fot. domena publiczna/wikipedia.org

Jan od Krzyża. Człowiek, który zna drogę do Nieba

Nie wiem, czy pokonałabym tyle przeciwności, czy nauczyłabym się modlić niezależnie od ochoty i emocjonalnych przeżyć, ba! czy byłabym mamą wielodzietną, gdyby nie Jan od Krzyża, mój wierny Przyjaciel.

Reklama

Nasze spotkanie to był czysty przypadek. Wydarzenie, które mogło przejść bez echa, jak tysiące rozmów, spojrzeń, gestów, których nawet nie odnotowujemy, okazało się wydarzeniem fundamentalnie ważnym dla całego mojego życia.

Przypadek polegał na tym, że będąc młodą neofitką, przeczytałam w „Przewodniku Katolickim” recenzję pasjonującej książki o św. Janie. Wybrałam się po nią specjalnie z mojego małego miasta rodzinnego do księgarni św. Wojciecha w Poznaniu. To było lata świetlne temu, kiedy w księgarniach były lady, a książki podawały niezrównane panie sprzedawczynie. Poprosiłam jedną z nich o biografię św. Jana i usłyszałam zasadnicze pytanie (do dziś pamiętam swoją konsternację!): „Którego? Jana Vianneya, czy od Krzyża?”. Oj, tego się nie spodziewałam! Nie dość, że pomyliłam hagiografię z biografią, to jeszcze nie wiedziałam, że było więcej świętych Janów! Najlepsze w tej historii jest to, że jest to chyba jedyny przypadek w moim życiu, w którym nie żałuję swojej pyszałkowatości. Zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawdą „Nie wiem”, poprosiłam w ciemno o… Jana od Krzyża. Nim dojechałam do domu i odkryłam, że recenzja była jednak o proboszczu z Ars, przeczytałam już pół niezwykłej książki „Stromą ścieżką”[1] i – jeszcze o tym nie wiedząc – zyskałam największego nauczyciela na drodze wiary w Syna Bożego.

Pierwsza lekcja Jana to ta o szaleństwie wiary

To bez dwóch zdań najważniejsza lekcja, jakiej mi udzielił. Nim go poznałam, nie wiedziałam, że Boga można kochać tak bardzo! Że można pragnąć Go ponad wszystko na ziemi! Bóg Jana od Krzyża jest żywym płomieniem, ogniem nieugaszonym, Oblubieńcem, który syci duszę swoim pięknem.

Reklama
Reklama

„Mój Ukochany jest jak gór wyżyny,
jak samotne doliny wśród gajów tonące,
wyspy osobliwe,
jak potoki rozgłośnie szumiące,
jak tchnienie wiatru miłośnie wiejące”[2].

Od czasów Króla Salomona nikt nie mówił tak o Bogu. Nikt nie miał odwagi tak poetycko opisywać swojej miłości do Chrystusa.

„Zostawiłeś w mej duszy Twych oczu odblaski.
I przez to we mnie tak się rozkochałeś!
A mym źrenicom dano wzniosłe łaski.
Że mogę podziwiać piękności Twej brzaski”[3]

Reklama
Reklama

Jan rozpalił we mnie pragnienie Boga. Zadziwiające i tajemnicze to wszystko, zważywszy na to, że mówimy o XVI-wiecznym niepozornym karmelicie bosym. A jednak siła Bożego blasku, który pragnął przepuszczać przez siebie jak szyba przepuszcza światło, okazała się zdolna pokonać nawet barierę czasu.

„O żywy płomieniu miłości,
Jak czule rani siła żaru twego
Środka mej duszy najgłębsze istności!
Bo nie masz w sobie już bólu żadnego!
Skończ już! – jeśli to zgodne z twym pragnieniem!
Zerwij zasłonę tym słodkim zderzeniem!”[4]

Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałam te słowa zdumiona ich intensywnością. Miałam 15 lat i byłam gotowa zostawić wszystko i wszystkich, byleby tylko usłyszeć „muzykę ciszą przepojoną” i w niej wyznać Bogu, że:

Reklama

„Dusza ma Tobą zajęta jedynie,
Całe moje jestestwo Twa służba pochłania!(…)
Zajęciem moim jest słodycz kochania”[5].

Jan od Krzyża ukazał mi szczyt Góry Karmel, ukazał mi metę mojego ziemskiego życia i przekonał, że warto iść wytrwale, oj przepraszam – hiszpańska krew kastylijskiego karmelity nie zniosłaby tak mało dynamicznego określenia – Jan przekonał mnie, że warto ku Bogu biec, pędzić aż do utraty tchu. I że nie spotka mnie w życiu nic piękniejszego.

Fot. Arnold van Westerhout/Wikipedia

Druga lekcja Jana to ta o ogołoceniu

Zróbmy małą wycieczkę do XVI-wiecznej Hiszpanii. Trwa gorący czas kolonialnych ekspedycji, łupy z odległych zakątków świata zalewają targowiska miejskie, renesans wdziera się do głów i serc, a w Wittenberdze Marcin Luter przybija na drzwiach katedry zamkowej 95 tez. Kościół trawi kryzys, za moment zapłoną w Hiszpanii stosy inkwizycyjne w strasznym 1562 roku. Zakony są przepełnione, ale ich mieszkańców trudno podejrzewać o głębokie życie duchowe. Dawno już zapomniano o pierwotnych regułach. Głód, wojny, niepewność jutra sprawiły, że najważniejszym zadaniem zakonników stała się troska o „pełną michę”, a co za tym idzie o coraz wygodniejsze życie.

W takiej Hiszpanii w 1542 roku przychodzi na świat Jan de Yepes. Kiedy w wieku 21 lat wstąpi do Zakonu NMP z Góry Karmel, równie szybko będzie chciał go opuścić. Na szczęście spotka wówczas na swojej drodze Madre – Teresę od Jezusa, która poprosi młodszego od siebie o 30 lat młokosa o pomoc w… reformie Karmelu. Tak rozpoczyna się jedno z najbardziej niezwykłych wydarzeń w dziejach Kościoła. Dwoje wielkich mistyków płonących ogniem Bożej miłości rozpoczyna nierówną walkę z przywilejami, układami, z pełnymi miskami i brzuchami. Ich znakiem rozpoznawczym stanie się ubóstwo, ogołocenie, wyzbycie się wszystkiego, co nie jest Bogiem i Jego chwałą. Już im współcześni zaczną nazywać ich uczennice i uczniów bosymi.

Jan od Krzyża dostał od św. Teresy wyraźne polecenie – siostry i braci przyłączających się do Reformy ma prowadzić tą drogą, którą sam idzie, a którą Teresa nazywa wprost drogą świętości. Przedstawiając go siostrom z Klasztoru Wcielenia, mówi o nim jedynie tyle: „Moje Panie, przyprowadzam wam na spowiednika Ojca, który jest świętym”. Od czego zatem zaczyna św. Jan? Co wydaje mu się najpilniejszą sprawą, największym problemem dusz? Przesyt. Nadmiar. Obfitość dążeń, pragnień, marzeń. Brzmi znajomo? No to posłuchajcie, co Jan serwował jako lekarstwo nowicjuszkom w klasztorach karmelitanek bosych.

„Aby dojść do smakowania wszystkiego,
Nie chciej smakować czegoś w niczym.
Aby dojść do poznania wszystkiego,
Nie chciej poznawać czegoś w niczym.
Aby dojść do posiadania wszystkiego,
Nie chciej posiadać czegoś w niczym.
Aby dojść do tego, by być wszystkim,
Nie chciej być czymś w niczym”[6].

To fragment napisu na obrazku, który Jan własnoręcznie rysował swoim penitentkom, a który po jego śmierci nazwano Drogą na Górę Karmel. Wiedział, że aby osiągnąć zjednoczenie z Bogiem, „musi umrzeć wszystko, co żyje [po ludzku – przyp. a.h.] w duszy, a dusza musi pozostać bez żądzy tych rzeczy i tak od nich oderwana, jakby one nie istniały dla niej, a ona dla nich”. Musi w człowieku umrzeć wszystko, co nie jest Bogiem, po to, aby Bóg mógł stać się wszystkim. Właśnie dlatego ścieżkę, która na rycinie wiedzie w samo serce Boga, Jan określił tylko jednym, powtarzanym wielokrotnie słowem: nic, nic, nic. To przeraża tylko na pozór, bo kiedy przyjrzymy się bliżej rysunkowi, od razu odkryjemy, że droga doskonałości – właśnie ta opisana wielokrotnym nic – jest na tej rycinie – w odróżnieniu od innych – niezwykle krótka i prosta. Najbardziej stroma i wymagająca, ale jednak najkrótsza. Dla pełniejszego zrozumienia nauki Jana o ogołoceniu spójrzmy jeszcze na ten fragment:

„Zawsze skłaniać się:
Nie ku temu, co łatwiejsze, lecz ku temu, co trudniejsze;
Nie do tego, co przyjemniejsze, lecz do tego co nieprzyjemne;
Nie do tego, co smakowitsze, lecz do tego co niesmaczne;
Nie do tego, co daje spoczynek, lecz do tego co wymaga trudu;
Nie do tego, co daje pociechę, lecz do tego co nie jest pociechą;
Nie do tego, co większe, lecz do tego co mniejsze;
Nie do tego, co wzniosłe i cenne, lecz do tego co niskie i wzgardzone;
Nie do tego, aby pragnąć czegoś, lecz do tego, by nie pragnąć niczego, nie szukać tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych, ale tego co gorsze. (…)”[7].

Jednym słowem – im gorzej, tym lepiej! To też jest fragment Drogi na Górę Karmel. Jasna i czytelna instrukcja, jak doświadczyć „Nocy zmysłów”. Wtedy, kiedy to czytałam, wydawało mi się, że jest to program idealistyczny, zarezerwowany dla wąskiego grona sióstr i braci z Karmelu. A potem zostałam żoną i mamą. I nagle okazało się, że bardzo często przychodziło mi wybierać nie to, co przyjemne (leżak w ogrodzie), tylko to, co nieprzyjemne (przewijanie delikwentów), nie to, co łatwiejsze (strzelanie fochów), tylko to, co trudniejsze (wyciąganie ręki na zgodę), nie to, co smakowitsze (pieczołowicie przygotowana kanapeczka z łososiem), tylko to, co niesmaczne (zimna kaszka z bananem).

Nagle okazało się, że ten już trochę zapomniany przeze mnie Jan zaczął do mnie przemawiać z całą mocą. Mało tego – ilekroć łapałam doła i z bólem serca myślałam o zaprzepaszczonej karierze prawniczki, o wszystkich zaszczytach i całym splendorze, który zostawiłam wybierając rodzinę, ta stroma ścieżka z konsekwentnym napisem „NIC” była dla mnie często jedynym światełkiem w tunelu. Światełkiem bardzo jasnym, bo wskazującym, że jeśli z miłości wybieram ogołocenie, nie czeka mnie zagłada, ale wręcz przeciwnie – życie w obfitości. Na swojej słynnej rycinie, tuż przed szczytem, św. Jan wskazał jednoznacznie, co będzie naszą nagrodą: miłość, mądrość i milczenie Boże, wiara, nadzieja, bezpieczeństwo, wreszcie napisana drukowanymi literami na samym szczycie góry – UCZTA NIEUSTANNA. Często rozmawiałam wtedy z Janem, bo stało się dla mnie jasne, że jego nauka nie jest w żaden sposób ekskluzywna, zarezerwowana dla mniszek i mnichów, ale jest to droga chrześcijanina. Droga każdego ucznia Chrystusa. Miłość bez dobrowolnie złożonej ofiary z siebie po prostu nie istnieje. 

Fot. Wikipedia

Trzecia lekcja Jana to ta o cierpieniu

Wybaczcie mi proszę ten „ciężki kaliber”, ale jestem głęboko przekonana, że jednym z powodów, dla których mamy tylu nieszczęśliwych ludzi wokół siebie, jest fakt, że nikt nam nie mówi, że życie to nie bajka i że cierpienie na pewno nas prędzej czy później dopadnie. Postrzegamy pracę, małżeństwo, posiadanie dzieci jako niekończący się instagramowy „zjazd po tęczy” i kiedy niespodzianie dopada nas kryzys, choroba, zwolnienie z pracy, jesteśmy do tego kompletnie nieprzygotowani i poddajemy się jeszcze w przedbiegach. Ks. Krzysztof Grzywocz, znawca św. Jana od Krzyża, często powtarzał, że jedną z najważniejszych prawd, jakie powinni przyswoić sobie narzeczeni przed ślubem, jest ta, że na pewno spotka ich kryzys i że w małżeństwie wcale nie chodzi o jego unikanie, tylko o jego mądre przeżycie.

Jednym ze świętych, który doskonale poznał drogę od Wielkiego Piątku do poranka Zmartwychwstania był właśnie Jan od Krzyża. Często można spotkać jego wizerunek z niepokojącym napisem: „Cierpieć i być wzgardzonym”. Na takie postawienie sprawy można się tylko wzdrygnąć… i słusznie! To prosta droga do postawy cierpiętniczej, do wykrzywionej duchowości. A tymczasem jest to wypowiedź skrócona, śmiem twierdzić, że przez wieki zagubiono jej najważniejszy element – słowa „Dla Ciebie Panie”. Jan nie pragnął cierpienia dla samego cierpienia, bo jego życie aż nadto obfitowało w niewyobrażalny wręcz trud. On pragnął cierpieć z Chrystusem, bo wiedział, że tylko ból znoszony w łączności z Ukrzyżowanym może zostać przemieniony w chwałę, a serce, które doświadcza życiowej nocy – tylko dzięki bliskości Pana Jezusa – ocali swoją wrażliwość, nie stwardnieje, nie zamknie się na innych, nie zgorzknieje.

„Prawdziwa mistyka krzyża nie szuka krzyża, ale w krzyżu i cierpieniu szuka wspólnoty z Chrystusem. Prawdziwym mistykom krzyża obca jest myśl, by przez samo znoszenie i szukanie cierpienia można było wyjednać u Boga zbawienie dla siebie i dla Kościoła. Tajemnica krzyża jest obecna w ich życiu, ponieważ przeżywają oni tajemnicę wspólnoty życia z dźwigającym krzyż Chrystusem”[8]. Jan nie tylko ukazał nam sposób na kryzys, ale także wskazał jednoznacznie, że dla człowieka wiary świat nie zatrzymuje się na Wielkim Piątku.

Jedna z jego najważniejszych ksiąg nosi tytuł „Noc ciemna”. A w niej możemy znaleźć takie słowa:

„O nocy, coś prowadziła.
Nocy Ty milsza nad jutrznię różaną!
O nocy, coś zjednoczyła Miłego z ukochaną,
Ukochaną w Miłego przemienioną”[9].

Noc, trud, cierpienie przeżywane z Chrystusem jest drogą, nie celem! Jan prawdopodobnie kreślił te strofy w Toledo, gdzie był więziony przez karmelitów, którzy widzieli w reformie Zakonu zagrożenie. Przetrzymywany w ciasnej komórce, bez dostępu do światła dziennego, bity trzy razy w tygodniu przez całe zgromadzenie, otrzymujący głodowe racje żywieniowe, pozbawiony Eucharystii, spowiedzi, przyjaciół, a nawet czystej odzieży. A jednak właśnie w tym miejscu napisał te słowa. Znajduje się w rozpaczliwym położeniu, a pisze z uporem, że ceni je bardziej nad jutrznię różaną. Posłuchajcie jeszcze, jak kończy się ta niezwykła pieśń duszy:

„Zostałam tak w zapomnieniu,
Twarz mą oparłam o Ukochanego.
Ustało wszystko w ukojeniu,
Troski żywota mojego
Skryły się wszystkie w lilii wonnym tchnieniu”[10].

Czwarta lekcja Jana to ta o MIŁOŚCI

Często nazywa się Jana, nawiązując do nadanego mu tytułu Doktora Kościoła, Doktorem nocy albo Doktorem mistycznym, a dla mnie Jan na zawsze będzie Janem od Największej Miłości.

Święci mają ze sobą wiele wspólnego. Nigdy się nie starzeją, ich życie dalekie jest od banału i są mistrzami bon motów. Współczesnej Janowi św. Teresie z Avilla zawdzięczamy ponadczasowe „Solo Dios Basta!” – Bóg sam wystarczy, a samemu Janowi? Przytoczę tylko jego dwa teksty. Pierwszy: „Gdzie nie ma miłości, połóż miłość, a zdobędziesz miłość”. W opisie życia św. Jana cały czas jak refren pojawia się jego łagodność, dobroć, pokora, jego pełne delikatności skupienie na drugim człowieku. Jeden z najbardziej przejmujących epizodów z jego historii to moment, w którym ciężko chory musi wybrać klasztor, w którym ma poddać się leczeniu. Ma do wyboru dwa: jeden w Baezie, gdzie w przeszłości był rektorem i jest szczerze kochany przez braci, i drugi w Ubedzie, gdzie panuje wrogo nastawiony do niego przeor. Dla św. Jana wybór jest oczywisty. Przyjdzie mu cierpieć i umrzeć w tym drugim miejscu, ale nim wypowie swoje piękne przedśmiertne słowa: „Jutrznię odmówię już w Niebie”, przeprosi swojego wroga, czym rzuci go na kolana i sprawi, że będzie długo szlochał na klęczkach pod jego celą. Po raz ostatni św. Jan od Krzyża położył miłość i otrzymał miłość.

I ostatni cytat, bardzo znany w Kościele, ale mało kto zdaje sobie sprawę, że jego autorem jest ten niezwykły karmelita: „Pod wieczór życia będziemy sądzeni z Miłości”. Z tym już Was zostawię. To nie wymaga żadnego komentarza. Św. Janie od Krzyża, módl się za nami.


[1] Marie-Dominique Poinsenet, Stromą ścieżką, Wydawnictwo oo. Karmelitów Bosych, Kraków 1991

[2] Jan od Krzyża, Pieśń duchowa

[3] Tamże

[4] Jan od Krzyża, Żywy płomień miłości

[5] Jan od Krzyża, Pieśń duchowa

[6] Jan od Krzyża, Droga na Górę Karmel

[7] Tamże

[8]Reinhard Koerner, Szczerze wierzyć – Jan od Krzyża, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, 2003

[9] Jan od Krzyża, Noc ciemna

[10] Tamże

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę