ŚWIĘCI

Ignacy z Antiochii. Biskup rozszarpany przez dzikie zwierzęta

Podobno był jednym z dzieci, które Jezus brał na kolana i wskazywał za wzór dla szukających Bożego Królestwa. Na pewno jednak był jednym z pierwszych chrześcijan zamęczonych podczas rzymskich igrzysk. Dziś w liturgii wspominamy św. Ignacego Antiocheńskiego.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ignacy z Antiochii. Biskup rozszarpany przez dzikie zwierzęta
Podobno był jednym z dzieci, które Jezus brał na kolana i wskazywał za wzór dla szukających Bożego Królestwa. Na pewno jednak był jednym z pierwszych chrześcijan zamęczonych podczas rzymskich igrzysk. Dziś w liturgii wspominamy św. Ignacego Antiocheńskiego.

O życiu św. Ignacego wiemy z różnych źródeł, najwięcej pisał o nim św. Euzebiusz, pierwszy historyk Kościoła. 

Św. Ignacy urodził się około roku 30., nie wiemy jednak dokładnie gdzie. Według legendy powtarzanej od pierwszych wieków chrześcijaństwa była to Palestyna, zaś Ignacy był jednym z dzieci, które garnęły się do Jezusa, które on brał na kolana i stawiał za wzór do naśladowania swoim uczniom. To, co wiemy na pewno to fakt, iż właśnie Ignacy ok. roku 70 został biskupem Antiochii – tej samej, w której najpierw biskupem był św. Piotr i w której wymyślono nazwę “chrześcijanie”. Jak zauważa papież Benedykt XVI w katechezie poświęconej św. Ignacemu “w tamtych czasach Rzym, Aleksandria i Antiochia były trzema wielkimi metropoliami cesarstwa rzymskiego. Sobór Nicejski mówi o trzech «prymatach» — o prymacie Rzymu, ale w pewnym sensie również Aleksandria i Antiochia miały swój prymat”. 

Od Euzebiusza wiemy również, że po ok. 20 latach swojej posługi biskup Ignacy padł ofiarą edyktu cesarza Trajana, skazującego licznych chrześcijan na śmierć. Po niego przysłano wojskową eskortę, która miała go dostarczyć do Rzymu. Miał umrzeć na arenie podczas igrzysk organizowanych dla rzymskiego ludu w Koloseum. 

Podróż uwięzionego biskupa trwała na tyle długo, że zdążył w trakcie jej trwania napisać kilka listów do różnych wspólnot chrześcijańskich. Do “klasyki” przeszedł zwłaszcza jego List do Rzymian, z którego dowiadujemy się jak Ignacy przeżywał swój wyrok śmierci i jak pojmował swoje nadchodzące męczeństwo.

Pisał:

“Piszę do wszystkich Kościołów i ogłaszam wszystkim, iż chętnie umrę dla Boga, jeśli mi w tym nie przeszkodzicie. Proszę was, wstrzymajcie się od niewczesnej życzliwości. Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą.
Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga.
Na nic mi się zdadzą ziemskie przyjemności i królestwa świata. Lepiej mi umrzeć w Chrystusie, niż panować nad całą ziemią. Szukam Tego, który za nas umarł; pragnę Tego, który dla nas zmartwychwstał. Bliskie jest moje narodzenie. Wybaczcie mi, bracia! Nie wzbraniajcie żyć, nie chciejcie, abym umarł. Skoro pragnę należeć do Boga, nie wydawajcie mnie światu i nie uwodźcie tym, co ziemskie. Pozwólcie chłonąć światło nieskalane. Gdy je osiągnę, będę pełnym człowiekiem. Pozwólcie mi naśladować mękę mego Boga. Jeśli ktoś ma Go w swoim sercu, zrozumie, czego pragnę, a znając powód mego utrapienia, ulituje się nade mną.
Książę tego świata chce mnie porwać i przeszkodzić memu dążeniu do Boga. Niechaj go nikt z was nie wspomaga. Bądźcie raczej po mojej stronie, to jest po stronie Boga. Nie rozprawiajcie o Jezusie Chrystusie, gdy równocześnie pragniecie świata. Niechaj nie mieszka w was zazdrość.
Nawet gdybym prosił, będąc u was, nie słuchajcie; uwierzcie raczej temu, co teraz do was piszę.
Piszę zaś będąc przy życiu, a pragnąc śmierci. Moje upodobania zostały ukrzyżowane i nie ma już we mnie pożądania ziemskiego. Jedynie woda żywa przemawia do mnie z głębi serca i mówi: Pójdź do Ojca. Nie cieszy mnie zniszczalny pokarm ani przyjemności świata. Pragnę Bożego chleba, którym jest Ciało Jezusa Chrystusa z rodu Dawida, i napoju, którym jest Jego Krew – miłość niezniszczalna.
Nie chcę już dłużej żyć na ziemi. Stanie się tak, jeśli zechcecie. W tych krótkich słowach was proszę: Wierzcie mi: Jezus Chrystus pozwoli wam zobaczyć, iż mówię szczerze. Przez Jego to prawdomówne usta Ojciec rzeczywiście przemówił. Módlcie się za mnie, abym doszedł do Niego.
Napisałem wam, kierując się nie ludzkim rozumieniem, ale myślą Boga. Jeśli będę cierpiał, będzie to znakiem waszej do mnie miłości, jeśli zostanę uwolniony, będzie to oznaczać waszą niechęć”.

— Żaden z Ojców Kościoła nie wyraził z taką mocą jak Ignacy pragnienia, by zjednoczyć się z Chrystusem i żyć w Nim — podsumował papież Benedykt XVI w swojej katechezie poświęconej św. Ignacemu z Antiochii.

Biskup Ignacy zginął prawdopodobnie 20 grudnia 107 roku. Jego ciało przewieziono z Rzymu do Antiochii i pochowano na cmentarzu kościelnym za bramą Dafnicką. 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Widzę ciemność! Święci o wychodzeniu z kryzysów

Choć strapienie i pocieszenie duchowe – według nazewnictwa św. Ignacego z Loyoli - są nieodłącznym elementem drogi chrześcijanina, niektórzy doświadczają długotrwałego kryzysu. Jak radzili sobie z nim święci? Prezentujemy 7 kroków, które mogą stać się wskazówką do pokonywania codziennych kryzysów.

Renata
Czerwińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Widzę ciemność! Święci o wychodzeniu z kryzysów
Choć strapienie i pocieszenie duchowe – według nazewnictwa św. Ignacego z Loyoli - są nieodłącznym elementem drogi chrześcijanina, niektórzy doświadczają długotrwałego kryzysu. Jak radzili sobie z nim święci? Prezentujemy 7 kroków, które mogą stać się wskazówką do pokonywania codziennych kryzysów.

1. Miłość

„Smuci się kto z was? Niech tylko Jezus przyjdzie do jego serca, niech wypłynie na jego usta – a oto wobec światłości Jego Imienia pierzchnie każda chmura i powróci wesele” – pisał św. Bernard z Clairvaux. Tego przemieniającego spotkania doświadczył Wacław Koźmiński. Wychowywany w pobożnej, pełnej serdeczności rodzinie, największy urwis między Białą Podlaską a Włocławkiem (tam właśnie mieszkała rodzina), w czasie studiów w Warszawie traci wiarę. Ostentacyjnie manifestuje ateizm, odwraca się od praktyk religijnych, drwi: „Jeśli się nawrócę, naplujcie mi w oczy!”. Tymczasem jako niespełna siedemnastolatek zostaje fałszywie oskarżony o udział w spisku i osadzony w Cytadeli. Dobrze wie, że z celi są tylko dwa wyjścia: albo śmierć, albo długa katorga na Syberii. Początkowo dalej buntuje się przeciwko Bogu, przeżywa poważny kryzys psychiczny i fizyczny. Jego matka gorliwie trwa na modlitwie – i staje się cud. Później, już jako o. Honorat, wspominać będzie z wdzięcznością: „Jezus przyszedł do mnie w celi więziennej i łagodnie do wiary przyprowadził (…). Całą gorycz mojego [uwięzienia] tak Pan Bóg odjął, że mi się w raj ono zmieniło, i tam pokochałem samotność i zacząłem życie duszy”. W jednej chwili zakochuje się w Bogu tak mocno, że po 11 miesiącach od aresztowania władze zwalniają go jako „wariata religijnego”. Rzeczywiście, staje się Bożym szaleńcem. Wstępuje do kapucynów, jest niezmordowany w głoszeniu Dobrej Nowiny (jak pisze, „od czasu wstąpienia do zakonu zawsze na myśli to miałem, żeby można ludziom dać poznać miłość Bożą”), a kiedy po powstaniu styczniowym władze carskie likwidują zakony, a jego samego internują najpierw w Zakroczymiu, a potem w Nowym Mieście nad Pilicą, zakłada… tajne zgromadzenia zakonne. Ostatecznie do naszych czasów przetrwa 26 zgromadzeń założonych przez bł. o. Honorata.

 

2. Modlitwa

Świat wszystkiego może mnie pozbawić, ale zostanie jedna kryjówka dla niego niedostępna: modlitwa! W niej da się streścić przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w postaci nadziei”. Zanim stał się o. Rafałem, cenionym spowiednikiem, do którego konfesjonału w Karmelu w Czernej zjeżdżał cały Kraków, Józiak Kalinowski – bo tak go nazywano – przeżył niejedną trudną chwilę. Wychowany z dala od domu, w młodości przeżywa kryzys wiary. Nawraca się jako dojrzały mężczyzna. Z powodu zaangażowania w powstanie styczniowe zostaje skazany na karę śmierci, jednak zostaje ona zmieniona na dziesięcioletnią katorgę. Józef wie, że Bóg go powołuje do kapłaństwa i wierzy, że to się spełni, mimo skazania nie popada więc w rozpacz. W listach pociesza liczną rodzinę, a na Syberii znajduje dobry kontakt z młodymi. Aby zapewnić im odrobinę normalności w nieludzkich warunkach, jako ceniony inżynier udziela im korepetycji z matematyki i fizyki. Katorżnicy wyczuwają w nim głęboki pokój, wypływający z chwil wykradanych na rozmowę z Bogiem.

Święcenia kapłańskie przyjmie w wieku 46 lat. Człowiek modlitwy, zawsze pełen zrozumienia i współczucia, szczególnie dla osób zagubionych i wątpiących, stawał się dla nich pomocą w powrocie do miłującego Ojca.

 

3. Na przekór sobie

Święty Ignacy w okresie strapienia zachęca do stosowania zasady „agere contra”, czyli działania wprost przeciwnego do przeżywanego stanu. Jeśli nie chce nam się modlić – trwać na modlitwie jeszcze przez dłuższą chwilę. Jeśli mamy ochotę zamknąć się w sobie – powiedzieć o przeżywanych pokusach i strapieniu osobie doświadczonej duchowo. Skoro zwykle jesteśmy uderzani w najczulsze punkty, rozpoznać działanie przeciwnika ludzkiej duszy i nie wierzyć w jego podszepty.

Czas internowania nie był łatwy dla Sługi Bożego kardynała Stefana Wyszyńskiego. A jednak nawet w więzieniu nie tracił wiary: ułożył sobie plan dnia, w którym było miejsce zarówno na modlitwę, jak i na pracę naukową, wreszcie – powierzenie kraju w ręce Matki Bożej poprzez śluby jasnogórskie. A jego stosunek do władz komunistycznych, które na każdym kroku starały się psuć mu szyki? „Nie zmuszą mnie do tego, bym ich nienawidził”.

Od planu dnia zaczęła się również szalona przygoda ks. Tadeusza Fedorowicza. Kiedy podczas II wojny światowej znalazł się więzieniu we Lwowie, toczył dużą walkę wewnętrzną. W pewnym momencie stwierdził jednak, że skoro zakonnicy klauzurowi mogą żyć za kratami, to i on także. Zaczął nawet układać sobie plan nowego „zakonnego” życia, gdy wywołano jego imię z celi. Został zwolniony.

Miesiąc później za zgodą biskupa był już w pociągu towarowym, zmierzającym z rodakami wywożonymi do Kazachstanu. Karolina Lanckorońska, z którą podzielił się swoją tajną misją, zanotowała: „Wyszedł, żegnając się z uśmiechem i blaskiem w oczach”.

 

4. Szukaj wsparcia!

Ma 35 lat. Wszystkie jej siostry, kuzynki i przyjaciółki są już dawno albo zakonnicami, albo żonami i matkami. Ona jest właśnie po trzech nieudanych próbach wstąpienia do zakonu. W dodatku, jak pisze o sobie, „miała paskudne dzieciństwo”. W rodzinie mawiano o niej „biedna Leonia”. Dzisiaj toczy się jej proces beatyfikacyjny. Jak to się stało?

W czasie, kiedy Leonia znajduje się już na skraju wytrzymałości psychicznej i fizycznej (z powodu stresu często cierpi na choroby skórne), znajduje wspólny język ze swoją siostrą, Teresą, karmelitanką. Młodsza siostra doskonale wie, co to znaczy, kiedy „Jezus śpi”. Sióstr Martin, wychowywanych przez bardzo kochających rodziców, Ludwika i Zelię – dziś świętych – nie ominęło cierpienie związane z poczuciem opuszczenia, śmiercią rodzeństwa czy rodziców. Tereska, która w chwili śmierci matki miała zaledwie 3,5 roku, z radosnej, ciekawskiej dziewczynki stała się nadwrażliwym i smutnym dzieckiem. Po wyjeździe na pensję starszej siostry, Pauliny, zapadła na tajemniczą chorobę, połączoną z drgawkami, majaczeniem, utratą przytomności. Rodzina modliła się gorąco o jej wyzdrowienie, polecając ją szczególnie Matce Najświętszej – i rzeczywiście, uzdrowienie nastąpiło dzięki Jej wstawiennictwu. „Matka Boża uśmiechnęła się do mnie” – powie potem Teresa. Choć fizycznie wszystko było już dobrze, jednak przez kolejne 1,5 roku dziewczynka cierpiała na chorobę skrupułów, z której została uleczona w noc Bożego Narodzenia, w wieku 13 lat. „W tę noc pełną światła rozpoczął się trzeci okres w moim życiu, najpiękniejszy ze wszystkich, najobfitszy w łaski Nieba… Dzieło, z którym zmagałam się nadaremnie przez 10 lat, Jezus wykonał w jednej chwili, zadowalając się moją dobrą wolą, której nigdy mi nie brakowało”

Kiedy Leonia przeżywa swój kryzys, Teresa nie moralizuje jej, jaka powinna być, dzieli się za to swoim odkryciem życia wiarą, nazwanym potem „małą drogą”. Uznając własną słabość, prosi Boga o siłę i moc do pełnienia Jego woli. „Zawsze pragnęłam być świętą, ale cóż! kiedy porównuję się ze świętymi, stwierdzam nieustannie, że między nami ta sama różnica, jak między niebotyczną górą, a zagubionym ziarnkiem pasku, deptanym stopami przechodniów. Lecz zamiast zniechęcać się, mówię sobie: Dobry Bóg nie dawałby mi pragnień nierealnych, więc pomimo że jestem tak małą, mogę dążyć do świętości. Niepodobna mi stać się wielką, powinnam więc znosić się taką, jaką jestem, ze wszystkimi swymi niedoskonałościami; chcę jednak znaleźć sposób dostania się do Nieba, jakąś małą drogę, bardzo prostą i bardzo krótką, małą drogę zupełnie nową. Żyjemy w wieku wynalazków, nie ma już potrzeby wchodzić na górę po stopniach schodów; u ludzi bogatych z powodzeniem zastępuje je winda. (…) Windą, która mnie uniesie aż do Nieba, są twoje ramiona, o Jezu! a do tego nie potrzebuję wzrastać, przeciwnie, powinnam zostać małą, stawać się coraz mniejszą”.

Leonia postanawia skorzystać z tej windy i okazuje się to być dla niej drogą do świętości. Wstępuje – tym razem wreszcie z powodzeniem – do klasztoru wizytek. Mała droga Teresy pozwala jej zaakceptować słabości swoje i innych, ofiarowywać Bogu nie wielkie rzeczy, ale codzienność, nieporozumienia z siostrami, ukąszenia komarów, problemy skórne, ale i radości, których w jej życiu jednak nie brakowało. Jest żywym przykładem, że dla Boga nie ma sytuacji beznadziejnych.

 

5. Wspólnota

Który chłopiec nie chciał być taki jak jego tata? Mateusz Talbot też chciał. Ojciec był robotnikiem portowym, kochającym żonę i dzieci, których Pan dał mu aż dwanaścioro – niestety, miał jedną słabość: zbyt częste wizyty w pobliskim pubie. Synowie poszli za przykładem ojca, więc rodzina z tego powodu często zmieniała miejsce zamieszkania. Druga połowa XIX wieku w Irlandii to czas wielkiej nędzy. Mateusz uczy się w szkole zaledwie dwa lata, od 12 roku życia pracuje już zarobkowo. Zauważywszy, że robotnicy po wypiciu alkoholu są jakby weselsi, postanawia sam spróbować. W ciągu roku uzależnia się na tyle mocno, że ojciec znajduje mu nową pracę. Niestety, jest coraz gorzej. Jest rzetelnym pracownikiem, ale wieczorem całe przepracowane pieniądze zostawia w barze, w dodatku chętnie częstując kolegów. Ciągłe zmiany pracy, kradzieże, nałóg… przez 16 lat matka Mateusza, Elżbieta, trwa na modlitwie o nawrócenie syna. Wreszcie przychodzi kryzysowy dzień, doświadczenie odrzucenia przez znajomych, którzy okazali się fałszywymi przyjaciółmi. Jeszcze tego samego dnia rusza do spowiedzi i składa czasowe przyrzeczenie abstynencji. Jak jednak go dotrzymać? Postanawia rozpoczynać dzień od Mszy św. (jak pamiętamy, dawniej były tylko rano), a po pracy zamiast do pubu wędrować na modlitwę do jakiegoś odległego kościoła. Potem, żeby uniknąć pokusy, przestaje nosić przy sobie pieniądze. Znajduje nowych przyjaciół, ale przede wszystkim nawiązuje głęboką relację ze swoim Niebieskim Ojcem. Nie znaczy to, że nie doświadcza walk. Wielokrotnie na kolanach błaga Boga o wytrwanie w trzeźwości, prosi Matkę Bożą o pokój serca. Podejmuje – szaloną w oczach współczesnych – pokutę, ale jest cenionym pracownikiem. Współpracownicy lubią jego dobroć i opanowanie, z sympatii starają się nawet przy nim nie przeklinać. Domyślają się, że dużą częścią zarobku dzieli się z ubogimi.

Wytrwał w trzeźwości do końca. Zmarł na zawał serca, idąc na Mszę św. Jak mówiono, był „pijany jedynie miłosierdziem, mądrością, mocą i miłością Boga”.

 

6. Ufaj

Wspólnota Przymierze Miłosierdzia, zajmująca się ludźmi ulicy i osobami uzależnionymi, założona w Brazylii przez ojców Enrique Porcu i Antonello Cadeddu, twierdzi, że też ma swojego świętego, choć nie został kanonizowany. Nivaldo był jednym z dziewięciorga dzieci prostytutki. Nie znał swojego ojca, od małego mieszkał na ulicy. Jako nastolatek był już uzależniony od narkotyków, którymi zresztą handlował. Był członkiem gangu. Któregoś dnia zabito jego przyjaciela, umierał na jego rękach. Chłopak chodził po ulicach w stanie przerażającego smutku. Gdy kręcił się koło kościoła, podeszły do niego dwie dziewczyny i powiedziały mu: „Bóg cię kocha!”. Nigdy nie słyszał o Bogu, a tym bardziej o tym, że może być kochany. Zgodził się, żeby pomodliły się nad nim. Kiedy wszedł do kościoła, powiedział Bogu: „Udowodnij mi, że to wszystko jest prawdą!”. Sięgnął po leżące Pismo Święte i choć był analfabetą, doskonale zrozumiał słowa, na które padł jego wzrok: „Zanim Mnie szukałeś, Ja ciebie znałem, wezwałem cię po imieniu. Tyś jest mój. Ja ciebie kocham” (por. Iz 43,1).

To wydarzenie przemieniło jego życie. Zostawił narkotyki, broń. Wstąpił do wspólnoty Przymierze Miłosierdzia, stał się ewangelizatorem ulicznym, posługiwał w więzieniu, dawał świadectwo. Kiedy jednego wieczoru dowiedział się, że jeden z podopiecznych, narkoman, uciekł z  domu wspólnoty, postanowił go poszukać. Odradzano mu, mówiono, że to niebezpieczne wychodzić nocą na ulicę, odparł jednak: „Uczyliście mnie, że pasterz daje życie za swoje owce”.  Odnalazł chłopca, ale wracając, został potrącony przez samochód i zginął na miejscu. Przyjaciel Nivaldo opowiadał później, że umówili się, tak jak kiedyś św. Jan Bosko ze swoim przyjacielem – że ten, kto pierwszy umrze, spróbuje dać znać drugiemu, czy jest zbawiony. Tej właśnie nocy Nivaldo przyszedł do niego we śnie. „Zginął dlatego, że chciał uratować jednego młodego narkomana. Oddał życie. Wierzymy, że pewnego dnia zostanie ogłoszony błogosławionym” – mówią członkowie wspólnoty.

 

7. Dotrwaj do świtu

Specjalistą od nocy jest z pewnością św. Jan od Krzyża, XVI-wieczny mistyk, poeta, kapłan i ceniony kierownik duchowy. Rozpoznając działanie Boże w ludzkich duszach, zauważył, że w drodze do nieba chrześcijanin doświadcza nieraz czasu oczyszczenia: nocy zmysłów i nocy ducha.

Jan był nie tylko kierownikiem duchowym karmelitanek w XVI-wiecznej Hiszpanii. Z jego doświadczenia korzystały całe pokolenia chrześcijan, a wstawiennictwu polecają się szczególnie ci, którzy doświadczają ciemności. Doktor Miłości potrafi wskazać nowe perspektywy: Chrystusa, który jest światłością świata.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Renata Czerwińska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Renata
Czerwińska
zobacz artykuly tego autora >