video-jav.net

Bóg wzywa nas do start-upu

Nigdy nie należy mówić, że już jest za późno, albo „jestem już za stary”. Zawsze można zacząć wszystko od nowa.

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Co to jest start-up?

Osobom, które wzięły ślub często życzy się szczęścia „na nowej drodze życia”. Oczywiście na nową drogę życia wkraczamy także w wielu innych sytuacjach. Nowa szkoła bądź praca, narodziny dziecka, śmierć bliskiej osoby, wyjazd za granicę, małżeństwo – to są wszystko sytuacje, które zmieniają nasze życie. Trzeba się jakoś wtedy odnaleźć. Nowe wyzwania to zawsze ryzyko, ale bez podejmowania takiego ryzyka, nie moglibyśmy się rozwijać. Kiedyś nasi przodkowie podjęli brzemienną w skutki decyzję o zejściu z drzewa, ryzykując, że padną ofiarą drapieżników. W konsekwencji potomków tych, którzy postanowili pozostać na drzewie, oglądamy dziś w ogrodach zoologicznych. Przykład to może nazbyt jaskrawy, ale chyba trudno odmówić mu racji. Kto nie ryzykuje, nie popełnia też błędów, poza największym błędem, jakim jest właśnie nicnierobienie. Ktoś kto tkwi w miejscu, nigdzie nie dojdzie i nie trzeba być mędrcem, aby to pojąć.

 

Kto nie ryzykuje, nie popełnia też błędów, poza największym błędem, jakim jest właśnie nicnierobienie.

Biblijne start-upy

Biblia obfituje w historie ludzi, których życie, czasem z dnia na dzień ulegało diametralnej zmianie. Dokonany przez nich wybór determinował i określał ich przyszłość. Przypomnijmy sobie chociażby Mojżesza, który najpierw był egipskim księciem, potem banitą i pasterzem, aby w wieku 80 lat po raz kolejny zacząć wszystko od nowa, ponieważ Bóg powołał go na wyzwoliciela narodu wybranego. I wtedy się dopiero wszystko zaczęło.

Start-upem było też dla całego narodu wyjście z Egiptu. Niektórzy, po opuszczeniu niewoli, do tego stopnia nie potrafili poradzić sobie z wolnością, że całe pokolenie musiało wymrzeć, wędrując przez 40 lat po pustyni, co pokazuje, jak trudno jest czasem wyzbyć się starej mentalności. Niewolnik, który tęskni za niewolą, bo życie było wtedy łatwiejsze, to wcale nie taki wielki paradoks, zważywszy, że do dziś niektórzy tęsknią za komuną.

Z kolei start-upem Dawida było namaszczenie go na króla przez proroka Samuela, choć był tylko pasterzem i najmłodszym z synów swego ojca. Pozornie nic w jego życiu się nie zmieniło, bo nadal żył tak, jak poprzednio, ale w oczach Boga to on był od tego momentu królem, a nie Saul, który zasiadał na tronie i można rzec, że „Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała”.

Czytając Biblię, możemy zauważyć, że czasem Bóg, powołując kogoś, aby wkroczył na nową drogę życia, zmieniał temu komuś imię. W mentalności semickiej imię symbolicznie określało bowiem przeznaczenie. Dlatego Abram stał się Abrahamem, Jakub Izraelem, a rybak Szymon, otrzymał od Jezusa imię – Kefa (Skała). Z tego samego powodu faryzeusz Szaweł (czyli Saul) w pewnym momencie zaczął się przedstawiać jako Paweł (Paulus oznacza „mały”, „drobny”), aby pokazać, że rozpoczął nowe życie i – w przeciwieństwie do poprzedniego – wybrał pokorę. Do dziś zwyczaj ten widzimy po wyborze nowego papieża. Kardynał, który staje się następca św. Piotra, rezygnuje z dawnego imienia i nazwiska.

Jak widać, mógłbym opisać wiele biblijnych start-upów (które miały bardzo różny charakter), ale skoncentruję się na jednym, za to bardzo znaczącym.

 

Jestem z miasta… a raczej byłem

Abram (nazwany później przez Boga Abrahamem) mieszkał początkowo w Ur chaldejskim, sumeryjskim mieście w Mezopotamii nad Zatoką Perską. Starożytne Ur było ośrodkiem kultury i cywilizacji. Jego mieszkańcy mogli mówić z dumą „Jestem z miasta, to widać, słychać i czuć”. Bo mieszkanie w Ur było nobilitacją. W centrum miasta znajdowała się między innymi trzykondygnacyjna świątynia w formie zikkuratu (czyli wieży o zmniejszających się schodkowo tarasach). Ur zbudowane zostało w oddaleniu około piętnastu kilometrów od koryta Eufratu, i choć nie było już polityczną stolicą państwa, dalej funkcjonowało jako ważne religijne i handlowe centrum, osiągając rozmiary co najmniej 60 ha. Nam się może wydawać, że to mało, ale wtedy była to metropolia. Życie w mieście pod wieloma względami było łatwiejsze, choć wiązało się ze zobowiązaniami podatkowymi.

Ci, którzy decydowali się na styl życia nomadów, pozbawieni byli ochrony, jaką zapewniało miasto. Wędrując z miejsca na miejsce w poszukiwaniu pastwisk dla swych trzód, nieraz narażeni byli na walki o dostęp do wody i paszy z innymi grupami nomadów. To był prawdziwy „dziki Wschód”. I oto nieoczekiwanie Abram porzucił w miarę bezpieczne miejskie życie właśnie na rzecz niebezpiecznego i trudnego życia nomady. Razem z ojcem Terachem, żoną Saraj (która była jego przyrodnią siostrą) i bratankiem Lotem opuścili miasto, aby udać się do kraju Kanaan. Stary Testament początkowo nie podaje przyczyny opuszczenia przez nich Ur, ale później czytamy, że było to wolą Boga Jahwe (Rdz 15, 7). A więc już ten pierwszy impuls pochodził od Boga. Po drodze osiedlili się w Charanie, gdzie Terach zmarł. Tam Bóg otwarcie objawił się Abramowi i rzekł bez ogródek: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę( Rdz 12, 1). Jahwe obiecał uczynić z niego wielki naród i rozsławić jego imię na świat. Abram posłuchał swojego Pana i udał się w dalszą drogę wraz z bratankiem i żoną.

 

Nigdy nie jest się za starym

Warto zauważyć, że Bóg przemówił do Abrama w okresie jego starości, kiedy on sam uważał, że stoi już w obliczu bliskiej śmierci. Nie wiedział, że pożyje jeszcze sto lat. Jak widać nigdy nie należy mówić, że już jest za późno, albo „jestem już za stary”. Możemy przypuszczać, że Abram był sfrustrowany i rozgoryczony. Prawdopodobnie postrzegał samego siebie jako człowieka przegranego. W wieku 75 lat nie miał potomstwa, a wtedy to była największa tragedia, ponieważ oznaczała śmierć bez pozostawienia po sobie pamięci, czyli de facto skazanie samego siebie na unicestwienie. Bóg dał mu obietnicę na nowe życie i potomstwo, ale pod warunkiem opuszczenia „domu jego ojca”. W praktyce oznaczało to, że wezwał go, aby zrezygnował z dotychczasowego życia, aby wyszedł ze swej strefy komfortu, ze swego bezpiecznego świata. Miał zostawić wszystkie swoje zabezpieczenia, układy, rodzinny dom, dziedzictwo swego ojca oraz kraj swego urodzenia i pójść w nieznane. Nakaz ten dotyczył więc przede wszystkim zerwania z przeszłością. W symbolicznym wymiarze możemy uznać, że pod mianem „dom twego ojca” kryją się też wszystkie przyzwyczajenia, sposób patrzenia na świat, wszelkie schematy działania i zawory bezpieczeństwa wyniesione z domu. Opuścić to wszystko jest rzeczą bardzo trudną, bo wyjście ze swojego bezpiecznego świata zawsze wydaje się ryzykowne. Łatwiej pewnie tego dokonać, kiedy jest się młodym.

 

Odnaleźć siebie?

Po hebrajsku słowa Boga brzmiały lech lecha. Wystarczyłoby jedno słowo: lech! – „idź!”. Po co więc to „lecha”? Średniowieczny żydowski komentator Tory Szlomo ben Icchak, częściej znany pod akronimem Raszi, zaproponował, aby rozumieć słowa Boga jako „idź dla siebie”, „wyjdź ku sobie”, a jeszcze inaczej mówiąc – „idź dla swojego dobra”. Ani kierunek, ani cel podróży nie jest tu tak naprawdę jasno określony. Bóg obiecał Abramowi nie tylko syna i ziemię, ale również odnalezienie samego siebie, czyli swojej tożsamości. Odtąd przez całe życie był on w drodze. A na tej drodze wiara Abrama była poddawana próbom. Bóg po przekazaniu mu obietnicy przez długie lata milczał i zwlekał z wywiązaniem się z obietnicy. Paliwem dla Abrama musiało być to, co kiedyś przeżył. W międzyczasie patriarcha przeżywał różne zawirowania losu i przygody. Między innymi musiał na pewien czas „za chlebem” wyemigrować do Egiptu, bo Kanaan nawiedziła plaga głodu. Okazało się także, że Abram to „mężczyzna z cojones”. Kiedy usłyszał, że jego krewny Lot został uprowadzony w niewolę, dobrał sobie grupę 318 ludzi i rozpoczął pościg aż do Dan, aby uwolnić pojmanych. Nocą zadał klęskę oddziałom króla Kedorlaomera i innych królów mezopotamskich, a potem ścigał ich aż do Choby (Rdz 14).

Był to wyczyn, który zapewnił mu uznanie, sławę i szacunek. Wreszcie Bóg ponowił zapowiedź syna (Rdz 15, 21), zawierając z Abramem przymierze i zmieniając mu imię na Abraham. Patriarcha przeciął na pół zwierzęta, a wieczorem o zmroku Bóg w postaci ognistej kolumny przeszedł się przez połówki zwierząt i spalił je. Bóg zobowiązał się, że wypełni swą obietnicę, niezależnie od wierności Abrahama. Mimo to patriarcha, chciał niejako pomóc Bogu. Za namową i zgodą Sary spłodził syna z niewolnicą Hagar. Bo czas uciekał, a Bóg zwlekał. W konsekwencji tej oddolnej inicjatywy życie Abrahama stało się jednak bardziej zagmatwane i pełne udręki, bo kiedy Bóg spełnił obietnicę i Sara urodziła Izaaka, wymusiła ona na Abrahamie, aby wygnał Hagar i jej syna, a przecież sama wysłała ją wcześniej do łoża swego małżonka. Okazało się też, że wiara Abrahama wymagała oczyszczenia.

Przyszedł moment ofiary z Izaaka. Być może Abraham zapatrzył się za bardzo w swego syna i dziedzica oraz zaczął go sobie przywłaszczać, co mu przysłaniało dalsze horyzonty obietnicy? W każdym razie Bóg oczyścił go, żądając, aby złożył Izaaka w ofierze. Abraham wyszedł z tej próby zwycięsko. Zaufał, że Bóg nie rzuca obietnic na wiatr. „On to wbrew nadziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów” – napisze później Paweł (Rz 4,18). Ale wszystko to mogło wydarzyć się dzięki temu, że w wieku 75 lat zdecydował się rozpocząć swe życie na nowo. Moment gdy całkowicie zaufał Bogu i wyruszył z Nim w nieznaną przyszłość, porzucając swoją przeszłość, był jego najważniejszym życiowym start-upem.

Abraham żył dwa tysiące lat przed naszą erą, ale w pewnym sensie każdy z nas stoi przed podobnym wyborem.

 

 

Czy chcesz żyć w Matriksie?

W 2000 roku w Lednicy Jan Paweł II przypomniał słowa Jezusa skierowane do Piotra: „Wypłyń na głębię”, nadając tym słowom symboliczny wymiar. Jeżeli chcemy w naszym życiu wydać owoce, musimy przekraczać siebie, swoje przyzwyczajenia, schematy oraz podejmować wyzwania. Wypłynąć na głębię, to zawierzyć swe życie Bogu, pokonać swoje słabości i zniechęcenia oraz nie lękać się.

Autentyczna i szczera odpowiedź na wołanie Boga wiąże się z radykalną zmianą, wyborem nowego życia. W Ewangeliach jest wyraźnie napisane, że każdy, kto poszedł za Jezusem, rezygnował ze starego życia i zaczynał nowe. Od tego momentu wszystko było inne, co wcale nie znaczy, że było proste, łatwe i przyjemne. Ale gra jest naprawdę warta świeczki.

Ryzyko pójścia za Bogiem przypomina sytuację opisaną przez Platona. Możemy tkwić w jaskini plecami do wyjścia i widzieć tylko cienie na ścianie, ale możemy też wyjść, aby zobaczyć prawdziwy świat, który jest za naszymi plecami. Z wszystkimi tego konsekwencjami.

Jeżeli ktoś jeszcze nie czuje się przekonany do tego, że w każdej chwili można zacząć od nowa, odwołam się do słynnego filmu „Matrix”, w którym Morfeusz daje Neo do wyboru dwie pigułki: czerwoną, po zażyciu której można poznać prawdę o otaczającej rzeczywistości i niebieską, która pozwalała dalej wygodnie żyć złudzeniami i udawać, że jest się członkiem normalnego społeczeństwa. Jak pamiętamy, Neo wybrał czerwoną pigułkę i otworzył oczy na prawdę, choć znacznie łatwiej było dalej żyć w Matriksie. Pójście za Jezusem to właśnie wybór czerwonej pigułki.

 

Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Co mówi Biblia o… słodyczy?

Nietrudno znaleźć w Piśmie Świętym cytaty pełne słodyczy. Powinien je poznać każdy, kto chce, aby jego życie miało smak!

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >