Wielcy papieże – część 1

W dziejach Kościoła mieliśmy zarówno papieży wielkich, jak i małych, świętych i grzesznych. Na Piotrowym tronie zasiadali mistycy, mnisi, wojownicy i politycy, ludzie ogarnięci pychą władzy i niezwykle pokorni.

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Pierwszy papież

 

Za pierwszego papieża uznaje się św. Piotra. Co ciekawe, Biblia nie mówi nic o jego pobycie w Rzymie. O męczeńskiej śmierci apostoła w tym mieście dowiadujemy się z Tradycji, ze źródeł pozabiblijnych. Pierwsi chrześcijanie nie mieli jednak wątpliwości, że Piotr rzeczywiście działał i zginął w Rzymie za czasów cesarza Nerona, a współczesne badania archeologiczne prowadzone pod Bazyliką św. Piotra w Rzymie potwierdzają, że mieli rację. Biblia wspomina natomiast o wyjątkowej roli, jaką odgrywał Piotr wśród apostołów. To on najczęściej wypowiadał się w ich imieniu, on pierwszy wyznał, że Jezus był Mesjaszem, pierwszy rozpoznał Go po zmartwychwstaniu i to on przemawiał podczas Zesłania Ducha Świętego w żydowskie święto Pięćdziesiątnicy. On też przewodniczył I Soborowi w Jerozolimie. Choć Piotr nie był doskonały – to jemu Jezus powiedział: zejdź mi z oczu, szatanie, trzykrotnie zaparł się Mistrza, inaczej traktował chrześcijan pochodzenia żydowskiego a inaczej pogańskiego – stał się Opoką, na której Chrystus zbudował swój Kościół.

Leon I Wielki

Portret Leona I; Autor: Francisco Herrera Młodszy, Muzeum Prado

Leon I Wielki
Atylla i Leon I

Illustrated Chronicle (1358) - zdjęcie zrobione przez użytkownika Csanady

Atylla i Leon I

Spotkanie Leona I i Attyli. Brazylijka św. Piotra, Watykan

Leon I Wielki

Portret Leona I; Autor: Francisco Herrera Młodszy, Muzeum Prado

Wielcy

 

Z 265 papieży tylko trzech nosi oficjalnie przydomek „Wielki”. Są nimi święci: Leon I, Grzegorz I i Mikołaj I. George Weigel sugeruje, że czwartym powinien być św. Jan Paweł II. Czym można sobie na „wielkość” zasłużyć?

Leon I żył w V w. Kochał liturgię i był wielkim teologiem (zatwierdził m.in. sobór w Chalcedonie w 451 r., który uchwalił dogmat mówiący o tym, że Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem zarazem). Pewnego dnia musiał stanąć jednak przed zadaniem, które – jak zapewne mu się wydawało – przerastało jego zdolności. Na tereny cesarstwa rzymskiego wkroczył prawdziwie wojenny żywioł: dzicy Hunowie pod wodzą Attyli. Na Rzym padł blady strach. Cesarz Walentynian III, zbyt słaby, żeby poradzić sobie z najazdem, poprosił o pomoc właśnie papieża Leona I. Papież, choć nie był ani politykiem, ani mediatorem, nie odmówił słabemu cesarzowi. Wyruszył na spotkanie z człowiekiem, przed którym drżał cały świat. Odbyli krótką rozmowę, po której… Attyla zarządził odwrót. Rzym został ocalony. Co powiedział papież wodzowi Hunów? Nie wiemy. Trzy lata później (455 r.) Leon znów negocjował w podobnych okolicznościach, tym razem z królem Wandali, Genzerykiem. Wieczne Miasto zostało co prawda splądrowane, ale Leonowi udało się wyprosić, by oszczędzono jego mieszkańców od rzezi.

 

W 590 r., czyli zaledwie 150 lat później, na tron Piotrowy wstąpił Grzegorz I. Podobnie jak Leon żył w niełatwych czasach. Zachodnie cesarstwo upadło. Półwysep Apeniński plądrowali tym razem germańscy Longobardowie. Patrycjusze ze strachu opuścili Rzym, do którego ściągnęła za to w poszukiwaniu pracy i jedzenia wiejska biedota. Na dodatek pojawiła się epidemia tyfusu brzusznego i głód. Tym wszystkim musiał się zająć właśnie biskup Rzymu.

Grzegorz nie chciał być papieżem, bardzo się przed tym wzbraniał, nawet próbował uciec z miasta. Został wybrany jednogłośnie przez senat, lud rzymski i duchowieństwo. Znano go dobrze, pochodził z dobrego rodu a w młodości pełnił funkcję prefekta miasta, potem jednak został mnichem.

Grzegorz I Wielki

Portret Grzegorza I siedzącego tyłem; Autor: Carlo Saraceni

Grzegorz I Wielki

Grzegorz Wielki dyktuje reformę liturgiczną pod natchnieniem Ducha Świętego. Grawer "Historia świętego Grzegorza Wielkiego" Maimbourg, 1686

Grzegorz I Wielki

Papież Grzegorz I dyktuje gregoriański chorał. Rycina z Antyfonarzaz Hartker klasztoru św. Galla

Mikołaj I Wielki
Grzegorz I Wielki

Portret Grzegorza I siedzącego tyłem; Autor: Carlo Saraceni

Pontyfikat zaczął od negocjacji z Longobardami oblegającymi miasto. Ci, w zamian za trybut z funduszu kościelnego, postanowili odstąpić od oblężenia. Akcję rozdawania żywności i ubrań biednym nadzorował osobiście. Postanowił też zreformować, słaby – według niego – Kościół. Usuwał niegodnych urzędników kościelnych, nakazywał większą dyscyplinę w klasztorach, a biskupom celibat, piętnował chciwość duchowieństwa. Wysłał misjonarzy na Wyspy Brytyjskie i do Longobardów. Zreformował liturgię, tworząc prototyp dzisiejszego mszału. Msze gregoriańskie odprawiane za zmarłych i chorał gregoriański, czyli tradycyjny śpiew Kościoła rzymskiego, noszą nazwy właśnie od jego imienia.

 

Choć zasługi żyjącego w IX w. Mikołaja I w porównaniu z Leonem I i Grzegorzem I wydają się mniejsze, przy jego imieniu też widnieje przydomek „Wielki”. Zawdzięczamy mu m.in. twierdzenie, że papież jest zastępcą Chrystusa na ziemi i zwierzchnikiem Kościoła, który nie podlega sądowi. Mikołaj I zabiegał o to, żeby Kościół był niezależny od cesarza, państwa, żeby możnowładcy nie mogli ingerować w mianowanie biskupów i opatów w klasztorach. Uważał jednocześnie, że władza powinna stać na straży chrześcijańskiego charakteru państwa.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

A może by tak te 40 dni spędzić na pustyni…

Prawdziwa pustynia to teren gdzieś pomiędzy Trasą Łazienkowską a stadionem Legii. Tam mają swoją oazę siostry i bracia z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich.

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Wszystko zaczęło się blisko 40 lat temu we Francji. On miał na imię Pierre-Marie Delfieux, był teologiem, socjologiem i duszpasterzem paryskiej Sorbony. Swój profesorski urlop tzw. „rok szabatowy” postanowił spędzić na Saharze, gdzie chciał posmakować mniszego życia. Był szczęśliwym księdzem diecezjalnym, który od dawna pragnął życia wspólnego, choć nie widział siebie w dominikańskim, karmelitańskim czy kamedulskim habicie.

Pewnego dnia przyszedł do niego mały brat od Jezusa ze zgromadzenia założonego przez Karola de Foucauld. W ręku trzymał urywek z gazety, która dotarła na pustynię z wielkim opóźnieniem. „To dla ciebie” – powiedział. Był to artykuł, w którym kardynał Marty, ówczesny arcybiskup Paryża, wzywał mnichów, aby przyszli do stolicy Francji.

W tamtym momencie wszystko stało się jasne. Ksiądz Pierre-Marie zrozumiał, że istnieje pustynia o wiele straszniejsza niż ta geograficzna – pustynia miejska, gdzie ludzie stworzeni do wspólnoty i przyjaźni umierają z osamotnienia.

Kiedy wrócił do Paryża okazało się, że żaden z istniejących zakonów nie odpowiedział na prośbę kardynała. Poszedł więc do swojego zwierzchnika i przedstawił mu swój plan.

 „D’accord” – usłyszał w odpowiedzi, co po francusku oznacza tyle co „zgoda”. I od tamtej pory Monastyczne Wspólnoty Jerozolimskie stały się oazami na pustyniach wielkich miast.

O tym, że ludzie szukają wody na tej pustyni przekonują tłumy, które codziennie gromadzą się w ich kościołach, aby odetchnąć od pośpiechu i hałasu, jaki funduje brutalna rzeczywistość.

A może by tak te 40 dni spędzić na pustyni…A może by tak te 40 dni spędzić na pustyni…

Miłość to konkret

 „Kochaj” – tak brzmi pierwsze słowo w przetłumaczonej na 20 języków „Księdze Życia Jeruzalem”, którą ojciec Pierre-Marie napisał jako regułę dla Wspólnot. Siostry i bracia realizują ją w dziesięciu placówkach na całym świecie.

Nie głoszą płomiennych kazań ani nie prowadzą działań ewangelizacyjnych jak to mają z zwyczaju zgromadzenia czynne. Zapytani o to co robią, odpowiadają po prostu: „modlimy się”.

Modlą się za mieszkańców metropolii, w których żyją. W rytmie, w jakim biją serca wielkich miast:

– jutrznię odmawiają z myślą o ludziach, którzy rano spieszą się do pracy,

– oficjum południowe w łączności z tymi, którzy trudzą się przy swoich codziennych obowiązkach,

– nieszpory w intencji tych, którzy zmęczeni wracają do domów.

Po prostu starają się „być” dla ludzi. Obecność to najprostsza filozofia miłości. Ich modlitwa połączona jest z ciszą, która należy dzisiaj do „towarów deficytowych” i często znajduje się na liście wielkopostnych postanowień.

Raz do roku podczas „miesiąca pustyni” mnisi Jerozolimscy upodabniają się do tradycyjnych pustelników i spędzają kilka tygodni w domkach pasterskich rodem z XIX wieku. Zaś szczególnym czasem na milczenie w tygodniu jest poniedziałek zwany także „dniem pustyni”. Dla sióstr i braci jest to czas, kiedy przebywają tylko z Bogiem, serce przy sercu.

Taki dzień daje siłę, aby przetrwać.

Na przekór większości społeczeństwa kochają poniedziałki, a w kolejne dni tygodnia pracują, podobnie jak mieszkańcy metropolii. Członkowie wspólnot szukają zatrudnienia w świeckich zawodach, aby być jak najbliżej tych, za których się modlą. Jedna z warszawskich sióstr jest księgową, inna pracowała w kwiaciarni, jeden z braci żartował, że wykłada w pewnym liceum… obiady na talerze.

„Jestem siostrą Jerozolimską, mogę pracować tylko na pół etatu, nie będę przychodzić do pracy w poniedziałki” – czy potrzeba czegoś więcej, aby zniechęcić pracodawcę?

A może by tak te 40 dni spędzić na pustyni…

Styl życia mają prosty i zwyczajny. Ludzie, którzy gromadzą się wokół nich tworząc „świeckie odgałęzienia” przyznają często, że w duchowości braci i sióstr najbardziej atrakcyjny jest… brak fajerwerków. A kto powiedział, że współczesny człowiek, oczekuje od chrześcijaństwa kolorowych sztucznych ogni? Wspólnoty nie oferują nic nadzwyczajnego poza ciszą, modlitwą, adoracją Najświętszego Sakramentu i Eucharystią. A jednak właśnie to przyciąga ludzi spragnionych tego, co do bólu zwyczajne i czego podczas Wielkiego Postu zabraknąć nie może.

Jak wygląda sam Wielki Post na Łazienkowskiej?

Wbrew pozorom nie znajdziemy tutaj egzotyki, jakiej moglibyśmy spodziewać się po życiu mnichów. Siostry i bracia nie chodzą w tym czasie we włosiennicach ani się nie biczują, lecz wykonują swoje codzienne zajęcia.

W codzienności otwiera się przecież najszersze pole dla wielkopostnych postanowień, bo nie każdemu łatwo milczeć albo kochać człowieka, który denerwuje. Nie praktykują przesadnej ascezy, ale wiernie trzymają się trzech wielkopostnych filarów: jałmużny, postu i modlitwy.

Wielki Post to ich zdaniem zaproszenie do wewnętrznego wyciszenia i wejścia w głąb siebie. Wspólnoty Jerozolimskie pokazują, że aby przeżyć Wielki Post jak mnich, mnichem być… nie trzeba. Zwyczajne życie braci i sióstr niesie ze sobą wiadomość:

Przecież Ty też tak możesz.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >