy tym różnie: we wróżbiarstwo, magię, talizmany, horoskopy i inne złudzenia. Co tracimy, nie korzystając z mocy Eucharystii?

Tracimy moc samego Ducha Świętego, który może zmienić nasze życie. Ludzie dzwonią do wróża w TV, który za 4 zł netto/min (4,92 zł brutto/min) otworzy ci wszystkie czakry, albo powie, co cię czeka w życiu. A na Eucharystii nie dosyć, że wszystko mamy za darmo, to jeszcze mamy całe Niebo i Jezusa w mocy Ducha Świętego. Kiedy Go przyjmujesz, ta moc jest również w tobie – moc do czynienia cudów we własnym życiu i w życiu twojej rodziny. Ona da Ci odwagę, wykorzeni lęk i da siłę by kochać.

Podczas konsekracji my, księża ogłaszamy śmierć Jezusa – ale Jezus w tym momencie realnie umiera za nas na krzyżu. Wtedy następuje oddzielenie Ciała od Krwi – dlatego są w osobnych naczyniach liturgicznych. A potem następuje ten najważniejszy moment Mszy św., kiedy kapłan podnosi Najświętsze Postaci do góry i mówi: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże Ojcze Wszechmogący…”. Mówi jakby tym samym: „Ojcze, zobacz, to jest ofiara przebłagania za nasze grzechy. Wierzę, że patrzysz teraz na mnie przez  swojego Syna, ponieważ okrywam się teraz Jego sprawiedliwością i mogę przystąpić do tronu Twojej chwały”. A kiedy kapłan łamie Ciało Pańskie i cząsteczkę wrzuca do kielicha z Krwią – oznacza to zmartwychwstanie, czyli połączenie na nowo Ciała i Krwi. A wtedy słyszymy słowa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” – i ksiądz podnosi Go, by ukazać światu Chrystusa pełnego mocy, zmartwychwstałego. Kiedy więc idziesz do Komunii, naprawdę przyjmujesz samego Jezusa.

Co tracę, jeśli „zaliczam” Mszę jako widz – jak niedzielny rytuał nakazany przez trzecie przykazanie?

Omija cię to, co najlepsze, bo Eucharystia cała jest o miłości. Czasami przychodzi ktoś do mnie i mówi: „Bo mnie to Msza nudzi…”. Rodzi mi się wtedy pytanie: jak może mnie nudzić czyjaś śmierć?! Stoję przy krzyżu Chrystusa, jestem świadkiem Jego śmierci, a w tym czasie oglądam sobie kozaki pani z ławki obok?

Ale podobnie było też w czasie, gdy Jezus umierał na Golgocie. Stali tam faryzeusze, którzy wyśmiewali Jezusa, i przechodnie, którzy chcieli zobaczyć, jak ktoś umiera. Wrócili potem do swojej rzeczywistości, ale nic z tego nie zrozumieli. Zrozumiał tylko św. Jan, Maryja i Maria Magdalena, bo tylko oni pod krzyżem stali świadomie. Dlaczego? Ponieważ znali Jezusa, wiedzieli kim On jest. I to właśnie jest najważniejsze: jeśli Go znam, to na Mszy przychodzę do Niego i – na ile potrafię – przyglądam Mu się sercem. Chrześcijaństwo to nie rytuały, to religia serca. Moje serce musi się w to poznawanie Chrystusa angażować.

Oczywiście zrozumiała jest sytuacja, gdy człowiek nie jest dojrzały i szczerze mówi: „Nie rozumiem, ale tu jestem”. Gorzej, jeśli motywacje są takie: „Jestem na Mszy, bo żona mi kazała/bo przykład dzieciom mam dawać/bo coś sobie tym załatwiam – ale ogólnie mam to wszystko w nosie”. Bóg mówi do takich ludzi w Księdze Izajasza: „Nie chcę twoich ofiar, twoich słów obłudnych; chcę twojego serca” (por. Iz 1, 11-18).

Sięgaj po najlepsze

Czy istnieje jakiś odpowiednik Mszy dla tych, którym trudno wytrwać w kościele?

Niektórzy mówią: „Zamiast siedzieć w kościele i patrzeć na tę rewię mody, wolę pójść na łąkę. Jak tam sobie porozmawiam z Panem Jezusem, to dopiero Go czuję!”. Ale tu nie chodzi o uczucia. Jeśli znajduję się w rzeczywistości sakramentalnej – mogę mieć stuprocentową pewność, że tu naprawdę spotykam się z żywym i prawdziwym Bogiem. Kiedy rozpoczyna się Eucharystia – otwiera się niebo. Aniołowie, cherubini i serafini zaczynają uwielbiać Boga. A tu człowiek w ławce dłubie sobie w nosie i ziewa, a różne myśli snują mu się po głowie… W tym czasie całe niebo staje w zachwycie i adoruje Boga, bo za chwilę dokona się tu bezkrwawa ofiara i zmartwychwstanie Jezusa. Wszystko to „dostajemy na tacy”, więc wydaje się nam, że wszystko to nam się należy. I że Pan Jezus to taki dobry wujek. A On jest potęgą – to Baranek zabity ale żywy, to światłość światłości! Bóg owszem, jest miłosierdziem – ale jest też sprawiedliwością, jest Majestatem! Drżą przed Nim narody, niebo przed Nim drży. Kiedy kapłan podnosi Ciało i Krew Pańską – całe niebo milknie.

Jako kapłan mam świadomość, że kiedy wkładam ręce do tabernakulum – wkładam ręce w wieczność. Tu czas się zatrzymuje i na Mszy zostajemy zanurzeni w wieczności. Czym jest więc Eucharystia? To moment, w którym mamy szansę zajrzeć w niebo i poznawać, czym ono jest. Warto sięgnąć do Księgi Apokalipsy, rozdziału 4 i 5, żeby rozważać te fragmenty i właśnie nimi przygotować się na Eucharystię. A wracając do pytania: zamiennik Mszy nie istnieje.

A czemu Pan Bóg zaplanował nam też niedzielę? Nie wystarczyłaby sama Eucharystia?

To proste: żeby człowiek miał czas na świętowanie, i żeby odpoczął. To nienormalne, gdy ktoś w ogóle nie odpoczywa i pracuje 7 dni w tygodniu. Nawet urządzenia potrzebują czasu na reset! My też – Bóg pokazał to podczas stwarzania świata, skoro 7. dnia sam odpoczął. On wprawdzie się nie zmęczył, ale dał sygnał człowiekowi, że po każdej pracy trzeba odpocząć. Oddajesz więc chwałę Panu Bogu odpoczywając w tym dniu, który On do tego przeznaczył. A gdy żyjesz zgodnie z Jego wolą – wtedy w sercu masz dobrostan. Jeśli zaś idziesz pod prąd Jego woli – nie dziw się, że doświadczasz przemęczenia, wypalenia, chorób cywilizacyjnych. Ale Bóg tak cię kocha, że wciąż przypomina: „Stop! Jest niedziela, teraz musisz odpocząć”.

To taka „instrukcja obsługi” od producenta, który wie, co wyprodukował i każe tego używać zgodnie z przeznaczeniem?

Dokładnie tak. To właśnie Biblia jest tą instrukcją obsługi. Ale kto dziś czyta instrukcje obsługi, prawda? Dopiero jak coś mu się popsuje, to zaczyna szukać pomocy.

Anna Lasoń-Zygadlewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna
Lasoń-Zygadlewicz
zobacz artykuly tego autora >